Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marc Daniels. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marc Daniels. Pokaż wszystkie posty

One of Our Planets Is Missing; The Lorelei Signal

Miotacz antymaterii rozpiżdża niestrawione resztki planety

Po ostatniej wtopie tym razem jesteśmy obie jednako czujne i szybkie. Nie ma opcji – nie dopuścimy więcej do zepsucia naszego wizerunku wzorowych blogerek! No.

Premiera: 22 września 1979
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Marc Daniels

Przetłumaczony na „Pożeracza światów” tytuł odcinka staje się zdecydowanie poważniejszy. Przyznam, że oryginalny tym razem w zestawieniu z treścią epizodu jest dla mnie zabarwiony komediowo. W jakiś taki dziwny sposób. [Prawda – dokładnie rozumiem, o co Ci chodzi. Szkoda, że z kolei nasz tytuł trochę spoiluje, no ale w gruncie rzeczy to niegroźne, bo o działalności chmury dowiadujemy się dość szybko] Oto bowiem wskroś galaktyki wędruje sobie purpurowa chmura i – jak się szybko okazuje – trafiając na coś na swej drodze po prostu to wchłania/trawi/pożera. Żywi się materią i niekoniecznie zwraca uwagę, czy jest to materia nieożywiona czy wręcz przeciwnie. W odcinku mamy do czynienia z dylematem w typie – czy wolno zabić inteligentną istotę ażeby ocalić 82 miliony ludzi. Moim zdaniem TAK, WOLNO. Oczywiście, fajnie, jeśli można się dogadać i grzecznie ją wyprosić z żerowiska, które trochę jest naszym wszechświatem. Ale jeśliby się nie dało, nie widzę problemu – TAK, WOLNO zabić. Przytoczę cytat z pana Tarkowskiego, który rzekł był do syna tak: „Słuchaj, Stasiu! Śmiercią nie wolno nikomu szafować, ale jeśli ktoś zagrozi twej ojczyźnie, życiu twej matki, siostry lub życiu kobiety, którą ci oddano w opiekę, to pal mu w łeb, ani pytaj, i nie czyń sobie z tego żadnych wyrzutów.”

Nam to się wydaje oczywiste (bo w sumie mi też, kamaaan! Potrzeby większości są ważniejsze od potrzeb jednostki, to logiczne, no nie?), z drugiej strony jakoś mi pasuje, że jednak mieli wątpliwości. Star Trek od początku zwraca uwagę na ten szacunek do każdej możliwej formy inteligentnego życia i byłabym zniesmaczona, gdyby nagle bez skrępowania postanowili roznieść tytułowego pożeracza.
Oczywiście, uznałabym załogę Enterprise za matołków również wtedy, gdyby ostatecznie zdecydowali się ratować kosmitę poświęcając planetę, no ale na szczęście nie podjęli tak absurdalnej decyzji, a wątpliwości moralne nie przesłoniły rozsądku.

Z innej beczki – odcinki animowane w kwestii technologii wydają mi się o niebo trudniejsze niż odcinki oryginalnej serii – nie zrozumiałam dokładnie niczego z pierwszego pomysłu na usunięcie zagrożenia chmury. Te wszystkie materie i antymaterie i odcinanie kosmków. Nie ogarniam <wzdych>.

A nie, tutaj jakoś nadążyłam za wszystkim. Z drugiej strony, oglądałam ten odcinek chyba z cztery razy, więc może było mi łatwiej.

Natomiast pomysł, by chmura w przekroju wyglądała trochę jak ludzki mózg, trochę jak płuca wydaje mi się zupełnie dobry. W czymś była do nas podobna, można było jakoś ją przełożyć na ludzkie. Łatwiej wtedy pomyśleć, że może jednak się dogadajmy.

Pomysł bardzo spoko – acz jestem nieco zawiedziona. Bo najpierw porównali ją do układu pokarmowego i zasuwali niby-jelitem. I zmierzali do, jak to było nazwane, „przesmyku” na końcu, żeby się wydostać. Moje prymitywne poczucie humoru już rechotało namyśl o tym, że oto kosmiczna chmura będzie srała Enterprisem. Tymczasem w trakcie podróży zmienili to na mózg i wszystko popsuli. Nie potrafią się bawić.

LOOOOOOOOOOL

Premiera: 29 września 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Margaret Armen

Dobrze, ten odcinek dał mi dużo satysfakcji. Ubawiłam się. Choć momentami fabuła zdawała się nie trzymać ani kupy, ani dupy. Bo wiecie – mamy urządzenie, które pokazuje nam WSZYSTKO, więc używamy go do
Babeczki w czerwonych sukienkach nie giną tak łatwo!
znalezienia zbiegów, dopiero jak nam to Uhura podpowie. Czyżby dlatego, że wszystkie syrenki na tej planecie były blondynkami z durnych dowcipów? [omatkozcórką, to było tak bardzo głupie! :D ] Albo najpierw scenariusz wyraźnie idzie w to, że babki na USS Enterprise są konkretne i ogarnięte, a potem wysyłają ekipę ratunkową z samych bab, bo im pan Spock kazał. Chciałoby się przewrócić oczami, serio.

A nie, jeśli chodzi o ekipę ratunkową, to nie miałam zastrzeżeń. Pan Spock jest pierwszym oficerem, więc może kazać tak a nie inaczej i niższe rangą załogantki muszą się dostosować. Ani Uhura, ani inna z kobiet na pokładzie Enterprise nie miały pełnego rozeznania w sytuacji, więc mogły nie mieć za bardzo podstaw, żeby wpaść samodzielnie na takie rozwiązanie. Nie wiedziały nic o dziwnych blondynkach ani o opaskach wysysających energię życiową. Nie wieszałabym psów na ich ogarnięciu, bo myślę, że w zaistniałych okolicznościach każdy zrobił to, co do niego/niej należało.

Nie o to mi chodzi. W żadnym razie nie wieszam psów na ich ogarnięciu. One przecież to zrobiły ZANIM pan Spock im kazał. Uhura wcześniej, zanim się skontaktowali, dała polecenie, żeby się grupa ochrony złożona  z samych kobiet zebrała przy transporterze. Ona to wyczaiła na pokładzie, obserwując panów. I dlatego mnie trafiło, że potem jakby jej to odebrano.

Ooo, serio tak było? Widzisz, jakoś to mi umknęło totalnie, a odcinek też widziałam kilka razy… Ale to w drugą stronę będę bronić – że Spock nie wiedział, co wykminiła Uhura. :D (acz rzeczywiście może zabrakło podkreślenia, skoro na załączonym obrazku widać, że można było nie zauważyć, że one tak dziarsko działały).

Ale przecież mamy końcówkę w Uhurą, która mówi, że kapitan po przywróceniu młodości za pomocą wiązki teleportacyjnej jest jeszcze przystojniejszy i weź tu nie śmiej się do rozpuku, oglądaczu, jak dostajesz taką śliczną trekową autoironię.

Jeśli chodzi o główny motyw odcinka, pokazującego nam planetę samych kobiet, wokół której od 150 lat giną tajemniczo statki w regularnych odstępach czasu, też zasługuje na facepalma, bo trochę czasu zajęło Federacji ogarnięcie niezbyt jak się okazuje skomplikowanego problemu. I wiem, że wychodzi na to, że narzekam, podśmiechujki sobie robię, a mówię, że fajne. Bo tak naprawdę pan Scott w błogim nastroju nucący szkockie pieśni i Uhura z siostrą Chapel robiące porządek na Enterprise pełnym rozanielonych chłopów wystarczą. No.

Z drugiej strony, inne załogi nie miały Spocka – gdyby tutaj zabrakło Spocka, który poinstruował Uhurę, co i jak, Enterprise dołączyłby do puli zaginionych statków i tyle.

No właśnie nie, bo patrz wyżej. Sama Uhura by wystarczyła. Czy też każda kobieta, bo jakoś nie wierzę, żeby to wymagało super intelektu, wykrycie, że chłopom coś robi wodę z mózgu.

Inni nie mieli Spocka i Uhury, no. :D
Inna sprawa, że teraz tak sobie myślę – blondynki musiały się „ładować” co 27 lat. Było ich pięć sztuk. To daje tak naprawdę wyssanie kilku panów z góra sześciu statków przez te 150 lat. To właściwie nie brzmi aż tak drastycznie. Może dlatego nikt aż tak bardzo się nie spinał, żeby wyjaśnić tajemnicę? Zaginiony statek raz na prawie trzydzieści lat…? Myślę, że w kosmosie mogą istnieć bardziej kłopotliwe rejony.

Inna sprawa, że to kolejny odcinek, gdzie rzeczywiście – rozwiązanie jest bardzo proste. Właściwie wystarczy trochę porozmawiać i tyle. Okazuje się, że wszyscy chcą dobrze, w sumie to się lubimy i po prostu trochę nam smutno, ale jak Kirk strzeli tęczą z brzuszka, to okaże się, że będzie nam wesoło.

Co zaś mnie zastanowiło to błękit tęczówek pań Lorelai. Czy to specjalnie dlatego, by móc podkreślić ten błękit, towarzystwo z Enterprise tęczówek nie ma w ogóle?

Towarzystwo z Enterprise nie ma ani tęczówek, ani białek. To kolejny raz, kiedy muszę podkreślić, jak boli mnie niechlujność wykonania tej serii. Nieruchome tła są serio ładne. Ale animacja postaci totalnie na odwal się, emocje na twarzach nie istnieją, kolory spontanicznie się zmieniają (to chyba w którymś z tych dwóch odcinków w jednej scenie pan Sulu nagle przedzierzgnął się w czerwony mundur – tak na sekundkę, bo czemu nie), a na domiar złego seria ma okropną manierę pokazywania scen w ten sposób, że na pół ekranu mamy pół twarzy bohatera, a w tle ewentualnie twarz rozmówcy. Nie wiem jak Ciebie, ale mnie to zaczęło wkurzać właśnie jakoś od czwartego odcinka. Oglądając mam ochotę odsunąć się od ekranu, bo czuję, jakby Kirk miał zaraz wytknąć mi nochala z monitora. Serio, kamero: mniejszy zoom!




Spock, what did you... perceive?
The wonders of the universe, captain. Incredible. Completely incredible.

Spock's Brain

Autor: Juan Ortiz, źródło


Premiera: 20 września 1968
Reżyseria: Marc Daniels
Scenariusz: Gene L. Coon


Niniejszym – po przerywniku w postaci filmu pełnometrażowego W poszukiwnaiu Spocka – otwieramy sezon trzeci i ostatni The Original Series. Tym samym już tylko rok dzieli nas od serii animowanej, ale to daleko posunięta i niepotrzebna dygresja ;)
Jeśli zaś o bardziej sensownych dygresjach – nieprzypadkowo postanowiłam we wstępie wspomnieć o trzeciej pełnometrażówce. Uczyniłam to, gdyż pierwszy odcinek trzeciego sezonu ma z nią wspólną nić przewodnią – oto kapitan Kirk wraz z członkami swej wiernej załogi, podobnie jak w omawianym dwa tygodnie temu filmie, musi ruszyć na ratunek panu Spockowi. W filmie doktor McCoy jest w posiadaniu duszy Spocka, którą należy umieścić w odnalezionym ciele. W serialowym odcinku McCoy dysponuje ciałem pana Spocka, do którego należy wszczepić – po wcześniejszym odszukaniu go w mroku kosmosów – ukradziony oficerowi naukowemu mózg.

Nie zwróciłam na to uwagi, ale jak o tym wspomniałaś, to podoba mi się to zestawienie: w odcinku McCoy ma ciało, do którego trzeba wsadzić umysł, za szesnaście lat zaś będzie miał duszę, którą trzeba wsadzić w ciało. Ładne odwrócenie, ale co więcej: w obu przypadkach to od Bonesa całkowicie uzależniona jest egzystencja Spocka. Choć to Kirk jest najlepszym przyjacielem Wolkanina, zarówno w Spock’s Brain jak i w Search for Spock może on tylko stać z boku i się przyglądać. I bardzo, bardzo podoba mi się ta przyjaźń McCoya i Spocka. Podoba mi się, że właściwie nie istnieje w słowach. Oczywiście, tu i ówdzie doktor ma chwile słabości, w których przyznaje się Spockowi do tego, że w sumie to jednak trochę go lubi (rewelacyjna scena w celi w Bread and Circuses), ale generalnie ta relacja opiera się na czynach, a nie na słowach. W mojej opinii to jest doprowadzona do perfekcji zasada show, don’t tell.

Na samym początku pragnę powiedzieć, że kocham twórców Star Treka za
Tak wygląda człowiek oświecony (źródło)
ich cudownie optymistyczną wiarę w możliwości medyczne ludzkości <3 Oto najzwyczajniej na świecie w wyposażeniu ambulatorium USS Enterprise znajduje się urządzenie podtrzymujące życie w ciele pozbawionym mózgu i pozwalające na dodatek tym ciałem sterować. Ot, standardowa sprawa. I tylko mnie tak cichutko coś pika, że w sumie to ja nie wiem, na ile była rozwinięta neurologia w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Warto byłoby sprawdzić… Bo w tym odcinku w ogóle dzieją się magiczne rzeczy, ciało Spocka biega (no dobrze: człapie, nie biega) bez mózgu, mózg Spocka kontroluje systemy podtrzymywania życia w podziemnym habitacie, a kiedy już te dwa komponenty się spotkają, pan Spock z częściowo podłączonym mózgiem mówi doktorowi, żeby mu ogarnął ośrodek mowy (???), to mu podpowie, jak przeprowadzić operację do końca. To jest ten rodzaj fikcyjnej nauki, który zaiste trudno odróżnić od magii.

Uhm… Z kolei mnie właśnie trudno przełknąć ten odcinek właśnie z powodu tej medycznej magii. To znaczy: ja się może nie znam, ale czy mózg nie jest trochę potrzebny w tych takich podstawowych funkcjach życiowych? Nie wiem, gdyby mi powiedzieli, że ze Spocka została usunięta większość mózgu, a zachowano jedynie jakiś maleńki fragment odpowiedzialny za motorykę i oddech, to może bym łyknęła. Ale tak? Tak po prostu sru i wycięli caluśki mózg, zostawiając w czaszce Spocka pustkę? No nie. Po prostu tego nie kupuję. I owszem, za którymś oglądaniem już się do tego przyzwyczaiłam, niemniej zawsze oglądaniu tego odcinka towarzyszy w moim przypadku cichy parsk śmiechem i maleńki, bardzo maleńki facepalm.

Mam wrażenie, że mamy właściwie identyczne odczucia ;) Ja tylko próbowałam wyrazić je możliwie delikatnie.

Tak silnie cierpiący (źródło)
Dodam tutaj od razu, że wizja, w której poszczególne elementy systemu podtrzymywania życia całej stacji przekładają się na oddech, krwiobieg i czucie temperatury bardzo mi się podoba. Podobnie jak idea ewolucji wstecznej. Swoją drogą – żyli tak od tysięcy lat… Jakieś dzieci? Czy byli tak długowieczni? Owszem pojawia się hasło o dawaniu bólu i przyjemności, więc może ta przyjemność to nie tylko jedzenie pięknym kobietom z ręki, ale i jakieś seksy, tym niemniej fajnie byłoby zobaczyć jakieś dzieciaki.

Ja w ogóle nie mam pojęcia, jak funkcjonuje to społeczeństwo. Teoria o seksach do mnie nie przemawia, bo przecież panowie w ogóle nie ogarniali takich pojęć jak „kobieta” czy „towarzyszka”, analogicznie miała się sprawa z paniami. Skoro nie mieli w głowach zakorzenionej nawet idei płci, to trudno oczekiwać, że się jakoś szczególnie rozmnażali… Z drugiej strony, o ich długowieczności też się nie pojawia ani słowo – więc widz zostaje z totalną pustką w tym temacie. Szkoda. Nawet Seksmisja była pod tym względem lepiej dopracowana.

Trochę mniej mi się podoba wybieranie spośród trzech planet układu Sigma Draconis tej, na której prawdopodobnie ukrywa się złodziejka mózgu ze swą zdobyczą. Załoga wydaje mi się być jakoś głupsza niż jestem przyzwyczajona, a Kirk stawia na przeczucie, choć tak naprawdę moim zdaniem, zlodowaciała planeta z prymitywnymi formami życia jest najbardziej prawdopodobna, jako dobra kryjówka. Oczywiście widzę tu konsekwencję twórców – Kirk nie zawsze kieruje się rozumem, dobry kapitan czasem musi zaufać swemu instynktowi, tyle że tutaj jak dla mnie to nie wyszło. Konsekwencję widzę też w tym, jakie wrażenie robi na kapitanie Kara (Marj Dursay), gdy teleportuje się na mostek Enterprise. Błysk w oku i wypełzający na twarz uśmiech są tak bardzo Kirkowe. I na dodatek są pięknie spunktowane przez Karę, która po prostu „wyłącza” kapitana wraz z załogą i bierze to, po co przyszła.
Podsumowując – odcinek oglądało mi się bardzo dobrze. Sprawił mi sporo
A tak operowany (źródło)
uciechy (kocham nową fryzurę pana Scotta! [a ja jej właśnie nie lubię ;( Scotty wygląda w niej… jakoś tak nie jak Scotty]), miał bardzo trekowe zakończenie [TAK! „Trekowe” w najlepszym, takim nieomal kreskówkowo-komediowym wydaniu, gdzie dopiero co wyrwali pana Spocka ze szponów śmierci, a już bez żenady robią sobie z tego wszystkiego podśmiechujki. Kocham ich za to – to panowie, którym żadne traumatyczne przeżycia nie są groźne!] i jeszcze do tego wszystkiego dokładnie w tej chwili kazał mi się jeszcze zastanowić, jak w takim przypadku traktować sprawę Pierwszej Dyrektywy? Mieszkańcy M6 (swoją drogą świetnie mówiący po angielsku, niezależnie od stopnia rozwoju – bo mogą!) byli bardziej zaawansowani technicznie i naukowo od ludzkości – kiedyś, bo teraz mądrzeją tylko wybrańcy i tylko po użyciu hełmu-nauczyciela… Czy ingerencja w ich upadek narusza, czy nie narusza Pierwszą Dyrektywę?

Hah! Nad Pierwszą Dyrektywą też się tu zastanawiałam. I, prawdę mówiąc, nadal nie mam jednoznacznej opinii na ten temat. Myślę, że ewentualnie można tu sięgnąć po precedensy, czyli na przykład przypadek Vaala z epizodu The Apple. Mieliśmy tam jakiś wyższy/mechaniczny byt, który sterował prymitywnymi tubylcami. Kirk zniszczył Vaala i pozostawił tubylców samych sobie, czyli właściwie zrobił coś podobnego jak tutaj. Pozostaje mi więc zaufać, że Pierwsza Dyrektywa zezwala na tego typu ingerencję, która nie polega na sterowaniu prymitywnym ludem, tylko ewentualnie na… no, usunięciu takiego zewnętrznego czynnika sterującego.
Przecież kapitan Kirk wie co robi, prawda…?

Zawsze prawda!

A odcinek tak ogólnie to też ogląda mi się dobrze. Mniej-więcej dobrze. Bo jednak mam wrażenie, że jest jakiś taki… nie wiem: napisany trochę na kolanie? Niedopracowany? O tyle mnie to zaskakuje, że Marc Daniels kojarzy mi się raczej z najlepszymi epizodami serialu, podobnie jak Lee Cronin, pod którym to pseudonimem kryje się Gene L. Coon, twórca scenariuszy do takich odcinków jak (wspomniany już wyżej) Bread and Circuses, Errand of Mercy czy The Devil in the Dark. Dziwność, zaprawdę, dziwność…



I'll never live this down - this Vulcan is telling ME how to operate.

Assignment: Earth

Autor: Juan Ortiz, źródło


Premiera: 29 marca 1968
Reżyseria: Marc Daniels
Scenariusz: Art Wallace

Rozmyślam od dobrej godziny od czego zacząć i wreszcie wiem: zacznę od tego, iż Misja: Ziemia moim zdaniem niesie w sobie od początku sporo zaskoczeń. Pierwsze atakuje oglądacza w pierwszym zdaniu – otóż USS Enterprise zostaje wysłany w przeszłość, do roku 1968, by przyjrzeć się w jaki sposób Ziemi udało się wyjść z kryzysu, o którym mówią podręczniki historii. Zostaje wysłany w przeszłość na standardową misję historyczną. Nic nadzwyczajnego. Jasne, pełen luz, widzu, to wcale nie tak, że do tej pory cofnęli się w czasie tylko raz i to przypadkiem (a przynajmniej ja nie potrafię sobie przypomnieć żadnego innego razu i to jest moment, gdy wzywam Fręę na pomoc). Oczywiście nie zamierzam bynajmniej twierdzić, że to nieścisłość, czy coś w tym stylu. W sumie to logiczne, że skoro się raz udało i załoga wraz ze statkiem wróciła bezpiecznie, to przeprowadzono potem badania, eksperymenty i rozpracowano metodę, dzięki której takie podróże stały się niewiele trudniejsze niż inne misje statków Federacji. Ale jednak – EJ, MÓWIMY O PODRÓŻACH W CZASIE, NIE?

Nie przydam się na wiele, gdyż albowiem również nie pamiętam, żeby Enterprise był w stanie ot tak sobie fruwać w czasie w ramach standardowych procedur. Przecież nawet wiele lat później, przy okazji pełnometrażowego The Voyage Home z 1986 r., przeniesienie się w czasie było co najmniej problematyczne. Owszem, wiedzieli teoretycznie, jak tego dokonać, ale jednak wciąż było to coś… no cóż, dość nadzwyczajnego. Możliwego, ale nadzwyczajnego.
Internety wspominają, że Assignment: Earth to jedyny epizod, w którym podróż w czasie jest potraktowana w ten sposób. Więc cóż – nie bójmy się tego słowa. Myślę, że możemy to potraktować jako pewną nieścisłość. ;)

Kolejne zaskoczenie jest rozciągnięte na właściwie cały odcinek. Otóż kapitan Kirk, Spock i reszta nie grają w nim pierwszych skrzypiec. To opowieść o agencie ukrytym pod pseudonimem Gary Seven (Robert Lansing), który –
I kostiumy łatwo zdobyć... (źródło)
wyszkolony przez cywilizację obcych, znacznie przewyższających Ziemię technologicznie – ma za zadanie chronić naszą piękną planetę przed zagładą, jaką łatwo mogą na nią sprowadzić jej mieszkańcy. Jak się okazuje agentów takich jest więcej, ktoś w kosmosie o nas dba i najwyraźniej niczego nie oczekuje w zamian. Przy okazji: uwielbiam teorię, która mówi, że osiągnięcie pewnego poziomu technologicznego związane jest także z osiągnięciem równie wysokiego poziomu moralnego.

Ej, mi się ogromnie podoba właśnie to, że w przypadku Ziemi właśnie ten mechanizm zawiódł i poziom technologiczny wyprzedził poziom moralny – i stąd nasze wszystkie problemy.

Bo to jeszcze nie TEN poziom! Tak myślę...

Inna sprawa, że w ogóle muszę się przy tej okazji nieco zagłębić w dzieje naszej planety. Bo jeśli dobrze pamiętam, uniwersum Star Treka polega na tym, że po II wojnie światowej była III wojna światowa (i/lub wojny eugeniczne, o których nie pozwoli zapomnieć Khan), po której dopiero ludzkość się ocknęła, zrobiła krok naprzód, nauczona poprzednimi błędami – i tak się wszystko zaczęło. To pozwala przypuszczać, że Gary Seven i kapitan Kirk zaledwie odwlekli w czasie to, co nieuniknione. Co tak ogólnie pozwala sobie uświadomić, że tak naprawdę ludzkość potrzebuje potężnego kopa w zad (takiego jak III wojna światowa), żeby się ogarnąć.
Poza tym – to jest taki odcinek, który nawet nie próbuje udawać, że nie jest zaangażowany. Traktuje o kryzysie 1968 roku i jako żywo powstał w 1968 roku. W trudnym roku i w trudnej dekadzie. Końcówka lat sześćdziesiątych to czas, w którym mamy Amerykę uwikłaną w wojnę wietnamską, zagrożenie nuklearne wisiało nieustannie nad światem… no, nie było lekko. Wszak z tego wywodzi się nawet cały nurt fantastyki, jakim jest atomic punk. Z tego samego kryzysu wyrósł Fallout (raczej lata pięćdziesiąte, wciąż jednak mowa o erze atomowej). Wyraźnie więc widać, że ta sytuacja angażowała ludzi. Gene Roddenberry i inni twórcy Star Treka nie byli tu wyjątkiem – zresztą, przecież Star Trek od samego początku gdzie tylko mógł, krytycznie wypowiadał się o erze atomowej.

Zaprawdę - to jest świetne! (źródło)
Zatem – jak wspominałam. To pan Seven i towarzysząca mu kotka imieniem Isis kradną odcinek. To pan Seven musi przekonać o swej dobrej woli przypadkową Ziemiankę, Robertę Lincoln (Teri Garr) zatrudnioną w roli sekretarki przez innych agentów, tak by była w stanie mu pomóc. To pan Seven wspina się na rusztowanie, przy którym stoi gotowa do startu rakieta, mająca wynieść na orbitę broń atomową (i znów nie omieszkam wyrazić zachwytu – kocham scenę, gdy Isis biega po Garym, a ten coś tam psuje w rakiecie).

I to jest bardzo uzasadnione, jeśli wierzyć internetom: Gary Seven i Roberta mieli być bohaterami samodzielnego serialu. I w sumie to widać w scenie pożegnania, w której Spock zapowiada, że „pan Seven i panna Roberta mają przed sobą ciekawe doświadczenia”. Ten odcinek to bardzo ładny grunt, na którym mogła wyrosnąć całkiem ciekawa historia.

Co w tym czasie robią Kirk i spółka? Wahają się. Zupełnie słusznie zresztą, bo od ich decyzji zależy wszak przyszłość Ziemi, a więc ich teraźniejszość. Pierwsza zasada podróży w czasie – nie ingerować. Tymczasem ingerencja miała miejsce niezależnie od ich działania, gdy Enterprise przejął wiązkę przesyłającą agenta na Ziemię. I teraz – czy to przejęcie przeszkodziło czemuś i dzięki temu przyszłość jest taka, jak jest? Czy wręcz przeciwnie, skoro za pierwszym razem ich tam nie było, to agent miał dotrzeć na Ziemię bezpiecznie? Czy zaufać obcemu, który nie ma czasu na wyjaśnienia i nie wzbudza zaufania? W efekcie większość działań załogi Enterprise w tym odcinku sprowadza się do przypadkowości, a gdy już podejmują działanie początkowo są z niewłaściwej strony. Bardzo mi się to podobało. Było wiarygodne i fajnie było obserwować, jak Kirk kombinuje, starając się podjąć najlepszą decyzję.
Na koniec dodam, że podobała mi się też bardzo panna Lincoln. Pasowała do swego ekstrawaganckiego stroju, jej charakter dał się zauważyć, potrafiła okazać odwagę. A do tego rozbawiła mnie w scenie, w której Isis przybiera ludzką postać.

Choć przyznam, że trochę nie rozumiem, po co w ogóle Isis przybrała tę ludzką postać. Nic z tego nie wynikło – poza srogim spojrzeniem panny Roberty. Ale myślę sobie, że ten wątek miałby potencjał, gdyby rzeczywiście podjęto się realizacji serialu o tajemniczym agencie z kosmosu i jego ziemskiej pomocnicy… że niby taki serial zrobiono i miał tytuł Doctor Who? Oj tam, oj tam!
Dobry odcinek na koniec sezonu! [A tu się całkowicie zgadzam! Jest dobry. Ma dużo Star Treka w Star Treku. Jest zaangażowany, anty-atomowy, w owym czasie ze wszech miar aktualny. Bardzo na plus!]



– Where is 347?
– With 348?