Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Meredyth Lucas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Meredyth Lucas. Pokaż wszystkie posty

That Which Survives

aut. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 24 stycznia 1969
Reżyseria: Herb Wallerstein
Scenariusz: Michael Richards, John Meredyth Lucas (teleplay)

Po pierwsze: wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Mam nadzieję, że wszyscy mieliście udanego sylwestra i będziecie mieli jeszcze bardziej udany rok 2018.
Po drugie: cofam nas nieco w czasie – do ominiętego odcinka That Which Survives – i przyznam, że mam z tym kłopot, bo oczywiście w mojej pamięci nieco się już zatarł. I zastanawiam się teraz, czy w ogóle od samego początku miałam rzeczywiście dużo do powiedzenia na jego temat.

Na pewno miałam bardzo pozytywne pierwsze wrażenie: Losira (Lee Meriwether) zapewniała spore napięcie w odcinku. Była przerażająco nieuchronna, zabijała jednym dotykiem – niespiesznie, ale nieodwołalnie. Oczywiście, kiedy okazało się, jak można oszukać system, wszystko stało się o wiele prostsze i pozwoliło odetchnąć, ale do tamtego czasu – choć wiedziałam, że przecież żaden z naszych głównych członków zwiadu nie umrze – na serio miałam wrażenie, że chyba tym razem mają przesmarkaniutko.

Losira ujmowała mnie smutkiem. Wyraźnie było widać, że opłakuje wszystkich, których zmuszona jest pozbawiać życia. Wyższe dobro jest trudne.

(źródło)
Jeśli chodzi o sam zamysł, to trochę mi się to nie trzymało kupy. Znaczy komputer chroniący stację był jak dla mnie jakiś nie za mądry. No bo jak to miało działać? A gdyby inni Kalandanie jednak dotarli na młodą planetę, też by ich zjadło? I w ogóle czy to możliwe, że system ochrony stworzyła sama Losira w ostatniej chwili? Bo przecież gdyby istniał wcześniej – kiedy jeszcze w stacji było więcej mieszkańców – powinni byli wziąć do tego celu obraz kogokolwiek innego, tylko nie naszej ślicznej brunetki, która ze względu na swoją wrażliwość okazała się nieskuteczna. W ogóle dlaczego nie objęli kwarantanną placówki, tylko pozwolili na wyginięcie całego swojego gatunku? Nie byli zbyt bystrzy ci Kalandanie, jak na moje oko…

Ano nie byli. Pod tym względem faktycznie coś się tu nie poskładało, a zresztą planety także nie stworzyli super z głową, jeśli już mówimy o bystrości Kalandan. Nie miała zbyt wielkich szans na przetrwanie, czyż nie?

To, co wydaje mi się ciekawe, to sama planeta. Mamy tu, moim zdaniem, świetną zajawkę do projektu Genesis, na którym oparły się późniejsze filmy pełnometrażowe. Zresztą, tak jak i w Gniewie Khana i W poszukiwaniu Spocka, jesteśmy raczej przestrzegani przed braniem się za tworzenie światów. Może gdzieś w jakiejś perspektywie to jest dobre i dałoby sporo możliwości, ale jednocześnie istnieje ogromne ryzyko: nowe życie to nowe procesy zachodzące w każdej możliwej skali, nawet na poziomie komórkowym. To coś, czego nie da się w pełni przewidzieć. Przejechali się na tym Kalandanie, pomysł nie wypali też, kiedy wezmą się za niego ludzie. W obu przypadkach Star Trek zdaje się przypominać widzom o pokorze.

(źródło)
Choć z drugiej strony, to nie jest chyba wcale głównym tematem epizodu. Bo mamy tę bardzo istotną myśl zapoczątkowaną w tytule, a dopowiedzianą pod koniec – że piękno pozostaje. Że to coś, co nie jest ulotne.
Długo miałam problem z tym wątkiem. Trudno było mi uznać to za sensowną myśl i stałam jednak po stronie Spocka, który stwierdza, że piękno jest krótkotrwałe. Zresztą, na tym przecież w dużej mierze zasadza się coś w rodzaju fobii, na którą cierpi Uhura (może „fobia” to za mocne słowo, ale mieliśmy przykłady w innych odcinkach) – boi się, że zrobi się stara i nie będzie już piękna. Czy wobec tego powinnam się wczuwać w podniosłą myśl Kirka?
Minęło nieco czasu, nim doszłam do wniosku, że może jestem zbyt dosłowna. Może tutaj chodzi o piękno w bardzo ogólnym sensie: nie o ładną twarz, tylko o pewne wartości, które nie przemijają. Losira na przykład szanowała życie i uważała, że zabijanie to zło – i może to ten światopogląd jest piękny i to on trwa. Trwa do tego stopnia silnie, że chociaż wciśnięty w system komputerowy, i tak w końcu wypłynie na wierzch.
Nie wiem, może trochę zmyślam – ale tylko w ten sposób ma to dla mnie sens.

Podoba mi się ta wizja, nawet jeśli zmyślasz.
Przyznam, że sama chyba skupiłam się zupełnie na czym innym podczas oglądania odcinka. Było mi żal pana Sulu, który został dwukrotnie brzydko ścięty przez swojego kapitana, gdy wyrażał własne zdanie na temat tego, co mogło się stać. A przecież pomysły kapitana także były niczym więcej jak tylko spekulacjami. Wzruszył mnie bardzo pan Scott, gdy ruszył naprawiać serce Enterprise. Swoją drogą komentarze Spocka odnośnie logiki Scotta są warte wspomnienia tutaj, a reakcje Scotta zwracając uwagę na jego wewnętrzny spokój. Pan Scott przyjmuje zarzuty/krytykę bez protestów, a jedynie z cichym westchnieniem. Lubię bardzo.

A na koniec dołączam do życzeń Fryy: najlepszego Nowego Roku!




– What a terrible way to die.
– There are no good ways, Sulu. 

Elaan of Troyius

autor: Juan Ortiz


Premiera: 20 grudnia 1968

Reżyseria: John Meredyth Lucas

Scenariusz: John Meredyth Lucas



Dobrze. Nie ma co rzeźbić. Zacznę szybko – ja tego odcinka nie ogarniam. Cały czas, oglądając miałam nadzieję, że zachowanie elasiańskiej Dholmen, czyli księżniczki Elaan (France Nuyen) jest jakimś podstępem, że przecież jest totalnie niemożliwe, żeby dziewczyna była tak tępa, by nie rozumieć, dlaczego ludzie jej nie lubią. W ogóle – jakie lubią? Dlaczego ledwie ją tolerują przy sobie. W ogóle – skąd pomysł, że ktoś taki jak ona, mógłby żyć tylko pragnieniem, by ją lubiano? No i przecież był ten zakochany nieszczęśnik, Kryton (Tony Young), który posunął się do równie idiotycznej zdrady, bo nie chciał oddać swej ukochanej innemu. Ja wiem, że teoretycznie miłowanie, a lubienie to co innego, ale jakoś nie wydaje mi się, by o taką różnicę chodziło Elaan.



Tak, też mam wrażenie, że jest tu potężna luka w spójności postaci. To znaczy że co? Naprawdę rzuca się z nożem na kolesia, ale totalnie nie jest w stanie połączyć tego z faktem, że koleś nie będzie za nią przepadał…? Chyba że – teraz mi wpadło do głowy – może rzeczywiście elasiańskie kobiety są takie tępe: to znaczy chodzi mi o to, że nigdy nie musiały się bawić w subtelności, nigdy nie musiały starać się o pozyskiwanie czyjejś sympatii. Mogły być dowolnie rozwydrzone i agresywne, bo jeśli były zainteresowane czyimiś ciepłymi uczuciami, miały swoje łzy. Zastanawiam się, czy to możliwe, że samice tego gatunku po prostu takie są i już…

Tylko tutaj rodzi się kolejna wątpliwość: czemu Elaan nagle zapragnęła być lubiana? Skąd jej się to wzięło? Bo powiedziałabym, że trochę z dupy. Nie mamy żadnej genezy tego niecodziennego pragnienia.



Kupowałam jej idiotyczne, irytujące zachowanie dopóki była w nim konsekwentna.[bardzo mi się podoba ta teoria :D ] A może wcale im nie zależało na pokoju, a tylko grali przed Federacją, bo Federacja sobie tego pokoju życzyła? Była wściekła, była dumna, była chodzącą furią. A potem kapitan Kirk postraszył, że złoi jej tyłek i ona się rozpłakała, bo nikt jej nie lubi.
Dyplomatka ustawia towarzystwo (źródło)
Kupowałam nawet to, że z jakiegoś powodu Elasianie wybrali ją do bardzo ważnej misji dyplomatycznej, z powodu której księżniczka się na swój rząd obraziła. To jest powód do wkurzenia, jeśli ktoś decyduje o twoim życiu wbrew twojej woli. To jest naprawdę OK., że masz ochotę rozwalać przedmioty i lżyć wszystkich naokoło. Może nie dali jej czasu, by się oswoiła z myślą, a może nie była w stanie się oswoić. A może oni wybrali akurat ją, bo chcieli się jej pozbyć, bo była jednak nie do końca przeciętną przedstawicielką elasiańskich kobiet?

Tu powinno najpewniej nastąpić wielkie WTF.

Ale nie. Ja nadal byłam bardzo otwarta. Podejrzewałam, że dziewczyna coś potężnego planuje. Że przecież te jej łzy uzależniają mężczyzn, są eliksirem miłości, ale to nie miało działać w dwie strony. To Kirk miał być ofiarą, tak to widziałam. Hej, hej, chłopaki, mam go, przejmujemy Enterprise! Ale to nie był podstęp! Ona naprawdę chciała być lubiana. Starała się zmienić, po małym bara-bara poza zasięgiem kamery, pojęła nawet, czym jest obowiązek i przyjęła wreszcie prezent od ambasadora Troyiusa, Lorda Petriego (Jay Robinson), którego wcześniej dziabnęła nożem, bo wszedł do jej komnaty i chciał pogadać (no czyż nie mógł jej po tym facet polubić?). [to cudotwórcza moc Kirkowego penisa, nie lekceważ jej!] Swoją drogą zachowanie Petriego też było słabo racjonalne, wiedział, że ma ciężkie zadanie, tłumaczył to wszystkim i poddał się ekspresowo – jedno dziabnięcie, serio? – a do tego uznał, że za jego ranę winę ponosi Kirk, bo mu kazał porozmawiać z wredną babą.

No zdziwienie na zdziwieniu.

Osobną sprawą jest kwestia obiecanego lania, przedstawionego jako stary ziemski zwyczaj, który służył do poskramiania niegrzecznych dzieci. Nie czułam się komfortowo, słuchając Kirka rzucającego takim hasłem, a jeszcze gorzej było potem, gdy wszystko już stało się flirtem. Wiem, że patrzę na to przez pryzmat dnia dzisiejszego. Ale, o dziwo, pierwszy raz nie potrafię przełamać bariery czasu i zmian społecznych. Nie podoba mi się odcinek, w którym mężczyzna grozi kobiecie
Miłość. Wielka miłość (źródło)
laniem, bo jest niegrzeczna. Nie w ten sposób. A przecież tu nie mamy do czynienia ze słabą kobietą, ona pochodzi z rasy wojowników. Nie ma problemu z używaniem broni. Jestem przekonana, że w walce wręcz też by sobie dała radę. Więc gdyby Kirk tak naprawdę spróbował dać jej to lanie, mogłoby się to skończyć niezgorszą bijatyką.



A ja tu właśnie nie mam najmniejszego problemu – z tego powodu, o którym wspomniałaś: Kirk nie ma tu do czynienia ze słabą kobietą.

Bicie kobiet budzi oburzenie podobnie jak bicie dzieci: bo (pomijając oczywiście aspekt stosowania przemocy w ogóle wobec kogokolwiek) jest to wykorzystanie swojej fizycznej przewagi i czyjejś bezbronności. Ta bita kobieta zazwyczaj jest w ten czy inny sposób słabsza i zwyczajnie nie może się obronić. I to jest, za przeproszeniem, chujowe. Ale gdyby wrzucić na ring faceta i kobietę, oboje zaprawionych w walkach, nie miałabym nic przeciwko – ot, po prostu walka.

W sytuacji Elaan i Kirka widzę bardziej dwójkę wojowników na ringu, niż bitą kobietę. Kapitan przemówił do księżniczki w języku, jaki ona rozumie, podczas gdy wszyscy do tej pory usiłowali zmusić ją, żeby to ona zaczęła przemawiać w ich językach. I może właśnie dlatego nawet tutaj pasowało to, że te groźby przerodziły się we flirt, choć w każdych innych okolicznościach uznałabym, że to kurde patologia i głupota.

Abstrahuję tu od tego, że laniem karze się niegrzeczne dzieci – tutaj ewidentnie to jakiś znak czasów i trudno mi się bulwersować.



Tyle o bohaterach. Natomiast muszę przyznać, że w odcinku ładnie spięto pojawienie się Klingonów, problemy z napędem Enterprise i naszyjnik ze „zwykłych kamieni”. Choć to też trochę dziwne, że na Troyiusie nie mieli świadomości, jak ważne kamienie służą u nich za biżuterię, ani że Federacja nie wiedziała, że oni ich tam najwyraźniej posiadają na pęczki. No chyba, że nie. Chyba, że to tylko nasza Elaan nie wiedziała, jak wartościową rzecz nosi na szyi.

Podsumowując. Odcinek nie był nudny jak poprzedni. Był za to mocno irytujący. Nie ogarniam Elaan. Kirk stracił punkty i nawet fakt, że jego antidotum na elasiańskie łzy stanowi miłość do Enterprise mnie tym razem wzruszyła nieco mniej. Jedynie siostra Chapel, jak zwykle nie zawiodła, zbierając istotne informacje w ambulatorium.



Nie oceniam tego odcinka tak surowo. Jak wspomniałaś: nie jest tak nudny jak poprzedni. Dzieje się sporo, świetnie wypada panna Chapel, fajnie splatają się poszczególne problemy, dodatkowo u mnie Kirk nie stracił punktów, za to po raz kolejny mieliśmy jego miłość do Enterprise, a na to zawsze znajdzie się miejsce we froowym serduszku. Bawiłam się całkiem nieźle, nawet mimo zgrzytu z Elaan.

Aha, ale nie mogę pominąć jednego: polska wersja językowa… Serio. Całkiem prosty tytuł: „Elaan”. I co? I po polsku to „Elean”. xD You had one job, Człowieku-Odpowiedzialny-Za-Napisy.





– Mr. Spock, the women on your planet are logical. That's the only planet in this galaxy that can make that claim.

The Enterprise Incident

Podałabym źródło,
ale internety mi strajkują
i nie mogę odpalić strony.
Premiera: 27 września 1968
Reżyseria: John Meredyth Lucas
Scenariusz: D. C. Fontana

Znów mamy odcinek stworzony przez naprawdę mocne nazwiska. Napisany przez Dorothy Fontanę, odpowiedzialną za jedne z fajniejszych odcinków TOSa, a także epizody z kolejnych serii, wyreżyserowany zaś przez Johna Lucasa, który dał nam chociażby The Ultimate Computer i The Changeling. Od razu więc powiem, że The Enterprise Incident mnie nie zawiódł: podobało mi się od początku do końca… no, może nie tak całkiem od początku. Na samym początku miałam bowiem taką nieśmiałą myśl: „dlaczego kapitan Kirk zachowuje się jak taki totalny penis?”[moja nieśmiała myśl: „jak oni do wafla z tego wybrną?” xD]. Czas pokazał, że to wszystko miało sens.

Epizod ma, oczywiście, niewielki pakiet startrekowych głupotek. Ot, choćby fakt, że przesyłają dwóch Romulan na pokład Enterprise, a w hali transportera nie ma żadnej ochrony – jeden Scotty. Zupełnie jakby bardzo się starali, żeby podzielił los innych redshirtów. Poza tym, Romulanka obowiązkowo też popyla w miniówie. No i wychodzi na to, że Romulanie i Klingoni używają takich samych okrętów. A przynajmniej używali w którymś momencie w historii. Podobnie jak klingońskich dezruptorów. Słowem, Romulanie to zgapiacze, złodzieje albo złomiarze. Ale to takie drobiażdżki, które tak naprawdę nijak nie psują frajdy z oglądania.

Dla mnie najważniejsze tutaj było pokazanie Spocka – Wolkanin ze wszech miar postępował wbrew sobie. Kłamał. Właściwie można stwierdzić, że zdradzał. A przecież Wolkanie nie kłamią. Spock, dla dobra misji, wykrzesał z siebie tyle ludzkiej natury, ile tylko się w nim gnieździło. W tym odcinku, jak w mało którym, widać, że nie jest taki jak inni Wolkanie.
Pojawia się pytanie, w imię czego postąpił tak bardzo wbrew swojej wolkańskiej naturze.
j.w.
Zrobił to dla Gwiezdnej Floty. Wydaje mi się, że z całej załogi Enterprise to właśnie Spock jest najbardziej oddany Federacji. Spycha siebie i swoje interesy na plan tak daleki, że właściwie nie istnieją. Nie wiem sama, czy mi się to podoba, czy jednak jest mi Wolkanina szkoda. Chyba jedno i drugie. Bo przecież jeśli myśleć o heroizmie w TOSie, to raczej nasuwa się Kirk, a nie Spock.
Intrygujący jest też wątek miłosny. Z dwóch względów.
Po pierwsze, dopiero teraz zauważyłam, że tutaj chyba po raz pierwszy pojawia się to mizianie po palcach. To mizianie, które wygląda tak głupio we W poszukiwaniu Spocka. Przy czym mam wrażenie, że tutaj jest nieco mniej głupie, bo – o ile dobrze zrozumiałam – stanowiło raczej coś w rodzaju gry wstępnej, a nie załatwiało od razu całego pon farr. Inna sprawa, że w ogóle nie wiem, jak miałaby wyglądać ta randka Spocka z bezimienną Romulanką (Joanne Linville). To znaczy: co z pon farr? Myślałam, że poza tymi momentami, Spock generalnie jest wolny od pociągu tego typu. Czy to znowu ludzka część wzięła górę? Ale tak naprawdę nie powinnam narzekać, bo ponoć w pierwotnej wersji scenariusza Spock miał obsypać Romulankę pocałunkami, co byłoby już… no nie, po prostu nie. Jakoś sobie tego nie mogę wyobrazić.
Ale to nieważne. Podoba mi się, że zdrada Romulanki stanowiła jednocześnie… no, brak zdrady. Podoba mi się wzajemne zrozumienie tych dwojga i fakt, że gdyby Spock nie oszukał kobiety, najprawdopodobniej ona straciłaby do niego szacunek. Bardzo fajna relacja – związek, który z założenia jest niemożliwy. Ale jednak jest.

Nie mam zbyt wiele do dodania w tym punkcie, ale muszę się wtrącić z wyrazami zachwytu – ten związek jest po prostu świetny. Te powściągane emocje romulańskiej komandor. Te emocje Spocka odkrywane przez niego samego ze zdziwieniem – bo jestem pewna, że kiedy mówił, że zaskakuje go to, co odczuwa, to mówił prawdę, faktycznie odczuwał. Może właśnie tego potrzebowała jego ludzka część? Romulanki – czyli kobiety jednocześnie bliskiej Wolkankom i tak innej? Ciekawe i przekonujące. Bardzo tak.

Oczywiście, mamy też Kirka. W jego przypadku podobało mi się głównie to, że… no wiecie: Romulanie próbowali odebrać Kirkowi Enterprise. Powtórzę: Kirkowi. Enterprise. Odebrać. Ha! Głupolki poczciwe, nie wiedzieli, na co się porywają [*pat pat* Romulanie…].

Internety ponadto mówią mi, że gdybym była Amerykanką, odcinek zapewne trafiłby do mnie dużo bardziej, jako że inspiracją dla tej historii był incydent Pueblo, kiedy to amerykański okręt rozpoznawczy USS Pueblo został przechwycony przez siły Korei Północnej podczas wojny w Wietnamie (ciekawostka: najbliższym okrętem, który mógł przyjść z pomocą Pueblo, był lotniskowiec USS Enterprise). Dla mnie to tylko pakiet faktów, o których właśnie przeczytałam na Wikipedii, ale trudno nie docenić głębokiego zaangażowania Star Treka w historię. To nie pierwszy i nie ostatni taki moment, kiedy to zaangażowanie jest widoczne. I wciąż niesamowicie mi się to podoba.

Mnie także, podobnie jak ten konkretny odcinek. Tym razem twórcy zdołali mnie naprawdę zaskoczyć twistem, a do tego czas antenowy należał zasadniczo do Spocka. Lubię.





– Military secrets are the most fleeting of all. I hope that you and I exchanged something more permanent.

The Ultimate Computer

Autor: Juan Ortiz – źródło
Premiera: 8 marca 1968
Reżyseria: John Meredith Lucas
Scenariusz: D. C. Fontana

Zacznę od tego, że The Ultimate Computer jest w mojej opinii jednym z najlepszych odcinków. Obejrzałam go dwa razy pod rząd i za każdym razem robił na mnie takie samo – świetne – wrażenie. Nie dlatego, że wszystko jest w nim logiczne i nie wzbudza moich wątpliwości. Ot, choćby zasadnicza sprawa – w czym niby przejawia się nowatorskość i wspaniałość supernowoczesnego, multitronicznego komputera M-5, stworzonego przez szalonego naukowca profesora Daystroma (William Marshall)? W tym, że nie musi podawać na głos rozkazów? Że potrafi obliczyć kurs zanim Sulu, czy Czechow wprowadzą dane do standardowego komputera USS Enterprise? Zaiste niesamowite osiągnięcie. Tak naprawdę jedyne, co superkomputer nam pokazał, to że sprawdza się jako autopilot [jak powiada Kruff, nasz dzisiejszy gość specjalny, prawdopodobnie profesor Daystrom całe życie marzył o tym, by zostać pilotem, ale jego gabaryty zdyskwalifikowały go przy starcie do Akademii, przełożył zatem swoje pragnienia na pracę naukową i stworzył superpilota]. Bo już jako SI obsługująca systemy obronne, moim zdaniem koncertowo dał dupy. I jasne – to miał być lot testowy, dowództwo Gwiezdnej Floty dopiero sprawdzało przydatność przełomowego wynalazku Daystroma. Ale – wciąż i niezmiennie – nie mam zielonego pojęcia, z jakiego powodu w ogóle się na to zdecydowali. Bo z samego założenia ten komputer nie miał w sobie nic wielkiego. No OK. Miał po prostu robić to, co robią ludzie, tak, by ludzie mogli bezpiecznie siedzieć w domu i poświęcić się rozwojowi. Bo jak wiadomo stagnacja sprzyja rozwojowi. Świetnie pokazał to na przykład Arthur C. Clarke w Mieście i gwiazdach.

Mi się tu przypomina taki tekst, co to nie wiem, na ile jest miarodajny i wiarygodny, niemniej uważam, że zupełnie trafny: „We Włoszech przez trzydzieści lat rządów Borgiów mieli wojnę, terror, mord i rozlew krwi. Zrodzili Michała Anioła, Leonarda da Vinci i renesans. W Szwajcarii mieli braterską miłość, pięćset lat demokracji i pokoju i co zrodzili? Zegar z kukułką.” – ponoć rzekł to Orson Welles, tak przynajmniej mówi mi Wikipedia. Enyłej – nie mam pojęcia, na czym opiera się teoria M-5 oraz samego Daystroma, że niby jak się ludzi odetnie od wszelakich zagrożeń i bodźców, to ludzie nagle zaczną się rozwijać. No bo niby na czym ten rozwój miałby się opierać? Co miałoby pchać tych ludzi do przodu? No ja przepraszam, ale bezedura jakich mało.

I to, co powyżej, to wszystkie moje zarzuty. Bo cała reszta podobała mi się
Tyle dobra! - źródło
niezwykle. Tym razem obecna już parokrotnie w Oryginalnej Serii opozycja człowiek-maszyna miała dodatkowy intrygujący pierwiastek: maszyna została tak naprawdę wykonana na podobieństwo człowieka. Człowieka, który cierpiał na manię wielkości, obsesję niedocenionego naukowca i ewidentnie nie potrafił panować nad emocjami. Ten człowiek uznał, że wprowadzenie w procesor komputera elementów swej osobowości będzie świetnym sposobem na odbicie zarzutów o to, że maszyna jest zbyt nieludzka, by mogła działać samodzielnie. Swoją drogą, co to za zarzut? Maszyna od tego jest maszyną, żeby nie być człowiekiem, a już obdarzanie ludzkimi cechami – i to bez kontroli, bez przesiewu, bez decyzji, jakie cechy ma ona posiadać – maszyny supermocnej jest dość głupie, nie? Tylko, że to właśnie był zasadniczy problem. Profesor Daystrom najwyraźniej skrzętnie ukrywał swoje problemy, a także fakt, co właściwie wyprodukował w swoim garażu. A Gwiezdna Flota po prostu się raduje, że na przykładzie naszego dzielnego kapitana i jego załogi będzie mogła udowodnić, że ludzie są w kosmosach zbędni. Bo, choć bardzo lubię kapitana Boba Wesleya (Barry Rosso), to mam wrażenie, że odrobinkę bawiło go pokazanie Kirkowi, że nie jest on potrzebny.

Jak już się czepiamy budowania supermaszyn w garażu, to ja tak tylko napomknę o Urwipołciu 1: wszak Galen Erso w ten właśnie sposób stworzył Gwiazdę Śmierci – żadnego zespołu, żadnej kontroli, ot – po prostu zaprojektował i zbudował. A przy kolejnych odsłonach tej broni Imperium nawet nie spróbowało rozkminić, co poszło nie tak poprzednio – powtórzyli całość radośnie i beztrosko. Więc cóż: tak, to jest głupie, że M-5 nie miał żadnej kontroli przed wpuszczeniem na Enterprise, niemniej Fontana nie ma wyłączności na tego typu historie.

Całe szczęście Kirk nie uwierzył swemu kumplowi z Akademii i cały czas skrupulatnie kontrolował M-5. Nawet wtedy, gdy ogarnęły go wątpliwości, co do własnych motywacji. To była jedna z tych rzeczy, która ogromnie mi się podobała – kapitan zastanawiający się, czy jego własne dobro nie przeważa dla niego nad dobrem wyższym. Zresztą ogólnie Kirk w tym odcinku był dla mnie w każdym momencie wspaniały. Kiedy schodził z mostka, po pierwszym – udanym (bo to było takie trudne zadanie, że OeMGie) – teście M-5. Kiedy opowiadał doktorowi o tym, że od najdawniejszych czasów bycie kapitanem znaczy tyle
Zbędny! Też coś! – źródło
samo, nieważne, czy masz stopę wody pod kilem, czy czerń kosmosu wokół [w ogóle to była przeładna scena i nie ma to jak Kirk cytujący pana Masefielda – ten wiersz jest cudny i cytujący go Kirk jest cudny takoż]. Kiedy miał łzy w oczach po ataku M-5 na jednostki Federacji. Kiedy zorientował się, co się właściwie dzieje i w jaki sposób chora osobowość twórcy przełożyła się na algorytm działania superkomputera i wykorzystujący tę jego ludzką osobowość przeciwko niemu samemu. I wreszcie na koniec kiedy poddaje się dla dobra wyższego, czeka na cios i pokłada ostatnią nadzieję w człowieczeństwie swego przeciwnika. Kirk jest tu wspaniałym głównym bohaterem, dźwigającym ciężar odcinka. Nie oznacza to jednak bynajmniej, iż pozostali członkowie szkieletowej załogi USS Enterprise nie robią dobrze swojej roboty. Pan Spock i doktor McCoy, których żarty i wzajemne docinki z odcinka na odcinek wskakują na wyższy poziom, służbisty Scotty, czy Czechow od samego początku podchodzący do M-5 z nieufnością graniczącą z agresją. Każdy z nich jest tak bardzo sobą. I jednocześnie czuć, iż stanowią zgrany zespół ludzi, służących pod człowiekiem, którego szanują i którego decyzji nie zamierzają dyskutować. To właśnie jest siła Gwiezdnej Floty – nie maszyny, ale ludzie je obsługujący i to właśnie zobaczyłam w tym odcinku. Pokazane nienachalnie, nie dosłownie, ale nie do przeoczenia.

Właściwie nie wiem, w jakim miejscu miałabym podjąć dyskusję. Bo zgadzam się w całej rozciągłości. To rewelacyjny odcinek z fantastycznie podjętym problemem maszyn, które mogą zastąpić człowieka. A kapitan Kirk stanowi cudną opozycję wobec tych maszyn: bo przecież był kapitanem Enterprise od zawsze i jak można tak po prostu go zastąpić? Szczególnie podoba mi się też to, że Kirk sam się zastanawia, czy jego niechęć do M-5 nie wynika aby z arogancji i małostkowości – z żądzy władzy, z przyzwyczajenia. Dla mnie to jest widoczny znak, że Kirka oddziela bardzo wiele od większości amatorskich marysójek. Kiedy McCoy mówi mu, że skoro Kirk sam zadaje sobie pytanie o motywacje swojego sprzeciwu wobec M-5, to najwyraźniej już stanowi odpowiedź, ja naprawdę czułam ogrom jarania w stosunku do Kirka. To bohater, który nagle uświadamia sobie swoje słabości. I to jest bardzo piękne.

Z innej beczki – Kirk rozprawia się z komputerem w swoim specyficznym stylu, wykorzystanym już parę razy we wcześniejszych odcinkach: wkręca maszynę w brak logiki, wyrzuty sumienia i wewnętrzne sprzeczności. Czemu nie? Po raz kolejny oglądamy zwycięstwo maszyny nad człowiekiem.
Z jakiejś innej strony, dość ciekawa jest rozmowa pana Spocka z McCoyem, w której ten pierwszy przyznaje, że nie uznaje wyższości maszyn nad ludźmi. Serial wyraźnie nam mówi, że co prawda maszyny są wydajniejsze od ludzi, ale nie są i nie będą w stanie ich zastąpić. Inny nie znaczy lepszy. Wydajniejszy – nie znaczy lepszy. Ładnie tu widać coś, co w gruncie rzeczy dość rzadko jest akcentowane: że Spock, choć jest bardzo krytyczny wobec nielogicznych ludzi, to jednak dostrzega ich wyższość nad innymi formami życia (nieżycia? Innymi komputerami?) w kosmosach.

Siem powiedziała, że za dużo piszę, więc już milknę. Dobranoc. Mam urodziny, idę pić.

Twoje zdrowie! C[__]!





Practical, Captain? Perhaps. But not desirable. Computers make excellent and efficient servants; but I have no wish to serve under them. Captain, a starship also runs on loyalty to one man, and nothing can replace it, or him.

Patterns of Force

il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 16 lutego 1968
Reżyseria: Vincent McEveety
Scenariusz: John Meredyth Lucas

Po pierwsze – miał rację Spock, kiedy mówił, że z kapitana byłby wspaniały nazista. Kirkowy uśmiech w połączeniu z gestapowskim mundurem to niepokojąco fantastyczne połączenie.
Ale do rzeczy.

Patterns of Force to jeden z tych odcinków, w których stosunkowo bezkosztowo udało się zapleść ciekawą, niegłupią fabułę, bardzo mocno osadzoną w, że tak to roboczo ujmę, startrekowatości. A w czym dopatruję się tego osadzenia? Ano w tym, że epizod tak naprawdę w dużej mierze stanowi pochwałę Pierwszej Dyrektywy, czyli jednego z podstawowych elementów, na których zbudowane jest uniwersum Star Treka. I trzeba przyznać, że jest to pochwała poparta naprawdę mocnymi argumentami: bo oto złamanie tego zarządzenia i próba naprawiania innego świata wedle własnego widzimisię może lada moment skończyć się tragicznie zarówno dla świata, jak i dla pospiesznego naprawiacza. Właściwie jest to trochę podobny mechanizm do tego, co widzieliśmy w A Piece of the Action – tyle tylko, że Patterns… posuwa się dalej, nadając temu motywowi o wiele większy ciężar. Zasadnicza różnica polega na tym, że ingerencja w obcą cywilizację to wynik umyślnego sterowania, a nie przypadku. Tym razem nikt nie zostawił przez niedopatrzenie książki, która stanie się zaczątkiem nowej cywilizacji. To był tylko ludzki błąd, nadal naganny, ale do wybaczenia. Tymczasem w Patterns… szanowany historyk John Gill (David Brian) celowo kształtuje mieszkańców planety Ekos wedle własnego upodobania, co gorsza – nastawia ich wrogo wobec miłujących pokój sąsiadów z Zeonu. Jak bardzo wbrew Pierwszej Dyrektywie mógłby jeszcze postąpić?
Każdy wie, że Spock ma zieloną krew.
Mało kto wie, że Kirk broczy na różowo. (źródło)
Ach tak, sam Gill mianuje się Führerem.

Zaiste genialne posunięcie. Swoją drogą, to mi nasuwa myśl, iż być może twórcy celowo pokazali, iż mimo tylu doświadczeń przodków, mimo możliwości uczenia się na cudzych błędach ludzie wciąż tego nie robią. Upływający czas zaciera grozę i ludzkość raz po raz wkracza na drogę ku destrukcji.

Trochę to też może być prztyczek w nos dla (myślę, że w gruncie rzeczy raczej dość nędznych) historyków: siedzą z nosami w kronikach, na chłodno oceniają kolejne wydarzenia i wartościują poszczególne państwa – ale tak naprawdę nie mają pojęcia o tym, co najważniejsze w historii: o ludziach.

Jak wspomniałam, przekształceni w nazistów mieszkańcy Ekos prześladują Zeonów. Powtórzę: Zeonów. Z planety Zeon. Po polsku może to tak nie brzmi, bo u nas funkcjonuje ta nazwa raczej zapisana jako Syjon, niemniej nie ma najmniejszych wątpliwości, że chodzi właśnie o Jerozolimę. Mieszkańcy tego świata noszą imiona takie jak Isak, Abrom i Davod. A więc mamy komplet: rzeszę pod dowództwem Führera oraz Żydów, których naziści zamierzają eksterminować. Pojawia się nawet fraza „ostateczne rozwiązanie” w odniesieniu do planu całkowitego zgładzenia Zeonów.
Myślę, że to dość wyraźnie wskazuje na to, jak bardzo twórcy odcinka chcieli zwrócić uwagę na historię – tę naszą, dwudziestowieczną. Bo przecież na potrzeby fabularne epizodu wystarczyłoby, gdyby mieszkańcy Ekos nosili nazistowskie mundury i swastyki. Byłoby czytelnie – a na drugiej planecie mogli żyć randomowi kosmici. A jednak uznano, że to by było za mało. Może takie częściowe przypomnienie nie stanowiłoby dostatecznej przestrogi?

(źródło)
Z drugiej strony, choć odcinek nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, jak należy ocenić działania nazistowskich Niemiec, pojawia się też drugi głos: że było to państwo niezwykle sprawnie działające – i zgodzi się z tym nawet Spock. Dlatego właśnie Gill wybrał je na podstawę dla Ekosjan – bo przecież nie żeby dokonywać ludobójstwa. A więc dostajemy jednoznaczną i nie ulegającą wątpliwości ocenę nazizmu, ale z malutkim haczykiem.

Nie zapominajmy też o pannie Daras (Valora Noland) i Enegu (Patrick Horgan) – z pozoru wzorcowych członkach ekozjańskiej nazistowskiej partii, którzy jednak współpracują z zeońskim ruchem oporu, nie wierząc w to, że jakiekolwiek dobro może wymagać eksterminacji całej rasy i stawiając czynny opór Melakonowi.

Tak – to jest też bardzo ładne zwrócenie uwagi na to, że nie każdy, kto ma swastykę na ramieniu, musi być szują. I że ludzi należy oceniać indywidualnie, bo przecież ktoś mógł przejrzeć na oczy, ktoś może udawać i tak dalej. Ładny i przemyślany portret „tych złych”. No, jest też oczywiście wspomniany Melakon (Skip Homeier) – czyli ten, kto tak naprawdę dąży do władzy absolutnej, podczas gdy pełen ideałów (można się z nimi kłócić, ale był pełen jakichś ideałów) Führer to tylko marionetka.

Ogólnie jeśli chodzi o ten odcinek, to podziwiam odwagę – i wcale się nie dziwię, że do lat dziewięćdziesiątych był to epizod zakazany w Niemczech.

Mimo tej ciężkiej tematyki, Patterns… nie jest pozbawiony humoru. Zapewni go, dość tradycyjnie, duet Kirk i Spock. Swój moment będzie też miał McCoy. Wszyscy bohaterowie są w formie i trudno przyczepić się do czegoś – może poza tym, że kiedy już zaczęliśmy wierzyć w rodzący się rozsądek kapitana, on znów postanowił wrócić do korzeni, czyli: na obcą planetę przenosi się dowódca i pierwszy oficer. Seems legit.


Niemniej to ciekawy, mądry odcinek. Doskonale balansuje między kosmosami a historią, między ciężkim problemem a swoim tradycyjnym dowcipem. Rzecz zdecydowanie warta obejrzenia.




– Oh, Mr. Spock, the... guard did a very professional job on my back. I'd appreciate it if you'd hurry.
– Yes, of course, Captain. Do you realize that the aim will, of course, be very crude?
– I... don't care if you hit the broad side of a barn, just hurry, please.
– Captain... why should I aim at such a structure?