Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joseph Pevney. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joseph Pevney. Pokaż wszystkie posty

The Immunity Syndrome

Autor: Juan Ortiz
Premiera: 19 stycznia 1968
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Robert Sabaroff

Dla porządku napiszę na wstępie, iż polski tytuł tego odcinka to Pożeracz światów. Jest na tyle odległy od oryginału (choć trudno mu odmówić tego, że pasuje do treści), że uważam za stosowne go przytoczyć.

I, jakkolwiek rzeczywiście „Pożeracz światów” na swój sposób jest adekwatny, to jednak żałuję, że tłumacz nie spróbował czegoś w stylu „System immunologiczny” czy „Układ odpornościowy” – myślę, że byłoby całkiem fajnie i nie tak… nie wiem… siermiężnie? Te polskie tytuły są takie zupełnie bez polotu, banalne i wyprane z idei, podczas gdy w oryginale tytuły odcinków nierzadko są same w sobie perełkami.

Dla mnie odcinek ten jest festiwalem artystycznych upadków – słowa kapitana do załogi „przygotujcie się na odpalenie silników” oznaczają na USS „Enterprise” tyle co: „przygotujcie się na siniaki” i nieodmiennie mnie to bawi – oraz pięknym obrazem przyjaźni pana Spocka, doktora McCoya i oczywiście kapitana Kirka, choć tego ostatniego jakby w tym akurat odcinku nieco mniej.

Yup, absolutnie uwielbiam to, jak tutaj są zaprezentowane relacje tej trójki – przy czym, owszem, głównie chodzi o McCoya i Spocka, bo Kirk pozostaje jakoś na drugim planie. Choć też ma swoje momenty – wystarczy wspomnieć o dylemacie, którego z przyjaciół wysłać na pewną śmierć. Mocne, dramatyczne.
Moja ulubiona scena to ta, w której doktor ma życzyć Spockowi powodzenia: naprawdę ładnie im to wyszło, co tu dużo gadać – dość wzruszająco. To dość konsekwentnie budowana relacja: żaden z tych dwóch się do tego nie przyzna, dzieli ich właściwie wszystko, ale jednak darzą się nawzajem ogromnym szacunkiem i sympatią. Uwielbiam to i niezmiernie żałuję, że do tej pory żaden z nowych Star Treków nie zdołał tego odtworzyć (choć Beyond był naprawdę blisko).

Ale od początku.
Oto kapitan Kirk i jego dzielna załoga właśnie skończyli wykonywanie trudnego i
[źródło]
wyczerpującego zadania. Wszyscy żyją tylko nadzieją na zasłużony odpoczynek w jakimś miłym miejscu. Niestety – najpierw dociera do nich urwany sygnał z wolkańskiego statku USS „Intrepid”, potem polecenie z Bazy Gwiezdnej Sześć, które każe im porzucić nadzieję na wypoczynek i zbadać przyczynę zerwanego kontaktu z układem Gamma 7A.
Moment utraty łączności z USS „Intrepid” jest mocno znamienny. Pan Spock doznaje czegoś w rodzaju ataku, wypręża się gwałtownie, odczuwa ból, a potem mówi, że statek z czterystoma Wolkanami na pokładzie przestał istnieć. Czy to Wam czegoś nie przypomina?
Po przybyciu do rzeczonego układu załoga USS „Enterprise” orientuje się, że nie tylko „Intrepid” przestał istnieć. W miejscu układu Gamma 7A istnieje tylko pustka kosmosu i coś, co wygląda jak wyrwa w tejże pustce – czarna plama, która po wnikliwej analizie okazuje się być gigantycznym organizmem jednokomórkowym, który pochłania stające na jego drodze układy i organizmy żywiąc się ich energią. Pierwsze objawy wśród załogi to osłabienie i drażliwość, jak przy ekstremalnym zmęczeniu – doktor McCoy walczy z tym aplikując wszystkim ogromne dawki stymulantów, które w odpowiednim czasie będą musieli odchorować. Teraz jednak liczy się czas, bo przecież kapitan Kirk nie pozwoli na to, by ogromny wirus zniszczył całą galaktykę.

Jak również: bo przecież w cholernym kwadrancie nie ma, ma się rozumieć, żadnego innego statku. Wiesz, ja się naprawdę czasem zastanawiam, czy Gwiezdna Flota w ogóle ma inne statki? xD

Ma! Te, które wpadają w kłopoty!

Co mi się ogromnie podobało w tym odcinku to nowe światło na doktora McCoya. Owszem, jest on przede wszystkim lekarzem, ale też ma duszę naukowca. Choć na początku mocno obstaje przy tym, że załoga nie powinna ryzykować i „rekomenduje przetrwanie”, to później wydaje się, iż zapomniał  o niebezpieczeństwie. Ważniejsze jest, że może poznać, zbadać i opisać nowy organizm, który go fascynuje do tego stopnia, iż stateczny pan doktor o siwych skroniach wygląda jak podekscytowany nastolatek.

A ja to widzę inaczej: nie tyle go to jara, ile on to uważa za swój obowiązek – bo wszak jest lekarzem. Obca forma życia jest… no właśnie: formą życia, organizmem. Kto ma badać organizm, jeśli nie lekarz? Dodatkowo McCoy, jak zresztą większość oficerów Enterprise, woli sam wystawić się na śmiertelne niebezpieczeństwo, niż pozwolić, żeby zrobił to ktoś inny. Bo McCoy ma ratować innych, a nie pozwalać na to, żeby umierali. Wszak jest lekarzem. ;) Oczywiście, dochodzi tu też cicha rywalizacja ze Spockiem – niemniej myślę, że całościowo postawa doktora wpisuje się w jego… no, doktorowatość. Co zresztą absolutnie uwielbiam i niesamowicie lubię za to McCoya.

Ja jednak widzę fascynację możliwością badań – sprawdzenia swojej teorii, bo wszak na początku jest to jedynie teoria, którą trzeba dopiero poddać weryfikacji.

Drugą kwestią, dla której uważam ten odcinek za jeden z lepszych (i która właściwie ściśle wiąże się z pierwszą) jest rywalizacja doktora, oficera naukowego i kapitana o to, który z nich lepiej nadaje się do misji z założenia samobójczej. Co piękne – kapitan stosunkowo szybko się poddaje (o rozsądku Kirka! wreszcie jesteś z nami!) [zaskakująco szybko! Oddaj nam naszego Kirka, hochsztaplerze!] a na dodatek szybko wychodzi, iż chęć samodzielnego wykonania zadania wywołana była przez niechęć do podjęcia decyzji o tym, którego z przyjaciół wysłać do wnętrza organizmu, by podłożył w nim bombę, przed którą zapewne nie zdąży uciec.
Ostatnia rozmowa Bonesa ze Spockiem – tuż przed startem wahadłowca szarpnęła mnie w emocje. Tak, to bardzo Siemowy odcinek jest.

Uhm, no właśnie mnie też. Już zresztą o tym wspomniałam gdzieś wyżej. U-wiel-biam.

Jednocześnie jest to jeden z idealnych przykładów odcinka oszczędnościowego –
[źródło]
ostatnio, przy okazji A Piece of Action pisała o tym Fraa. Tu nie mamy właściwie żadnej scenografii, oprócz stałej z wnętrza statku oraz kokpitu wahadłowca. Cała praca speców od efektów wizualnych to animacja czarnej plamy zasłaniającej niemal cały ekran na mostku. Wszystko opiera się na dialogach w podstawowych lokacjach – mostek, ambulatorium, winda. I zupełnie mi to nie przeszkadza uważać The Immunity Syndrome za jeden z fajniejszych odcinków, nawet jeśli nie mogę powstrzymać chichotu, gdy pan Scott dramatycznym tonem informuje o całkowitej utracie mocy, podczas gdy całe pomieszczenie świeci kolorowymi lampkami niczym choinka, a oświetlenie nawet nie udaje, że słabnie.

W ogóle jeśli chodzi o efekty, to to jest jeden z tych odcinków, które podziwiam. Bo te efekty były naprawdę dobre jak na tamten czas i tamten budżet. Nie mówię tu, ma się rozumieć, o tych cyfrowo zremasterowanych, tylko o pierwotnych: naprawdę były niczego sobie, a późniejsze ich podrasowanie miało raczej kosmetyczny charakter.
Zresztą, tu w ogóle muszę powiedzieć, że bardzo lubię to, jak Oryginalna Seria została zremasterowana. To zupełnie nie tak jak w przypadku starej trylogii Gwiezdnych Wojen: gdzie, podjarawszy się CGI, wpierdzielili jakichś komputerowych kosmitów z dupy, a olali ewentualne faktyczne poprawienie niedociągnięć. Poprawione efekty w tym odcinku stylistycznie są spójne z całą resztą i nie rażą, to raz. Dwa, że niektóre rzeczy poprawili rzeczywiście z głową: chodzi mi tu o wyciemnienie Enterprise w tych ujęciach, gdzie statek widać z zewnątrz, kiedy znajduje się w czarnej strefie, pozbawionej światła gwiazd.
Tutaj można porównać.

W ogóle jeszcze muszę rzucić garścią randomowych uwag:
Po pierwsze, podobało mi się bardziej ogólne zestawienie wrażliwości ludzkiej i wolkańskiej – ładne odwrócenie ról, bo wszak to ludzie oficjalnie uchodzą za takich czułych, a Wolkanie to sam lodowiec. Lol nope.
Po drugie, ten odcinek dość wyraźnie mi uświadomił, jak skromna jest opieka medyczna na Enterprise. xD No bo serio: około czterystu członków załogi i jest jeden lekarz? Ja rozumiem, że on ma zespół pielęgniarzy… ale mimo wszystko, kaman!
Po trzecie, liczba dramatycznych „dum dum DUUUM” na minutę w tym odcinku – bezcenna. :D
Po czwarte, stare i sprawdzone metody są najskuteczniejsze: kij, czy chodzi o wielką rurkę z kremem, czy o gigantyczną amebę. Rozpiżganie od środka nie może zawieść.
Po piąte, jeden koleś zrobił na mostku salto przez barierkę! *podnosi plakietkę z liczbą przyznanych punktów: 10* Brawa za styl![*rozgląda się za swoją plakietką z dziesiątką* zaiste szacun!]
Po szóste, uwielbiam w tym odcinku Scotty’ego, który generalnie i za przeproszeniem, w tańcu się nie pierdoli, tylko po prostu robi co do niego należy – odgrywając w  całym dramacie rolę tyleż fundamentalną co pozostającą w tle. Niesamowity gość.


– Tell doctor McCoy, he should have wished me luck.

The Trouble with Tribbles

(źródło)
Premiera: 29 grudnia 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: David Gerrold

No co tu dużo gadać, ten odcinek jest cudowny. Ilekroć go oglądam, zaczynam się śmiać w okolicach piątej minuty i radocha właściwie nie zmniejsza się aż do samego końca.
Często staram się wcisnąć randomowym ludziom, że Star Treka – w szczególności, ma się rozumieć, Oryginalną Serię – wielbię za to, że pod maską dziwacznych przygód załogi Enterprise tak naprawdę jest cholernie mądry, przedstawia wspaniałą wizję przyszłości, porusza problemy i w wyważony, ładny sposób stara się podsunąć widzowi możliwe wybory.
Ale oprócz tego – Star Trek ma Tribble.

Kiedy to mówisz, uszy mej imaginacji słyszą daleki odgłos załamującego się gromu. Tak. Ma Tribble.

Serio, choćbym nie wiem, ile się zastanawiała, nie potrafię dostrzec w odcinku The Trouble with Tribbles żadnego głębokiego, mądrego podtekstu. To po prostu czysty, nieskrępowany humor, który przejawia się dosłownie w każdym aspekcie: relacji Spocka i McCoya, relacji Kirka i podsekretarza Barisa (William Schallert, który, jak Jeżusia kocham, przypomina mi starą wersję Josepha Gordon-Levitta), relacji Cyrano Jonesa (Stanley Adams) [kurtka gościa mnie rozwaliła, wszystko pod ręką, oficjalne i spod lady wprost z jednej z przepastnych kieszeni! ^_^] i barmana ze stacji K-7… w mimice Spocka, w niesamowicie wymownej mimice Kirka… no i jest też przepiękna scena bójki, gdzie nawet muzyka sugeruje, że to wszystko jest lekkie i zabawne. Prawdę mówiąc, nasuwa się skojarzenie z Banned from Argo Leslie Fish [idealne skojarzenie moim zdaniem].
Z tego też względu trudno mi coś konstruktywnego napisać o tym odcinku. Mogę jedynie wyliczać, które sceny uwielbiam: a uwielbiam Czechowa i jego bardzo specyficzną wiedzę historyczną. I to, jak Kirk zasmutał, dowiedziawszy się, że Scotty [król odcinka!] nie zaatakował Klingonów po usłyszeniu wiązanki pod adresem kapitana. I jak się upewniał, że do bójki doszło nie wtedy, kiedy dowódca został nazwany denebiańskim ślimakiem, a wtedy, gdy Korax (Michael Pataki) nazwał Enterprise śmieciarką [swoją drogą – serio, kapitanie, co jest większym ciosem dla Twego honoru?]. Wspominałam już, że jeśli chodzi o mimikę, Kirk w tym odcinku dał fantastyczny pokaz uśmiechów, smuteczków i zaskoczeń? Uwielbiam to.
Z ogromną przyjemnością powitałam ponownie Williama Campbella, tym razem w roli klingońskiego kapitana Kolotha. Choć Klingon, wciąż miał w sobie wdzięk Trelane’a z odcinka The Squire of Gothos.

To było oczywiste, że wybiorę ten kadr,
prawda? (źródło)
Oczywiście w The Trouble with Tribbles jest też jakiś poważniejszy wątek, niż tylko tytułowe włochacze. Jakiś konflikt Federacji z Klingonami, polityka, a także czwórpszenżyto, które może zapewnić Federacji przewagę na Planecie Shermana. Ale bądźmy szczerzy: to wszystko służy żartom. Żadnego z elementów fabuły nie jestem w stanie traktować poważnie.

Trudno traktować poważnie zapas zboża, który zostaje przetworzony w Tribble w kilka godzin właściwie, a jedynym, który zdaje się tym przejmować jest biedny podsekretarz. Naprawdę było mi żal gościa.

To jest odcinek, który ostatecznie udowodnił, że Star Trek – kiedy tylko zechce – potrafi bawić do łez. Owszem, ma niebywały potencjał, jeśli chodzi o Mówienie-o-Problemach, o przemycanie pogłębionych refleksji na temat zagrożeń, jakie niesie współczesna cywilizacja – ale równie duży jest jego potencjał komediowy. Przy tej okazji muszę zaznaczyć, że odrobinę żałuję odejścia twórców kolejnych serii od tej konwencji. Star Trek w dużej mierze poszedł w powagę, która – tak myślę – odebrała mu nieco czaru. Najwyraźniej to chyba widać w epizodzie z Deep Space 9, Trials and Tribble-ations. Bohaterowie przenoszą się w czasie i, no cóż, lądują wprost w odcinku The Trouble with Tribbles. Są nawet uroczo wpasowani w oryginalny materiał. I co? I nadają całości poważny ton! Poważny! W odcinku o tribblach, z oryginalnymi tribblami! KAMAN! Ale to inny temat pod rozkminy.



– Do you know what you get if you feed a tribble too much?

– A fat tribble.

Wolf in the Fold

Autor: Juan Ortiz


Premiera: 22 grudnia 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Robert Bloch

Wilk w owczarni to kryminalna odsłona Star Treka. Jest morderstwo, jest oczywisty podejrzany, który nie dość, że jako ostatni widział ofiarę żywą i został znaleziony z narzędziem zbrodni w okrwawionej dłoni, to jeszcze miał wspaniały, przejrzysty motyw wynikający z niedawnej traumy. Powinno być prosto. Właściwie trudno o jakiekolwiek wątpliwości i gdyby podejrzany został automatycznie uznany za winnego i skazany ani trochę nie dziwiłabym się sądowi. Na szczęście nikt nie podąża najprostszą z dróg wnioskowania, bo podejrzanym jest pan Montgomery Scott, główny mechanik na USS Enterprise, przywieziony na Argeliusa II przez swego kapitana na polecenie lekarza pokładowego, który zresztą też bierze udział w wycieczce. Argelius II to planeta przyjemności, miłości płatnej i nie, miejsce, które wyrzekło się zazdrości i wszelkich złych uczuć, które mogłyby prowadzić do zbrodni. Nie mają więc wprawy w rozstrzyganiu spraw kryminalnych, a wszelkich urzędników zatrudniają spośród przedstawicieli innych planet, gdyż – jak rozumiem – nie są dobrzy w niczym poza rozdawaniem miłości.
Nim w końcu okaże się o co chodzi, zabite zostaną jeszcze dwie kobiety, w tym załogantka Enterprise i żona przywódcy całej planety. Tu przyznam, że podziwiam człowieka. Mimo tak niesprzyjających Scotty’emu okoliczności Jaris (Charles Macaulay) do końca nie zrezygnował z zasady domniemania niewinności. Nieco inaczej niż pochodzący z Rigel zarządca planety Hengist (John Fiedler), dla którego sytuacja od początku wydaje się oczywista – tu fajne podkreślenie tego, jak różnią się od innych mieszkańcy Argeliusa. Jednocześnie – co dość ciekawe – na Argeliusie, który praktycznie nie zna przestępstw karą za zabójstwo są tortury.

A to mi się w ogóle bardzo podobało: to nie do końca tak, że na Argeliusie nie wiedzą, co to gniew czy zbrodnia. Wiedzą aż nadto dobrze – i to właśnie stało się przyczyną „Przebudzenia”, o którym w pewnym momencie wspomniał Jaris. Hedonizm tego ludu jest w pełni świadomym wyborem, to nie tak, że „tak wyszło”. Prawdę mówiąc, jest dość intrygujące, co konkretnie skłoniło mieszkańców Argeliusa do tak radykalnej przemiany. Ja jestem ogromnie ciekawa ich przeszłości. Musiało być dość mrocznie, no nie? Śmierć, tortury…? Kurde, to nie przelewki.

Źródło
Scotty ma się więc czego bać, niezależnie od tego, iż już sama niepewność swoich własnych uczynków jest dla niego ciężkim brzemieniem. Scotty bowiem kompletnie nie pamięta sytuacji, po których znajdowane są przy nim martwe kobiety i zakrwawiony nóż, a jak przecież doskonale wiemy nie jest on człowiekiem, który mógłby być zdolny do tak idiotycznego w gruncie rzeczy morderstwa.
Sama trauma Scotty’ego, która ma stanowić motyw, jest dla mnie dość zabawna. Otóż Scotty boi się kobiet, odkąd wybuch spowodowany przez przedstawicielkę płci pięknej rzucił nim o gródź. Żeby było zabawniej widz dowiaduje się o tym od doktora McCoya, który wyjaśnia to kapitanowi Kirkowi już na planecie mającej stanowić lekarstwo na traumy. Przepiękny przykład jak NIE prowadzić ekspozycji ;)

Jestem na tę ekspozycję mocno wyrozumiała i w ogóle mnie nie uderzyła – wszak to tylko odcinek serialu. Wiadomo, że jeśli potrzeba tła, ono musi być jakoś mocno skrótowo wciśnięte, nie ma czasu na subtelności.
Trauma natomiast trochę mnie bawi z innego powodu: kamaaaan! Załogą Enterprise – w tym także Scottym – miota na wszystkie strony, są wybuchy, przejęcia umysłów, porwania, rany, zgony… i akurat ten wybuch spowodowany przez kobietę miałby spowodować u Scotty’ego traumę? Serio? Jakoś tego nie kupuję.

Oczywiście zagrożenie nie dotyczy jedynie samego Scotty’ego. Przychodzi bowiem moment, gdy śledztwo przenosi się na pokład Enterprise. Przy okazji tu znów ciekawa dla mnie z psychologicznego punktu widzenia reakcja Jarisa na śmierć jego żony, będącej swoistym medium, która podczas specjalnej sesji, mającej wyciągnąć z podświadomości Scotta wspomnienia, łapie kontakt z czymś niespotykanym, z pradawnym złem, błąkającym się po galaktyce i zostawiającym po sobie trupy kobiet. Mężczyzna nie szaleje z rozpaczy, nie atakuje podejrzanych, lecz nadal dąży do poznania prawdziwych winnych. Dobre.

Tak. On był w ogóle świetną postacią. Mam wrażenie, że ta świadomość mrocznej, brutalnej przeszłości Argeliusa bardzo mocno w nim siedziała – dlatego tak kurczowo trzymał się „nowych” zasad, miłosierdzia i pokoju. Dobre indeed.

Źródło
Sama idea czegoś w rodzaju złego ducha, który potrafi opętać zarówno ludzi, jak i maszyny – przenosi się przez system komunikacyjny Enterprise – a ponadto wyraźnie pochodzi z Ziemi – jego wcieleniem był na przykład Kuba Rozpruwacz – pozostawiła mnie dość obojętną. Choć muszę przyznać, że można na to spojrzeć jak na ciekawe i może nieco przewrotne potwierdzenie „Ziemiocentryzmu” twórców Star Treka. Nie tylko postęp, nauka i pokojowe poznanie idzie z Ziemi. Ale i bezmyślne zło, zagrożenie i okrucieństwo. Autorzy scenariusza nie uciekają przed tą przykrą wizją ludzkości, która rzutuje nawet na tę przyszłość, która z założenia ma sobie z takim cechami człowieka radzić.

Mi ten odcinek skojarzył się głównie z epizodem Day of the Dove, gdzie będziemy mieli zbliżony motyw obcego żerującego na emocjach… Ale to dopiero za jakiś czas. Po prostu lubię patrzeć, jak twórcy wracają do pewnych tematów, próbują ugryźć je w inny sposób: forma życia pod postacią czystej energii, maszyny zagubione w maniakalnym wypełnianiu ludzkich rozkazów i tak dalej.
Ale owszem, to o czym wspominasz, jest cenne: przypomnienie, że ludzkość to nie tylko Federacja i pokojowe misje, ale też mnóstwo zła, z którego może i mieszkańcy Ziemi zrezygnowali po wojnie, ale to nie znaczy, że ono zrezygnowało z nich. Może to takie przypomnienie o odpowiedzialności za czyny? O tym, że przeszłość nie znika tylko dlatego, że się o niej nie myśli.
Pewnie teraz już odpłynęłam. Ale podoba mi się taka interpretacja, o.

Przyznam, że na mnie ten odcinek sprawiał wrażenie podzielonego na dwa. Jeden to ten, w którym zasadniczym motywem był wątek kryminalny, który śledziłam z zaciekawieniem – bo wymyślenie, kim jest zabójca (że nie jest nim Scotty było oczywiście z góry wiadome), znajdowało się poza moim zasięgiem i chciałam wiedzieć, co takiego upichcili twórcy. Drugi – od momentu, gdy okazało się, że trzeba walczyć z czymś niematerialnym i nadnaturalnym. Poniekąd z ideą, a nie z żywym przeciwnikiem. W tym momencie z kryminału wyjrzał dramat filozoficzny. Ciekawe połączenie.
A tak na marginesie, ciekawi mnie bardzo, jak wyglądało te parę godzin rejsu, już po pozbyciu się zagrożenia, gdy cała załoga zanosiła się chemicznie wygenerowanym śmiechem ;)


–  I am without ending. I have existed from the dawn of time, and I shall I live beyond its end! In the meantime, I shall feed, and this time I do not need a knife. You will all die horribly in searing pain!

The Deadly Years

Autor: Juan Ortiz - źródło


Premiera: 8 grudnia 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: David P. Harmon

Prawdopodobnie będzie to najkrótszy dotychczasowy wpis z mojej strony. Nie za wiele mam bowiem do powiedzenia, a ponadto nie ukrywam, że odcinek zadziałał na mnie przygnębiająco.
Tym razem rutynowa inspekcja bazy naukowej na planecie Gamma Hydra IV skończyła się dla sześciorga członków załogi Enterprise zapadnięciem na chorobę powodującą przedwczesne starzenie. I kiedy mówię przedwczesne mam na myśli to, że od zachorowania do teoretycznie zupełnie naturalnej śmierci ze starości mija ledwie kilka dni. Oczywiście zapewne nikt nie ma wątpliwości, iż wśród zagrożonej szóstki jest  i kapitan Kirk, i pan Spock, i doktor McCoy. Dodatkowo tym razem mamy bonus w postaci obecności panów Scotta i Czechowa, a jedyna osoba spoza ścisłego „mostkowego” grona to porucznik Arlene Galway (Beverly Wachburn), której obecność jest chyba potrzebna głównie do tego, by wzmóc dramatyzm poszukiwania leku. Co ciekawe, pan Czechow na chorobę nie zapada, wygląda na to, że jest naturalnie odporny i całe szczęście – to może być jedyna szansa reszty chorych.

Czemu jednak tak bardzo przygnębił mnie ten odcinek? Ano dlatego, iż przedstawia on starość w przerażający sposób. Czyni ona z naszych bohaterów kompletnie zniedołężniałych zgredów, którzy nie są w stanie dłużej pełnić swoich obowiązków, a jednocześnie nie chcą odpuścić. Przyszło mi co prawda do głowy, że tak wyolbrzymione reakcje, to uparte wypieranie faktu, iż choroba (w tym wypadku starość, co najwyraźniej dużo zmienia, bo przecież bywało już, że trzeba było przekazać komuś dowództwo i choć też nie było to dla kapitana łatwe, to jednak godził się z sytuacją) powoduje niemożność dalszego sprawowania funkcji, wynikają z tego, że bohaterowie do swej starości nie mają się jak przyzwyczaić. Nie oswajają się z nią stopniowo, jak to jest w życiu, ale spada ona na nich w jednej chwili. Z drugiej strony, czy do tego się można przyzwyczaić? Prawdę mówiąc chciałabym wierzyć, że do swej własnej starości
Groza narasta - źródło
podejdę jednak z większą godnością…

Ja tutaj w ogóle nie do końca kupuję tę starość. Bo jak się zastanowić, to nie do końca ona powoduje wszystkie problemy. Raczej towarzyszące jej choroby, które mogą – choć wcale nie muszą! – się pojawić. Chyba po prostu chodziło o dowolny czynnik, który odbierze Kirkowi możliwość dowodzenia Enterprise. No bo weźmy takiego McCoya: właściwie do samego końca zachowuje pełnię sił umysłowych, a przecież też się starzał. O Spocku już nie wspominając… Jedynym, który ma naprawdę problem, jest tu Kirk. Wnioskuję więc, że cała ta przygoda to taka raczej dziurka od klucza, przez którą kapitan dostrzega jedną z wielu dróg, na jakie może zaprowadzić go los. I ta wizja go przeraża, i dlatego James zaczyna się tak nerwowo zachowywać, jak sam stwierdza – robi z siebie głupca.
Z tego mi wychodzi, że to nie jest odcinek o starości czy coś takiego – raczej po prostu o lękach Kirka. I to nawet nie tych głęboko skrywanych, bo wszak wiemy, że kapitan kocha swój statek ponad wszystko. Niemniej mamy tu jakieś pogłębienie tej cechy.
Oczywiście, przyszłość ułożyła się inaczej i Kirk nigdy do takiego etapu nie dotarł w sposób „naturalny”. I choć niespecjalnie lubię film Pokolenia, to w świetle tego odcinka myślę sobie, że może lepiej się stało.

Przytłoczona tym ciężkim dla mnie klimatem próbowałam się doszukać w nieco żenującym zachowaniu poddawanego badaniom Czechowa czegoś w rodzaju comic relief, ale jednak nie. No nie dałam rady poczuć się rozbawiona faktem, że dorosły facet marudzi, że igła jest duża, w chwili, gdy od dokładnego przebadania jego osoby zależy życie towarzyszy.

A to mi akurat nie przeszkadzało. Fakt, Czechow zachowywał się dość niepoważnie, ale chyba pasuje mi to do postaci. Gdyby nagle stał się super poważny, coś by było nie tak.
Zresztą, marudził co prawda, ale przecież poddawał się wszystkim badaniom – może po prostu w ten sposób zagadywał stres, zwalczał strach o przyjaciół?

A Czechowa się nie ima - źródło
Natomiast doskonale rozumiałam fakt, iż komodor Stocker (Charles Drake) uznał za stosowne przejąć dowodzenie na Enterprise. Czego zaś nie rozumiałam to jakim cudem ktoś kogo nazywa się komodorem nigdy nie dowodził okrętem. Obawiam się, że ja inaczej sobie wyobrażam znaczenie tej funkcji po prostu.


U mnie, oczywiście, lektor go czytał jako „komandora”. No ale pomijając tłumaczenie…

Pomijając, bo może miał być i komandorem, ale i tak nie da się nim być, bez okrętu. Można być kijowym komandorem, ale trzeba do tego posiadać okręt.

Fakt, nie mam pojęcia, na jakich zasadach Stocker uzyskał stopień komodora. Z drugiej strony, dowodził statkiem czy nie, ja w ogóle nie ogarniam, jak on uzyskał jakikolwiek stopień we Flocie. Na początku wydawał się zdeterminowany i konkretny – kiedy zdecydował, że przelecą przez strefę neutralną, miałam nawet myśl, że hoho, śmiały i bezkompromisowy typ, trochę jak Kirk. A potem Romulanie zaczęli strzelać. A Stocker… nic nie robił! Na litość Jeżusia – NIC! Ja rozumiem, że trzeba było podkreślić zajebistość Kirka przez kontrast, ale mógł chociaż podjąć jakiekolwiek próby ogarnięcia sytuacji. Też nie dowodziłam statkiem, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że w podobnej sytuacji warto by było przynajmniej spróbować jakichś manewrów uchyleniowych. Albo odpowiedzieć ogniem. COKOLWIEK. Co Stocker chciał osiągnąć? Przeczekać? Zanudzić Romulan na śmierć? Przewrócić się brzuchem do góry i udawać martwego? [Płakam teraz… przewrócić się brzuchem do góry i zacząć śmierdzieć… na niedźwiedzie działa, nie?]
Serio, no, wkurzył mnie. Jego nieudolność była spektakularna i moim zdaniem został komodorem po prostu dlatego, że ma wujka w admiralicji albo coś takiego.

Ach! No i jest jeszcze kolejna ukochana kapitana Kirka z przeszłości
Ukochana Z Przeszłości kmini - źródło
(Sarah Marshall). Z gatunku: ja chciałem być kapitanem, a ty chciałaś być endokrynologiem i było nam nie po drodze, ale ty mnie zawsze kochałaś, a teraz chcesz mnie z litości. Też jakoś nie bardzo.

Ten wątek był w zasadzie wepchnięty… no… nie wiem po co. Tak na serio: co by się zmieniło w fabule, gdyby Janet nie łączył w przeszłości romans z Kirkiem?

W sumie, jak tak teraz myślę, może ten odcinek trafił na jakiś mój zły dzień?

Znaczy wiesz: ten odcinek po prostu nie jest jakiś mega spektakularny. Są lepsze. Ale myślę, że są też gorsze. Ten mnie nie uwiera. Szczególnie na plus zaliczam mu ponowne użycie korbomitu – ogromnie przyjemnie mnie to zaskoczyło, że ponownie sięgnęli do sposobu, który swego czasu się tak pięknie sprawdził. No i ładnie to pokazuje, że kapitana i załogę łączy specyficzna więź, wynikająca z przeżytych na jednym pokładzie lat. Kiedy Kirk wspomina o korbomicie, wszyscy – poza Stockerem, oczywiście – rozumieją już, o co chodzi. Lecą porozumiewawcze uśmiechy. Taki hermetyczny żart w gronie przyjaciół, albo domowe powiedzonko, które rozumie tylko rodzina. [Tak, to zdecydowanie było fajne :)]
No i, choć narzekam na Stockera, mimo wszystko ten kontrast działa: wpada nagle na mostek Kirk, rzuca rozkazy, podejmuje dwie dobre decyzje i nagle Romulanie zostają w tyle, przechytrzeni i pozbawieni zwycięstwa.
Tak, to trochę mizianie Kirka po ego. Odcinek pochyla się nad jego obsesją i największymi obawami, po czym wskazuje na jego niezastępowalność (trochę zmyśliłam to słowo – mam nadzieję, że wiadomo, o co chodzi).
Ale zdecydowanie nie jest to dla mnie odcinek o starości, która jednak – w mojej opinii – oznacza o wiele więcej, niż tylko kłopoty z pamięcią i bolące stawy.

No to ja nie załapałam. Bardzo nie załapałam i w sumie jestem Ci wdzięczna za naprowadzenie :)



– Give some more blood, Chekov. The needle won't hurt, Chekov. Take off your shirt, Chekov. Roll over, Chekov. Breathe deeply, Chekov. Blood sample, Chekov. Marrow sample, Chekov. Skin sample, Chekov. If-if I live long enough, I'm going to run out of samples.