Star Trek: Starfleet Academy

Przyznaję: góglałam dotąd, aż
znalazłam plakat inny niż ten główny.
Nie cierpię tego głównego.
Zdmuchuje kurz i odgarnia pajęczyny.


Bez zbytniego przeciągania. Będą spoilery.

Starfleet Academy był serialem, którego w ogóle nie planowałam oglądać. Z wielu względów: po pierwsze, bo miało być o studenciakach, więc teen drama i zdecydowanie nie mój wajb. Po drugie, bo to sequel/spin-off (?) Discovery'ego. A o Discoverym mam, no cóż, bardzo złe zdanie. I mean: bardzo, bardzo złe. Ojojoj, jak złe. Na tak wielu płaszczyznach. Zresztą, moja bańka pełna była (i w sumie jest nadal) narzekania, jak nędznym serialem jest Starfleet Academy – nie byłam ani zaskoczona, ani zainteresowana. Później gdzieś doczytałam, że serial anulowany, później mignął mi nagłówek, że w sumie to był spoko – i ostatecznie pomyślałam sobie, że no dobra: 10 odcinków, to nawet jeśli będą słabe, jakoś wytrzymię. A i tak musiałam sobie coś odpalić do obierania ziemniaków i krojenia brukwi, więc uznałam, że Treczek będzie w sam raz.

Pierwsze wrażenie: okej, mamy naszego bohatera i jego smutne backstory. Poznajemy postacie, które pewnie będą miały znaczenie później, jest trochę płaczu. W tym miejscu jeszcze mogło to skręcić zarówno w dobrym jak i fatalnym kierunku. Potem przeskakujemy nieco w czasie i tak naprawdę zaczynamy poznawać bohaterów.


I tu przyznaję, że kopnęło mnie pierwsze pozytywne zaskoczenie: bo postacie są zupełnie fajne i polubialne. Wbrew moim obawom, Caleb bardzo szybko okazał się nie być ekwiwalentem Burnham – nie był merysójką. Miał słabości, popełniał błędy i – co ważne! – ponosił ich konsekwencje! Przy jednoczesnym byciu oczywiście geniuszem i złotym dzieckiem – no ale tam wszyscy byli w ten czy  inny sposób geniuszami, wszak zostali przyjęci do Akademii Gwiezdnej Floty, czyż nie?

Przez moment nie mogłam rozgryźć, o co chodzi z Genesis i trochę się obawiałam, że jej perkiem będzie fakt, że jest ładną dziewczyną. Ale nie, dość prędko wyszła fajna dynamika relacji między nią a Daremem i wszystko wskoczyło na swoje miejsca.

I nawet z Discovery’ego wyłuskali i wykorzystali tak naprawdę to co najlepsze – czyli np. Jett czy Charlesa Vance’a, którzy teraz, nieprzytłoczeni przez wymuszoną zajebistość Burnham, wreszcie mogli zaistnieć jako autonomiczne postacie (wiadomo, drugoplanowe, ale nadal autonomiczne).

Koniec końców, najsłabszym ogniwem okazała się Tarima. Ale też nie od razu. Jako love interest Caleba była nawet urocza. Oboje byli, a ich wątek nie wydał mi się nawet jakiś nachalny czy odciągający uwagę od innych tematów. Problem zaczął się, kiedy Tarima zniknęła na pewien czas, a później wróciła. I zaczęła mieć pretensje do wszystkich wokół, że traktują ją jak potwora, że nikt nie spojrzy jej w oczy, że jest taka odrzucona i nieszczęśliwa. A mam z tym problem, bo dosłownie żadnej z tych rzeczy nie mieliśmy okazji zobaczyć – a wręcz przeciwnie: każda osoba, z którą Tarima rozmawiała, starała się być dla niej miła, wspierająca i pomocna. Mam wrażenie, że cały ten wielki problem istniał jedynie w głowie naszej Betazoidki i że to niekoniecznie było zamierzone.

No dobrze, mam jeszcze jeden problem, jeśli chodzi o bohaterów: Jay-Den Kraag. Bez problemu ląduje u mnie na podium moich ulubionych Klingonów, jest świetny. Niemniej no… nazywa się Jay-Den. Mogą wrzucać w to imię dowolną liczbę myślników, mogliby nawet dorzucić apostrof, ale to nadal Jaden. Ilekroć ktoś używał jego imienia, ja miałam przed oczami Smitha Juniora i to mi strasznie rozwalało tę postać. Nie akceptuję, że Klingon nazywa się Jaden. Kropka.


Bohaterowie bohaterami, no ale oni nie istnieją zawieszeni w próżni, prawda. No więc fabuła: zacząć muszę od tego, że oczywiście z samego założenia fabuła nie będzie miała tego, co jest jednym z moich ulubionych elementów składowych wszystkich Star Treków: eksploracji kosmosu. Rzecz się dzieje na Akademii i tylko czasem robimy wypad gdzieś dalej. Tyle tylko, że to wcale nie skreśla serialu – bądź co bądź, dokładnie na tym samym polegało Deep Space 9, które jest dość powszechnie uważane za jedną z najlepszych, jeśli nie w ogóle najlepszą, serię. Oswoiłam się więc z myślą, że tu nie o latanie po kosmosach chodzi.

O co więc chodzi?

W głównej mierze o to co zawsze: pokazanie kierunku, w jakim potencjalnie mogłaby rozwinąć się ludzkość. Pod tym względem muszę przyznać, że Starfleet Academy bardzo fajnie wraca do korzeni takich jak TOS i TNG: prezentuje pakiet ideałów i wartości, które towarzyszyły nam w tych najwcześniejszych seriach. Praktycznie każdy odcinek zawiera w sobie jakiś morał krążący wokół tego, że zaawansowana technologia w odpowiednich rękach może być fajna, a ludzie są w stanie się dogadać między sobą i dokonywać super rzeczy mimo dzielących ich różnic. Będzie też trochę o szacunku i zrozumieniu odmienności (szczególnie w odcinku Vox in Excelso) czy ogólniej o miejscu malutkiego człowieka w bardzo dużym wszechświecie (oczywiście głównie The Life of the Stars, który jednocześnie jest imho najgorszym z odcinków). To wszystko nie są jakieś odkrywcze motywy, w żadnym razie. Są po prostu miłe i u swoich podstaw bardzo startrekowe.

A co do teen drama, to – wbrew moim obawom – wcale nie było tego jakoś bardzo dużo. Oczywiście, jak wspomniałam: mieliśmy wątek miłosny Caleba i Tarimy. Sęk w tym, że w zasadzie wszystkie te osobiste wątki mogłyby zaistnieć w kontekście całkiem starych postaci i to nadal by grało. To nie były stricte „nastolatkowe” historyjki. Kraag (ha, widzicie, co zrobiłam? Wcale nie trzeba używać jego głupiego imienia!) dosłownie rozwiązuje kryzys dyplomatyczny między Federacją a Klingonami i właściwie ratuje cały swój lud. Darem musi dokonać wyboru, czy spełniać oczekiwania rodaków i spędzić życie w zaaranżowanym małżeństwie, czy robić swoje na Akademii – co brzmi dość nastolatkowo, dopóki człowiek sobie nie przypomni, że w dość podobnej sytuacji znalazł się Spock. Tylko tym razem dało się unieważnić małżeństwo bez pojedynku na śmierć i życie. Nie będę nawet zaczynać o Sam, która stara się odnaleźć siebie i zrozumieć, co oznacza bycie człowiekiem, bo to, ile razy podobne tematy mieliśmy poruszane z Datą, to przecież nie sposób zliczyć (okej, tak naprawdę jest sposób, wystarczy spojrzeć na liczbę odcinków, ale no – wiadomo o co kaman). Genesis ma daddy issues i stara się spełnić wymagania obojętnego/surowego ojca-admirała. Nie szukając daleko, moje skojarzenie leci tu w stronę Deanny Troi, która dosłowie przy każdym spotkaniu z matką miała dramy. A Nus Braka to bardzo satysfakcjonujące zastępstwo dla Harry’ego Mudda.

I tak można by wymieniać. Znów: nic super odkrywczego, ale wszystkie te wątki to są takie wdzięczne tropy, których kolejne iteracje można realizować właściwie ile się tylko chce. Nie są powtórzeniem 1:1 fabuł ze starszych serii, ale jednocześnie mają tego samego ducha.

Przy czym nadal oglądamy perypetie studentów, toteż na przykład jest wpleciony wątek międzyuczelnianego współzawodnictwa. Wprowadza trochę takiej dzieciarskiej energii, uwiarygadniając bohaterów, którzy dzięki temu unikają zbytniej posągowości i wyidealizowania.

Generalnie na spokojnie widziałabym Starfleet Academy jako serial na np. cztery sezony, gdzie każdy sezon to by był rok na Akademii, a skończyłoby się ukończeniem edukacji przez naszych bohaterów. Co by zresztą otworzyło furtkę do kolejnej serii, gdzie dokładnie ci bohaterowie wskoczyliby na mostek jakiegoś statku i ruszyli odkrywać stare-nowe światy i cywilizacje.

Mówię „stare-nowe”, bo w tym konkretnym settingu to by w dużej mierze mogło być właśnie takie ponowne odkrywanie tego, co zostało utracone. Bo Starfleet Academy rozgrywa się po tajemniczym Wybuchu. I to, niestety, prowadzi do mojego największego problemu – do Star Trek: Discovery. Bo ja nigdy Discovery’ego nie skończyłam oglądać. Dałam radę dobić jakoś do połowy trzeciego sezonu i szczerze, pokonał mnie ten serial. Pokonała mnie najbardziej merysójska bohaterka, jaką w życiu oglądałam, i morze łez – jej i innych. Ale po obejrzeniu Starfleet Academy poczułam, że chciałabym uzupełnić sobie wiedzę o tym uniwersum i dooglądać, o co tam chodziło z tym Wybuchem i jak bardzo mamy tu biedaWarhammera 40000.

No więc odpaliłam końcówkę drugiego sezonu (bo i tak nic nie pamiętałam, więc chciałam wejść łagodnie, zaczynając od odcinków, które już widziałam, żeby w ogóle sobie odświeżyć, co tam się działo). Nie pamiętam, o czym to był odcinek. Pamiętam, że w ciągu godziny bohaterowie płakali pięć razy. PIĘĆ. I wróciły do mnie wszystkie traumy z poprzedniego podejścia do tego serialu.


Nie chcę się tutaj znęcać konkretnie nad Discoverym, bo prędzej czy później zrobię to w oddzielnym wpisie. Ale pewnego zagadnienia nie da się pominąć przy okazji Starfleet Academy.

Nie wiem, czy problemem jest Alex Kurtzman, czy randomowi reżyserzy pracujący nad poszczególnymi odcinkami. Jakby mnie ktoś pytał – stawiam na Kurtzmana, który jest elementem łączącym Discovery, Starfleet Academy i parę innych tworów spod znaku Star Treka.

Ten gość po prostu nie jest dobrym reżyserem/filmowcem. Bo słabości scenariuszy to jedno. Ale to, jak ten scenariusz zostanie zrealizowany przed kamerą, to druga sprawa i Kurtzman robi to po prostu bardzo słabo. Ma ogromne ambicje, żeby jego seriale co i rusz targały duszą widza, żeby były emocjonalne, budziły wzruszenie, napięcie i Jeżuś wie co jeszcze. Ale nie ma bladego pojęcia, jak to osiągnąć. A skoro nie ma pojęcia, to stosuje jedną metodę: niech bohaterowie płaczą! Smutno im? Płaczą. Są szczęśliwi? Płaczą. Boją się? Płaczą. I to nie tak, że ja gardzę łzami bohaterów filmowych. Tak, mają pełne prawo zapłakać, skoro scenariusz raz po raz rzuca w nich najgorszymi możliwymi traumami. Ale fajnie by było jednak znać umiar. Szczególnie że ten płacz, eksponowany tak absurdalnie często, najzwyczajniej w świecie traci jakiekolwiek znaczenie. Trudno mi przejmować się samotną łzą spływającą po policzku bohaterki, skoro po tym policzku łzy ciekły niemal nieprzerwanie od kilku godzin.

Jakiś czas temu w przebłysku geniuszu powiedziałam takie coś, co Ulv pochwalił, że mądrze brzmi, więc powtórzę to tutaj, żeby olśnić też innych: dobra emocjonalna scena polega na tym, że to widz płacze, a nie bohaterowie.

Kurtzman nie ma bladego pojęcia, jak budować emocjonalne sceny. Widz jest najwyżej znużony.

Ale!

Może w Stafleet Academy zaczął wyciągać jakieś wnioski, może inni reżyserzy mieli więcej do powiedzenia, a może to w ogóle przypadek. Ale ten serial jest bardzo przyjemnie stonowany, jeśli chodzi o przelew łez. Muszę tu jednakowoż wrócić do odcinka ósmego, o którym już wspominałam – który jest niestety przykrym wyjątkiem od tej reguły. Płaczu jest tam dużo i mocno. Emocjonalna scena – też jest! Nie, nie ta, w której płakusiowali. Tylko ta, w której Genesis wyciągnęła z torby szczoteczkę do zębów, którą kupiła jej Sam. To było ładne, osobiste i naturalne (serio, w kontekście odcinka ma to sens).

Także no: Kurtzman dalej nie umie, ale mimo wszystko Starfleet Academy wypada milion pińcet razy lepiej.


 Podsumowując: Starfleet Academy to nie jest jakieś startrekowe objawienie życia. Z tych nowszych produkcji zdecydowanie nadal wolę Strange New Worlds. Ale to nie jest ani zły serial, ani zły Star Trek. Ma spoko wątki, fajnych bohaterów, wiarygodne budowanie relacji między nimi, nawet wizualnie jest dużo ciekawszy niż szaro-granatowy Discovery. Nie wiem, czy powtórzę sobie ten seans. Ale jak kiedyś pojawi się drugi sezon – na pewno obejrzę. To taka strefa komfortu, tylko w odmłodzonej wersji. A jeśli ktoś woli uznać, że serial jest gównem, bo pani kapitan krzywo siedzi na fotelu – to już problem tego kogoś.

Allegiance


Premiera: 26 marca 1990
Reżyseria: Winrich Kolbe
Scenariusz: Richard Manning, Hans Beimler

Właściwie jeśli chodzi o samo sedno tego odcinka, pewnie mogłabym powtórzyć tutaj jakieś fragmenty z notek o The Cage czy The Eye of The Beholder. Bo znów dostajemy epizod o kosmicznym ZOO, a skojarzenie z pilotażowym odcinkiem Oryginalnej Serii nasuwa się o tyle mocno, że w Allegiance także mamy wysoko rozwiniętą rasę, która nie ogarnia zupełnie podstawowych rzeczy, jak na przykład to, że nikt nie lubi być porywany i przetrzymywany gdzieś wbrew woli.
Zasadnicza różnica polega na tym, że tym razem nie od razu wiemy, co jest grane. Obca rasa ujawni się dopiero po pewnym czasie, podczas gdy wcześniej dostajemy całkiem fajną, zagadkową sytuację, w której za pierwszym razem dość trudno się połapać. No bo kto jest porywaczem? Na jakiej zasadzie dobierał ofiary? Jaki ma cel, skoro nie wysuwa żadnych żądań? Dlaczego w więzieniu, do którego trafi Picard i inni, są fałszywe drzwi? Wszystko to jest dziwaczne i intryguje, każe wraz z kapitanem drążyć w poszukiwaniu prawdy.
Zresztą, Picard w ogóle bardzo fajnie wypada w tym odcinku: momentalnie wchodzi w kapitańskie buty, mimo że nie ma wokół siebie załogi, tylko zupełnie nieznajomych, losowych obcych. Jest w stanie ich zorganizować, tak żeby Esoqq (Reiner Schöne) nikogo nie zeżarł. No i w końcu to Picard, nikt inny, odkryje prawdę, mimo rozlicznych podejrzeń rzucanych na pozostałych członków niedoli.

Z drugiej strony, oprócz perypetii czworga więźniów, mamy też zaprezentowane losy załogi Enterprise, która zostaje skonfrontowana z fałszywym Picardem. Tutaj mamy spory potencjał komediowy, bo uzurpator z jakiegoś powodu zachowuje się… cóż, powiedzmy, że mało przekonująco jako kapitan, pod którego się podszywa. Z jednej strony ewidentnie siedzą w nim wspomnienia i myśli oryginalnego Picarda, z drugiej jednak zapodziały się gdzieś kapitańskie priorytety i ideały, na skutek czego nasz uzurpator z subtelnością nieomal Kirka zaczyna podrywać doktor Crusher.

Dziwi trochę, że zaawansowani kosmici odpowiedzialni za całą tę hecę nie potrafią ogarnąć, jak działa pozbawianie kogoś wolności. To znaczy: z całą pewnością ogarniają samą ideę więżenia i bycia więźniami, no bo są uwikłani w te relacje na co dzień. Widzą też na pewno, że ich porwane szczury laboratoryjne próbują uciec, że odczuwają dyskomfort. Nie do końca więc przemawia do mnie ich zdumienie z końcówki odcinka, z którego to zdumienia wynika, jakoby oni w ogóle nie mieli świadomości, że hej, to nieprzyjemne co oni robią, i jak ktoś robi im to samo, to nie jest fajne. A przecież tak właśnie nasi kosmici są przedstawieni: jako ci, którzy w gruncie rzeczy nie chcą źle i ich intencją nigdy nie było jako takie wyrządzanie krzywdy, po prostu nie myśleli, że to tak nieprzyjemne.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony odcinek po prostu ogląda się przyjemnie. No bo tutaj Picard z niebywałą charyzmą i uporem rozwiązuje zagadkę swojego porwania, tam z kolei podszywająca się pod niego istota uczestniczy w szeregu śmieszkowych scen, które – choć w gruncie rzeczy pozbawione sensu – są po prostu zabawne i na swój sposób przyjemne. Z drugiej jednak, ani ten odcinek nie jest szczególnie odkrywczy (no bo The Cage!), ani – mam wrażenie – nadzwyczaj dobrze przemyślany. Są luki w kreacji obcych, pozostawiają też nieco do życzenia zachowania załogi Enterprise. Więc to fajny odcinek, żeby sobie obejrzeć, ale już nie do końca się sprawdza, jeśli człowiek chce o nim pomyśleć trochę po seansie. Ot, takie leniwe czterdzieści minut – leniwe, jak się zdaje, i dla widza, i dla twórców.



My given name is Esoqq. It means 'fighter.'
I'll bet half the names in Chalnoth language mean fighter.
Mizarians, your names all mean surrenderer!

Sins of the Father

il. Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 19 marca 1990
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Drew Deighan, Ronald D. Moore, W. Reed Moran

Za nami kolejny zacny odcinek. Tym razem uwaga twórców – i widzów – skupia się na Worfie. Mamy wcale ciekawy wgląd w kulturę i politykę Klingonów, ze wszystkimi tego plusami i minusami, ale wartość fabuły jest tym większa, że otwiera nam całkiem duży rozdział historii Star Treka, czyli walkę klingońskich klanów o władzę. To tu poznajemy Durasa, który jeszcze nie raz się objawi.
I trzeba przyznać, że to jest ładnie zrealilzowane. Worf wreszcie przestał być wiecznie przewracającym się, trochę bezużytecznym członkiem załogi, a pokazuje się jako pełnowymiarowa postać – z historią trochę bogatszą niż „hurr durr, wojownik!”. Prawdę mówiąc, nie bardzo mam na co tu narzekać. Poza oczywistościami, czyli na przykład kompletną zbędnością doradcy Troi.
No bo po kolei: obecność Kurna (Tony Todd) na pokładzie Enterprise jest fajna nie tylko ze względu na nadchodzącą historię, ale też dlatego, że w pewnej mierze przecież unieważnia moje marudzenie z odcinka A Matter of Honor, w którym to Riker trafił na klingoński okręt IKS Pagh. To znaczy nadal uważam, że tam cała kwestia wymiany została pokazana głupio i myląco, ale dobrze wiedzieć, że w rzeczywistości jednak ta akcja była chyba nieco lepiej zorganizowana i że rzeczywiście polegała na wymianie, czyli że Klingoni też kogoś przysłali.
Kurn zresztą jest przeuroczym Klingonem, który jednocześnie wkurza, ale jednocześnie jakoś tak miło się patrzy, jak rozstawia po kątach federacyjne ciepłe kluchy. Bo oczywiście nasi cukierkowi bohaterowie są idealnie zdyscyplinowani, zdolni i w ogóle strzelają tęczami z brzuszków, ale (to nie jest wcale nic chlubnego) dobrze się patrzy, jak taki ideał dostaje kopa i zaczyna płakać. A w sumie Wesley czy Geordi w dużej mierze uderzyli właśnie w takie pochlipywanie w kącie, że ojejej, nowy pierwszy oficer ich skrytykował. I jeszcze fajne jest to, że niby twierdzą, jakoby krytyka była zupełnie niesłuszna, a Kurn się czepiał, ale z drugiej strony, w żadnym momencie nie widać tego na ekranie. Kiedy Klingon zwrócił uwagę Wesleyowi na jego zachowanie, chłopak rzeczywiście uskuteczniał sobie pogaduszki. Oczywiście, pewnie to nie były szkodliwe pogaduszki, niemniej przyczyna skarcenia nie była tak do końca wzięta z kosmosu.
No i przekomiczne wydało mi się „nękanie” Worfa. Naprawdę szacun dla Kurna, że potrafił wkurzyć całą załogę, niezależnie od rasy – każdemu zapewnił indywidualne traktowanie.

Ale nie o Kurna chodzi – znaczy o niego też, niemniej on tylko odpala główny wątek, czyli domniemane zbrodnie Domu Mogha, które miały sprawić, że Worf zostanie wyklęty przez Klingonów (o! Właśnie uświadomiłam sobie, że Klingoni to obok ludzi jedyna rasa – przynajmniej z tych głównych – której nazwa nie pochodzi od planety, z której pochodzą!).
Mamy fajne wprowadzenie powracających później postaci oraz wstęp do dużo większego wątku. Zaczyna się póki co skromnie i nic nie zapowiada kierunku, w jakim się to potoczy, niemniej to fabuła ewidentnie niedomknięta i z dużym potencjałem. Mamy ładnie zarysowaną relację Worfa z Picardem – to taka z jednej strony przyjaźń, z drugiej jednak ogromny szacunek, ściśle zresztą powiązany z hierarchią na mostku Enterprise. Moment, w którym kapitan zostaje cha’DIch Worfa, bardzo wiele pokazuje. Co więcej, bardzo mi się podoba, jak koniec końców Picard omal nie rozpykał dwóch klingońskich zamachowców, którzy się na niego rzucili, mimo że przecież nie jest najmłodszy ani najsilniejszy spośród przyjaciół Worfa.
W ogóle ten odcinek dał mi nieco do myślenia w temacie kapitana Picarda: mam wrażenie, że on jest źle postrzegany. Zazwyczaj widzi się go jako zręcznego dyplomatę, który pilnie strzeże Pierwszej Dyrektywy i ogólnie sprawdza się w sytuacji pokoju, ale nie poradziłby sobie podczas wojny. A tak naprawdę chyba jednak w Picarda jest całkiem dużo wojownika, tylko rzadko kiedy mamy w Następnym Pokoleniu okazję to widzieć.

Okej, jednak do dwóch rzeczy mogę się przyczepić: po pierwsze, odnaleziona Kahlest (Thelma Lee): poświęcono nieco czasu na jej odnalezienie i sprowadzenie, były walki i trudne decyzje, zapowiadało się, że to coś ważnego. I z ogromnym zdumieniem przyjęłam fakt, że tak naprawdę obecność staruszki nie miała żadnego znaczenia. Stawiła się przed obliczem K’mpeca (Charles Cooper), oznajmiono, że będzie zeznawać, K’mpec oznajmił, że to zeznanie mu zwisa – i Kahlest sobie poszła. Wow. Warto było nabudowywać tę scenę!
No i jeszcze coś, z czego już od dawna się śmieję, to znaczy postępowanie klingońskiej Rady wobec skazanych zdrajców. No bo jeśli uznajemy kogoś zdrajcą, to uznajemy w tym, że mamy do czynienia z osobą zdolną do skrytobójstwa, szczwaną, przebiegłą, podstępną, prawda? Czy to nie brzmi jak ostatnia osoba, od której odwrócilibyśmy się plecami? Tymczasem znakiem uznania Worfa winnym zdrady jest to, że cała Rada właśnie to czyni: odwraca się doń plecami. Serio, to jest cud, że Imperium Klingońskie w ogóle przetrwało.

Mimo małych niedoskonałości, to bardzo dobry odcinek, który zostaje w pamięci na dłużej i każe czekać, co dalej wydarzy się z Worfem. No bo trudno uwierzyć, że scenarzyści już po wsze czasy zostawią go w niesławie, skazanego za zbrodnię, której Mogh nigdy nie popełnił. Ale to już historia na inne odcinki.



You are brave, cha'DIch. Worf chose well.

The Offspring


il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera
: 12 marca 1990
Reżyseria: Jonathan Frakes
Scenariusz: René Echevarria

Jonathan Frakes od wielu lat jest związany ze Star Trekiem - nie tylko jako odtwórca roli legendarnego Williama Rikera, ale też reżyser zarówno wielu odcinków serialu (Następne Pokolenie i nie tylko), jak i filmów pełnometrażowych. Nie mogę powiedzieć, że wszystkie Star Treki, które wyszły spod ręki Frakesa to arcydzieła, ale myślę, że z dużą dozą pewności można stwierdzić, że kto jak kto, ale ten człowiek rozumie, o co w tym wszystkim chodzi. Nawet jeśli odcinek nie jest ogromnie porywający, to jest po prostu przyjemny, podejmuje znane problemy i wątki, a bohaterowie trzymają się swoich charakterów.

Taki właśnie jest odcinek The Offspring, w którym Data postanawia stworzyć sobie dziecko.
Muszę przyznać, że za pierwszym razem ten epizod mnie zaskoczył. Doświadczenie podpowiadało mi, że jeśli na scenę wchodzi drugi android, w dodatku lepszy, bo szybciej uczący się niż Data, to z całą pewnością koniec końców okaże się, że projekt wymknie się spod kontroli, Lal (Hallie Todd) się zbuntuje i będzie ją trzeba dramatycznie wyłączyć albo coś w ten deseń. Tymczasem René Echevarria zaproponował widzom zaskakująco ciepłą, spokojną historię, w której tak naprawdę nie ma antagonisty. Lal okazuje się do samego końca głodną wiedzy, ale też kochającą córką Daty, która nikomu nie wyrządza krzywdy.
Takie tam, jak zwykle podczas rozmów z Datą
(źródło)
I chyba nawet admirał Haftel (Nicolas Coster) nie może być nazwany antagonistą tego odcinka, bo wszystko co robi, robi w dobrej wierze, kierując się procedurami obowiązującymi w Federacji i rozsądkiem. Tak, może i nie ma tak ogromnego serduszka jak wszyscy na pokładzie Enterprise, może nie jest w równym stopniu emocjonalnie ustosunkowany do Lal – ale przecież wcale nie powinien być, jest admirałem, który powinien pozostawać w swoich obserwacjach maksymalnie obiektywny i logiczny.
Konflikt, który pojawia się w odcinku, pozostaje dzięki temu nieomal tragiczny - mamy skonfrontowane racje państwa i racje jednostki. Wiadomo, że widz będzie sympatyzował z Datą i jego przyjaciółmi, tak jak w Antygonie sympatyzuje się z Antygoną, ale gdzieś z tyłu głowy i tak odzywa się głos, że to nie jest takie oczywiste.

Subtelny podryw pierwszego oficera,
no bo czasem trzeba przestać się krygować.
(źródło)
The Offspring to właściwie dość smutny odcinek, ale zawierający też bardzo dużo skondensowanej treści: no bo po pierwsze, mamy główny problem, czyli czy jakaś zewnętrzna władza ma prawo odebrać rodzicowi dziecko, nawet jeśli dla dobra tego dziecka? Jakie znaczenie w takiej sytuacji ma zdanie rodzica, no a przede wszystkim – co ma do powiedzenia samo dziecko? Po drugie, przemyka problem wykluczenia ze względu na inność – o ile dorośli nie mają z Lal problemu, o tyle androidka ma poważne kłopoty z przystosowaniem w szkole. Nawet szkoda, że nie wpleciono wątku podjęcia próby poszerzenia dziecięcych horyzontów, bo wyszło na to, że reszta załogi akceptuje takie postawy. Jest też nieco o miłości (urocza ciekawostka: Guinan, która objaśniała ideę trzymania się za ręce i takich tam, pierwotnie miała mówić Lal, że tak się dzieje, kiedy kobieta i mężczyzna się kochają. Sama Woopi Goldberg zasugerowała, że należałoby to przerobić na wersję neutralną płciowo i ostatecznie dostaliśmy "kiedy dwoje ludzi się kocha" - trudno mi nie docenić tej zmiany, bo ona bardzo wyraźnie pokazuje jeden z bardziej wartościowych aspektów Star Treka), odpowiedzialności i – last but not least – człowieczeństwie androidów.
No bo pod tym względem Lal, jak się okazuje, prześcignęła Datę. Choć ja trochę przestaję kupować te gadki Daty, jak to on nic nie czuję, bo naprawdę nie zachowywał się tak, jakby faktycznie nie kochał swojej córki. To taki Pinokio, który chce być prawdziwym chłopcem, tylko chyba mu umknęło, że od dawna już nim jest. I to też mi się podoba.

Kameralny, miły odcinek, który mimo że nie odkrywa jakichś nieziemskich rewelacji, stanowi bardzo miło spędzony czas.



I feel.
What do you feel, Lal?
I love you, father.
I wish I could feel it with you.
I will feel it for both of us… thank you for my life.

A Matter of Perspective

(źródło)
Premiera: 12 lutego 1990
Reżyseria: Cliff Bole
Scenariusz: Ed Zuckerman

To kolejny z epizodów zrealizowanych, jak się wydaje, nieco po taniości: skromna obsada, niewiele wnętrz, całość sprowadzona do opowiadania w kółko tej samej historii. Na szczęście jednak tym razem to się udało, mimo że autor scenariusza nie mógł pochwalić się spektakularnym doświadczeniem ani w pisaniu Star Treka, ani w pisaniu w ogóle. Czy to jednak intuicja Zuckermana, czy może obfita pomoc rozlicznych współtwórców serii, tym razem ta konwencja bardzo ładnie zagrała i pomogła w zaprezentowaniu widzowi fajnego tematu: kwestii punktów widzenia.

Odcinek jest odcinkiem „sądowym”. Znamy takie od dawna, bo przecież nawet w Oryginalnej Serii pojawił się chociażby epizod Court Martial, a i później załogi kolejnych statków Enterprise (i Voyager) bywały na bakier z rozmaitymi wymiarami sprawiedliwości. Różnica polega na tym, że tym razem, jak wspomniałam, właściwa historia – czyli, w tym przypadku, odtworzenie wydarzeń prowadzących do popełnienia domniemanego morderstwa – zostaje opowiedziana na początku odcinka i niewiele się w tym temacie zmienia. To nie tak, że nagle dostajemy jakieś superważne informacje, które kompletnie zmieniają zeznania.
Przeurocze jest też to, jak różni się
przebieg bójki w zależności od tego,
kto ją relacjonuje (źródło)
No bo co tak właściwie się zmienia w kolejnych relacjach prezentowanych podczas rozprawy? Raz to Riker twierdzi, że został uwiedziony przez Manuę Apgar (Gina Hecht), innym znów razem Manua utrzymuje, że Riker nieomal ją zgwałcił – co ciekawe, żadne z nich nie kłamie, o czym zapewnia nas doradca Troi. I prawdę mówiąc, nie mam większego problemu z uwierzeniem w to. Być może każde po trosze uwodziło, każde wierzyło w swoją wersję – to całkiem prawdopodobne.
Właściwie to interesujące są właśnie te drobne różnice w zeznaniach poszczególnych uczestników procesu, te rozmaite punkty widzenia, a nie sama sprawa morderstwa. Bo ta – co tu dużo mówić – nie za bardzo trzyma w napięciu. Przecież znamy Rikera nie od dziś. Dobrze wiemy, że jest krystalicznie czysty i niewinny. Znamy też konwencję i wiemy, że kapitan Picard dowiedzie niewinności swojego pierwszego oficera. Nie ma tu żadnego punktu do niepokoju.

Dodatkowo interesująco wypada tutaj początkowa scena, w której Picard usiłuje namalować obraz. Przyznam, że za pierwszym razem miałam wrażenie, że to scenka mocno bez sensu, która nie odnajduje w dalszej części odcinka żadnej kontynuacji. Dopiero później udało mi się ogarnąć, że jest wręcz przeciwnie: w zasadzie cały epizod jest kontynuacją tej jednej scenki. Cały proces Rikera jest próba namalowania obrazu. Każdy maluje go po swojemu: Riker, Manua, Tayna (Juli Donald). Nikt nie kłamie, po prostu różnie widzą to, co próbują odmalować, tak jak na początku każdy inaczej postrzegał nagą kobietę (choć koszmarnie było widać, że statyści z początkowej sceny chyba nigdy w życiu nie próbowali niczego namalować, bo miałam wrażenie, że ledwie ogarniali, z której strony trzymać pędzel). I w tym wszystkim pojawia się Picard – człowiek, którego spojrzenie jest co najmniej niekonwencjonalne. W jego obrazie nic nie pasuje do niczego. I właśnie to niekonwencjonalne, wykraczające poza normy spojrzenie, świeże i nieoczekiwane, okazuje się zbawienne dla Rikera i dla całej sprawy. W gruncie rzeczy to zostało bardzo ładnie zgrane.

Dużo w tym odcinku napatrzymy się
na to wnętrze (źródło)
Brakuje mi tak naprawdę chyba tylko jednego: zeznań Geordiego. Geordi po powrocie na pokład Enterprise był co najmniej poruszony. Z całą pewnością wiedział coś o sprawie, choć nie chciał sam niczego opowiadać kapitanowi. Nawet jeśli nie był świadkiem wszystkich wydarzeń, to jednak coś musiał widzieć i słyszeć, jakąś kłótnię, jakieś groźby – dlaczego więc nie uwzględniono również jego perspektywy? (końcową symulację traktuję nieco inaczej, bo to już wynik wspólnie prowadzonego śledztwa, a nie relacja z wcześniejszych wydarzeń)

Całościowo jednak pozytywnie odebrałam ten odcinek. Nawet jeśli nie trzymał w szczególnym napięciu, to jednak był na swój sposób intrygujący i może nawet trochę pouczający. Bohaterowie pokazali się od swoich najlepszych stron, a kapitan – jak zwykle zresztą – zachował fantastyczną równowagę między lojalnością a obiektywizmem (uwielbiam scenę, w której oskarżony Riker chce porozmawiać z Picardem na osobności, ale ten mu odmawia, wiedząc, jak bardzo niestosowne to by było w zaistniałych okolicznościach). Odcinek może i leniwy, może i po taniości, ale zdecydowanie udany.




- Investigator, in our system of jurisprudence a man is innocent until proved guilty.
- In ours, he is guilty until he is proved innocent, and you are under our jurisdiction.