Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Winrich Kolbe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Winrich Kolbe. Pokaż wszystkie posty

Allegiance


Premiera: 26 marca 1990
Reżyseria: Winrich Kolbe
Scenariusz: Richard Manning, Hans Beimler

Właściwie jeśli chodzi o samo sedno tego odcinka, pewnie mogłabym powtórzyć tutaj jakieś fragmenty z notek o The Cage czy The Eye of The Beholder. Bo znów dostajemy epizod o kosmicznym ZOO, a skojarzenie z pilotażowym odcinkiem Oryginalnej Serii nasuwa się o tyle mocno, że w Allegiance także mamy wysoko rozwiniętą rasę, która nie ogarnia zupełnie podstawowych rzeczy, jak na przykład to, że nikt nie lubi być porywany i przetrzymywany gdzieś wbrew woli.
Zasadnicza różnica polega na tym, że tym razem nie od razu wiemy, co jest grane. Obca rasa ujawni się dopiero po pewnym czasie, podczas gdy wcześniej dostajemy całkiem fajną, zagadkową sytuację, w której za pierwszym razem dość trudno się połapać. No bo kto jest porywaczem? Na jakiej zasadzie dobierał ofiary? Jaki ma cel, skoro nie wysuwa żadnych żądań? Dlaczego w więzieniu, do którego trafi Picard i inni, są fałszywe drzwi? Wszystko to jest dziwaczne i intryguje, każe wraz z kapitanem drążyć w poszukiwaniu prawdy.
Zresztą, Picard w ogóle bardzo fajnie wypada w tym odcinku: momentalnie wchodzi w kapitańskie buty, mimo że nie ma wokół siebie załogi, tylko zupełnie nieznajomych, losowych obcych. Jest w stanie ich zorganizować, tak żeby Esoqq (Reiner Schöne) nikogo nie zeżarł. No i w końcu to Picard, nikt inny, odkryje prawdę, mimo rozlicznych podejrzeń rzucanych na pozostałych członków niedoli.

Z drugiej strony, oprócz perypetii czworga więźniów, mamy też zaprezentowane losy załogi Enterprise, która zostaje skonfrontowana z fałszywym Picardem. Tutaj mamy spory potencjał komediowy, bo uzurpator z jakiegoś powodu zachowuje się… cóż, powiedzmy, że mało przekonująco jako kapitan, pod którego się podszywa. Z jednej strony ewidentnie siedzą w nim wspomnienia i myśli oryginalnego Picarda, z drugiej jednak zapodziały się gdzieś kapitańskie priorytety i ideały, na skutek czego nasz uzurpator z subtelnością nieomal Kirka zaczyna podrywać doktor Crusher.

Dziwi trochę, że zaawansowani kosmici odpowiedzialni za całą tę hecę nie potrafią ogarnąć, jak działa pozbawianie kogoś wolności. To znaczy: z całą pewnością ogarniają samą ideę więżenia i bycia więźniami, no bo są uwikłani w te relacje na co dzień. Widzą też na pewno, że ich porwane szczury laboratoryjne próbują uciec, że odczuwają dyskomfort. Nie do końca więc przemawia do mnie ich zdumienie z końcówki odcinka, z którego to zdumienia wynika, jakoby oni w ogóle nie mieli świadomości, że hej, to nieprzyjemne co oni robią, i jak ktoś robi im to samo, to nie jest fajne. A przecież tak właśnie nasi kosmici są przedstawieni: jako ci, którzy w gruncie rzeczy nie chcą źle i ich intencją nigdy nie było jako takie wyrządzanie krzywdy, po prostu nie myśleli, że to tak nieprzyjemne.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony odcinek po prostu ogląda się przyjemnie. No bo tutaj Picard z niebywałą charyzmą i uporem rozwiązuje zagadkę swojego porwania, tam z kolei podszywająca się pod niego istota uczestniczy w szeregu śmieszkowych scen, które – choć w gruncie rzeczy pozbawione sensu – są po prostu zabawne i na swój sposób przyjemne. Z drugiej jednak, ani ten odcinek nie jest szczególnie odkrywczy (no bo The Cage!), ani – mam wrażenie – nadzwyczaj dobrze przemyślany. Są luki w kreacji obcych, pozostawiają też nieco do życzenia zachowania załogi Enterprise. Więc to fajny odcinek, żeby sobie obejrzeć, ale już nie do końca się sprawdza, jeśli człowiek chce o nim pomyśleć trochę po seansie. Ot, takie leniwe czterdzieści minut – leniwe, jak się zdaje, i dla widza, i dla twórców.



– My given name is Esoqq. It means 'fighter.'
– I'll bet half the names in Chalnoth language mean fighter.
– Mizarians, your names all mean surrenderer!

The Bonding

(źródło)
Premiera: 23 października 1989
Reżyseria: Winrich Kolbe
Scenariusz: Ronald D. Moore

Hah, no i mamy jeden z tych odcinków, które naprawdę lubię. Co zresztą nie dziwi za bardzo, bo stoją za nim niezłe nazwiska, odpowiedzialne za sporo dobrych epizodów.
Dostajemy raczej kameralną historię, bez wielkiej polityki, konfliktów i piu-piu w kosmosach. Taką wręcz intymną. I tak naprawdę pozbawioną antagonisty, bo przecież absolutnie wszyscy chcą tylko pomóc Jeremy’emu (Gabriel Damon), nawet jeśli początkowo pojawiają się pewne problemy z komunikacją.
W odcinku kotłuje się sporo różnorodnych emocji, mniej lub bardziej związanych ze śmiercią Marli Aster (Susan Powell). Przede wszystkim więc, jest wspomniany już Jeremy – syn zmarłej, który parę lat wcześniej stracił ojca. Pomijając fakt, że wygląda jak mały naziolek (nie no, serio, ten gładki zaczes, zacięty wyraz na ślicznej buźce, elegancki przyodziewek… jakoś tak mi się skojarzył, no), chłopiec ma dużo na głowie: nagle został zupełnie sam pośród obcych ludzi. W dodatku kręci się w pobliżu osoba, którą przecież łatwo obwinić za śmierć matki, czyli dowodzący zwiadem Worf. W dodatku Jeremy’emu robi mindfucka jakaś obca forma życia, która pojawia się ni stąd ni zowąd pod postacią zmarłej matki i chce zabrać dzieciaka na powierzchnię planety. Mam wrażenie, że Jeremy tak naprawdę ani przez moment nie wierzył, że to naprawdę Marla. To znaczy – nie był o tym tak dogłębnie przekonany. Wiedział, że coś jest nie halo, ale po prostu postanowił grać w tę grę, bo to było przyjemniejsze niż zmaganie się z tak ogromną stratą.
Może nadinterpretuję, a w rzeczywistości chodzi tylko o to, że Gabriel Damon nie jest najlepszym aktorem. Ale ani razu nie widziałam na jego twarzy radości z ponownego połączenia z matką, czy zaskoczenia, że żyje. Właściwie cały czas miał zacięty, ponury wyraz twarzy – co było zrozumiałe na początku, ale w kontekście cudownego połączenia z matką robi się podejrzane.

(źródło)
O ile wątek chłopca był dość oczywisty, o tyle ciekawsze dla mnie były przypadki innych członków załogi.
Przede wszystkim: Worf. Z Worfem to dość ciekawy przypadek, bo jako Klingon podchodzi do tematu śmierci w odmienny niż ludzie sposób. Nie opłakuje, bah, nie odczuwa żalu. Dla niego śmierć Marli była dobrą śmiercią. A jednocześnie sam nie czuje się dobrze z tym, że jako dowódca nie zdołał ochronić swoich ludzi. To dużo emocji jak na chłodną, klingońską naturę. I podobało mi się, że koniec końców to właśnie ta natura zdoła przybliżyć się do Jeremy’ego, a nie rzewliwe i delikatne podejście wszystkich innych, którzy próbowali pocieszać, ale za bardzo to nic nie dawało.
Podobał mi się też wątek Wesleya. To znaczy nie podobał, ale w takim dobrym sensie. No bo Wesley został potraktowany po prostu słabo. Powiedziano mu po prostu: „Jeremy jest smutny, opowiedz mu o śmierci swojego ojca, może go to pocieszy”. I nikomu nie przyszło do głowy, że młody Crusher może nie chcieć o tym rozmawiać? Jasne, jakiś prawie obcy chłopiec został sierotą i to jest smutne, na pewno. Ale to jeszcze nie znaczy, że człowiek chciałby się obnażać przed tym chłopcem z szalenie przecież osobistych kwestii. I stało się to, co w sumie należało przewidzieć: do Wesleya wróciły wszystkie myśli i emocje związane ze śmiercią jego ojca. Taak, taak, że niby wreszcie wyrzucił z siebie tłumiony dotychczas gniew i to była taka oczyszczająca scena, ale jednak trochę tego nie kupuję. Nie widzę niczego fajnego w rozdrapywaniu starych ran.

Zgadzam się, że Wesleya potraktowali paskudnie. Nie wiem, co to miało pokazać? Że wszyscy uważają go za super dojrzałego chłopaka, który ze wszystkim sobie radzi od strzału? Natomiast rozdrapywanie ran nie jest fajne, ale często daje zaskakująco dobre efekty. Owszem, stan emocjonalny Wesa (jak mnóstwo innych rzeczy w czterdziestopięciominutowych odcinkach) jest potraktowany po łebkach, a całe to katharsis przebiega zaskakująco szybko. Ale właśnie – to tylko odcinek serialu, gdzie musiało się znaleźć miejsce na wiele innych szczegółów dotyczących przeżyć Jeremy’ego i jego łączności z Worfem. I ja nie mam problemów z kupieniem tego. Wes miał zresztą całkiem sporo szczęścia – osoba odpowiedzialna była pod ręką, żyje, itd. Czasem z tak trudnymi tematami trzeba sobie radzić bez wyrzucenia emocji tak dosłownie, pod właściwym adresem. Oczywiście, tu sytuacji dodaje pikanterii fakt, że to Picard, bardzo ważna dla Wesa osoba jest osobą odpowiedzialną. Wyobrażam sobie, jak musiał dusić w sobie ten gniew, pretensję i słuszny żal. Bo przecież kapitan to osoba niezwykle znacząca. Trudno sobie pozwolić na uwierzenie, że można się na nią zezłościć, zwłaszcza jeśli przecież (jak Wesley) tak bardzo się ją podziwia.

(źródło)
Niemniej to, co podobało mi się najbardziej, to wisząca nad tym wszystkim idea, z którą spotykamy się w Star Treku nie pierwszy już raz: lepsza jest gorzka i trudna prawda czy szczęśliwa egzystencja w fałszu? Jeśli ktoś by mnie pytał, This Side of Paradise z Oryginalnej Serii pokazała ten dylemat trochę lepiej, bo zakończenie odcinka prowokowało do refleksji, zamiast jednoznacznie klepnąć, że tak, ból jest cacy, spadać ze szczęściem. Podobną myśl mieliśmy w The Apple, I, Mudd, przed tego typu dylematem stanęli również kapitanowie uwięzieni w Nexusie w Pokoleniach. A zresztą, nawet w The Final Frontier ocieramy się o ten temat, kiedy Sybok chce odebrać Kirkowi jego ból.
Tutaj znów mamy oczywiście puentę, że prawdziwe życie jest trudne i bolesne, ale jest prawdziwe, więc trzeba się go trzymać. Ja sama nie wiem, czy naprawdę Jeremy’emu działaby się krzywda, gdyby poszedł z iluzją Marli. Patrząc na możliwości, jakie miała ta forma życia, pewnie dałaby radę sfabrykować dla chłopca i przestrzenie, gdzie mógłby spędzać czas, i nauczycieli, i nawet iluzoryczną partnerkę życiową. Dzieciak mógłby się rozwijać i realizować.
Na szczęście odcinek wie to za mnie.

Jakoś tego nie widzę. To znaczy widzę. Widzę całkiem fajny serial oparty na tym, że dorosły Jeremy ogarnia, że całe jego otoczenie to fikcja. Nie widzę natomiast, żeby to się a) dało ukryć na zawsze zawsze (jeśli Jeremy kupił, że faktycznie wróciła do niego mama, a cała reszta robi go w trąbkę) b) dało jakoś spektakularnie długo ciągnąć z iluzją zamiast rzeczywistości (jeśli Jeremy pokapował, że to nie mama, a jakaś obca forma życia). I w obu wersjach ten nieistniejący serial mógłby być fajny.



– I cannot seek revenge against an enemy who has turned to dust centuries ago. Her death was senseless. The last victim of a forgotten war.

Evolution


Premiera: 25 września 1989
Reżyseria: Winrich Kolbe
Scenariusz: Michael Piller, Michael Wagner

I oto zaczynamy kolejny sezon. I tym samym żegnamy doktor Pulaski, czego żałuję niemal natychmiastowo, jako że wątek rodziny Crusherów akurat w tym odcinku jest dość istotny. I dość irytujący.
Zacznę może od właśnie tego tematu: powrót doktor Beverly i jej relacje z synem. No po prostu to do mnie ani trochę nie przemówiło i mam wrażenie, że było zrobione mocno na siłę, byle tylko jakoś w ogóle poruszyć ten temat, że jej nie było przez rok i teraz nagle się znów pojawiła.
No bo serio: Wesley zawsze był super rozsądnym dzieciakiem – owszem, trochę zagubionym w niuansach relacji międzyludzkich, ale zawsze empatycznym i w lot łapiącym, na czym polegają jego błędy. I Beverly Crusher sprawiała wrażenie, że rozumie charakter własnego syna. Jeśli mieli jakiś konflikt (choć „konflikt” to tu za mocne słowo), to zazwyczaj zasadzał się na tym, że ona – jako matka – odczuwała przesadną chęć chronienia potomka, podczas gdy Wesley miał swoje wygórowane poczucie obowiązku i honoru.
Wesley nigdy nie zasugerował, że źle mu z powodu rocznego rozstania z matką. Nigdy też nie pojawiła się sugestia, że służenie na statku z własną matką jest w jakikolwiek sposób problematyczne.
Dlatego też byłam mega zaskoczona, kiedy coś takiego wykwitło w tym odcinku, i to nie delikatnie, jako rozkręcający się konflikt, a od razu jako drama. Nagle Beverly nie zna własnego syna, on nie zna jej, jest stłamszony i w ogóle… dlaczego pani doktor zaczęła pytać o tych przyjaciół Wesleya i martwić się o niego? Przecież od dwóch sezonów nic się nie zmieniło: Wesley był podjaranym kujonem od samego początku. Dlaczego przedtem to jej nie przeszkadzało?
Nie kupuję tego wątku ani trochę.
Jasne, można by tłumaczyć, że przecież Wesley jest nastolatkiem, w dodatku nieco nakręconym przez doktora Stubbsa (Ken Jenkins – Ulv obok mnie zaciesza, że doktor Kelso ze Scrubs). Hormony szaleją, mózg wchodzi w ten trudny etap, kiedy kieruje się logiką niedostępną dla reszty ludzkości. Ale ja sama nie wiem: Wesley ma 17 lat. W zasadzie od dawna już powinien być w fazie zbuntowanego nastolatka. I zresztą, wcale nie jest zbuntowany: to dalej ten sam prymus, tylko nagle wyrzuca matce, że na rok opuściła Enterprise.
A co do tego, że jako jedyny na pokładzie pracuje ze swoją matką: naprawdę nie wydaje mi się. Przecież nie raz widzieliśmy, że na Enterprise-D są całe rodziny. Przecież już w pierwszym sezonie mieliśmy Jake’a Kurlanda, który nie był jeszcze co prawda oficerem, ale być może teraz – dwa lata później – już nim jest. I służy z ojcem. I nie ma powodów przypuszczać, że to odosobnione przypadki. Widzimy wiele rodzin i dużo młodzieży na pokładzie Enterprise.

No dobrze, ale na szczęście ten epizod to nie tylko wątek nieporozumień na linii matka-syn. To też sztuczna inteligencja i dylematy, czy nanity są żywe, czy można je bez mrugnięcia usunąć z pokładowego komputera. I tutaj, muszę przyznać, odcinek sprawdził się już dużo lepiej. Bo całkiem ładnie porusza ten problem: od kiedy możemy zacząć mówić o życiu? Dodatkowej pikanterii całej sprawie dorzuca obecność Daty podczas rozmów na ten temat. No bo jak powinien poczuć się android, kiedy doktor Stubbs stwierdza, że nanity to tylko szkodniki i należy je wytępić? Jakie dokładnie elementy decydują o tym, że zaczynamy mówić o żywym organizmie?
Swoją drogą, doktor Stubbs ma też trochę racji, kiedy powołuje się na formy życia, które ludzkość wytępiła bądź po prostu zwalczała ze względu na własne przetrwanie. Choć wiadomo, oczywiście, że jego podejście jest nieco staroświeckie i cywilizacja dwudziestego czwartego wieku już w ten sposób nie postępuje.
Inna sprawa: co to za szkoła jest na tym Enterprise, że zadanie domowe może zagrozić całej załodze? Da fuck, nauczycielu? Z jakiegoś powodu w naszych szkołach uczniowie nie mają rozmnażać eboli w terrariach, więc skąd tutaj te nanity? Tak, Wesley je podrasował, ale skoro w ogóle miał taką możliwość, to moim zdaniem coś tu było po prostu fatalnie pomyślane.

Tak, ten odcinek ma sporo problemów. Niemniej ogląda się go przyjemnie. Kapitan Picard pokazuje całkiem fajny pazur, stojąc murem za załogą i za nową formą życia zarazem, trudno też nie śledzić poczynań Daty, którego kwestia nanitów dotyka nieco bardziej bezpośrednio. Doktor Stubbs ma własne demony, z którymi tak naprawdę się mierzy i nie można mu zarzucić tak po prostu bycia kutasem. Odcinek cały czas trzyma w napięciu i w zasadzie do końca nie od końca wiadomo, jakie decyzje zapadną (no dobrze, wiadomo, bo znamy serial i wiemy, czego się spodziewać po bohaterach – ale gdyby człowiek oglądał to po raz pierwszy, w 1989 roku, to kto wie…?). To przyjemny, dynamiczny i wciągający epizod, tylko Crusherom ktoś kazał trochę niepotrzebnie robić problemy tam, gdzie ich nie ma i nigdy nie było. Ale to nie powinno zniechęcić.





– You have no choice now… it is a matter of survival.
– If you were a member of my crew, sir, I would…
– But I am not a member of your crew, sir… I am a representative of the highest command of the Federation… which has directed you to perform my experiment.
– If any man, woman or child on my ship is harmed as a result of your experiment, I will have your head before the highest command of the Federation.

Up the Long Ladder


Premiera: 20 maja 1989

Reżyseria: Winrich Kolbe

Scenariusz: Melinda M. Snodgrass



Zauroczył mnie ten odcinek. Dla mnie to jeden z tych, które się robi na prośbę ludzi od kostiumów. Bo im się normlanie nudzi, a od czasu do czasu mogą się popisać. Z radochą prawdziwą patrzyłam na sukienki, narzutki, marynarki kolonistów z Mariposy. Zdecydowanie cała masa speców od włókiennictwa i krawiectwa wylądowała na dalekiej planecie, by założyć na niej kolonię Utopistów. Zresztą – nie bez powodu manifest załadunkowy obejmował jakąś absurdalną liczbę kołowrotków. Przyznam też, że bardzo podobało mi się to, że koloniści odlatujący z Ziemi po trzeciej wojnie światowej mogli zadecydować w jaki sposób chcą żyć. Że nie ingerowano w to, że chcą się cofnąć cywilizacyjnie. Jestem w stanie zrozumieć tę potrzebę ucieczki od teraźniejszości, która oprócz hałasu i zanieczyszczenia generuje dodatkowo wojny. Polećmy gdzieś daleko i sprawdźmy, czy da się od nowa. Jednocześnie nie palą wszystkich mostów – mają wciąż możliwość nadania sygnału SOS, gdy zagraża im niebezpieczeństwo na skalę planetarną i z niego korzystają. Swoją drogą – fajnie, że Riker od razu poznał, że to sygnał SOS, a komputer musiał grzebać i grzebać, by się do niego dogrzebać. Choć przyznaję, komputer podał szczegółowe dane.



A mnie szczególnie rozbawiło, że koloniści po wojnie postanowili zostać Irlandczykami :D No bo hej, przecież oni ewidentnie byli wystylizowani na stereotypowych Irlandczyków, nawet gdzieś tam była mowa o ziemniakach. Zresztą, teraz sobie zajrzałam na Memory Alpha i rzeczywiście, to jest bardzo wyraźnie powiedziane, że koloniści celowo zostali przedstawieni jako Irlandczycy, bo autorka scenariusza tak sobie to wymyśliła z ówczesnym przełożonym, jednym ze scenarzystów TNG, Irlandczykiem – Maurym Hurleyem. Nawet nazwa tych kolonistów, Bringloidzi, pochodzi z irlandzkiego.

To, co mnie tu natomiast szczególnie tknęło, to pokazanie owego „powrotu do natury” jako jednej z dróg, która jednak w izolacji od pozostałych kultur i cywilizacji sama nie jest w stanie sobie poradzić. Obie grupy kolonistów, niezależnie od obranego sposobu życia, koniec końców potrzebują siebie nawzajem. I ja to kupuję. Nieważne, czy jesteś eleganckim inteligentem, dla którego pociąg seksualny jest czymś obrzydliwym, czy jesteś wesolutkim, pracowitym hodowcą drobiu, jesteście równie wartościowi i, żeby mogło kwitnąć zdrowe społeczeństwo, powinniście się uzupełniać. To ładne, startrekowe przesłanie, nadal bardzo aktualne  w czasach dyskryminacji na tle rasowym i wszechobecnego oceniania ludzi po pozorach („nosi łachmany, więc przejdę na drugą stronę ulicy, bo nie chcę mieć z tym czymś do czynienia”).

Tylko że przy tym wszystkim nie mogę nie wrócić myślami do nieszczęsnego filmu pełnometrażowego Star Trek: Rebelia, który powstał dziesięć lat po tym odcinku, a jednak zawarta w nim myśl cofała markę o lat kilkadziesiąt. Bo oto mieliśmy tych cholernych Ba’ku, którzy wracali do natury i ach, och, to było takie wspaniałe, bo technologia jest taka fuj-fuj, no i oni mieli rację i w ogóle przyszłość powinna właśnie tak wyglądać. I argh. Ale do tego jeszcze kiedyś wrócę, jak dobijemy do tego filmu z notkami… Tak tylko odnotowuję, że nie cierpię tego filmu.



Pojawienie się kolonistów na USS Enterprise to moment komiczny. Pojawiają się bowiem z
Na sianku... (źródło)
całym dobytkiem (a jakże, zaskoczmy kapitana Picarda, który akurat w tym momencie uzna, że nie będzie słuchał swego pierwszego oficera od razu, bo lepiej kilka razy powiedzieć, że nie teraz, bo czas goni niż wysłuchać i mieć z głowy). Dobytek obejmuje świnie, kury, owce, siano i szczapki drewna na ognisko… I tu mam nieuniknione pytanie: jak, do cholery, działa transporter? Bo jakoś wcześniej nie zabierał niczego z otoczenia przenoszonych. Owszem, jeśli mieli coś w rękach – było przenoszone z nimi, jeśli była potrzeba przenieść jakiś pojemnik to przenoszono pojemnik. Ale źdźbła trawy? Drewno na ognisko? Po co? Na miejscu wyjaśniono by przecież ludziom z Mariposy jak to działa w XXIV wieku i już. Ale nie… bo wtedy nie byłoby akcji z paleniem ogniska w ładowni, więc zróbmy żeby transporter zachował się dziwnie. Przynajmniej ja tak to odbieram.



Rozumiem to tak, że transporter można przestawić na przeniesienie np. wszystkiego z danego obszaru, a można ustawić na pojedyncze osoby. Może zazwyczaj korzysta się z trybu z pojedynczymi osobami, bo to zjada mniej energii? A tutaj chyba było ustalone, że oni chcą zabrać swój dobytek, bo nie mogą przecież zostawić zwierząt, a to w konsekwencji mogło oznaczać również zabranie paszy i tak dalej, więc pewnie stąd postanowiono po prostu hurtem wziąć wszystko jak leci.



Jest to także jeden z tych odcinków, który prezentuje nam komandora Rikera, jako spadkobiercę romansowych ekscesów kapitana Kirka. Kiedy pan porucznik stwierdził, że pomoże pięknej  i pyskatej Brennie (Rosalyn Landor)  i podszedł  do niej stojącej na sianie, mój mózg natychmiast odtworzył tę scenę:






Koloniści z Mariposy stworzyli nową, na oko szczęśliwą, choć ktoś mógłby stwierdzić, że prymitywną cywilizację. Ja bym powiedziała prostą. Taką, gdzie nie trzeba się martwić o nic ponad bieżący dzień. Nie chcieli czekać, aż Ziemianie sami do tego dojdą, podbiją kosmosy, stworzą Federację. I moim zdaniem mieli rację. Osiągnęli sobie swój własny pokój wcześniej. I to jeden z wątków tego odcinka. Ale jak to bywa w TNG to nie wszystko, bo nagle okazuje się, że dwie planety dalej istnieje druga kolonia, gdyż SS Mariposa zabrał na swój pokład nie tylko Utopistów, ale też drugą grupę kolonistów – takich, którzy nie chcieli rezygnować z dobrodziejstw nauki i techniki i tajemnicze do tej pory komputery z manifestu pokładowego nagle nabrały sensu.

Kolonia numer dwa istnieje, ale nie ma się tak dobrze jak kolonia numer jeden. Z powodu katastrofy, którą przeżyło jedynie trzech mężczyzn i dwie kobiety, ażeby w ogóle mogła powstać
Trojaczki? (źródło)
posłużono się klonowaniem. Na logikę to dość słabe. Bo jak rozumiem mieli komputery – które się jakoś nie porozbijały ale mieli też sprzęt umożliwiający budowę laboratorium i kapsuł dla klonów i on też w tej katastrofie ocalał. A na dodatek te klony rosną im w zastraszającym tempie. Ale OK., to dość długo była bolączka produkcji S-F i space oper, że ich autorzy wyobrażali sobie te wszystkie przyspieszacze wzrastania i dojrzewania (acz jednak doba na stworzenie drugiego Rikera to jednak przesada). Natomiast przetrwanie kilkunastu pokoleń na tak mizernym genetycznym materiale? Ileż oni tych klonów stworzyli? Jak sobie radzili z zaspokajaniem wszystkich potrzeb? Fajne było to, że mieli problemy – że istniał kłopot z regresją genów, z przekazywaniem wad i mutacji. Fajne było też, że musieli wyłączyć popęd seksualny. Choć przyznaję, że nie wiem do końca jak, choć z drugiej strony psychika to niezwykła siła. I jeśli uwarunkuje się kogoś, że coś jest obrzydliwe to jest. No i wychodzili z tych kapsuł jako dojrzałe osobniki. Może jeśli byli klonowani z egzemplarzy już nie uprawiających seksu to szufladki w mózgu za to odpowiadające były od początku na głucho pozamykane?



Niewątpliwie jest w tym wątku sporo luk, ale z drugiej strony – można by nakręcić oddzielny serial o samych tych kolonistach i o tym, jak funkcjonowało ich społeczeństwo. Za dużo pytań i za trudne zagadnienia, żeby szczegółowo to omówić w jednym odcinku. Dlatego zupełnie mi to nie przeszkadza – ot, niezbędne uproszczenia, żeby cała historia mogła zagrać.



Sam sposób rozwiązania problemów jednych i drugich kolonistów jest dość prosty i od początku oczywisty. Hej, my mamy fajną planetę, a wy macie fajne nowe geny, łączmy się i mnóżmy się, a nie zapomnijmy o krzyżowaniu się na potęgę, żeby jak najwięcej nowych genetycznie osobników powstało. Dość monogamii! Komu by to nie odpowiadało? Oczywiście oprócz tych, dla których seks to obrzydliwość. Ale z drugiej strony, czego się nie zrobi dla podtrzymania gatunku? Znacznie ciekawsza jest reakcja Rikera na prośbę premiera Grangera (Jon De Vries) o możliwość pobrania genów jego i innych członków załogi USS Enterprise. Mnie ta reakcja zaszokowała. Riker nie chce być sklonowany. Ba! Riker bez skrupułów zabija klona. Bo jak sam tłumaczy jeden Riker jest wyjątkowy, ale jeśli będzie więcej Rikerów jego wartość znacznie spadnie. Zastrzelił mnie. Żadnego zastanowienia się nad tym, że to jest istota ludzka, że powołana do życia, ma prawo żyć. Że ma duszę, jak ma ją sam Riker (czy jak nazwiemy tę część człowieka odpowiedzialną za jego samoświadomość i możliwość decydowania o swoim postępowaniu). W sumie ten strach porucznika przed pojawieniem się jego podróbek (bo tak zdaje się to odbierał), a także wściekłość na tych, co mu ukradli komórki i wbrew woli stworzyli klona, jest dla mnie zrozumiała. Ale już zabójstwo nie. Dla Rikera klon to nie człowiek. To zagrożenie dla jego ego. Duplikat, a nie odrębny byt. Zastanawiam się, czy tak właśnie widzieli ludzie z końca lat 80-tych klonowanie?
Omujbosz, ona jest w ciąży i ma kózkę! (źródło)




Mnie ta reakcja ogólnie zaszokowała. Bez mrugnięcia chcieli skazać cywilizację na wyginięcie w imię… no w imię swojego ego. W imię jakiejś mętnej wizji, że nie będą już jedyni i niepowtarzalni. Co za parchate samoluby. Żadnej refleksji, że może jednak, że przecież klon będzie żył w totalnie odmiennym środowisku, więc siłą rzeczy koniec końców będzie jednak innym człowiekiem, bo przecież kształtują nas nie tylko geny (rzecz fajnie poruszona w pełnometrażowym Star Trek: Nemesis, ale do tego też wrócimy kiedy indziej). Po prostu od pierwszej chwili dali odpowiedź odmowną. Trochę się nie dziwię premierowi, że podjął decyzję o wykradnięciu genów, choć nie mówię, że ją pochwalam: mam świadomość tego, że to kradzież i to dość radykalna, bo nie mówimy o wykradnięciu srebrnej łyżeczki, tylko no… kawałka człowieka.

No i to bezrefleksyjne zabójstwo Rikera… dziwnie, po prostu dziwnie to wszystko wyszło, mocno niefortunnie moim zdaniem.

Ale ale! Zupełnie pominęłaś wątek doktor Pulaski i Worfa, który zapadł na klingońską odrę! Wiem, to był maleńki wątek, ale strasznie go lubię. Pomijam fakt, że przez pewien czas trochę mnie zastanawiało: odra? Na pewno mają na myśli odrę, a nie ospę? No ale nie, słownik wyraźnie mówi, że „measles” to odra. No więc okej. Taka tam choroba dziecięca. To co mnie jednak urzekło, to fantastyczne zrozumienie pani doktor dla Worfa, jej dyskrecja i profesjonalizm. I aż mi smutno, że nie usłyszeliśmy żadnej klingońskiej poezji romantycznej. Chciałabym więcej tego wątku.





Podsumowując – odcinek ciekawy i miły dla oka. Lubię. [I ja takoż go lubię bardzo. Mimo pewnych elementów, które wydają mi się okropnie nietrafione (podejście do klonowania), jest ładny, zabawny i niegłupi. Acz nadal nie wiem, czy Brenna umyła w końcu stopy]





– Every moment of pleasure in life has to be purchased by an equal moment of pain.


Pen Pals

il. Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 1 maja 1989
Reżyseria: Winrich Kolbe
Scenariusz: Hannah Louise Shearer

Po pierwsze, mamy rzut oka na ludzką stronę kapitana Picarda – to zawsze cenne chwile, bo kapitan zazwyczaj stara się pozostawać formalny i zdystansowany. A tu się okazuje, że ma słabość do koni. Miłe. I autentycznie poczułam żal, kiedy konna przejażdżka skończyła się, zanim jeszcze się zaczęła. I miałam ochotę powiedzieć „Riker, matołku, zajmij się tym sam i pozwól kapitanowi na chociaż kwadrans relaksu”.

Wątek drugi: hartowanie Wesleya (bezcenny komentarz doktor Pulaski: „to chłopiec, a nie miecz”). To akurat motyw, który mnie zadziwił. I nie chodzi mi o samego młodego Crushera, który tak naprawdę przecież nie robi niczego, do czego nie zmusiłyby go okoliczności i co odstawałoby od jego charakteru. Nie, zadziwili mnie wszyscy inni: wypchnęli Wesleya na siłę do dowodzenia badaniami. Nie kupuję gadki o wspomnianym już hartowaniu i o tym, że z chłopca wkrótce będzie mężczyzną – bo przecież taka fucha nie ma nic wspólnego z byciem mężczyzną. Tu wchodzą w grę bardzo konkretne kompetencje, a Wesley w żadnym momencie nie był do tego szkolony. To nie jest problem męskości czy wieku. Za dwadzieścia lat może nadal nie nadawać się do dowodzenia, może wyrosnąć na przykład na świetnego naukowca – tylko tyle i aż tyle (wiemy, że nie wyrośnie, ale nieważne, piszę to hipotetycznie). Przecież on nawet nie dostał się jeszcze do Akademii, więc w ogóle o co chodzi? Na jakiej podstawie ma kimkolwiek dowodzić? Nic dziwnego, że członkowie jego zespołu nie traktują go zbyt poważnie: jest nieźle zapowiadającym się młodzieńcem, ale to wszystko.
I myślę, że właśnie przez takie rzeczy Crusher cieszy się opinią irytująco cudownego dziecka, merysójki i budzi sympatię na równi z Jar Jar Binksem. A tymczasem to naprawdę nie jego wina i zawsze będę to powtarzać: to reszta załogi wypycha go na to niezbyt chlubne stanowisko. On sam jest po prostu dorastającym dzieciakiem z ambicjami i zupełnie typowym brakiem pewności siebie.

I jest wątek główny – tak myślę, że główny, no bo tytułowy – czyli tajemnicza znajoma Daty. No i cóż. Muszę przyznać, że ta historia w zasadzie po mnie spłynęła. Nie wiem, nie potrafiłam się jakoś zaangażować. Okej, mamy po raz kolejny podniesiony temat Pierwszej Dyrektywy. Nic szczególnie unikalnego, czyż nie? I moim zdaniem ten problem bywał obrabiany już w bardziej interesujące sposoby.
Sęk w tym, że nie dostrzegłam konfliktu w sytuacji z tego odcinka. Nie rozumiem, dlaczego w którymkolwiek momencie pomoc obcej rasie miałaby być złą decyzją. Tak, Picard próbował to jakoś uzasadniać, ale myślę, że mu to tym razem nie wyszło. Plus całość wzięła w łeb dlaczego…? Bo Picard usłyszał, że korespondencyjna znajomość Daty to dziewczynka? Więc mogą ginąć miliony, ale kiedy w grę wchodzi mała dziewczynka, to przepadło, olać Pierwszą Dyrektywę? (to mnie aż tak nie dziwi – dobrze znam zasadę wyniesioną z Gry o Tron: nie zadzierać z małymi dziewczynkami!) Nie, kapitanie, jesteś niekonsekwentny i, nie bójmy się tego słowa, wylazł z ciebie mały hipokryta.
Co jest tu fajne? Strach Daty o Sarjenkę. Niby to nie jest tematem odcinka, ale mamy mimochodem pokazane emocje androida – tak prawdziwe i szczere, a przecież Data wciąż ma kompleks bycia nie-człowiekiem, wciąż usiłuje zrozumieć uczucia. I zupełnie nie ogarnia, że już od dawna sam je odczuwa.
Z drugiej strony, Sarjenka to trochę mała szuja. Planeta umiera, wybuchają wulkany, są trzęsienia ziemi i ogólnie źle się dzieje. Rodzina się ukrywa. A co robi dziewuszka? Hej, hura, lecimy w gwiazdy! W sensie: rozumiem ekscytację, ale zabrakło mi jakiejś chociaż pojedynczej refleksji, że gdzieś tam została reszta rodziny. Nie wiem, jakiegoś pytania, czy nic im nie będzie. Albo czy mogą przenieść się z Sarjenką i Datą.
Jeśli zaś chodzi o cały problem geologiczny – cóż, standardowo spłynęło to po mnie. Wydaje mi się, że Enterprise w tym odcinku jest nieco overpowered (kamaaan, zmienia geologię całej planety za pomocą kilku torped?), ale traktuję to zagadnienie jako poboczny pretekst, żeby pokazać inne rzeczy.




– O'Brien, take a nap. You didn't see any of this. You're not involved.
– Right, sir. I'll just be standing over here dozing off.

Where Silence Has Lease

(źródło)

Premiera: 28 listopada 1988
Reżyseria: Winrich Kolbe
Scenariusz: Jack B. Sowards

Nie wiem tak naprawdę, co mogłabym napisać o tym odcinku. Całkiem szczerze: emocjonalnie jest dla mnie dość neutralny. Zaczyna się interesująco, no bo mamy próbę pokazania klingońskiej strony Worfa. Próbę może obecnie bardziej zabawną niż istotnie groźną, niemniej zawsze to coś. Niestety, ten wstęp tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia dla dalszej części serialu. I to trochę szkoda, bo byłoby bez porównania fajniej, gdyby pojawiła się jakaś ciągłość w wątkach w obrębie jednego odcinka. Rozumiem, że taką ciągłość miała nam zasugerować ekspedycja Rikera i Worfa na pokład USS Yamato, ale jak dla mnie, trochę to nie wypaliło. Okej, Worf nieco się zirytował. Ale czy zachowywał się jakoś szczególnie… nie wiem, jakby to ująć: klingońsko? Czy w którymś momencie zagroził bezpieczeństwu Rikera (piję tu do pierwszej sceny odcinka, w której kapitan Picard martwi się o obu oficerów, podczas gdy ci bawią się w holodeku)? Każdy na jego miejscu mógłby się zirytować, więc trochę to do mnie nie przemawia.

A owszem mógł. Ale ja myślę, że chyba to jego klingońskie dziedzictwo bardziej zostało podkreślone w momencie, gdy podzielił się ze współtowarzyszami legendą o czerni zjadającej statki w kosmosach. Zwłaszcza, że to było dla niego coś nie przystającego do powagi stanowiska, jakie pełnił. Podobał mi się w tej scenie bardzo.

To, co mi się podoba, to kontynuowanie relacji Pulaski-Data. Doktor nadal traktuje naszego androida jak sprzęt, ale cóż – przynajmniej pamięta już jego imię. I powoli dojrzewa do zrozumienia, że w istocie Data jest żywą istotą. Przyjemnie jest śledzić tę stopniową przemianę pani doktor oraz satysfakcję, którą przy tej okazji odczuwa sam Data.

Swoją drogą – ciekawe po co ją wezwał kapitan. Jak sama zauważyła jest lekarzem i to chyba bez jakiegoś zacięcia naukowego. To nie Bones, który miał swoje hipotezy i koncepcje oparte na wychwytywaniu analogii do znanych mu już organizmów. Ale tak, najwyraźniej była potrzebna do rozwinięcia wątku z Datą.

(źródło)
Ale mamy też wątek najważniejszy, stanowiący trzon tego odcinka: spotkanie z nieznanym, konfrontację z zupełnie obcą formą istnienia. Czyli coś, co w dużej mierze jest sednem Star Treka (poza, oczywiście, innymi sednami, jak poruszanie ważnych, drażliwych i aktualnych problemów społecznych).
Okej. Przede wszystkim więc: nieznane ma strasznie szpetny pysk. Naprawdę, trudno było mi się skupić na fabule, kiedy widziałam tę paskudną facjatę na ekranie. Nie ujmując niczego nieszczęsnemu Earlowi Boenowi, grającemu Nagilum. Po prostu CGI lat osiemdziesiątych jednak nieco się postarzało.
Sama postać dziwnego kosmity jednak pozostaje w startrekowym duchu. W sumie nie jest wrogo nastawiona, po prostu totalnie nie ogarnia cielesnych form życia. Nie jest w tym zresztą osamotniona, bo kosmici jakoś często miewają problem z tym tematem (na szczęście zawsze mamy na podorędziu czarnego redshirta, który posłuży za królika doświadczalnego i umrze dla dobra sprawy).

Ja dla odmiany mam w tym momencie taki problem, że nie bardzo ogarniam, dlaczego oni mu po prostu nie odpowiedzieli na pytanie. Bo skoro ja wiedziałam, o co pyta obcy, to nie wiem czemu odsada mostka na czele z kapitanem, się zastanawiała, jak by tu odpowiedzieć na tyle długo, że Nagilum uznał za stosowne sam sprawdzić. Oraz – nie wiedział co to, ale wiedział jak to zrobić, tak? Jakoś nie kupuję, włącznie z dramatyzmem. Bo jakoś tak jest, że „O! nowy sternik! Znaczy trup w bliskiej przyszłości, tak?” <wzdych>

Zabawne, że Nagilum przyczepił się akurat płci doktor Pulaski, ale zgrabnie pominął doradcę Troi.
Jedno muszę przyznać odcinkowi: kiedy myślę o tym, co spotkało załogę USS Enterprise, prawdę mówiąc nie mam lepszych pomysłów, co mogliby zrobić inaczej i jak rozwiązać ten konflikt bez tych decyzji, które podjął Picard. To w sumie dość budujące, bo może oznaczać, że faktycznie fabuła została całkiem nieźle przemyślana. Z drugiej strony, ciągle się waham, czy to rozsądne ze strony kapitana: skazać na śmierć całą załogę w ramach niezgody na to, żeby Nagilum zabił połowę. Ale – mimo tych wątpliwości – chyba jednak rozumiem decyzję Picarda i, muszę przyznać, popieram ją. Nie będzie nam jakiś Nagilum mówić, jak mamy umrzeć.
(źródło)
To, co jest w tym momencie interesujące, to oglądanie naszych bohaterów w potencjalnie ostatnich minutach życia. To znaczy – na pewno można to było rozwinąć w super ciekawą sekwencję. Odcinek ograniczył się do kapitana, ale to też wypadło całkiem miło. Zwłaszcza że mamy bardzo wyraźny wątek religijny – rzadkość, bo jednak Star Trek dotychczas odcinał się od religii dość definitywnie. Tutaj jednak Picard opowiada o wierzeniach w życie po śmierci i o tym, w co sam wierzy. Podoba mi się.

Przyznam, że totalnie się zgadzałam z fałszywymi Troi i Datą. No bo jednak tak. Każdy mógł być w tych 50%, a kapitan jakoś szybko i łatwo podjął swoją decyzję. I z jednej strony szacun, z drugiej chyba wolałabym, żeby widać było jego rozterkę, nawet jeśli od początku było to pomyślane jako blef.

Lubię to, że w sumie wcale nie wiadomo, czy to jest blef. Tak, może zabrakło większej rozterki – to jednak mocno dramatyczna decyzja i mogłoby jakoś mocniej odbić się na kapitanie. Niemniej lubię tę małą niejasność, która jest z nami do samego końca.

A po wszystkim mamy dylemat: czy naprawdę Enterprise wyleciał z próżni, czy to kolejna ściema Nagilum? I ja to całkowicie rozumiem, bo sama pewnie na miejscu Picarda do samego końca byłabym pełna podejrzeń. Skoro potrafił stworzyć iluzje innych statków i podszywać się pod członków załogi, czemu miałby nie stworzyć iluzji kosmosu poza swoją pustką? Na dobrą sprawę cały serial potem może się dziać w iluzji Nagilum – to by był twist, gdyby po trzech kolejnych sezonach nasz brzydal nagle pojawił się na ekranie!

Ale popłynęłam. Generalnie odcinek ma parę interesujących drobiazgów, trzyma się też startrekowego ducha, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie urzekł. Ot, po prostu jest. Wydaje mi się, że przemyślany i trzymający się kupy, ale bez tego jakiegoś ducha, który by sprawił, że cokolwiek z niego zapamiętam.




-- Why do I get the feeling that this was not the time to join this ship?