Właściwie jeśli chodzi o samo sedno tego odcinka, pewnie mogłabym
powtórzyć tutaj jakieś fragmenty z notek o The Cage czy The
Eye of The Beholder. Bo znów dostajemy epizod o kosmicznym ZOO,
a skojarzenie z pilotażowym odcinkiem Oryginalnej Serii nasuwa się
o tyle mocno, że w Allegiancetakże mamy wysoko
rozwiniętą rasę, która nie ogarnia zupełnie podstawowych rzeczy,
jak na przykład to, że nikt nie lubi być porywany i przetrzymywany
gdzieś wbrew woli.
Zasadnicza różnica polega na tym,
że tym razem nie od razu wiemy, co jest grane. Obca rasa ujawni się
dopiero po pewnym czasie, podczas gdy wcześniej dostajemy całkiem
fajną, zagadkową sytuację, w której za pierwszym razem dość
trudno się połapać. No bo kto jest porywaczem? Na jakiej zasadzie
dobierał ofiary? Jaki ma cel, skoro nie wysuwa żadnych żądań?
Dlaczego w więzieniu, do
którego trafi Picard i inni, są fałszywe drzwi? Wszystko to jest
dziwaczne i intryguje, każe wraz z kapitanem drążyć w
poszukiwaniu prawdy.
Zresztą, Picard w ogóle bardzo
fajnie wypada w tym odcinku: momentalnie
wchodzi w kapitańskie buty, mimo że nie ma wokół siebie załogi,
tylko zupełnie nieznajomych, losowych obcych. Jest w stanie ich
zorganizować, tak żeby Esoqq (Reiner Schöne) nikogo nie zeżarł.
No i w końcu to Picard, nikt inny, odkryje prawdę, mimo rozlicznych
podejrzeń rzucanych na pozostałych członków niedoli.
Z drugiej strony, oprócz perypetii
czworga więźniów, mamy też zaprezentowane losy załogi
Enterprise, która zostaje skonfrontowana z fałszywym Picardem.
Tutaj mamy spory potencjał komediowy, bo
uzurpator z jakiegoś powodu zachowuje się… cóż, powiedzmy, że
mało przekonująco jako kapitan, pod którego się podszywa. Z
jednej strony ewidentnie siedzą w nim wspomnienia i myśli
oryginalnego Picarda, z drugiej jednak zapodziały się gdzieś
kapitańskie priorytety i ideały, na
skutek czego nasz uzurpator z subtelnością nieomal Kirka zaczyna
podrywać doktor Crusher.
Dziwi trochę, że zaawansowani
kosmici odpowiedzialni za całą tę hecę nie potrafią ogarnąć,
jak działa pozbawianie kogoś wolności. To znaczy: z całą
pewnością ogarniają samą ideę więżenia i bycia więźniami, no
bo są uwikłani w te relacje na co dzień. Widzą też na pewno, że
ich porwane szczury laboratoryjne próbują uciec, że odczuwają
dyskomfort. Nie do końca więc przemawia do mnie ich zdumienie z
końcówki odcinka, z którego to zdumienia wynika, jakoby oni w
ogóle nie mieli świadomości, że hej, to nieprzyjemne co oni
robią, i jak ktoś robi im to samo, to nie jest fajne. A przecież
tak właśnie nasi kosmici są przedstawieni: jako ci, którzy w
gruncie rzeczy nie chcą źle i ich intencją nigdy nie było jako
takie wyrządzanie krzywdy, po prostu nie myśleli, że to tak
nieprzyjemne.
Mam mieszane uczucia. Z jednej
strony odcinek po prostu ogląda się przyjemnie. No bo tutaj Picard
z niebywałą charyzmą i uporem rozwiązuje zagadkę swojego
porwania, tam z kolei podszywająca się pod niego istota uczestniczy
w szeregu śmieszkowych scen, które – choć w gruncie rzeczy
pozbawione sensu – są po prostu zabawne i na swój sposób
przyjemne. Z drugiej jednak, ani ten odcinek nie jest szczególnie
odkrywczy (no bo The
Cage!), ani – mam
wrażenie – nadzwyczaj dobrze przemyślany. Są
luki w kreacji obcych, pozostawiają też nieco do życzenia
zachowania załogi Enterprise. Więc to fajny odcinek, żeby sobie
obejrzeć, ale już nie do końca się sprawdza, jeśli człowiek
chce o nim pomyśleć trochę po seansie. Ot, takie leniwe
czterdzieści minut – leniwe, jak się zdaje, i dla widza, i dla
twórców.
– My given name is Esoqq. It
means 'fighter.'
– I'll bet half the names in
Chalnoth language mean fighter.
Hah, no i mamy jeden z tych odcinków,
które naprawdę lubię. Co zresztą nie dziwi za bardzo, bo stoją za nim niezłe
nazwiska, odpowiedzialne za sporo dobrych epizodów.
Dostajemy raczej kameralną historię,
bez wielkiej polityki, konfliktów i piu-piu w kosmosach. Taką wręcz intymną. I
tak naprawdę pozbawioną antagonisty, bo przecież absolutnie wszyscy chcą tylko
pomóc Jeremy’emu (Gabriel Damon), nawet jeśli początkowo pojawiają się
pewne problemy z komunikacją.
W odcinku kotłuje się sporo
różnorodnych emocji, mniej lub bardziej związanych ze śmiercią Marli Aster
(Susan Powell). Przede wszystkim więc, jest wspomniany już Jeremy – syn
zmarłej, który parę lat wcześniej stracił ojca. Pomijając fakt, że wygląda jak
mały naziolek (nie no, serio, ten gładki zaczes, zacięty wyraz na ślicznej
buźce, elegancki przyodziewek… jakoś tak mi się skojarzył, no), chłopiec ma
dużo na głowie: nagle został zupełnie sam pośród obcych ludzi. W dodatku kręci
się w pobliżu osoba, którą przecież łatwo obwinić za śmierć matki, czyli
dowodzący zwiadem Worf. W dodatku Jeremy’emu robi mindfucka jakaś obca forma
życia, która pojawia się ni stąd ni zowąd pod postacią zmarłej matki i chce
zabrać dzieciaka na powierzchnię planety. Mam wrażenie, że Jeremy tak naprawdę
ani przez moment nie wierzył, że to naprawdę Marla. To znaczy – nie był o tym
tak dogłębnie przekonany. Wiedział, że coś jest nie halo, ale po prostu
postanowił grać w tę grę, bo to było przyjemniejsze niż zmaganie się z tak
ogromną stratą.
Może nadinterpretuję, a w
rzeczywistości chodzi tylko o to, że Gabriel Damon nie jest najlepszym aktorem.
Ale ani razu nie widziałam na jego twarzy radości z ponownego połączenia z
matką, czy zaskoczenia, że żyje. Właściwie cały czas miał zacięty, ponury wyraz
twarzy – co było zrozumiałe na początku, ale w kontekście cudownego połączenia
z matką robi się podejrzane.
O ile wątek chłopca był dość oczywisty,
o tyle ciekawsze dla mnie były przypadki innych członków załogi.
Przede wszystkim: Worf. Z Worfem to
dość ciekawy przypadek, bo jako Klingon podchodzi do tematu śmierci w odmienny
niż ludzie sposób. Nie opłakuje, bah, nie odczuwa żalu. Dla niego śmierć Marli
była dobrą śmiercią. A jednocześnie sam nie czuje się dobrze z tym, że jako
dowódca nie zdołał ochronić swoich ludzi. To dużo emocji jak na chłodną,
klingońską naturę. I podobało mi się, że koniec końców to właśnie ta natura
zdoła przybliżyć się do Jeremy’ego, a nie rzewliwe i delikatne podejście
wszystkich innych, którzy próbowali pocieszać, ale za bardzo to nic nie dawało.
Podobał mi się też wątek Wesleya. To
znaczy nie podobał, ale w takim dobrym sensie. No bo Wesley został potraktowany
po prostu słabo. Powiedziano mu po prostu: „Jeremy jest smutny, opowiedz mu o
śmierci swojego ojca, może go to pocieszy”. I nikomu nie przyszło do głowy, że
młody Crusher może nie chcieć o tym rozmawiać? Jasne, jakiś prawie obcy
chłopiec został sierotą i to jest smutne, na pewno. Ale to jeszcze nie znaczy,
że człowiek chciałby się obnażać przed tym chłopcem z szalenie przecież
osobistych kwestii. I stało się to, co w sumie należało przewidzieć: do Wesleya
wróciły wszystkie myśli i emocje związane ze śmiercią jego ojca. Taak, taak, że
niby wreszcie wyrzucił z siebie tłumiony dotychczas gniew i to była taka oczyszczająca
scena, ale jednak trochę tego nie kupuję. Nie widzę niczego fajnego w
rozdrapywaniu starych ran.
Zgadzam się,
że Wesleya potraktowali paskudnie. Nie wiem, co to miało pokazać? Że wszyscy
uważają go za super dojrzałego chłopaka, który ze wszystkim sobie radzi od
strzału? Natomiast rozdrapywanie ran nie jest fajne, ale często daje
zaskakująco dobre efekty. Owszem, stan emocjonalny Wesa (jak mnóstwo innych
rzeczy w czterdziestopięciominutowych odcinkach) jest potraktowany po łebkach,
a całe to katharsis przebiega zaskakująco szybko. Ale właśnie – to tylko
odcinek serialu, gdzie musiało się znaleźć miejsce na wiele innych szczegółów
dotyczących przeżyć Jeremy’ego i jego łączności z Worfem. I ja nie mam
problemów z kupieniem tego. Wes miał zresztą całkiem sporo szczęścia – osoba
odpowiedzialna była pod ręką, żyje, itd. Czasem z tak trudnymi tematami trzeba
sobie radzić bez wyrzucenia emocji tak dosłownie, pod właściwym adresem.
Oczywiście, tu sytuacji dodaje pikanterii fakt, że to Picard, bardzo ważna dla
Wesa osoba jest osobą odpowiedzialną. Wyobrażam sobie, jak musiał dusić w sobie
ten gniew, pretensję i słuszny żal. Bo przecież kapitan to osoba niezwykle
znacząca. Trudno sobie pozwolić na uwierzenie, że można się na nią zezłościć,
zwłaszcza jeśli przecież (jak Wesley) tak bardzo się ją podziwia.
Niemniej to, co podobało mi się
najbardziej, to wisząca nad tym wszystkim idea, z którą spotykamy się w Star
Treku nie pierwszy już raz: lepsza jest gorzka i trudna prawda czy szczęśliwa
egzystencja w fałszu? Jeśli ktoś by mnie pytał, This Side of
Paradise z Oryginalnej Serii pokazała ten dylemat trochę
lepiej, bo zakończenie odcinka prowokowało do refleksji, zamiast jednoznacznie
klepnąć, że tak, ból jest cacy, spadać ze szczęściem. Podobną myśl mieliśmy w The Apple, I, Mudd,
przed tego typu dylematem stanęli również kapitanowie uwięzieni w Nexusie w Pokoleniach. A zresztą, nawet w The Final Frontier ocieramy się o ten temat, kiedy Sybok
chce odebrać Kirkowi jego ból.
Tutaj znów mamy oczywiście puentę, że
prawdziwe życie jest trudne i bolesne, ale jest prawdziwe, więc trzeba się go
trzymać. Ja sama nie wiem, czy naprawdę Jeremy’emu działaby się krzywda, gdyby
poszedł z iluzją Marli. Patrząc na możliwości, jakie miała ta forma życia,
pewnie dałaby radę sfabrykować dla chłopca i przestrzenie, gdzie mógłby spędzać
czas, i nauczycieli, i nawet iluzoryczną partnerkę życiową. Dzieciak mógłby się
rozwijać i realizować.
Na szczęście odcinek wie to za mnie.
Jakoś tego
nie widzę. To znaczy widzę. Widzę całkiem fajny serial oparty na tym, że
dorosły Jeremy ogarnia, że całe jego otoczenie to fikcja. Nie widzę natomiast,
żeby to się a) dało ukryć na zawsze zawsze (jeśli Jeremy kupił, że faktycznie
wróciła do niego mama, a cała reszta robi go w trąbkę) b) dało jakoś
spektakularnie długo ciągnąć z iluzją zamiast rzeczywistości (jeśli Jeremy
pokapował, że to nie mama, a jakaś obca forma życia). I w obu wersjach ten nieistniejący
serial mógłby być fajny.
– I cannot seek revenge against an enemy who has
turned to dust centuries ago. Her death was senseless. The last victim of a
forgotten war.
I oto zaczynamy kolejny sezon. I tym samym żegnamy doktor
Pulaski, czego żałuję niemal natychmiastowo, jako że wątek rodziny Crusherów
akurat w tym odcinku jest dość istotny. I dość irytujący.
Zacznę może od właśnie tego tematu: powrót doktor Beverly
i jej relacje z synem. No po prostu to do mnie ani trochę nie przemówiło i mam
wrażenie, że było zrobione mocno na siłę, byle tylko jakoś w ogóle poruszyć ten
temat, że jej nie było przez rok i teraz nagle się znów pojawiła.
No bo serio: Wesley zawsze był super rozsądnym dzieciakiem
– owszem, trochę zagubionym w niuansach relacji międzyludzkich, ale zawsze empatycznym
i w lot łapiącym, na czym polegają jego błędy. I Beverly Crusher sprawiała
wrażenie, że rozumie charakter własnego syna. Jeśli mieli jakiś konflikt (choć „konflikt”
to tu za mocne słowo), to zazwyczaj zasadzał się na tym, że ona – jako matka – odczuwała
przesadną chęć chronienia potomka, podczas gdy Wesley miał swoje wygórowane
poczucie obowiązku i honoru.
Wesley nigdy nie zasugerował, że źle mu z powodu rocznego
rozstania z matką. Nigdy też nie pojawiła się sugestia, że służenie na statku z
własną matką jest w jakikolwiek sposób problematyczne.
Dlatego też byłam mega zaskoczona, kiedy coś takiego
wykwitło w tym odcinku, i to nie delikatnie, jako rozkręcający się konflikt, a od
razu jako drama. Nagle Beverly nie zna własnego syna, on nie zna jej, jest stłamszony
i w ogóle… dlaczego pani doktor zaczęła pytać o tych przyjaciół Wesleya i martwić
się o niego? Przecież od dwóch sezonów nic się nie zmieniło: Wesley był
podjaranym kujonem od samego początku. Dlaczego przedtem to jej nie przeszkadzało?
Nie kupuję tego wątku ani trochę.
Jasne, można by tłumaczyć, że przecież Wesley jest
nastolatkiem, w dodatku nieco nakręconym przez doktora Stubbsa (Ken
Jenkins – Ulv obok mnie zaciesza, że doktor Kelso ze Scrubs). Hormony szaleją,
mózg wchodzi w ten trudny etap, kiedy kieruje się logiką niedostępną dla reszty
ludzkości. Ale ja sama nie wiem: Wesley ma 17 lat. W zasadzie od dawna już
powinien być w fazie zbuntowanego nastolatka. I zresztą, wcale nie jest
zbuntowany: to dalej ten sam prymus, tylko nagle wyrzuca matce, że na rok opuściła
Enterprise.
A co do tego, że jako jedyny na pokładzie pracuje ze swoją
matką: naprawdę nie wydaje mi się. Przecież nie raz widzieliśmy, że na Enterprise-D
są całe rodziny. Przecież już w pierwszym sezonie mieliśmy Jake’a Kurlanda,
który nie był jeszcze co prawda oficerem, ale być może teraz – dwa lata później
– już nim jest. I służy z ojcem. I nie ma powodów przypuszczać, że to
odosobnione przypadki. Widzimy wiele rodzin i dużo młodzieży na pokładzie
Enterprise.
No dobrze, ale na szczęście ten epizod to nie tylko wątek
nieporozumień na linii matka-syn. To też sztuczna inteligencja i dylematy, czy nanity
są żywe, czy można je bez mrugnięcia usunąć z pokładowego komputera. I tutaj,
muszę przyznać, odcinek sprawdził się już dużo lepiej. Bo całkiem ładnie porusza
ten problem: od kiedy możemy zacząć mówić o życiu? Dodatkowej pikanterii całej
sprawie dorzuca obecność Daty podczas rozmów na ten temat. No bo jak powinien
poczuć się android, kiedy doktor Stubbs stwierdza, że nanity to tylko szkodniki
i należy je wytępić? Jakie dokładnie elementy decydują o tym, że zaczynamy mówić
o żywym organizmie?
Swoją drogą, doktor Stubbs ma też trochę racji, kiedy
powołuje się na formy życia, które ludzkość wytępiła bądź po prostu zwalczała
ze względu na własne przetrwanie. Choć wiadomo, oczywiście, że jego podejście
jest nieco staroświeckie i cywilizacja dwudziestego czwartego wieku już w ten
sposób nie postępuje.
Inna sprawa: co to za szkoła jest na tym Enterprise, że
zadanie domowe może zagrozić całej załodze? Da fuck, nauczycielu? Z jakiegoś
powodu w naszych szkołach uczniowie nie mają rozmnażać eboli w terrariach, więc
skąd tutaj te nanity? Tak, Wesley je podrasował, ale skoro w ogóle miał taką
możliwość, to moim zdaniem coś tu było po prostu fatalnie pomyślane.
Tak, ten odcinek ma sporo problemów. Niemniej ogląda się
go przyjemnie. Kapitan Picard pokazuje całkiem fajny pazur, stojąc murem za
załogą i za nową formą życia zarazem, trudno też nie śledzić poczynań Daty,
którego kwestia nanitów dotyka nieco bardziej bezpośrednio. Doktor Stubbs ma
własne demony, z którymi tak naprawdę się mierzy i nie można mu zarzucić tak po
prostu bycia kutasem. Odcinek cały czas trzyma w napięciu i w zasadzie do końca
nie od końca wiadomo, jakie decyzje zapadną (no dobrze, wiadomo, bo znamy
serial i wiemy, czego się spodziewać po bohaterach – ale gdyby człowiek oglądał
to po raz pierwszy, w 1989 roku, to kto wie…?). To przyjemny, dynamiczny i
wciągający epizod, tylko Crusherom ktoś kazał trochę niepotrzebnie robić
problemy tam, gdzie ich nie ma i nigdy nie było. Ale to nie powinno zniechęcić.
– You
have no choice now… it is a matter of survival.
– If
you were a member of my crew, sir, I would…
– But
I am not a member of your crew, sir… I am a representative of the highest
command of the Federation… which has directed you to perform my experiment.
– If
any man, woman or child on my ship is harmed as a result of your experiment, I
will have your head before the highest command of the Federation.
Zauroczył mnie ten odcinek. Dla mnie to jeden z tych,
które się robi na prośbę ludzi od kostiumów. Bo im się normlanie nudzi, a od
czasu do czasu mogą się popisać. Z radochą prawdziwą patrzyłam na sukienki,
narzutki, marynarki kolonistów z Mariposy. Zdecydowanie cała masa speców od
włókiennictwa i krawiectwa wylądowała na dalekiej planecie, by założyć na niej
kolonię Utopistów. Zresztą – nie bez powodu manifest załadunkowy obejmował
jakąś absurdalną liczbę kołowrotków. Przyznam też, że bardzo podobało mi się
to, że koloniści odlatujący z Ziemi po trzeciej wojnie światowej mogli
zadecydować w jaki sposób chcą żyć. Że nie ingerowano w to, że chcą się cofnąć
cywilizacyjnie. Jestem w stanie zrozumieć tę potrzebę ucieczki od
teraźniejszości, która oprócz hałasu i zanieczyszczenia generuje dodatkowo
wojny. Polećmy gdzieś daleko i sprawdźmy, czy da się od nowa. Jednocześnie nie
palą wszystkich mostów – mają wciąż możliwość nadania sygnału SOS, gdy zagraża
im niebezpieczeństwo na skalę planetarną i z niego korzystają. Swoją drogą –
fajnie, że Riker od razu poznał, że to sygnał SOS, a komputer musiał grzebać i
grzebać, by się do niego dogrzebać. Choć przyznaję, komputer podał szczegółowe
dane.
A mnie szczególnie rozbawiło, że
koloniści po wojnie postanowili zostać Irlandczykami :D No bo hej, przecież oni
ewidentnie byli wystylizowani na stereotypowych Irlandczyków, nawet gdzieś tam
była mowa o ziemniakach. Zresztą, teraz sobie zajrzałam na Memory Alpha i
rzeczywiście, to jest bardzo wyraźnie powiedziane, że koloniści celowo zostali
przedstawieni jako Irlandczycy, bo autorka scenariusza tak sobie to wymyśliła z
ówczesnym przełożonym, jednym ze scenarzystów TNG, Irlandczykiem – Maurym
Hurleyem. Nawet nazwa tych kolonistów, Bringloidzi, pochodzi z irlandzkiego.
To, co mnie tu natomiast szczególnie
tknęło, to pokazanie owego „powrotu do natury” jako jednej z dróg, która jednak
w izolacji od pozostałych kultur i cywilizacji sama nie jest w stanie sobie
poradzić. Obie grupy kolonistów, niezależnie od obranego sposobu życia, koniec
końców potrzebują siebie nawzajem. I ja to kupuję. Nieważne, czy jesteś
eleganckim inteligentem, dla którego pociąg seksualny jest czymś obrzydliwym,
czy jesteś wesolutkim, pracowitym hodowcą drobiu, jesteście równie wartościowi
i, żeby mogło kwitnąć zdrowe społeczeństwo, powinniście się uzupełniać. To
ładne, startrekowe przesłanie, nadal bardzo aktualne w czasach dyskryminacji na tle rasowym i
wszechobecnego oceniania ludzi po pozorach („nosi łachmany, więc przejdę na
drugą stronę ulicy, bo nie chcę mieć z tym czymś do czynienia”).
Tylko że przy tym wszystkim nie mogę
nie wrócić myślami do nieszczęsnego filmu pełnometrażowego Star Trek:
Rebelia, który powstał dziesięć lat po tym odcinku, a jednak zawarta w nim
myśl cofała markę o lat kilkadziesiąt. Bo oto mieliśmy tych cholernych Ba’ku,
którzy wracali do natury i ach, och, to było takie wspaniałe, bo technologia
jest taka fuj-fuj, no i oni mieli rację i w ogóle przyszłość powinna właśnie
tak wyglądać. I argh. Ale do tego jeszcze kiedyś wrócę, jak dobijemy do tego
filmu z notkami… Tak tylko odnotowuję, że nie cierpię tego filmu.
Pojawienie się kolonistów na USS Enterprise to moment
komiczny. Pojawiają się bowiem z
całym dobytkiem (a jakże, zaskoczmy kapitana
Picarda, który akurat w tym momencie uzna, że nie będzie słuchał swego
pierwszego oficera od razu, bo lepiej kilka razy powiedzieć, że nie teraz, bo
czas goni niż wysłuchać i mieć z głowy). Dobytek obejmuje świnie, kury, owce,
siano i szczapki drewna na ognisko… I tu mam nieuniknione pytanie: jak, do
cholery, działa transporter? Bo jakoś wcześniej nie zabierał niczego z
otoczenia przenoszonych. Owszem, jeśli mieli coś w rękach – było przenoszone z
nimi, jeśli była potrzeba przenieść jakiś pojemnik to przenoszono pojemnik. Ale
źdźbła trawy? Drewno na ognisko? Po co? Na miejscu wyjaśniono by przecież
ludziom z Mariposy jak to działa w XXIV wieku i już. Ale nie… bo wtedy nie
byłoby akcji z paleniem ogniska w ładowni, więc zróbmy żeby transporter
zachował się dziwnie. Przynajmniej ja tak to odbieram.
Rozumiem to tak, że transporter można
przestawić na przeniesienie np. wszystkiego z danego obszaru, a można ustawić
na pojedyncze osoby. Może zazwyczaj korzysta się z trybu z pojedynczymi
osobami, bo to zjada mniej energii? A tutaj chyba było ustalone, że oni chcą
zabrać swój dobytek, bo nie mogą przecież zostawić zwierząt, a to w
konsekwencji mogło oznaczać również zabranie paszy i tak dalej, więc pewnie
stąd postanowiono po prostu hurtem wziąć wszystko jak leci.
Jest to także jeden z tych odcinków, który prezentuje nam
komandora Rikera, jako spadkobiercę romansowych ekscesów kapitana Kirka. Kiedy pan
porucznik stwierdził, że pomoże piękneji
pyskatej Brennie (Rosalyn Landor) i podszedłdo niej stojącej na sianie, mój mózg natychmiast odtworzył tę scenę:
Koloniści z Mariposy stworzyli nową, na oko szczęśliwą,
choć ktoś mógłby stwierdzić, że prymitywną cywilizację. Ja bym powiedziała
prostą. Taką, gdzie nie trzeba się martwić o nic ponad bieżący dzień. Nie chcieli
czekać, aż Ziemianie sami do tego dojdą, podbiją kosmosy, stworzą Federację. I
moim zdaniem mieli rację. Osiągnęli sobie swój własny pokój wcześniej. I to
jeden z wątków tego odcinka. Ale jak to bywa w TNG to nie wszystko, bo nagle
okazuje się, że dwie planety dalej istnieje druga kolonia, gdyż SS Mariposa
zabrał na swój pokład nie tylko Utopistów, ale też drugą grupę kolonistów –
takich, którzy nie chcieli rezygnować z dobrodziejstw nauki i techniki i
tajemnicze do tej pory komputery z manifestu pokładowego nagle nabrały sensu.
Kolonia numer dwa istnieje, ale nie ma się tak dobrze jak
kolonia numer jeden. Z powodu katastrofy, którą przeżyło jedynie trzech
mężczyzn i dwie kobiety, ażeby w ogóle mogła powstać
posłużono się klonowaniem.
Na logikę to dość słabe. Bo jak rozumiem mieli komputery – które się jakoś nie
porozbijały ale mieli też sprzęt umożliwiający budowę laboratorium i kapsuł dla
klonów i on też w tej katastrofie ocalał. A na dodatek te klony rosną im w
zastraszającym tempie. Ale OK., to dość długo była bolączka produkcji S-F i
space oper, że ich autorzy wyobrażali sobie te wszystkie przyspieszacze
wzrastania i dojrzewania (acz jednak doba na stworzenie drugiego Rikera to
jednak przesada). Natomiast przetrwanie kilkunastu pokoleń na tak mizernym genetycznym
materiale? Ileż oni tych klonów stworzyli? Jak sobie radzili z zaspokajaniem
wszystkich potrzeb? Fajne było to, że mieli problemy – że istniał kłopot z
regresją genów, z przekazywaniem wad i mutacji. Fajne było też, że musieli
wyłączyć popęd seksualny. Choć przyznaję, że nie wiem do końca jak, choć z
drugiej strony psychika to niezwykła siła. I jeśli uwarunkuje się kogoś, że coś
jest obrzydliwe to jest. No i wychodzili z tych kapsuł jako dojrzałe osobniki.
Może jeśli byli klonowani z egzemplarzy już nie uprawiających seksu to
szufladki w mózgu za to odpowiadające były od początku na głucho pozamykane?
Niewątpliwie jest w tym wątku sporo
luk, ale z drugiej strony – można by nakręcić oddzielny serial o samych tych
kolonistach i o tym, jak funkcjonowało ich społeczeństwo. Za dużo pytań i za
trudne zagadnienia, żeby szczegółowo to omówić w jednym odcinku. Dlatego
zupełnie mi to nie przeszkadza – ot, niezbędne uproszczenia, żeby cała historia
mogła zagrać.
Sam sposób rozwiązania problemów jednych i drugich
kolonistów jest dość prosty i od początku oczywisty. Hej, my mamy fajną
planetę, a wy macie fajne nowe geny, łączmy się i mnóżmy się, a nie zapomnijmy
o krzyżowaniu się na potęgę, żeby jak najwięcej nowych genetycznie osobników
powstało. Dość monogamii! Komu by to nie odpowiadało? Oczywiście oprócz tych,
dla których seks to obrzydliwość. Ale z drugiej strony, czego się nie zrobi dla
podtrzymania gatunku? Znacznie ciekawsza jest reakcja Rikera na prośbę premiera Grangera (Jon De Vries) o
możliwość pobrania genów jego i innych członków załogi USS Enterprise. Mnie ta
reakcja zaszokowała. Riker nie chce być sklonowany. Ba! Riker bez skrupułów
zabija klona. Bo jak sam tłumaczy jeden Riker jest wyjątkowy, ale jeśli będzie
więcej Rikerów jego wartość znacznie spadnie. Zastrzelił mnie. Żadnego
zastanowienia się nad tym, że to jest istota ludzka, że powołana do życia, ma
prawo żyć. Że ma duszę, jak ma ją sam Riker (czy jak nazwiemy tę część
człowieka odpowiedzialną za jego samoświadomość i możliwość decydowania o swoim
postępowaniu). W sumie ten strach porucznika przed pojawieniem się jego
podróbek (bo tak zdaje się to odbierał), a także wściekłość na tych, co mu
ukradli komórki i wbrew woli stworzyli klona, jest dla mnie zrozumiała. Ale już
zabójstwo nie. Dla Rikera klon to nie człowiek. To zagrożenie dla jego ego.
Duplikat, a nie odrębny byt. Zastanawiam się, czy tak właśnie widzieli ludzie z
końca lat 80-tych klonowanie?
Mnie ta reakcja ogólnie zaszokowała.
Bez mrugnięcia chcieli skazać cywilizację na wyginięcie w imię… no w imię
swojego ego. W imię jakiejś mętnej wizji, że nie będą już jedyni i
niepowtarzalni. Co za parchate samoluby. Żadnej refleksji, że może jednak, że
przecież klon będzie żył w totalnie odmiennym środowisku, więc siłą rzeczy
koniec końców będzie jednak innym człowiekiem, bo przecież kształtują nas nie
tylko geny (rzecz fajnie poruszona w pełnometrażowym Star Trek: Nemesis,
ale do tego też wrócimy kiedy indziej). Po prostu od pierwszej chwili dali
odpowiedź odmowną. Trochę się nie dziwię premierowi, że podjął decyzję o
wykradnięciu genów, choć nie mówię, że ją pochwalam: mam świadomość tego, że to
kradzież i to dość radykalna, bo nie mówimy o wykradnięciu srebrnej łyżeczki,
tylko no… kawałka człowieka.
No i to bezrefleksyjne zabójstwo
Rikera… dziwnie, po prostu dziwnie to wszystko wyszło, mocno niefortunnie moim
zdaniem.
Ale ale! Zupełnie pominęłaś wątek
doktor Pulaski i Worfa, który zapadł na klingońską odrę! Wiem, to był maleńki
wątek, ale strasznie go lubię. Pomijam fakt, że przez pewien czas trochę mnie
zastanawiało: odra? Na pewno mają na myśli odrę, a nie ospę? No ale nie,
słownik wyraźnie mówi, że „measles” to odra. No więc okej. Taka tam choroba
dziecięca. To co mnie jednak urzekło, to fantastyczne zrozumienie pani doktor
dla Worfa, jej dyskrecja i profesjonalizm. I aż mi smutno, że nie usłyszeliśmy
żadnej klingońskiej poezji romantycznej. Chciałabym więcej tego wątku.
Podsumowując – odcinek ciekawy i miły dla oka. Lubię.[I ja takoż go lubię bardzo. Mimo pewnych elementów, które wydają mi się
okropnie nietrafione (podejście do klonowania), jest ładny, zabawny i niegłupi.
Acz nadal nie wiem, czy Brenna umyła w końcu stopy]
– Every moment of pleasure in life has to be purchased
by an equal moment of pain.
Po pierwsze, mamy rzut oka na ludzką stronę kapitana
Picarda – to zawsze cenne chwile, bo kapitan zazwyczaj stara się pozostawać
formalny i zdystansowany. A tu się okazuje, że ma słabość do koni. Miłe. I
autentycznie poczułam żal, kiedy konna przejażdżka skończyła się, zanim jeszcze
się zaczęła. I miałam ochotę powiedzieć „Riker, matołku, zajmij się tym sam i pozwól
kapitanowi na chociaż kwadrans relaksu”.
Wątek drugi: hartowanie Wesleya (bezcenny komentarz doktor
Pulaski: „to chłopiec, a nie miecz”). To akurat motyw, który mnie zadziwił. I
nie chodzi mi o samego młodego Crushera, który tak naprawdę przecież nie robi
niczego, do czego nie zmusiłyby go okoliczności i co odstawałoby od jego
charakteru. Nie, zadziwili mnie wszyscy inni: wypchnęli Wesleya na siłę do
dowodzenia badaniami. Nie kupuję gadki o wspomnianym już hartowaniu i o tym, że
z chłopca wkrótce będzie mężczyzną – bo przecież taka fucha nie ma nic
wspólnego z byciem mężczyzną. Tu wchodzą w grę bardzo konkretne kompetencje, a
Wesley w żadnym momencie nie był do tego szkolony. To nie jest problem męskości
czy wieku. Za dwadzieścia lat może nadal nie nadawać się do dowodzenia, może
wyrosnąć na przykład na świetnego naukowca – tylko tyle i aż tyle (wiemy, że
nie wyrośnie, ale nieważne, piszę to hipotetycznie). Przecież on nawet nie dostał
się jeszcze do Akademii, więc w ogóle o co chodzi? Na jakiej podstawie ma
kimkolwiek dowodzić? Nic dziwnego, że członkowie jego zespołu nie traktują go
zbyt poważnie: jest nieźle zapowiadającym się młodzieńcem, ale to wszystko.
I myślę, że właśnie przez takie rzeczy Crusher cieszy się
opinią irytująco cudownego dziecka, merysójki i budzi sympatię na równi z Jar
Jar Binksem. A tymczasem to naprawdę nie jego wina i zawsze będę to powtarzać:
to reszta załogi wypycha go na to niezbyt chlubne stanowisko. On sam jest po
prostu dorastającym dzieciakiem z ambicjami i zupełnie typowym brakiem pewności
siebie.
I jest wątek główny – tak myślę, że główny, no bo tytułowy
– czyli tajemnicza znajoma Daty. No i cóż. Muszę przyznać, że ta historia w
zasadzie po mnie spłynęła. Nie wiem, nie potrafiłam się jakoś zaangażować.
Okej, mamy po raz kolejny podniesiony temat Pierwszej Dyrektywy. Nic
szczególnie unikalnego, czyż nie? I moim zdaniem ten problem bywał obrabiany
już w bardziej interesujące sposoby.
Sęk w tym, że nie dostrzegłam konfliktu w sytuacji z tego
odcinka. Nie rozumiem, dlaczego w którymkolwiek momencie pomoc obcej rasie
miałaby być złą decyzją. Tak, Picard próbował to jakoś uzasadniać, ale myślę,
że mu to tym razem nie wyszło. Plus całość wzięła w łeb dlaczego…? Bo Picard
usłyszał, że korespondencyjna znajomość Daty to dziewczynka? Więc mogą ginąć
miliony, ale kiedy w grę wchodzi mała dziewczynka, to przepadło, olać Pierwszą
Dyrektywę? (to mnie aż tak nie dziwi – dobrze znam zasadę wyniesioną z Gry o
Tron: nie zadzierać z małymi dziewczynkami!) Nie, kapitanie, jesteś
niekonsekwentny i, nie bójmy się tego słowa, wylazł z ciebie mały hipokryta.
Co jest tu fajne? Strach Daty o Sarjenkę. Niby to nie jest
tematem odcinka, ale mamy mimochodem pokazane emocje androida – tak prawdziwe i
szczere, a przecież Data wciąż ma kompleks bycia nie-człowiekiem, wciąż usiłuje
zrozumieć uczucia. I zupełnie nie ogarnia, że już od dawna sam je odczuwa.
Z drugiej strony, Sarjenka to trochę mała szuja. Planeta
umiera, wybuchają wulkany, są trzęsienia ziemi i ogólnie źle się dzieje.
Rodzina się ukrywa. A co robi dziewuszka? Hej, hura, lecimy w gwiazdy! W
sensie: rozumiem ekscytację, ale zabrakło mi jakiejś chociaż pojedynczej
refleksji, że gdzieś tam została reszta rodziny. Nie wiem, jakiegoś pytania, czy
nic im nie będzie. Albo czy mogą przenieść się z Sarjenką i Datą.
Jeśli zaś chodzi o cały problem geologiczny – cóż,
standardowo spłynęło to po mnie. Wydaje mi się, że Enterprise w tym odcinku
jest nieco overpowered (kamaaan, zmienia geologię całej planety za pomocą kilku
torped?), ale traktuję to zagadnienie jako poboczny pretekst, żeby pokazać inne
rzeczy.
– O'Brien,
take a nap. You didn't see any of this. You're not involved.
– Right,
sir. I'll just be standing over here dozing off.
Nie wiem
tak naprawdę, co mogłabym napisać o tym odcinku. Całkiem szczerze: emocjonalnie
jest dla mnie dość neutralny. Zaczyna się interesująco, no bo mamy próbę
pokazania klingońskiej strony Worfa. Próbę może obecnie bardziej zabawną niż
istotnie groźną, niemniej zawsze to coś. Niestety, ten wstęp tak naprawdę nie
ma żadnego znaczenia dla dalszej części serialu. I to trochę szkoda, bo byłoby
bez porównania fajniej, gdyby pojawiła się jakaś ciągłość w wątkach w obrębie
jednego odcinka. Rozumiem, że taką ciągłość miała nam zasugerować ekspedycja
Rikera i Worfa na pokład USS Yamato, ale jak dla mnie, trochę to nie wypaliło.
Okej, Worf nieco się zirytował. Ale czy zachowywał się jakoś szczególnie… nie
wiem, jakby to ująć: klingońsko? Czy w którymś momencie zagroził bezpieczeństwu
Rikera (piję tu do pierwszej sceny odcinka, w której kapitan Picard martwi się
o obu oficerów, podczas gdy ci bawią się w holodeku)? Każdy na jego miejscu
mógłby się zirytować, więc trochę to do mnie nie przemawia.
A owszem mógł. Ale ja myślę, że
chyba to jego klingońskie dziedzictwo bardziej zostało podkreślone w momencie,
gdy podzielił się ze współtowarzyszami legendą o czerni zjadającej statki w
kosmosach. Zwłaszcza, że to było dla niego coś nie przystającego do powagi
stanowiska, jakie pełnił. Podobał mi się w tej scenie bardzo.
To, co mi
się podoba, to kontynuowanie relacji Pulaski-Data. Doktor nadal traktuje
naszego androida jak sprzęt, ale cóż – przynajmniej pamięta już jego imię. I
powoli dojrzewa do zrozumienia, że w istocie Data jest żywą istotą. Przyjemnie
jest śledzić tę stopniową przemianę pani doktor oraz satysfakcję, którą przy
tej okazji odczuwa sam Data.
Swoją drogą – ciekawe po co ją
wezwał kapitan. Jak sama zauważyła jest lekarzem i to chyba bez jakiegoś
zacięcia naukowego. To nie Bones, który miał swoje hipotezy i koncepcje oparte
na wychwytywaniu analogii do znanych mu już organizmów. Ale tak, najwyraźniej
była potrzebna do rozwinięcia wątku z Datą.
Ale mamy
też wątek najważniejszy, stanowiący trzon tego odcinka: spotkanie z nieznanym,
konfrontację z zupełnie obcą formą istnienia. Czyli coś, co w dużej mierze jest
sednem Star Treka (poza, oczywiście, innymi sednami, jak poruszanie ważnych,
drażliwych i aktualnych problemów społecznych).
Okej.
Przede wszystkim więc: nieznane ma strasznie szpetny pysk. Naprawdę, trudno
było mi się skupić na fabule, kiedy widziałam tę paskudną facjatę na ekranie.
Nie ujmując niczego nieszczęsnemu Earlowi Boenowi, grającemu Nagilum. Po prostu
CGI lat osiemdziesiątych jednak nieco się postarzało.
Sama postać
dziwnego kosmity jednak pozostaje w startrekowym duchu. W sumie nie jest wrogo
nastawiona, po prostu totalnie nie ogarnia cielesnych form życia. Nie jest w
tym zresztą osamotniona, bo kosmici jakoś często miewają problem z tym tematem
(na szczęście zawsze mamy na podorędziu czarnego redshirta, który posłuży za
królika doświadczalnego i umrze dla dobra sprawy).
Ja dla odmiany mam w tym momencie
taki problem, że nie bardzo ogarniam, dlaczego oni mu po prostu nie
odpowiedzieli na pytanie. Bo skoro ja wiedziałam, o co pyta obcy, to nie wiem
czemu odsada mostka na czele z kapitanem, się zastanawiała, jak by tu
odpowiedzieć na tyle długo, że Nagilum uznał za stosowne sam sprawdzić. Oraz –
nie wiedział co to, ale wiedział jak to zrobić, tak? Jakoś nie kupuję, włącznie
z dramatyzmem. Bo jakoś tak jest, że „O! nowy sternik! Znaczy trup w bliskiej
przyszłości, tak?” <wzdych>
Zabawne, że
Nagilum przyczepił się akurat płci doktor Pulaski, ale zgrabnie pominął doradcę
Troi.
Jedno muszę
przyznać odcinkowi: kiedy myślę o tym, co spotkało załogę USS Enterprise,
prawdę mówiąc nie mam lepszych pomysłów, co mogliby zrobić inaczej i jak
rozwiązać ten konflikt bez tych decyzji, które podjął Picard. To w sumie dość
budujące, bo może oznaczać, że faktycznie fabuła została całkiem nieźle
przemyślana. Z drugiej strony, ciągle się waham, czy to rozsądne ze strony
kapitana: skazać na śmierć całą załogę w ramach niezgody na to, żeby Nagilum
zabił połowę. Ale – mimo tych wątpliwości – chyba jednak rozumiem decyzję Picarda
i, muszę przyznać, popieram ją. Nie będzie nam jakiś Nagilum mówić, jak mamy
umrzeć.
To, co jest
w tym momencie interesujące, to oglądanie naszych bohaterów w potencjalnie
ostatnich minutach życia. To znaczy – na pewno można to było rozwinąć w super
ciekawą sekwencję. Odcinek ograniczył się do kapitana, ale to też wypadło
całkiem miło. Zwłaszcza że mamy bardzo wyraźny wątek religijny – rzadkość, bo
jednak Star Trek dotychczas odcinał się od religii dość definitywnie. Tutaj
jednak Picard opowiada o wierzeniach w życie po śmierci i o tym, w co sam
wierzy. Podoba mi się.
Przyznam, że totalnie się
zgadzałam z fałszywymi Troi i Datą. No bo jednak tak. Każdy mógł być w tych
50%, a kapitan jakoś szybko i łatwo podjął swoją decyzję. I z jednej strony
szacun, z drugiej chyba wolałabym, żeby widać było jego rozterkę, nawet jeśli
od początku było to pomyślane jako blef.
Lubię to, że w sumie wcale nie
wiadomo, czy to jest blef. Tak, może zabrakło większej rozterki – to jednak
mocno dramatyczna decyzja i mogłoby jakoś mocniej odbić się na kapitanie.
Niemniej lubię tę małą niejasność, która jest z nami do samego końca.
A po
wszystkim mamy dylemat: czy naprawdę Enterprise wyleciał z próżni, czy to
kolejna ściema Nagilum? I ja to całkowicie rozumiem, bo sama pewnie na miejscu
Picarda do samego końca byłabym pełna podejrzeń. Skoro potrafił stworzyć iluzje
innych statków i podszywać się pod członków załogi, czemu miałby nie stworzyć
iluzji kosmosu poza swoją pustką? Na dobrą sprawę cały serial potem może się
dziać w iluzji Nagilum – to by był twist, gdyby po trzech kolejnych sezonach
nasz brzydal nagle pojawił się na ekranie!
Ale
popłynęłam. Generalnie odcinek ma parę interesujących drobiazgów, trzyma się
też startrekowego ducha, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie urzekł. Ot, po
prostu jest. Wydaje mi się, że przemyślany i trzymający się kupy, ale bez tego
jakiegoś ducha, który by sprawił, że cokolwiek z niego zapamiętam.
-- Why do I get the feeling that this was not the time to join this
ship?