Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerome Bixby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerome Bixby. Pokaż wszystkie posty

Requiem for Methuselah

autor: Juan Ortiz


Premiera: 14 lutego 1969
Reżyseria: Murray Golden
Scenariusz: Jerome Bixby

Nie zacznę tym razem od uwag odnośnie do tłumaczenia tytułu [a ja owszem! I wcale nie dlatego, że oryginał jest ładniejszy – sęk w tym, że tłumaczenie tak cholernie spoiluje odcinek, że trudno bardziej]. Zacznę od czegoś innego: doskonale mi się oglądało ten odcinek. Odczuwałam napięcie, bałam się tego, co znajdzie Rayna (Louise Sorel) za drzwiami, czułam rosnącą sympatię do Flinta (James Daly). Bardzo mi się podobały stroje i jego i Rayny. Scenografia też była w porządku, a latający na sznurku robot od wszystkiego mnie bawił [a mi on w ogóle bardzo mocno skojarzył się z Nomadą z The Changeling – oczywiście, tylko pod względem wizualnym, bo tak naprawdę te roboty nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale w ogóle jestem pod wrażeniem, jak ładnie TOS radzi sobie z pokazywaniem na przykład latających maszyn]. Tyle w skrócie – wiedzcie, że odcinek mi się podobał. Teraz rozbierzemy go na części pierwsze.

Wszystko zaczyna się od dramatu na Enterprise. Członkowie załogi zapadają na niezwykle groźną rigeliańską gorączkę, od której się zwyczajnie umiera, chyba że na czas przyjmie się lek. Oczywiście leku nie ma na pokładzie, należy go więc zdobyć.

Jak teraz o tym piszesz, to właściwie wydaje mi się dziwne: Federacja wysłała czterysta osób na pięcioletnią misję w kosmosy i nie zaopatrzyła ich w stosowną apteczkę? Ja rozumiem, gdyby chodziło o podróż na sąsiednią stację czy planetę – ale oni mieli eksplorować nieznane światy przez pięć lat! Powinni być maksymalnie przygotowani. Jedynym wyjaśnieniem jest tu dla mnie to, że może Ziemia w momencie startu Enterprise nie znała jeszcze rigeliańskiej gorączki…? Mogę sobie to wyobrazić, choć to świadczy jak najgorzej o kapitanie Archerze i doktorze Phlox, który najwyraźniej zataili w wuj istotne informacje przed Flotą… Ale, żeby nie było! Podczas seansu zupełnie się nad tym nie zastanawiałam, bo całość oglądało się na tyle świetnie, że tego typu wątpliwości w ogóle nie miały czasu zaistnieć.

Ekipa poszukiwawcza ląduje na niezamieszkałej planecie, która nie ma nawet nazwy, a tylko
źródło
ciąg literek z cyferkami, a gdy trikordery namierzają ryetalinę – substancję, z której można uzyskać lek – pojawia się metalowa kula i uparcie usiłuje odstrzelić panu Spockowi tyłek. W tym momencie okazuje się, co tak naprawdę jest tematem odcinka. A jest nim samotność i zmęczenie długowiecznością. Temat, który jest mi dość bliski, w takim sensie, że niejeden raz zastanawiałam się, czy życie wieczne ma sens i w którym momencie człowiek żyjący wiecznie wariuje/próbuje z tym życiem jednak skończyć i tak dalej. Odcinek pokazuje mi człowieka niejako u schyłku takiej długowieczności. Kogoś, kto przeszedł różne etapy, był wieloma osobowościami (między innymi da Vincim, czy Brahmsem), a w końcu zmęczony tym, że ludzie nie potrafią żyć w zgodzie, uciekł do samotni na pustą planetę, z dala od wszystkich. Fascynujące jest to, jak bardzo Flint jest pełen sprzeczności. Z jednej strony – uciekł od natury ludzkiej. Z drugiej – wita swych gości ostrzałem, choć oni po prostu szukają leku. Nie próbuje ich przecież zabić, a jedynie przegonić. Po czym i tak okazuje się, że to wszystko podstęp. Flint ma bowiem jeszcze jedną tajemnicę. Choć uciekł od ludzi, brakuje mu ich. Dlatego stworzył Raynę, którą przedstawia Bonesowi, Spockowi i Kirkowi, jako swoją podopieczną. Jest ona kobietą doskonałą, jak twierdzi zarówno Flint, jak i Kirk (oczywiście totalnie oczarowany kolejną blondynką w jego życiu), ale jednak ma wadę – nie jest człowiekiem. Człowieka należy w niej obudzić i z jakiegoś powodu Flint postanawia wykorzystać do tego Kirka, a potem się go pozbyć i wydaje mu się, że Rayna po takim przebudzeniu zostanie z nim na planecie i będzie szczęśliwa. Cóż... jak na kogoś żyjącego sześć tysięcy lat nie grzeszy on inteligencją...

Kirk zaś nie grzeszy powściągliwością. Rzuca się na tę biedną dziewczynę, aż Spock musi go
przywoływać do porządku, co jest zresztą urocze, bo robi to ze sporym szacunkiem i ostrożnością. Ba. To Spock zauważa coś, na co Kirk jest ślepy, że Flint kocha Raynę. To Spock wyjaśnia mechanizm emocji przebudzonej Rayny. W ogóle sporo tu emocji w kontekście Spocka, który w pewnym momencie przyznaje nawet, iż właśnie po raz pierwszy sam odczuwa konkretny rodzaj
źródło
emocji, a jest to zazdrość.

Muszę powiedzieć, ze Kirk mnie tu wkurzał. Raz, że w ogóle bez żenady – jak to trafnie opisałaś – rzuca się na tę biedną dziewczynę. Dwa, że robi to dokładnie tak samo, kiedy już wie, że Flint ją kocha. I ja kumam, że w sumie co go obchodzi Flint, Rayna nie jest wszak jego własnością (znaczy jest, ale chodzi mi o początkową perspektywę Kirka) – ale on nawet nie próbował wybadać tematu, czy przypadkiem między tym dwojgiem rzeczywiście czegoś nie ma i czy właśnie się nie wpierdala, nie wiem: w trudniejszy okres w czyimś związku na ten przykład. Dwa cmokasy, jeden taniec i hej, leć ze mną, kocham cię aż po grób. Tajasne.
Tym bardziej, że – jak się okazało na koniec – owszem, Rayna kochała Flinta. Nie tak jak Kirka, ale kochała i nie chciała go zranić. Może więc warto trochę pomyśleć, zanim się zacznie obściskiwać kolejną blondynkę?
Inna sprawa, że chyba w tym odcinku wyraźniej niż kiedy indziej było widać, jak bardzo pozorowane są te namiętne pocałunki. :D
A to budzenie w Raynie człowieka… jakoś do mnie nie przemówiło. Zaleciało trochę Asimovem, który kazał robotowi zakochać się w głównym bohaterze pod sam koniec książki chyba tylko po to, żeby podbić zajebistość tegoż bohatera (no bo nawet robotyczna laska go pokochała, mimo że nie ma emocji!). I nie wiem w ogóle, jak to by miało działać. Czemu wszystkie inne emocje śmigają i nie robią z niej człowieka, a ta nieszczęsna miłość ma coś zmienić?

Z kolei doktor McCoy okazuje się mieć laboratorium w oczach. Spogląda na wyekstrahowany
lek i widzi, że ma on w sobie niewłaściwy składnik, który unicestwia jego działanie. Ponadto Bones jest uroczo szarmancki. Uwielbiam jego teksty, gdy przychodzi do komplementowania pięknych kobiet. Zdecydowanie radzi sobie z tym lepiej niż Kirk, który mi w ogóle wygląda na takiego, który byłby w stanie wypalić tekstem: „czy spadłaś z nieba?” ;)

Co jednak wzruszyło mnie najbardziej to ostatnia scena odcinka. Choć całe śmiertelne
źródło
zakochanie Kirka w kobiecie, którą widział dwie godziny i zamienił z nią kilka zdań jest w gruncie rzeczy mało przekonujące, to jednak troska Spocka, ingerującego w umysł kapitana, mówi bardzo dużo o ich przyjaźni. Kupuję to.

Muszę też zaznaczyć, że mam wrażenie, jakby twórcy znów uderzyli na początku w wysoką nutę – epidemia na Enterprise – po czym rozmyli ją zupełnie. Przez cały odcinek odczuwałam zerowe emocje na okoliczność wyrywanych ze szponów śmierci załogantów (swoją drogą ten lek musiał być strasznie silny, skoro te trzy fiolki miały wystarczyć na czterysta osób). Prawdę mówiąc zapominałam o nich co rusz, choć trzeba oddać sprawiedliwość twórcom odcinka, że mi o nich przypominali od czasu do czasu. Tyle, że historia Flinta okazała się być znacznie bardziej zajmująca.

No, bo to w gruncie rzeczy nie był odcinek o epidemii na Enterprise – ona stanowiłą tylko pretekst, punkt wyjścia do właściwego problemu. Fakt, dość drastyczny punkt wyjścia – ale jednak nie sądzę, że widz powinien się na tym jakkolwiek skupiać. Mam wrażenie, że wzmianki o załodze w śmiertelnym niebezpieczeństwie pojawiały się tylko po to, żeby już po obejrzeniu odcinka nikt nie miał refleksji „heej, wy tu się miziacie z blondynką, a wasi ludzie umierają, może byście chociaż przez chwilę byli tym przejęci?”.


The joys of love made her human, and the agonies of love destroyed her.

Day od the Dove

autor: Juan Ortiz


Premiera: 1 listopada 1968
Reżyseria: Marvin J. Chomsky
Scenariusz: Jerome Bixby

Nie mogę się powstrzymać, by nie zacząć od tego, że oto zaczął się sezon na pana Czechowa-kobieciarza. W poprzednim odcinku model „romantyk”, a w Day of The Dove model „brutal”. Jeszcze trochę i wepchnie się Kirkowi w kompetencje… [co by nie było takie głupie – jeśli dobrze pamiętam, Czechow został dorzucony do załogi po to, żeby młodzież miała swoją postać, tak jak czarni, Azjaci i inni. A cóż lepiej kojarzy się z młodością, jeśli nie porywczość, brutalność i skłonność do miłostek? :D ]
Drugą istotną sprawą jest fakt, iż odcinek zawiera w sobie Klingonów. I to daje mu dużo punktów do zajefajności. Widzimy tych największych wrogów Federacji nieco dokładniej. Mamy klingońskie małżeństwo (i nie jest to łatwy kawałek chleba [absolutnie uwielbiam klingońskie małżeństwo, ale o tym później]), wgląd w smutną prawdę o biedzie planet klingońskiego imperium, która pcha nację do podbojów i obraz klingońskiego dowódcy, którego załoga zginęła. Wszystko to zaś oczywiście przez pryzmat konfliktu z załogą USS Enterprise, niby to naturalnego, można rzec, a jednak nie.

Nie, bo ten akurat konflikt został perfekcyjnie wyreżyserowany i wręcz wymuszony przez obcą formę bytu, która fruwa po galaktyce w postaci świetlnego placka i żywi się emocjami. Ta konkretna akurat emocjami negatywnymi – nienawiścią, agresją, strachem. Być może gdzieś istnieją inne tego typu byty, które wolą czerpać z ludzi dajmy na to uprawiających miłość. Tego nie wiemy, ale takie podejrzenie zasiewa w odbiorcach pan Spock. Ogólnie już teraz muszę powiedzieć, że wciągnięty w krąg nienawiści pan Spock bardzo mi się podobał. Tu nie było burzy, bo wciąż jedynie połowa genów pana Spocka to geny ludzkie, a do drugiej połowy dochodzi także wolkańskie wychowanie, ale i on na moment traci panowanie nad sobą. Co ciekawe pierwszy orientuje się kapitan. Dociera do niego, że emocje, które odczuwa nie są adekwatne do sytuacji. To ten moment, gdy widać, że obcy przesadził. Tak bardzo mu zależało na utrwaleniu konfliktu między Klingonami a
źródło
załogą Enterprise, że widząc dla tegoż konfliktu zagrożenie, desperacko starał się usunąć tych, którzy byli zbyt rozsądni. Bo przecież na samym początku ludzie (i Wolkanin) nijak nie byli zdziwieni, że Klingoni są agresywni, że reagują nerwowo na sytuacji zestrzelenia własnego statku, za którą z ich punktu widzenia musiał odpowiadać Kirk. Ludzie zaś jedynie bronili siebie i swego statku, który chcieli przejąć Klingoni (też naturalna sytuacja, bo jak niby ci, którzy przeżyli, mieliby się dostać gdziekolwiek chcieliby się dostać). Dopóki obcy nie przesadził i nie nadużył opcji „w stresie mogę nie panować nad tym, co i do kogo mówię”, ludzie nie mieli potrzeby skonfrontowania tego, co się dzieje, z Klingonami. Nie mogli więc nabrać pewności, że ktoś manipuluje rzeczywistością, eskalując i wyciszając konflikt tak, by mógł trwać wiecznie.

W całej tej sytuacji ogromnie podobało mi się, że Kirk nabiera podejrzeń stopniowo: a to coś mu nie gra w zachowaniu Scotty’ego, a to McCoy wydaje sięjakiś taki dziwny… to, jak kapitan patrzy na swoich oficerów, jest cudowne. Wie, że coś się dzieje, ale przecież ufa załodze, więc przez jakiś czas jeszcze będzie ich usprawiedliwiał. A obcy poczyna sobie coraz śmielej i śmielej, aż w końcu przegnie. To jest z jednej strony po prostu fajne, bo wiarygodne, z drugiej zaś – dodatkowo pokazuje więź łączącą członków załogi Enterprise.

Trochę słabo, że obcego najwyraźniej nie dało się zniszczyć – po prostu zniknął i będzie mógł
źródło
wędrować dalej i wkładać napotkanym podróżnikom do głowy żądzę mordu i zniszczenia.

Cóż, ale po raz pierwszy chyba nie próbowali zdjąć kosmicznego obłoczka fazerem. Doceniam postęp. No i w ogóle: tak, oczywiście, że to nie jest fajne. Ale z drugiej strony, Ładnie pokazuje, że w kosmosach nie zawsze wszystko można skończyć pełnym happy endem.

Jeśli zaś miałabym powiedzieć, kto jest moją ulubioną postacią to zdecydowanie stawiam na klingońskiego dowódcę Kanga (Michael Ansara), moment, gdy Kirk grozi mu śmiercią żony, a ten po jakże znaczącej chwili komentuje to mniej więcej „jest wojowniczką, zna swoją powinność” piknął mnie w serduszko. Mara (Susan Howard) swoją drogą reaguje spokojnie, choć widać po niej strach i niechęć do umierania. Bardzo mi się to klingońskie małżeństwo podobało, włącznie ze sceną zazdrości, gdy Kang zobaczył porwaną przez Czechowa sukienkę żony. Czechow swoją drogą był przerażający w tym swoim wybuchu negatywnych emocji. Zastanawiam się, czemu on uległ tak szybko i tak mocno. Czy obcy miał po prostu więcej czasu, by go sobie przygotować? Czy początkowo mógł nie rozdrabniać swej telepatycznej mocy, jak to było później, gdy już trzeba było kontrolować znacznie więcej osób na raz? A może po prostu wrodzona emocjonalność młodego nawigatora stanowiły dobre poletko dla takiego ziarna?

źródło
Myślę, że poprawną odpowiedzią będzie to ostatnie: wrodzona emocjonalność. To i ogólnie młodość, a więc pewna podatność na wpływy. Nie odniosłam wrażenia, żeby obcy poświęcił Czechowowi więcej uwagi niż innym. Swoją drogą, ta scena jego wybuchu była w ogóle niepokojąca – w sensie że kamaaaan, Star Treku, pokazujesz nam ładne i miłe rzeczy, czemu rzucasz w widza próbą gwałtu? Co tobie się porobiło? I to jeszcze próbą gwałtu dokonywaną przez postać pozytywną! I tutaj nie ma już tak niewinnego wyjaśnienia, jak w odcinku The Gamesters of Triskelion, gdzie w bardzo niepokojący sposób pokazali próbę nakarmienia Uhury wbrew jej woli… Mogą mówić, że „nie był sobą”, ale to dość mętne i niezbyt przekonujące. Odniosłam wrażenie, że obcy nie tyle kreuje te złe emocje, ile podbija te, które ludzie już odczuwają. A więc Czechow raczej był sobą, tylko bardziej. To nie jest fajne.
A co do klingońskiego małżeństwa: uwielbiam je. Myślę, że w The Search for Spock mamy tego dalekie echo, kiedy Kruge wydaje wyrok na Valkris. Klingonka, podobnie jak Mara, oczywiście nie jest zachwycona perspektywą śmierci, podobnie zresztą zabicie jej nie przynosi radości Kruge’owi. Ale oboje rozumieją swoje obowiązki. Tutaj jednak dochodzi do tego fakt, że są małżeństwem, można się więc domyślać, że te obowiązki są tym trudniejsze do udźwignięcia.

Co znamienne, w tych emocjach każdy pozostał sobą – taki McCoy na przykład skupiał się na rannych i umierających, i troską o nich motywował swoją nienaturalną wściekłość.
Ogólnie – jeden z fajniejszych odcinków, jak dla mnie. Jeden z tych, do których chętnie wrócę.



– Go to the devil.
– We have no devil, Kirk. But we understand the habits of yours.
 

Mirror Mirror



Źródło

Premiera: 6 października 1967

Reżyseria: Marc Daniels

Scenariusz: Jerome Bixby



Obserwuję ostatnio następującą reakcję u siebie: lecą sobie napisy początkowe kolejnego odcinka, pojawia się nazwisko Marc Daniels, rozpieram się ufnie w fotelu i czekam na zajefajny odcinek. [ha! A więc miałam rację!] Niewątpliwie coś jest na rzeczy, zwłaszcza, że tak naprawdę bardzo niewiele nazwisk reżyserów i scenarzystów Oryginalnej Serii ma tendencję do powtarzania się, a przynajmniej tak było w sezonie pierwszym.

Mirror Mirror pod tym względem nie zawodzi. Zdecydowanie nie.

Gdy zaczęłam oglądać przez chwilę miałam wrażenie, że mam wadliwy plik – jakby czegoś brakowało. Szybko się jednak zorientowałam, że nie, w żadnym razie, po prostu dostajemy szybkie wprowadzenie w sytuację, która nastąpi za moment z pięknym podkreśleniem pokojowego charakteru działań kapitana Kirka. Może odrobinę w ramach zadośćuczynienia za akcję najpierw strzelaj, potem pytaj z The Changelling ;)

Mirror Mirror to kolejny odcinek, w którym mamy do czynienia z ideą światów równoległych. Nie budzi już ona w załodze emocji, czy niedowierzania. Istnienie wielorakich wariantów znanego świata stanowi taki sam pewnik, jak prędkość warp i bardzo mi się to podoba.



Natomiast to, co uwielbiam w tym odcinku i w serialu w ogóle, to że akurat ten konkretny wszechświat równoległy – zresztą przecież ogólnie zwany Mirror Universe – pociągną dalej. To nie tylko pojedyncza przygoda z kolejną odsłoną „złego Kirka”. To uniwersum, które rządzi się swoimi prawami, w którym istnieje dobro i zło, choć może wszystko jest bardziej brutalne… Ogromnie mi się podoba, że echa decyzji podjętych przez bohaterów w tym jednym odcinku z 1967 roku będą dostrzegalne jakieś trzydzieści lat później.



Zresztą co tu dużo gadać – podoba mi się w tym odcinku właściwie wszystko. Od
Źródło
prostego fanservice’u – alternatywa munduru kapitańskiego w brutalnym, rządzonym przez przemoc i zdradę świecie: wspaniała, Spock z brodą? zdecydowanie kupuję, proszę o dokładkę – przez rozsądek kapitana Kirka, aż po zakończenie niepozbawione nutki optymizmu.



Mundur Uhury! Mundur Mirror-Uhury! O em gie! <3



Podoba mi się fakt, że bohaterowie, zorientowawszy się, że transporter przeniósł ich nie tu, gdzie należy, reagują natychmiast: nie okazują dezorientacji, wchodzą w role, czekają na więcej informacji. Nie można tu nie wspomnieć, iż jednocześnie na „właściwym” Enterprise od samego początku wiadomym jest, że to nie prawdziwi Kirk, Scotty, Uhura i McCoy wrócili na pokład. Przyznam, że miałam pietra, jak też alternatywne wersje bohaterów nabrużdżą w rozmowach z Halkanami, obawiałam się o rysy, jakie mogą powstać na ich charakterach i w historii przebiegu służby – niepotrzebnie. Załoga natychmiast rozpoznała obcych w ciałach swych przyjaciół i po prostu ich odizolowała.



To jest akurat jedyny element, który do mnie nie przemówił w odcinku. Nie kupuję tego, że Mirror-Kirk i reszta tak dramatycznie sobie nie poradzili, podczas gdy nasi bohaterowie bez najmniejszego problemu podszyli się pod tamtych, błyskawicznie oczywiście zorientowawszy się w sytuacji. Niby Spock próbował to pod koniec wyjaśnić, że człowiek cywilizowany podszyje się pod barbarzyńcę, ale w drugą stronę się nie da – ale nie, nie kupuję tego nadal. Bo mirror universe to nie jest świat głupich barbarzyńców. Mirror-Kirk nie jest głupszy od „naszego” Kirka. Jest odmienny, przedkłada siłę nad dialog, siebie nad bliźniego, ale to nie ma w moim odczuciu nic wspólnego z intelektem. A przez to, że „złe” odpowiedniki bohaterów okazały się w „naszym” uniwersum takie nieużyte, zabrakło trochę napięcia. No bo dość prędko uspokoiłam się, że „naszemu” Enterprise nic nie grozi. Szkoda.



Źródło
Podoba mi się wątek romantyczny, który kapitan Kirk niejako odziedziczył po swej alternatywnej wersji. Porucznik Marlena Moreau (Barbara Luna) jest kobietą zdecydowaną, zdolną do podjęcia działań, a totalnie ujęła mnie na końcu, gdy usłyszała odmowę z ust Kirka. Można było się spodziewać sceny histerii, wściekłości, a ona po prostu przyjęła fakt.

Nie potrafię też nie wspomnieć o fakcie, iż Kirk i jego towarzysze otoczeni przez wrogich im obcych, w świecie, gdzie niebezpieczeństwo czyha właściwie stale, a każda rozmowa może zakończyć się próbą zabójstwa, działają bardzo rzeczowo i sprawiają wrażenie, iż wątpliwości co do powodzenia akcji powrotu do własnej rzeczywistości nie mają do nich przystępu, a jednocześnie ani na chwilę nie wypadają ze swych charakterów – taki McCoy upierający się przy ratowaniu Spocka, gdy jego własne życie jest zagrożone jest niczym wzorzec lekarza z Sevres.



Och, bo wzorce z Sevres mogłyby się uczyć od McCoya… no… wzorcowatości <3 To jest mega w charakterze doktora: niby się ze Spockiem nie lubią, ale jak przychodzi co do czego, McCoy skiśnie, a Wolkanina odratuje. Uwielbiam tę ich przyjaźń.



W tym miejscu przychodzi jeszcze moment zastanowienia – czy śmierć kogoś z czwórki uczestniczącej w zamianie, nie wywołałaby problemów z powrotem na swoje miejsce?

Mocnym akcentem odcinka jest chwila, gdy Kirk szuka informacji o swej alternatywnej wersji. Wyobrażam sobie, jak zmrozić może człowieka świadomość zbrodni, których dopuścił się ktoś, będący w pewnym sensie nim. Jak trudno musi być oddzielić tę osobę od siebie samego – czy nie można wtedy zacząć się zastanawiać, czy i ja nie byłbym zdolny do tego? Jednocześnie Kirk, aby nie zdradzić się niewiedzą, bądź nagłą łagodnością, jest zmuszony do wydawania rozkazów totalnie wbrew swemu charakterowi i wychowaniu. Co ważne – nie potrafi ich nie łagodzić. W żaden sposób nie czuje, by fakt przebywania w świecie alternatywnym, usprawiedliwiał złe uczynki, kasował je. Jestem w stanie uwierzyć w to, że niejeden człowiek, czując się bezkarnym, bądź właśnie usprawiedliwionym – bo to nie mój świat – podjąłby inne decyzje, mając do dyspozycji urządzenie, które pokazała Kirkowi Marlena.

Kolejnym świetnym motywem jest alternatywny pan Spock, który jednak nadal pozostaje panem Spockiem – kierującym się logiką Wolkaninem, który nie posiada ambicji dowódczych i w grze prowadzonej na Enterprise używa cudzych pionków do realizacji własnych celów. To pan Spock stał się przyczynkiem do tej nutki optymizmu w zakończeniu, o której już wspomniałam – to jemu kapitan Kirk niejako zaszczepia wizję rewolucji, która mogłaby wpłynąć na zmianę świata i choć to w moim odczuciu mało realne, to jednak nie zupełnie niemożliwe.



Źródło
Nom, muszę się zgodzić i to bardzo. Spock został genialnie rozegrany: w świecie, gdzie plusy stają się minusami i na odwrót, zero… no cóż, nadal pozostanie zerem. Dobry Kirk stał się złym Kirkiem, poczciwy doktor McCoy okazał się katem rozmiłowanym w torturach, ale chłodny, logiczny Spock jest, no cóż, chłodnym i logicznym Spockiem. I podoba mi się, że Kirk nie przekonał go do swoich racji trącając jakieś struny w wolkańskim sumieniu czy coś – nope, po prostu posłużył się logiką. Piękne, piękne.



No i sama końcówka. Obecność Marleny na pokładzie tego właściwego Enterprise i ostatni odjazd kamery – człowiek zupełnie bezwiednie się uśmiecha i myśli: uf, wszystko wróciło do normy.

A jednocześnie odcinek gniecie. Daje dużo do myślenia – czy planeta Halkan w alternatywnym świecie zostanie zniszczona? Co się stanie z Marleną? Na jaki pomysł wpadnie Sulu? Co z Czechowem? – któremu zupełnie na marginesie świat alternatywny pomógł we włosy ;) [nareszcie xD ]



Zdecydowanie dobry odcinek. Jeden z tych, które mam ochotę natychmiast oglądać jeszcze raz.









-- Indeed, gentlemen. May I point out that I had an opportunity to observe your counterparts here quite closely. They were brutal, savage, unprincipled, uncivilized, treacherous - in every way splendid examples of homo sapiens, the very flower of humanity. I found them quite refreshing.