Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Les Landau. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Les Landau. Pokaż wszystkie posty

Sins of the Father

il. Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 19 marca 1990
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Drew Deighan, Ronald D. Moore, W. Reed Moran

Za nami kolejny zacny odcinek. Tym razem uwaga twórców – i widzów – skupia się na Worfie. Mamy wcale ciekawy wgląd w kulturę i politykę Klingonów, ze wszystkimi tego plusami i minusami, ale wartość fabuły jest tym większa, że otwiera nam całkiem duży rozdział historii Star Treka, czyli walkę klingońskich klanów o władzę. To tu poznajemy Durasa, który jeszcze nie raz się objawi.
I trzeba przyznać, że to jest ładnie zrealilzowane. Worf wreszcie przestał być wiecznie przewracającym się, trochę bezużytecznym członkiem załogi, a pokazuje się jako pełnowymiarowa postać – z historią trochę bogatszą niż „hurr durr, wojownik!”. Prawdę mówiąc, nie bardzo mam na co tu narzekać. Poza oczywistościami, czyli na przykład kompletną zbędnością doradcy Troi.
No bo po kolei: obecność Kurna (Tony Todd) na pokładzie Enterprise jest fajna nie tylko ze względu na nadchodzącą historię, ale też dlatego, że w pewnej mierze przecież unieważnia moje marudzenie z odcinka A Matter of Honor, w którym to Riker trafił na klingoński okręt IKS Pagh. To znaczy nadal uważam, że tam cała kwestia wymiany została pokazana głupio i myląco, ale dobrze wiedzieć, że w rzeczywistości jednak ta akcja była chyba nieco lepiej zorganizowana i że rzeczywiście polegała na wymianie, czyli że Klingoni też kogoś przysłali.
Kurn zresztą jest przeuroczym Klingonem, który jednocześnie wkurza, ale jednocześnie jakoś tak miło się patrzy, jak rozstawia po kątach federacyjne ciepłe kluchy. Bo oczywiście nasi cukierkowi bohaterowie są idealnie zdyscyplinowani, zdolni i w ogóle strzelają tęczami z brzuszków, ale (to nie jest wcale nic chlubnego) dobrze się patrzy, jak taki ideał dostaje kopa i zaczyna płakać. A w sumie Wesley czy Geordi w dużej mierze uderzyli właśnie w takie pochlipywanie w kącie, że ojejej, nowy pierwszy oficer ich skrytykował. I jeszcze fajne jest to, że niby twierdzą, jakoby krytyka była zupełnie niesłuszna, a Kurn się czepiał, ale z drugiej strony, w żadnym momencie nie widać tego na ekranie. Kiedy Klingon zwrócił uwagę Wesleyowi na jego zachowanie, chłopak rzeczywiście uskuteczniał sobie pogaduszki. Oczywiście, pewnie to nie były szkodliwe pogaduszki, niemniej przyczyna skarcenia nie była tak do końca wzięta z kosmosu.
No i przekomiczne wydało mi się „nękanie” Worfa. Naprawdę szacun dla Kurna, że potrafił wkurzyć całą załogę, niezależnie od rasy – każdemu zapewnił indywidualne traktowanie.

Ale nie o Kurna chodzi – znaczy o niego też, niemniej on tylko odpala główny wątek, czyli domniemane zbrodnie Domu Mogha, które miały sprawić, że Worf zostanie wyklęty przez Klingonów (o! Właśnie uświadomiłam sobie, że Klingoni to obok ludzi jedyna rasa – przynajmniej z tych głównych – której nazwa nie pochodzi od planety, z której pochodzą!).
Mamy fajne wprowadzenie powracających później postaci oraz wstęp do dużo większego wątku. Zaczyna się póki co skromnie i nic nie zapowiada kierunku, w jakim się to potoczy, niemniej to fabuła ewidentnie niedomknięta i z dużym potencjałem. Mamy ładnie zarysowaną relację Worfa z Picardem – to taka z jednej strony przyjaźń, z drugiej jednak ogromny szacunek, ściśle zresztą powiązany z hierarchią na mostku Enterprise. Moment, w którym kapitan zostaje cha’DIch Worfa, bardzo wiele pokazuje. Co więcej, bardzo mi się podoba, jak koniec końców Picard omal nie rozpykał dwóch klingońskich zamachowców, którzy się na niego rzucili, mimo że przecież nie jest najmłodszy ani najsilniejszy spośród przyjaciół Worfa.
W ogóle ten odcinek dał mi nieco do myślenia w temacie kapitana Picarda: mam wrażenie, że on jest źle postrzegany. Zazwyczaj widzi się go jako zręcznego dyplomatę, który pilnie strzeże Pierwszej Dyrektywy i ogólnie sprawdza się w sytuacji pokoju, ale nie poradziłby sobie podczas wojny. A tak naprawdę chyba jednak w Picarda jest całkiem dużo wojownika, tylko rzadko kiedy mamy w Następnym Pokoleniu okazję to widzieć.

Okej, jednak do dwóch rzeczy mogę się przyczepić: po pierwsze, odnaleziona Kahlest (Thelma Lee): poświęcono nieco czasu na jej odnalezienie i sprowadzenie, były walki i trudne decyzje, zapowiadało się, że to coś ważnego. I z ogromnym zdumieniem przyjęłam fakt, że tak naprawdę obecność staruszki nie miała żadnego znaczenia. Stawiła się przed obliczem K’mpeca (Charles Cooper), oznajmiono, że będzie zeznawać, K’mpec oznajmił, że to zeznanie mu zwisa – i Kahlest sobie poszła. Wow. Warto było nabudowywać tę scenę!
No i jeszcze coś, z czego już od dawna się śmieję, to znaczy postępowanie klingońskiej Rady wobec skazanych zdrajców. No bo jeśli uznajemy kogoś zdrajcą, to uznajemy w tym, że mamy do czynienia z osobą zdolną do skrytobójstwa, szczwaną, przebiegłą, podstępną, prawda? Czy to nie brzmi jak ostatnia osoba, od której odwrócilibyśmy się plecami? Tymczasem znakiem uznania Worfa winnym zdrady jest to, że cała Rada właśnie to czyni: odwraca się doń plecami. Serio, to jest cud, że Imperium Klingońskie w ogóle przetrwało.

Mimo małych niedoskonałości, to bardzo dobry odcinek, który zostaje w pamięci na dłużej i każe czekać, co dalej wydarzy się z Worfem. No bo trudno uwierzyć, że scenarzyści już po wsze czasy zostawią go w niesławie, skazanego za zbrodnię, której Mogh nigdy nie popełnił. Ale to już historia na inne odcinki.



You are brave, cha'DIch. Worf chose well.

Déjà Q

(źródło)

Premiera: 5 lutego 1990
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Richard Danus

Omnomnom. Lubię ten odcinek. Bo Q. A ja lubię Q. A teraz to nawet jeszcze bardziej. Zawsze uważałam, że gościu w gruncie rzeczy nie jest zły – jest po prostu niedojrzały. Jest jak rozpuszczone, nieśmiertelne dziecko, którego piaskownicą jest cały wszechświat. I w związku z tym, ma się rozumieć, pakuje się w różnego rodzaju tarapaty i pakuje w nie również załogę Enterprise. Przy czym to, co dla Q jest zaledwie grą czy psotą, nierzadko stanowi o życiu i śmierci ludzi. I kiedy już serial przyzwyczaił mnie do takich realiów, nagle Richard Danus i Les Landau zaserwowali piękne pogłębienie postaci.
Bo nagle nasz dzieciakowaty Q dojrzewa. Może nie jakoś radykalnie, może nie jest to trwała przemiana, ale sam fakt, że w ogóle coś dziwnego zaczyna się dziać w głowie Q, to dużo. Spod płaszczyka niedojrzałego psotnika i egoisty wychyla się w gruncie rzeczy poczciwy koleś, którego po prostu wcześniej nikt odpowiednio nie pokierował.

Paradoksalnie, najlepszym nauczycielem człowieczeństwa okazuje się Data. W ogóle ogromnie uwielbiam ich relację. Jeden chce być człowiekiem, ale nie może, drugi zaś osiągnął ten cel, ale wcale mu to nie leży. Uwielbiam to, że Data – który jest wolny od zadawnionego żalu czy pragnienia zemsty – bez problemu daje szansę Q. Z całego androidzkiego serca stara się pomóc, a najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że Q docenia te starania. Scena, w której Data wybucha śmiechem, jest niemal wzruszająca. Ten pozornie egoistyczny, gardzący ludzkością Q, w rzeczywistości fantastycznie zrozumiał Datę – nie zmienił go w człowieka, chociaż to by nie przekroczyło jego możliwości, tylko pozwolił spełnić jedno małe marzenie. I to było piękne. Tak, niby mówił, że nie zamieni Daty w człowieka, bo bycie człowiekiem ssie, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że on doskonale wiedział, o co chodzi – bo przecież był już w podobnej sytuacji, kiedy postarzył Wesleya. Chłopak dość wyraźnie wyjaśnił wówczas, dlaczego mu to nie leży. A Q ma dobrą pamięć i zapewne nietrudno mu było skojarzyć fakty.
(źródło)
W ogóle myślę, że Q naprawdę dobrze rozumie ludzi. Nie chodzi mi o to, czy ich podziwia czy wręcz przeciwnie, bo tutaj relacja jest chyba bardziej skomplikowana, ale rozumie. Wie, jak skutecznie nadepnąć im na odcisk, ale jeśli tylko ma ochotę zrobić coś dobrego, to jest w tym świetny. Nie byłby tak skuteczny w swoich działaniach, gdyby nie było tego zrozumienia.

Prawdę mówiąc, chyba nie umiem się do niczego przyczepić w tym epizodzie. Bardzo przyjemnie mi się go oglądało, a wszyscy bohaterowie trzymali rewelacyjny poziom. Oczywiście, szoł ukradł – obok Q, ma się rozumieć – Data, ale inni też nie wzbudzili moich zastrzeżeń. Przede wszystkim podobało mi się, że zachowali się bardzo wiarygodnie i po ludzku. Nie otworzyli od razu serduszek przed Q w potrzebie, tylko patrzyli na niego spode łba, nieufni i z nieskrywaną satysfakcją. Szczególnie Guinan była uradowana, co zresztą fajnie przypomniało o tym, że ją z otaczającym wszechświatem łączą zupełnie inne relacje niż ludzi.

Ach, no i to odcinek z najmemowszym facepalmem Picarda! Warto to odnotować!



- Perhaps there is a… residue of Humanity in Q after all."
- "Don't bet on it, Picard.

The Survivors

tradycyjnie: Juan Ortiz
(źródło)

Premiera: 9 października 1989
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Michael Wagner

Całkiem szczerze: mimo rozmaitych mniejszych i większych głupotek, które pojawiły się w tym odcinku, ja go naprawdę lubię. Nazwisko Michaela Wagnera zaczyna się umacniać w moim prywatnym rankingu, podobnie jak Les Landau – nic dziwnego, swoją drogą, że współpraca tego ostatniego ze Star Trekiem była tak długa i zaowocowała tyloma odcinkami. Gościu po prostu miał do tego dryg.

Odcinek jest i nieco zaskakujący, i stawiający pytania – czyli tak jak lubię. No bo raz, że tożsamość Kevina Uxbridge’a (John Anderson) przez długi czas pozostaje tajemnicą, podobnie jak Rishon (Anne Haney). Plot twist, choć do pewnego stopnia się go spodziewałam, zdołał mnie zaskoczyć.

Tak, podzielam zaskoczenie. Niby wiedziałam, że jeśli na całej planecie mamy tylko jeden niewypalony piksel to musi to znaczyć COŚ konkretnego i na sto procent nie żadną kolaborację, ale jednak moc Kevina była tak napakowana, że nie zdołałam sama z siebie pójść w tę stronę jeśli chodzi o rozwiązanie. W sumie przywołał mi na myśl Dr Manhattana. I supermocą, i niechęcią do przemocy i nawet kwestią uczuciową, bo choć była inna to jednak równie przejmująca.

Ale bardziej od zaskoczenia cenię w tym odcinku problem.
No bo mamy coś w rodzaju kosmicznego kwakra – typa, dla którego zasadą numer jeden i najwyższym priorytetem jest to, żeby nie zabijać. I ten typ jednocześnie dźwiga najokropniejsze brzemię, jakie można sobie wyobrazić: popełnił zbrodnię, dla której człowiek nawet nie ma adekwatnego systemu karnego. Z jeszcze innej strony: naprawdę trudno potępiać Kevina. Kiedy pozna się jego historię, nagle okazuje się, że to wszystko jest bardziej skomplikowane.
Prawdę mówiąc, na chwilę obecną nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Najpierw – w imię swojego totalnego pacyfizmu – Kevin pozwala na śmierć tysięcy ludzi. A potem i tak zaprzepaszcza całą tę wstrzemięźliwość, mordując miliardy w imię zemsty. Można powiedzieć, że położył sprawę na całej linii – ale z drugiej strony, czy w jego sytuacji wielu nie zrobiłoby tego samego? Nie każdy urodził się wojownikiem, a w sprzeciwianiu się przemocy zasadniczo nie ma nic złego. Chyba. A może jest? Może odcinek wskazuje nam na prosty fakt, że wyrzekanie się przemocy jest jednak głupie i nielogiczne, a cały sekret polega na tym, żeby umieć wyważyć, kiedy się do niej uciekać? W końcu nawet Picard, choć zasadniczo nastawiony na dyplomację i pokojową eksploracje kosmosów, od czasu do czasu ucieka się do użycia siły. To jeszcze nie czyni z niego złego człowieka.
No i ta zemsta… Tak, Kevin ewidentnie przeholował. Ale trudno mi go obwiniać, skoro tylko spróbuję wyobrazić sobie skalę jego bólu. Na jego miejscu, mając taką moc, jest wielce prawdopodobne, że zrobiłabym tak samo.
To ładny odcinek. Spójny, przekonujący i pozostający w pamięci.

Kiedy myślę o skali zemsty Kevina, przychodzi mi do głowy, że może właśnie dlatego wyrzekł się przemocy. Kiedy masz tak wielkie możliwości, kiedy nie stanowi dla Ciebie trudności dokonanie ksenocydu, jedynym sposobem jest niepoddawanie się negatywnym uczuciom, odrzucenie przemocy w całości. Niezależnie od tego w jakim celu jej użyjesz, zawsze może się stać tak, że porwany emocjami w dobrej wierze przekroczysz jakąś granicę zza której nie ma powrotu.

Riker w pigułce (źródło)
Nie znaczy to oczywiście, że jest wolny od mankamentów. Przede wszystkim, zastanawiają mnie zwiady wysyłane na obce planety. Jasne, w TOSie śmiejemy się, że kapitan zawsze bierze ze sobą parę redshirtów na wybicie. Ale prawdę mówiąc, tutaj mi tego brakowało. No bo na planecie ląduje pierwszy oficer, wypasiony i jedyny w swoim rodzaju android, doradca, główny mechanik i główny lekarz. Czyli sami najważniejsi, niezastąpieni członkowie załogi. Serio, nikogo to nie niepokoi? To znaczy owszem, jakośtam doceniam, że nie ma wśród nich kapitana (początkowo), ale naprawdę uznali, że nie trzeba im chociaż jednego czy dwóch ludzi z ochrony?
Inna sprawa, że pułapka, w którą wpada Riker, budzi we mnie pytanie, jak to w ogóle możliwe, że Federacja przetrwała [trudny do zapomnienia widok, komandor wiszący głową w dół i majtający wolną nogą…]. Nasz wspaniały pierwszy oficer wlazł jak krowa w szkodę. Ja wiem, że smęcę sporo na jego niekompetencję, ale nic na to nie poradzę: on po prostu taki jest.
Co mnie jeszcze zaskoczyło? Że Picard z jakiegoś – niepojętego dla mnie – powodu nie powiedział załodze, jaką ma teorię na temat Kevina i Rishon, ani nie zdradził swojego planu. To znaczy miało to pewien urok, bo ładnie udało się przy tej okazji pokazać, że załoga Enterprise stuprocentowo ufa swojemu kapitanowi i nawet jeśli nie wie za bardzo, o co chodzi, to i tak będzie wykonywać jego polecenia. To fajnie eksponuje więzi łączące bohaterów. Niemniej sam fakt tego ukrywania się ze swoimi pomysłami przez Picarda pozostaje dla mnie niezrozumiały. Czy tak powinien robić dowódca? „coś wiem, ale wam nie powiem”? Nawet pierwszemu oficerowi? (a może Picard wie, że Riker się do niczego nie nadaje i nie warto mu o czymkolwiek mówić…).

A ja sobie tak myślę, że może on wcale nie był pewny swego i w jakiś sposób było mu głupio rzucać pomysłami, które jemu samemu się wydawały mało prawdopodobne? Wiem, wiem. Nadinterpretuję. I to dlatego, że mnie też zachowanie Picarda wydaje się w tym punkcie dziwaczne.

Prawda, nie był pewny swego. Nawet chyba całkiem na głos to przyznał. Ale wobec tego tym bardziej powinien skonsultować się ze swoimi oficerami, w końcu po to oni są. Czy to by nie było logiczne, profesjonalne zachowanie? Ech, kapitanie Picard…

Rozpacz doradcy Troi. Objawia się głównie
w zmierzwionej grzywce (źródło)
Jakbym miała o czymś jeszcze pisać, to byłaby to scena z Datą oglądającym pozytywkę. Ładna scena, nawet dość emocjonalna, bo nasz futurystyczny Pinokio zdawał się autentycznie poruszony starociem z półki Rishon. Po takiej zajawce, spodziewałam się jakiegoś rozwinięcia tego w oddzielny wątek – i nieco mnie rozczarowało, że nic takiego nie miało miejsca, a ta scena jest w gruncie rzeczy zupełnie oderwana od czegokolwiek.

Inna sprawa, skoro już wspomniałam o rzeczach, które wywołały nadzieję na ciąg dalszy, który nigdy nie nadszedł: jestem ogromnie zainteresowana husnockami. Wiemy o nich tylko tyle, że byli wojowniczym gatunkiem o podłych charakterach. Czy przypominali Klingonów? A może bardziej Romulan? Czy też byli zupełnie inni? Nie wiemy nawet, czy mowa o humanoidach. Miliardy istnień, które w mgnieniu oka wyparowały i oto nie było już żadnego husnocka we wszechświecie. Dziwne, poruszające i ja bardzo chciałabym wiedzieć o nich coś więcej.

Aha: doradca Troi tym razem miała kapitalne wdzianko. [i ból głowy od tej swojej empatii…]

Lubię ten odcinek bardzo. Wciąga i – jakkolwiek banalnie to brzmi – skłania do refleksji. Jak dla mnie to jeden z lepszych epizodów Następnego Pokolenia.



– Good tea. Nice house.

Samaritan Snare


il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 15 maja 1989
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Robert L. McCullough

Pod wieloma względami lubię ten odcinek. Ale zacznę i tak od tego, czego nie lubię: pierwszy oficer Riker. Od jakiegoś czasu pisałyśmy z Siem, że twórcy próbują trochę zrehabilitować biedaka i dają mu nieco sensowniejsze wątki, ale tym razem chyba komuś coś się pomyliło i Will znowu wychodzi na kretyna. No dobra, może nie na kretyna. Ale zdecydowanie brakuje mu kompetencji.
No bo taka sytuacja: nawiązujemy kontakt z obcą rasą – i to bardzo obcą, bo nawet Data zwrócił uwagę, że Federacja nie ma wiele danych o Pakledach – i oni nam mówią, że ojojoj, popsuty statek mają. I nawet Worf – chociaż mam do niego ambiwalentny stosunek jako do szefa ochrony, bo jednak zdecydowanie za wiele razy w życiu się przewrócił – nawet on mówi, że hej, nic o nich nie wiemy, nie wysyłajmy tam głównego inżyniera bez żadnej refleksji ani ochrony. I to jest rada, która wydawałaby się dość oczywista. Ale nie, Riker stwierdza, że co może pójść źle. A ja sobie myślę: Riker, jesteś idiotą. Daj mu chociaż jakąś ochronę. Albo w ogóle może nie wysyłaj od razu głównego inżyniera, hmm? Nie macie tam innych ludzi w maszynowni? Nie mówię, że gdyby wysłali na przykład Gomez, to można by ją olać, bo mniej cenna. Niemniej Wydaje mi się, że im bardziej odpowiedzialne stanowisko zajmuje ktoś na statku i im bardziej jest niezastąpiony, tym mniej chętnie powinien być wysyłany na potencjalnie niebezpieczne misje. Zwłaszcza że chodziło o naprawienie dość prostej usterki. Jak zrozumiałam, mógłby to zrobić naprawdę każdy, niekoniecznie Geordi.
No ale dobra. Riker postanowił mieć w nosie rady szefa ochrony. W ogóle myślę, że bycie szefem ochrony na pokładzie Enterprise to mega niewdzięczne zadanie. Pewnie Worf jest przyzwyczajony, że wszyscy mają w nosie jego sugestie.
Enyłej. Potem z kolei uaktywniła się doradca Troi, która – dla odmiany – miała coś sensownego do powiedzenia. Bo zwróciła uwagę na coś, czego inni nie widzieli, więc rzeczywiście jej zdolności się tutaj przydały. I co? I nic, bo Riker postanowił absolutnie zignorować jej słowa. To znaczy okej, zapytał Geordiego, czy wszystko gra. Ale to była wyjątkowo nędzna reakcja. Może na przykład trzeba było przesłać na pokład Mondora kogoś z ochrony (prawdę mówiąc, trzeba to było zrobić na samym początku, no ale już nie będę tego drążyć)?
(źródło)
A kiedy wszystko się skomplikowało i Pakledzi pokazali swoje prawdziwe oblicza, nagle wszyscy rozłożyli łapki. I to, przyznam, mnie zaskoczyło. To znaczy dobra, wreszcie przyszło im do głów, żeby zastosować podstęp, ale to dziwnie długo trwało.  A i podstęp wydawał mi się trochę przekombinowany. Znaczy okej, moja koncepcja była taka: ściemnić, że się zgadzamy na przesłanie danych z Enterprise, po czym przesłać Pakledom wirusa, który wyłączyłby tę tarczę. W tym momencie teleportujemy Geordiego na pokład Enterprise i jesteśmy wolni i swobodni. Wedle uznania, moglibyśmy Mondor rozstrzelać fazerami albo zostawić w spokoju. I jestem szczerze zawiedziona, że nikt z załogi Enterprise nie wpadł na ten pomysł. Uważam, że był dobry.

Ale przejdźmy do tego, co mi się podobało: cała reszta.
Po pierwsze, tak naprawdę odcinek w ogóle nie był o tym, czego się spodziewałam. Sądziłam, że będzie o wiele większy nacisk na egzaminy Wesleya, no bo już mieliśmy takie jego akademickie epizody i nie byłoby to niczym zaskakującym. Tutaj jednak to okazało się tylko pretekstem do tego, żeby przybliżyć widzowi Picarda. A wątki związane z Picardem zawsze cieszą.
Tutaj na przykład jest okazja dowiedzieć się, że kapitan jest w gruncie rzeczy takim trochę anty-Kirkiem. I strasznie to lubię. Jak Kirk był nieśmiałym kujonem w młodości i kozakiem w trakcie późniejszej służby, tak u Picarda rzecz się miała nieco na odwrót: lekkomyślny kozak w czasach Akademii, by potem dojrzeć do bycia statecznym, rozsądnym i chłodno oceniającym wszystko kapitanem (bajdełej, nie zgadzam się z Wesleyem, że Picard to świetny materiał na ojca. Na nauczyciela czy mentora – owszem, ale nie widzę go jako ojca). Oczywiście, to nie jest takie proste. Kirk na swój sposób też był rozsądny. Niemniej widzę tu bardzo fajne przeciwstawienie sobie dwóch typów kapitanów, którzy od samego początku diametralnie się od siebie różnili.

Czy kapitan przeżyje operację?! (źródło)
No i jeśli chodzi o ten cały wątek Pakledów, to on jest po prostu udany. Abstrahując zupełnie od kompetencji Rikera, samym głównym zamysłem trafili w punkt. Powiem tak: oglądaliśmy odcinek razem z Ulvem. I kiedy tak załoga Enterprise deliberowała nad tym, jak to Pakledzi nie chcieli czekać, aż sami opanują zaawansowane technologie i polecą w kosmos o własnych siłach, woleli raczej ukraść tę wiedzę, bo wtedy od razu mieli zysk, no to wtedy właśnie Ulv powiedział: poczekajcie, aż w kosmos polecą Polacy. I to było rzeczywiście naturalne, i można to rozciągnąć na całkiem sporą część współczesnej ludzkości. No bo ludzie nie lubią czekać. Na drugą stronę globu chcemy się dostać w kilka godzin. Jedzenie chcemy dostać w kilka minut. Jeśli na zamówione zakupy online czekamy ponad dwa dni, wystawiamy negatywny komentarz, że olaboga, tak długo trzeba było czekać. Człowiek chce mieć wszystko szybko: towary, usługi, informacje. Jesteśmy Pakledami.
A później przeczytałam słowa reżysera, przytoczone na Memory Alpha:
I dealt with a race of what appeared to be ugly and slow people. They have a need for things, which can be a reflection of our society. That’s what Star Trek tries to do, take an almost unbelievable situation in an unbelievable time and somehow make all of us realize that’s what’s happening today, and what we can do to make the planet and the universe a better place.
Strasznie mi się ten cytat spodobał i moim zdaniem ten odcinek po prostu fantastycznie zrobił robotę. Osiągnął dokładnie ten efekt. I dlatego właśnie lubię go tak bardzo, choć może na pierwszy rzut oka rzeczywiście bywają lepsze epizody.
No i uwielbiam ten moment, kiedy Riker mówi Geordiemu, że sorry, ale oficer musi umieć się poświęcić i dla Geordiego właśnie nadeszła ta chwila – i mamy taki moment komicznej niepewności, nim nieszczęsny Geordi zorientuje się w całym podstępie. Nie wiem jak Siem, ale ja wtedy śmiechłam.




– It’s not the exams I’m worried about. It’s Captain Picard.
– Why? He’s not taking the exams.

The Schizoid Man


Premiera: 23 stycznia 1989
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Richard Manning, Hans Beimler

To jeden z tych odcinków, które tworzą historię Daty – z tego względu go lubię. Początkowo zapowiada się, jakby to miał być epizod z dwoma czy nawet trzema wątkami, te jednak bardzo szybko się splatają ze sobą i w efekcie dostajemy spójną, skupioną na konkrecie opowieść.
Zadziwia mnie jednak, jak źle ta opowieść świadczy o załodze USS Enterprise.
Po pierwsze: jak to możliwe, że tyle im zajęło zorientowanie się, że w Dacie siedzi umysł doktora Iry Gravesa (W. Morgan Sheppard)? Przecież manifestował to całym sobą. Mam wrażenie, że – poza krótką pogadanką u Picarda – nawet nie próbował udawać. Nawet nie znając fabuły widz od razu wie, co się kroi.
Po drugie: dziwi mnie, że kiedy już Picard odkrył, z czym ma do czynienia, jedynym rozwiązaniem, jakie znalazł, było unicestwienie „niepożądanego” umysłu. No bo przeanalizujmy: doktor Ira, jak sam zadeklarował, nauczył wszystkiego doktora Soonga – który zbudował Datę (i Lore’a). Można mniemać, że największy umysł w galaktyce byłby w stanie zbudować sobie nowe „ciało” – zresztą, przecież obiecał Kareen (Barbara Alyn Woods), że dla niej zmajstruje, więc sprawa była ze wszech miar wykonalna. Dlaczego więc, zamiast namawiać Irę do samobójstwa, Picard nie zaproponował, że zbudują nowego „pustego” androida i przeniosą do niego umysł doktora, uwalniając tym samym Datę? To niefajna niefrasobliwość, z którą uznali, że doktor Ira musi odejść – a przecież krygowali się nawet przy okazji profesora Moriarty’ego z holodeku, uznając, że jest zbyt żywy, żeby go tak po prostu usunąć. Zresztą, rozumiem, że produkowanie nowego ciała dla Gravesa mogłoby trochę potrwać – ale czy wobec tego nie można by – tymczasowo – przenieść umysłu doktora właśnie do holodeku? Nie mówię, że wszystkie te pomysły są świetne, ale jestem zaskoczona, że w ogóle nikt się nie zająknął o żadnym rozwiązaniu w tym stylu. Jeśli zależy nam na pokojowym rozwiązywaniu konfliktów, coś powinno się było pojawić przed „Ira musi umrzeć”.

Nie zmienia to faktu, że odcinek ogląda się ogromnie przyjemnie. Szczególnie bawi Ira, który świetnie się odnajduje w nowym ciele, w dodatku może powiedzieć o sobie kilka słów i nadal wyjść na skromnego – wszak pochwały wygłasza na pozór ktoś inny. Jedna z moich ulubionych scen to pogrzeb doktora i przemówienie Daty.
Riker, jak zwykle, budzi facepalma. Oto bowiem pierwszy oficer, widząc absolutnie kuriozalne zachowanie Daty, zamiast zdwoić czujność… uśmiecha się. Traktuje całą scenę jako, nie wiem, wygłupy androida. W sumie dokładnie takim samym wyrazem twarzy reagował na Okonę. I w ogóle mam wrażenie, że to taka jego życiowa postawa. Czy naprawdę musimy oglądać, jak Wesley Crusher bardziej się przejmuje dziwną postawą Daty niż Riker? Za co, na litość Jeżusia, ten facet został pierwszym oficerem? Ślepy na problemy, wszystko bagatelizuje i tylko błyska zębem ku doradcy Troi. Brawo on.
No właśnie, nawet doradca Troi była bardziej przydatna! Kurde, w tym odcinku realnie coś zrobiła! Szok i niedowierzanie. Raz, że wyczuła emocje, których nie powinna była czuć od Daty, a dwa, przeprowadziła testy psychologiczne. Czyli chyba, o dziwo, zrobiła to, co powinna była zrobić.
Swoją drogą, rozbawił mnie też zarzut rzucony pod adresem Picarda, jakoby kapitan był zainteresowany Kareen również pozasłużbowo. Była w tym ładna ironia, jako że akurat Picard to chyba ostatni z kapitanów Star Treka, któremu można by zarzucić jakieś osobiste zainteresowanie gośćmi na pokładzie Enterprise.

W ogóle muszę przyznać, że po otwarciu odcinka myślałam, że będziemy mieli do czynienia z nieco inną historią. Zapowiadało się na kolejną rozkminę na temat człowieczeństwa Daty, a tymczasem ten temat został bardzo szybko zepchnięty gdzieś w tło, a całość skupiła się na ratowaniu androida. Nie mówię, że to źle – po prostu spodziewałam się czegoś innego. Kwestia przyznania prawa do pierwszeństwa przeżycia byłby zresztą szalenie ciekawym wątkiem – gdyby tylko trochę bardziej go zgłębić. Jak wspomniałam na początku: odcinek właściwie nie daje widzowi żadnego wyboru. Data jest cacy i musi żyć dalej, Ira niech się cmoknie w trąbkę i umrze. Moim zdaniem to jednak nadmierne uproszczenie.




– I can safely say, that to know him, was to love him. And to love him, was to know him... Those who knew him, loved him, while those who did not know him, loved him from afar.

The Arsenal of Freedom

Echo Popa 607 - niezwyciężona broń!
(źródło)

Premiera: 11 kwietnia 1988
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Maurice Hurley, Robert Lewin

Sprawa wygląda następująco: lubię ten odcinek. Podoba mi się z wielu rozmaitych względów, bo też ma całkiem sporo wątków, choć oczywiście wszystkie spięte wspólnym zagrożeniem, jakim jest dziwna i tajemnicza superbroń na planecie Minos. Zresztą, sam motyw handlarzy bronią z owej planety nie jest pierwszym przypadkiem, w którym Star Trek wypowiada się krytycznie na temat tej profesji – a także na temat wojny w ogóle. Zresztą, przecież nie tak dawno mieliśmy młodniejącego admirała Jamesona, który uznał za świetny pomysł obdarowanie bronią dwóch stron konfliktu, co zaowocowało czterdziestoma latami krwawej wojny. Tutaj ten biznes znajduje jeszcze bardziej tragiczne zakończenie, choć oczywiście nie wiadomo do końca, jak liczna była populacja na Minos.
Nie mogę tu nie wspomnieć o samym fakcie, że ogromnie podoba mi się przewrotne nazwanie planety militarnych wynalazców – Minos. Jakże nie na miejscu brzmi imię jednego z najsprawiedliwszych bohaterów antyku, sędziego z zaświatów, w odniesieniu do ludu, dla którego jedyną sprawiedliwością jest zysk, a drogą jego uzyskania – cudza śmierć.

Yar i Data próbują pokonać drona. Riker obecnie
jest bezużyteczny poza kadrem. (źródło)
Ale to tak właściwie rzeczy poboczne. Nasz główny wątek podzieli bohaterów odcinka na trzy grupy: mamy więc Rikera, Yar i Datę, w drugim zespole: Picarda i Crusher, w trzecim zaś – całą resztę na pokładzie USS Enterprise, dowodzoną przez Geordiego.
Te poszczególne „drużyny” mierzą się z zupełnie odmiennymi problemami. Ekipa Rikera ma zbadać obcą planetę i spróbować nawiązać kontakt z inteligencją, jeśli jakaś jeszcze gdzieś ocalała. Jak to zwykle bywa podczas tego typu misji, natrafiają na śmiertelnie niebezpieczne urządzenie, przed którym będą uciekać aż do skutku. Wątek dość prosty, sensacyjny, ale i przyjemny, jako że twórcy bardzo postarali się, by minojska superbroń (wyglądająca nieco jak samobieżne, lewitujące penisy, ale nie słyszeliście tego ode mnie) jawiła się jako niepokonana i nieuchronna. Choć tu muszę nadmienić, że o matko z córką, celność oficerów Gwiezdnej Floty pozostawia wiele do życzenia! Nie mam naprawdę pojęcia, w co nasi bohaterowie usiłowali trafić, nim „skoncentrowali wiązki”, ale na pewno nie był to ich falliczny przeciwnik.
Wątkiem mniej zabawnym, ale wcale nie mniej interesującym, był los kapitana i pani doktor. Abstrahując od pomniejszych głupotek, typu: „uhm, pani doktor, ma pani ranę w nodze i nie uznała pani za stosowne poinformować o tym fakcie nieco wcześniej…?”, fajnie oglądało się Picarda, który musi wziąć na siebie rolę opiekuna i pielęgniarza. A trudno wyobrazić sobie kogoś mniej odpowiedniego do takiej roli (hmm, może Worf…?). Zresztą, uderzył mnie szczególnie jeden moment, w którym Crusher chyba kilka razy powtórzyła, że jej zimno i że Picard powinien zapewnić jej ciepło. To było aż nazbyt oczywiste, że w analogicznej sytuacji dowolny inny bohater zastosowałby starą, sprawdzoną metodę przytulenia celem ogrzania. Ale nie Picard. Picard jest pragmatyczny. Mam wrażenie, że Picard w te pędy zwiał od Crusher, żeby tylko nie wpadła na ten głupi pomysł, kiedy on będzie w pobliżu. I ja to wszystko lubię i doceniam. Bo często mamy bohaterów, którzy wspinają się na wyżyny heroizmu, żeby uratować świat, ale nie aż tak często oglądamy ich w sytuacjach, w których – cóż – jest im po prostu niezręcznie.
Odkopać pacjentkę, zanim wda się zakażenie?
Eeeee tam! (źródło)
Trzeci wątek to jeszcze inna para kaloszy: oto Geordi został zastępcą zastępcy zastępcy kapitana na Enterprisie. Choć nie wiem, jak to do końca działa, skoro byli tam oficerowie wyżsi rangą… no ale nieważne, nie znam się. Może Siem by się znała. Może wyjaśni. Ja nie umiem. W każdym razie Geordi tak naprawdę nie mierzy się z żadnym straszliwym wrogiem zewnętrznym (znaczy to też, ale prawdę mówiąc, nie to było moim zdaniem najważniejsze). Geordi mierzy się przede wszystkim ze sobą, z własnym brakiem pewności i brakiem wiary w siebie. No a także – last, but not least – z buntowniczym cwaniaczkiem z własnej załogi. I to mnie w ogóle zastanawia: czy jeśli przyszedł do Geordiego jakiś gościu i wprost mu powiedział „nie nadajesz się do tej roboty, oddaj mi dowództwo”, nie powinien aby zostać wyprowadzony pod strażą? Ale rozumiem, że na tym właśnie polegał, między innymi, problem La Forge’a. Ciekawa tylko jestem, czy później wyciągnięto jakieś konsekwencje. I jak się potoczyła dalsza kariera pana Logana. Wiem, że na pewno nie chciałabym z kimś takim pracować w kolejnych dniach. W maszynowni musiało się zrobić okropnie niekomfortowo.

Wszystkie te wątki mnie wciągnęły. Całość zachowała typowego startrekowego (antywojennego, a jakże) ducha i pokazała trzy rodzaje walki i trzy rodzaje zwycięstwa, choć każde ze starć było zupełnie inne od pozostałych. W dodatku mieliśmy oddzielenie spodka Enterprise – cieszmy się tym, póki się pojawia, bo serial nie robi tego zbyt często. No i nie wolno zapomnieć o scenografii, tak niemożliwie sztucznej, choć przecież o kilka poziomów lepszej niż skały z papier- mâché i kwiaty z firanki w TOSie.
The Arsenal… to jeden z moich ulubionych odcinków TNG.



– What happened to all the people?
– War?
– Disease?
– A dissatisfied customer?

Code of honor

autor: Juan Ortiz

Premiera: 12 października 1987
Reżyseria: Russ Mayberry, Les Landau
Scenariusz: Katharyn Powers, Michael Baron

Pojedynki z przedstawicielami różnych ras w TOSie występowały niejeden raz. Jeśli TNG daje nam coś oryginalnego to jest to udział w owym pojedynku kobiet (oczywiście mogę się mylić, ja i moja pamięć złotej rybki, ale Fraa z całą pewnością mnie naprostuje, jeśli będzie trzeba [hum, zadałaś mi ćwieka. Pamiętam, że Kirk sklepał panią, ale to nie było w formie pojedynku, a większej bójki – w The Cloud Minders. Brał udział w walce na arenie razem z kobietą, w The Gamesters of Triskelion. Ale to wciąż nie to. Najlepiej by było chyba przejrzeć walki, w których brała udział Uhura – ale to wciąż są po prostu jakieś ogólne rozwałki, a nie takie eleganckie pojedynki jeden na jeden. Obawiam się, że nie potrafię pomóc. Co może świadczyć albo o tym, że masz rację, albo że obie mamy pamięć złotej rybki]). Od razu na początku wyrzucę z siebie, iż broń, którą najwyraźniej wybrała Yareena (Karole Selmon) jest imho idiotycznie nieporęczna. Skoro można ją stracić, bo po prostu po zamachu spada z dłoni, a jej ciężar powoduje, że babeczki zwisają bezwładnie z poprzeczek rozstawionych na arenie to nie bardzo ogarniam sens jej istnienia w ogóle. Zatruć wszak można każde ostrze czy kolec.

Jeżu drogi, to była najgorsza broń we wszechświecie xD Ciężki, nieporęczny bambulec, który SPADA PRZY GWAŁTOWNIEJSZYM ZAMACHU. Okej, może i wygląda dość… ekhm… imponująco, ale jednak czarno na białym było widać, że to niefunkcjonalny badziew. Dlaczego więc bohaterka wybrała właśnie to?
Kiedy swego czasu oglądałam Supernatural, śmiałam się przeokropnie za każdym razem, jak braciom Winchester w czasie walk regularnie wypadała broń z rąk. Z Ulvem dość prędko doszliśmy do wniosku, że oni powinni mieć te swoje pistolety na gumkach przywiązane do nadgarstków czy coś, jakaś instalacja na wzór rękawiczek, które dzieci mają na sznureczkach, żeby nie pogubiły. No więc podczas oglądania tej walki wspomnienia wróciły. Absolutnie widzę tę „rękawicę” na gumeczce.
A tak na serio, to wyobrażam sobie, że ustrojstwo powinno mieć w środku jakiś poprzeczny pręt, na którym zaciskałoby się dłoń, no nie? Nawet jeśli broń sama w sobie jest głupia i nieporęczna, myślę, że nie miałaby prawa tak po prostu się wypsnąć i polecieć w widownię. To znaczy – chyba że jest głupia bardziej, niż ustawa przewiduje…

Bardzo natomiast podobał mi się fakt, iż Tasha – walcząca oficjalnie o
Najdurniejsza broń ever - źródło
mężczyznę, a tak naprawdę o niezwykle rzadką szczepionkę, która tradycyjnie uratuje wiele, wiele, wiele żyć niewinnych ludzi – odróżniała pociąg seksualny od uczucia. Co prawda musiałam jej uwierzyć na słowo, że Lutan (Jessie Lawrence Fergusson) jest szczytem pociągającej męskości, bo z mojego punktu widzenia tylko się gapił oceniająco, śmiał tubalnie i… hum. Właściwie to nic więcej. Ale jednak pani porucznik przyznaje, że gość jej się podoba, ale kompletnie nie oznacza to, że go kocha i chciałaby od niego czegokolwiek, nie mówiąc już o spędzeniu reszty życia na obcej planecie jako jego żona.

No ale tak wizualnie to Lutan nie był jakiś najgorszy. Niestary, raczej symetryczny, postury okazałej… Może nie mój typ, ale ufam, że mógł się podobać. I owszem, Tasha serwuje nam bardzo fajne, trzeźwe spojrzenie. Wszystkie przelotne kochanki Kirka mogłyby teraz przyjść do niej na seminarium z niebycia głupimi lalkami.

Natomiast Lutan wyraźnie został jej osobą mocno trzepnięty, skoro nie baczył na to, że nie ma ona kompletnie niczego, czym mogłaby podnieść jego stan majątkowy.

Nie no, tam akurat nie chodziło o jej stan majątkowy, tylko o to, że ona – jako walcząca kobieta – mogła jako jedyna sprawić, żeby on odziedziczył majątek pierwszej żony.  Bo najwyraźniej sam był zbytnim cieciem, żeby uśmiercić połowicę jakoś pokątnie a samodzielnie. :D W każdym razie rozumiem to tak, że on nie potrzebował podnoszenia swojego stanu majątkowego – w zupełności wystarczyłby mu spadek po Yareenie.

Bo to, co najciekawsze w planecie Ligon II, zamieszkałej przez humanoidów o zupełnie innym poziomie cywilizacyjnym niż nasi bohaterowie jest to, że choć początkowo wydaje nam się, że kobiety stoją w hierarchii niżej niż mężczyźni (takie wrażenie można odnieść, gdy doradca Lutana, Hagon (Julian Christopher), próbuje pominąć Tashę w procesie przekazywania próbki szczepionki kapitanowi – swoją drogą, sposób w jaki ona tę próbkę sprawdza, zaglądając do pudełka na pół sekundy jest nieco komiczny – jak potem jej obecność jest traktowana jako coś dziwacznego i trudnego do przyjęcia przez niezwykle honorowych gości), to jednak po dotarciu na planetę okazuje się, że to do nich należy prawdziwa władza, bo to one są właścicielkami ziemi, a jeśli odejdą od swego mężczyzny, ziemia bynajmniej nie zostaje przy nim. Mężczyzna jest jedynie strażnikiem ziemi i może z niej korzystać jeśli pozostaje z kobietą w związku małżeńskim. To fakt, iż na USS Enterprise rolę tradycyjnie przypisaną mężczyźnie, pełni kobieta był powodem początkowego spięcia, nie zaś pogarda dla kobiet w ogóle.

I właśnie tu mi się to wszystko jakoś przestało kleić w którymś momencie. Bo na początku było prosto: okej, kobiety posiadają ziemię i wszystkie hajsy, a mężczyźni walczą i niejako w zamian za to korzystają z bogactw kobiet. Ale widzimy, że Tasha bez spocenia się rzuca Hagonem po podłodze Enterprise jak chce. Dalej widzimy, że Yareena tłucze się (tą kretyńską rękawiczką) jak równa z równą z Tashą. I, jak się wydaje, to nie jest jakiś wyjątkowy przypadek – kobiety w tym świecie całe życie trenują walkę, zawsze mając na uwadze, że mogą zostać wyzwane na pojedynek. Wynika mi z tego, że kobiety nie dość, że mają kasę, to jeszcze spokojnie przewyższają mężczyzn, jeśli chodzi o ich wartość bojową. Jaka więc jest rola mężczyzn…? Ewentualnie mogliby być, bo ja wiem, luksusowymi niewolnikami? Sługami? Skąd w odcinku ten dziwny pozór, że oni w ogóle mają jakiekolwiek znaczenie?
Z tego miejsca chyba bardziej mnie przekonuje koncepcja przedstawiona w jednym z późniejszych odcinków (acz nadal pozostaję w tym sezonie!), Angel One. Ale do tego jeszcze wrócimy.

Ogólnie to po tych trzech odcinkach Tasha wyrasta nam na trekową seksbombę. Robi wrażenie na lewo i prawo. Humanoidy i androidy zdają się lecieć na nią ostrym szwungiem, a ja chyba wcale im się nie dziwię ;)

Spoko, oni wszyscy jeszcze nie wiedzą, że nad ranem po upojnej nocy zaczęłaby im opowiadać o swoim trudnym dzieciństwie. xD

W Code of Honor uwagę zwraca też dobór ludzi na misję na planecie – po
Nowa szczęśliwa rodzina - źródło
pierwsze musi się na nią udać kapitan – wyższa konieczność ponieważ posłanie kogokolwiek o niższych kompetencjach gospodarze uznają za uwłaczające (oczywiście komandor Riker nie łyka tego bez protestu). Po drugie gdy kapitan potrzebuje konkretnych faktów wzywa Datę i Geordiego, bo to oni są w stanie najlepiej odpowiedzieć na pytania dotyczące broni używanej do rytualnych pojedynków na Ligon II. To przyjemna odmiana w stosunku do TOSa, gdzie grupa zwiadowcza zdawała się być dobierana na zasadzie widzimisia.

Jakże widzimisia? Na zasadzie „główni bohaterowie + jakiś redshirt na odstrzał”! A tak na serio, to owszem: w ogóle kwestia wysyłanych na obce planety i kosmiczne wraki ludzi jest ogarnięta bez porównania lepiej niż w TOSie. Począwszy od faktu, że kapitan wcale nie musi się znaleźć w takiej drużynie (jak wspomniałaś, tu akurat się znajduje, ale to ma uzasadnienie fabularne).
Ogółem lubię ten odcinek, choć nie jest wolny od głupot. Tak czy owak, ogląda się przyjemnie.



But I warn you. If you get hurt, I'll put you on report, Captain.