The City on the Edge of Forever

rys. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 6 kwietnia 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Harlan Ellison

W rozmaitych zestawieniach dość często spotykałam się z opinią, jakoby epizod The City on the Edge of Forever był jednym z najlepszych – jeśli nie w ogóle najlepszym – odcinkiem TOSa. Przez pewien czas nie do końca umiałam się do tego ustosunkować. Bo przecież serial ma naprawdę dużo świetnych odcinków – by nie szukać daleko, kilka ostatnich, o których zresztą pisałyśmy. Czy to więc dlatego, że w The City… występuje Joan Collins? No owszem, możliwość pochwalenia się gwiazdą Dynastii pewnie dodaje Star Trekowi nieco do lansu. Niemniej mój dylemat przez długi czas nie znajdował rozwiązania.
A potem obejrzałam ten odcinek po raz kolejny. I kurde, chyba zaczęłam rozumieć – czy też po prostu odczuwać – jego fenomen.
Oczywiście,  jestem ostatnią osobą, która chciałaby umniejszać geniusz innych epizodów z tego – i nie tylko tego – sezonu. Niemniej The City on the Edge of Forever rzeczywiście robi wrażenie. Mimo że zrobiony w zasadzie bezkosztowo, bo wszak rzecz się dzieje na dwudziestowiecznej Ziemi, a więc łatwizna, jeśli chodzi o charakteryzację czy scenografię.
Po pierwsze, muszę, po prostu muszę!, zwrócić uwagę na tytuł. On jest cudowny. Swego czasu uczestniczyłam w trzydziestodniowym wyzwaniu książkowym, w którym każdego dnia odpowiadało się na jakieś pytanie związane z literaturą. Jednym z pytań był ulubiony tytuł książki. Dla mnie to Pieśni dalekiej Ziemi Arthura C. Clarke’a – ale gdybym dorwała kiedyś książkę The City on the Edge of Forever, najpewniej mogłaby zepchnąć z piedestału The Songs of Distant Earth. Oprócz samego brzmienia, podoba mi się, jak tytuł można interpretować w kontekście całego odcinka. Podoba mi się, jak w tym odcinku pokazano widzom ten skraj wieczności. Jak wystarczy jeden nieopatrzny krok, jedna zła (albo właśnie dobra? Zależy, jak na to spojrzeć) decyzja, by wszystko zmienić – by, być może, odebrać ludzkości tę wieczność, tę świetlaną przyszłość, w której przecież żyje Kirk i jego załoga.
To, oczywiście, tylko jakaś moja (nad?)interpretacja, ale jestem do niej dość przywiązana.

Ta interpretacja właśnie zyskała fankę…

Spock, jak zawsze, kiedy
trzeba się kamuflować - w czapce! (źródło)
Abstrahując od tytułu, sam odcinek jest naprawdę dobry. Sam związek Kirka z Edith (Joan Collins) z jednej strony nie jest niczym zaskakującym, no bo cóż – nie raz już byliśmy świadkami miłosnych przygód kapitana. Zawsze jest cukierkowo, zawsze to jest uczucie szczere i piękne, nie ma mowy o tym, że na przykład Kirk po prostu zobaczył fajną dupę i chce ją zaliczyć. Nie. To są – szczeniackie, owszem – niemniej uczciwe zakochania. I tutaj też jest szczere i uczciwe, natomiast dla mnie ma pewną przewagę nad takim na przykład romansem z Lenorą, córką Karidiana. Bo o ile tam nie widziałam, co tych dwoje miałoby łączyć, o tyle tutaj był jakiś punkt zahaczenia – była wiara w lepszą przyszłość, w to, że pomoc bliźnim ma sens, że ludzkość ma ogromne możliwości. Po prostu była wyraźnie widoczna więź dwojga dobrych ludzi, z optymizmem patrzących w przyszłość. Naprawdę mam wrażenie, że ten związek miałby sens.

Powiedziałabym, że jeśli o tym, co wywołało uczucie, to jest tu też fakt ich wzajemnej dla siebie niezwykłości. Oto kobieta, która teoretycznie nie ma ogromnych podstaw do wiary w kosmiczne podboje, poza tym, że wierzy w moc ludzkich umysłów i mężczyzna, który pojawia się znikąd i nie traktuje jej jak dziwadła – do czego z pewnością przywykła. Chemia między nimi ma silne podstawy.

No i odcinek znów porusza problem. To nie jest zwykła miłosna historyjka – widzowi pokazuje się konflikt między korzyścią mniejszości a większości. Pokazuje się cenę, jaką musi zapłacić jednostka, jeśli chce ocalić… cóż, właściwie to świat. Przyszłość ludzkiej cywilizacji. Kojarzy mi się to trochę z problemem poruszonym w Alternative Factor, gdzie z kolei Lazarus zapłacił najwyższą cenę. Tylko tu jest inaczej. I również bardzo ładnie.

Oczywiście, oprócz całego tego podniosłego tonu, odcinek miał sporą dawkę fantastycznego humoru, zapewnionego głównie przez pana Spocka.

No i cóż... po prostu ładna scena (źródło)
Tak szczerze mówiąc, trudno doczepić mi się do czegoś w tym odcinku. Jest miejscami zabawny, miejscami wzruszający, no i pozostawia takie dziwne uczucie związane z tym, że oto nasz dzielny kapitan Kirk poświęcił potencjalnie własne szczęście, poświęcił osobę, którą pokochał, dla dobra przyszłości. Dla tej tytułowej wieczności. Ja się z tym czuję nieswojo. Czy człowiek by rzeczywiście był skłonny coś takiego zrobić? Z drugiej strony, biorąc pod uwagę marzenia Edith, należy się domyślać, że ona sama by poparła tę decyzję. W każdym razie to wszystko jakoś zostaje w człowieku i sprawia, że tego odcinka nie zapomina się łatwo.

Dla mnie moc jest już w tym, że on w ogóle poświęca postronną osobę. Abstrahując od uczucia. Kirk jest człowiekiem, o którym wiem, że nie przychodzą mu takie decyzje łatwo. Jest zupełnie czym innym wydać rozkaz członkowi ochrony, który może prowadzić do jego śmierci, niż świadomie poświęcić człowieka, który nie ma o niczym pojęcia. Swoją drogą te odcinki następują jeden po drugim i w „Alternative Factor” cały ciężar leży na Łazarzu. Kirk może tylko odetchnąć z ulgą, że Łazarz podjął decyzję, może się zastanowić, owszem, jaki los go czeka. Ale nie jest przyczyną. A tu jest. Tu, żeby „wszystko było dobrze” nie może dać Edith szansy zrozumienia i wyrażenia zgody. To mnie chyba kopie najbardziej.

Zaiste, świetny odcinek!



– You deliberately stopped me, Jim! I could have saved her! Do you know what you just did?

– He knows, Doctor...He knows.

The Alternative Factor

autor: Juan Ortiz, źródło: Internety


Premiera: 30 marca 1967

Reżyseria: Gerd Oswald

Scenariusz: Don Ingalls



W dzisiejszym odcinku dowiemy się, iż Wszechświat może zniknąć. Na wstępie mogę wam powiedzieć, że Fraa bardzo lubi ten odcinek, natomiast ja się pytam: gdzie jest Scotty i co ta kobieta (Janet MacLachlan) robi w maszynowni? Nie, w żadnym razie nie uważam, że kobiety nie mogą być mechanikami ;) Wręcz przeciwnie. I to konkretne pytanie miałoby ten sam oburzony wydźwięk, gdyby funkcję głównego w tym rejsie pełnił mężczyzna. No bo Scotty’ego nie ma i proszę – ktoś wykrada kryształy napędowe. Bardzo zabawne.



Nom, ta pani nie dała czadu. Ale, żeby nie było, nie ma też pana Sulu. Internety nie powiedziały mi nic mądrego o przyczynach tej absencji, ale jeśli ktoś ma jakieś dodatkowe informacje, chętnie je przygarnę. ;)



Wracając do początku. Zagrożeniem dla Wszechświata, przed którym ma go bronić pojedynczy okręt i jest nim oczywiście USS Enterprise (reszta floty na polecenie głównodowodzącego trzyma się z daleka, jakby im to miało jakoś pomóc) okazuje się być pojedynczy (!) człowiek. Zwiad w tradycyjnym składzie podejmuje z powierzchni opustoszałej planety rannego rozbitka o imieniu wcale nie znaczącym Łazarz (Robert Brown). Jednocześnie powtarza się niepokojąca anomalia – dziwne wyładowania powodują zamieranie wszelkich odczytów – jakby wszystko dookoła po prostu rozpływało się w nieistnieniu.

Przyznam, że dla mnie ta część fizyki, która dotyczy wpływu materii na antymaterię, a także możliwości istnienia Wszechświatów Równoległych jest trochę na pograniczu zrozumienia. Owszem, kiedy czytam takiego pana Kaku, wydaje mi się, że ogarniam. A potem oglądam „The Alternative Factor” i wszystko brzmi dla mnie tak bardzo po chińsku. Czy to wina uproszczonych serialowych wyjaśnień, czy może różnic w stanie wiedzy? Może też winą mogę obarczyć fakt, iż na początku odcinka Łazarz przyznaje się do podróży w czasie. I na podróży w czasie ja się skupiłam. Dopiero potem pojawia się hasło Wszechświaty Równoległe i tu chyba zgubiłam związek – czy on w końcu podróżował w czasie, a przy okazji otworzył drogę do Równoległego Wszechświata, czy to tylko ściema? [moim zdaniem z tym podróżowaniem w czasie to była ściema – mamy do czynienia tylko ze śmiganiem do światów równoległych… choć nie mam na udowodnienie tej tezy żadnego mądrego argumentu] Jedno co jest pewne: Łazarze są dwaj. Pojawiają się na zmianę, jeden ranny, drugi nie, ich ubrania są w nieco innym stanie, mają inne
źródło: Internety
charaktery, lecz nikt (poza doktorem, o czym jeszcze będzie) nie zwraca na to uwagi. Mylące może być to, iż obaj realizują podobny plan, każdy z nich chce wykraść kryształy z maszynowni Enterprise, choć każdy w innym celu. Jeden dąży do zniszczenia, choć może nie do końca jest tego świadomy, drugi pragnie go powstrzymać za wszelką cenę. Cena jest przytłaczająca. Bo jedynym wyjściem, by nie dopuścić do efektów otwarcia drogi między dwoma przeciwnymi Wszechświatami, jest związanie „złego” Łazarza walką w tunelu pomiędzy nimi. Wieczną walką. Wieczną. Na zawsze, nie na tysiąc lat, ani milion, ani miliard. Na zawsze. Zniszczenie pojazdu, który pozwala na podróże pomiędzy Wszechświatami zapobiegnie nie tylko ewentualnej ucieczce „złego” Łazarza, ale nie dopuści też, by „dobry” zmienił zdanie.



Ja tutaj pragnę tylko zaznaczyć, że w ogóle nie widzę Lazarusów (u mnie mieli nieprzetłumaczone imię i jakoś się przyzwyczaiłam ;) ) jako złego i dobrego. To raczej chaos i ład – żadna z sił nie jest sama z siebie zła lub dobra. Obie są niezbędne w istnieniu wszechświata, jedno uzupełnia drugie. Lazarus uosabiający chaos nie był przecież zły – nie chciał nikogo krzywdzić. On postrzegał tego drugiego jako bestię. Wierzył w słuszność swojej misji. I, tak jak to jest z chaosem i ładem, jeden bez drugiego nie mógł istnieć. Musieli stworzyć jakąś całość. Choć tutaj to się miało odbyć w bardzo przykry sposób… brr, cały czas mam dreszcza na myśl o tym, jak obaj skończyli. Przez wieczność zwarci w pojedynku. Wieczność. Wow.



Jeden człowiek w dwóch osobach za cenę dwóch Wszechświatów. Mało, prawda? W ogóle nie ma się co zastanawiać. A jednak przechodzi mnie dreszcz. Widzę w nim greckich Tytanów –Prometeusz przykuty do skały, Atlas z niebem na barkach. Nie, zupełnie nie będę kontrowała Fryy, gdy mówi, że to dobry odcinek. Ba! To bardzo dobry odcinek.



Jak nietrudno się domyślić, podoba mi się porównanie do Tytanów. :) Choć mam wrażenie, ze Lazarus miał jeszcze gorzej. Bo greccy Tytani wciąż mogą mieć nadzieję. Prometeusza koniec końców uwolnił Herakles. A i Atlas miewał przynajmniej chwile wytchnienia. W ogóle w mitach jest ten element nadziei, choćby płonnej. Taki Syzyf (nie Tytan, wiem o tym, ale nie w tym sęk) niby wtacza kamień, robi to też przez wieki – ale, że tak to ujmę, setting jest taki, że wciąż istnieje dla niego nadzieja: jakiś kaprys bogów albo pomoc przechodzącego mimochodem herosa (wszak zaświaty to dość często odwiedzane miejsce). Odcinek nie pozostawia nam ani krztyny nadziei, jeśli chodzi o przyszłe losy Lazarusa. Nic a nic. Paskudztwo…



źródło: Internety
Natomiast nie omieszkam nadmienić, iż nie podoba mi się zachowanie Kirka w stosunku do McCoya. Zresztą konsekwentnie powielane przy różnych okazjach w innych odcinkach. Kapitan regularnie bagatelizuje obserwacje doktora. Jakby doświadczony lekarz mógł się nie zorientować, że obrażenia pacjenta (zaznaczane dla widza plasterkiem na czole, ale przecież to nie tylko kwestia pojedynczej szramy, prawda?) pojawiają się i znikają. Jakby McCoy kiedykolwiek pokazał się jako niepoprawny dowcipniś, który robi sobie polew z najpoważniejszych spraw. Nie wiem, może w Akademii był naczelnym błaznem. Ale jeśli tak, to miło by było, gdybym dostała jakieś informacje w temacie. Bo oglądam, oglądam i nie widzę przesłanek, z których kapitan mógłby wyciągnąć wniosek, że nie warto słuchać jednego ze swych oficerów.



Miałam pluć jadem o McCoya, ale mnie ubiegłaś. :P No trudno. W każdym razie: popieram powyższy akapit.



A na koniec jeszcze słowo o Uhurze. Mam postulat, żeby jej przesunąć krzesełko bliżej konsolety, bo przecież ona ledwie sięga do guzików.



Och, mając taką Uhurę na mostku, serio byś ją wsuwała pod konsoletę? Najlepsza laska z uniwersum Star Treka. <3

  
Spock: Jim, madness has no purpose, or reason, but it may have a goal. He must be stopped, held, destroyed if necessary. 

Errand of Mercy

(źródło)
Premiera: 23 marca 1967
Reżyseria: John Newland
Scenariusz: Gene L. Coon

I po raz kolejny muszę zacząć od tego, że lubię ten odcinek. Podoba mi się z wielu różnych względów i postaram się je mniej-więcej po kolei naświetlić.

Po pierwsze: utarcie nosa Kirkowi. Tak – to jeden z tych odcinków, gdzie załoga Enterprise dociera na planetę zamieszkałą przez obcą cywilizację i usiłuje narzucić tej cywilizacji swoją ideologię. Kapitan Kirk tradycyjnie występuje z nauką typu „Jesteśmy wolnymi ludźmi, mamy swoje wady, ale one są nasze i się ich nie wyrzekniemy, a jak wy uważacie, że wojna jest zła, to nic nie rozumiecie, bo ona jest może zła, ale jest nasza”. Ot, nie pierwszy raz, kiedy widz jest częstowany tym poglądem – żeby nie szukać daleko, podsunę tylko odcinki The Taste of Armageddon, The Return of the Archons czy This Side of Paradise. Chciałoby się więc powiedzieć: nic nowego. Tyle tylko, że tym razem w piękny sposób serial odwraca role. Nagle Kirk, który usiłuje pouczać innych jak niesforne dzieci, sam zostaje przerzucony do roli dziecka. Organianie, o których myśleliśmy, że trwają w głupim uporze, po prostu przez cały ten czas byli dla człowieka zbyt mądrzy, zbyt rozwinięci. I doskonale widzieli, że Kirk w gruncie rzeczy pitoli głupoty. Okropnie mi się spodobało, kiedy Ayelborne (John Abbott) wytknął kapitanowi Enterprise, że ten zdaje się uważać za pozytyw fakt, iż Federacja będzie toczyć z Imperium Klingonów wieloletnią wojnę, podczas której zginą tysiące istnień – właściwie tylko w imię tego, że mogą ją toczyć. Że to ich wojna i nikomu nie wolno się w to wtrącać. Jakby ego było w tym momencie ważniejsze od tych wszystkich niezliczonych ofiar.

Tu pragnę dodać, że Kirk mnie prawdziwie wzruszył, gdy przyznał, że jest mu wstyd z powodu powyższego. A jeszcze więcej uroku miały w sobie pocieszanki pana Spocka. Oczywiście, że przecież nawet bogowie nie powstali tak hop siup. W ogóle – Kirk mi się bardzo podobał w tym odcinku, bo w sumie był taką ogromnie uroczą kwintesencją Kirka. Butny, chętny do działania i kompletnie niezdolny do ugięcia kolan. Jakbym widziała kawalera d’Artagnan ;)

(źródło)
Po drugie: Klingoni! Dostajemy wreszcie uczciwą dawkę Klingonów. Jest dla nich przygotowane konkretne tło: widz wie, że są okrutni i bezlitośni. Że lepiej być na więziennej planecie niż na takiej okupowanej przez Klingonów (co w gruncie rzeczy nie jest aż tak wysoko postawioną poprzeczką – jeśli dobrze pamiętam Rura Penthe, to więźniowie mieli tam tylko smyrać głazy laserami, a tak poza tym, to robili co chcieli). I kiedy na scenę wchodzi Kor (John Colicos), zdaje się spełniać te wszystkie obietnice. Wprowadza rządy twardej ręki i bez mrugnięcia zabija kilka setek Organian tylko po to, żeby osiągnąć swój cel. Jednocześnie jednak Klingon nie jest głupi ani prymitywny. Wysoko ceni odwagę, a kapitana Kirka – jak sam przyznaje – wręcz do pewnego stopnia podziwia. Podobało mi się zwrócenie uwagi na podobieństwa między tymi dwoma panami. Owszem, może trochę za dużo było w nich porównań do zwierząt, niemniej wydźwięk był jasny: zarówno Kirk jak i Kor to wojownicy i lojalni dowódcy w swoich flotach.

Mnie się ogromnie podobało to, że Kor tak bardzo potrzebował przeciwnika. Wszak, żeby zdobyć chwałę trzeba czegoś dokonać. A cóż jest godnego w zwycięstwie nad stadem owiec?

Przy pierwszym oglądaniu tego odcinka miałam niewyraźne wrażenie, że Kor jest zbyt ludzki. Nie przypominał tych nieco przyciężkich intelektualnie Klingonów z Następnego Pokolenia. I jakkolwiek wiem, że można to wszystko wyjaśnić dość prozaicznie, to bardzo ładnie mi się to wszystko układa z – dokręconą wprawdzie później – historią klingońskiej choroby. No bo hej: wirus, który wygładził Klingonom czoła, powstał w wyniku manipulacji genetycznych, mających na celu zwiększenie siły i inteligencji tego ludu. A skąd klingońscy naukowcy mieli te „ulepszające” geny? Hah! Z naszych starych, dobrych nadludzi, Khana i jego ziomków! I wiecie co? Jak Jeżusia kocham, Kor ma więcej z Khana niż Khan ma z siebie samego w „Gniewie Khana”! Chciałoby się powiedzieć: facet, weź się nie lecz, jesteś świetny! No bo serio – kiedy porównuję Kora i takiego na przykład Worfa, no to cóż… przykro mi, Worf. Inna sprawa, że Worf na tle jemu współczesnych też wypada blado, więc może to niesprawiedliwość, jeśli by na tym przykładzie oceniać rozwój całej rasy. Łotewer.
Dodatkowo odcinek rzuca nieco światła na relacje Federacji z Imperium, pozwala umiejscowić wszystko w czasie i dorobić sobie do tego krótkiego epizodu konkretne, szerokie tło. Pozwala poczuć, że gdzieś tam, za tymi wesołymi przygodami Kirka i jego ludzi, jest cały świat, w którym coś się dzieje, coś się kotłuje, a Enterprise jest jednak mocno uwikłany w to wszystko.

(źródło)
Warto zauważyć, że Kirk dostał koszulę
kolorystycznie zgodną z jego normalnym strojem.
Po trzecie: sami Organianie. Są naprawdę fajni. To wprawdzie nie pierwszy raz, kiedy Star Trek pokazuje nam obcą formę życia istniejącą jako czysta energia, niemniej to zawsze mi się podoba. Zresztą, uwolnienie się od materii jako ostateczna forma rozwoju nie jest wyłącznie startrekowym marzeniem. Żeby nie szukać daleko, mamy wszak 2001: Odyseję kosmiczną. Dodatkowo tutaj urocze było, jak Organianie próbowali nie ujawniać się – jakby bali się, że te głupiutkie człowieki nie zrozumieją, że lepiej spróbować dyskretnie rozstawić krnąbrnych gości po kątach i dać im ochłonąć. Ayelborne i jego towarzysze naprawdę się starali nie ingerować. Ale czasem po prostu trzeba wreszcie tupnąć nogą, kiedy się widzi, że dzieciak jednak ściąga sobie czajnik wrzątku na głowę.

O tak! Długo dawali radę brać to na spokojnie, ale w sumie, gdyby Kirk ich posłuchał i po prostu dał się uratować nie dostałby bardzo ważnej lekcji, więc w sumie bardzo dobrze się stało, iż nauczyciele w końcu stracili cierpliwość. Jak wspominałaś – to pierwszy raz, gdy się tak wyraźnie okazuje, że ta ludzka najważniejsza wolność wyboru i podejmowania decyzji może prowadzić do tak absurdalnych skutków.

Gdybym miała doszukiwać się wad tego odcinka, to właściwie boli tylko brak innych członków załogi Enterprise. Tęskniłam za McCoyem i Scottym. Jeden pan Sulu miał parę sekund czasu antenowego. Oczywiście, mogłabym też się czepiać tradycyjnego składu drużyny wypadowej na obcą planetę: kapitan i pierwszy oficer. Bo czemu nie. Ale nie będę się tego czepiać, bo przecież dobrze wiemy, że taki już jest urok Star Treka.

A ja jak zwykle mam problem z Pierwszą Dyrektywą, ale ja jej chyba jednak po prostu nie rozumiem, albo ciągle coś przegapiam…




– We have the right –

– To wage war, Captain? To kill millions of innocent people? To destroy life on a planetary scale? Is that what you're defending?

The Devil in the Dark

autor: Juan Ortiz


Premiera: 9 marca 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Gene L. Coon
 


Skoro już poświętowałyśmy dotarcie do końca pierwszego sezonu, do teraz do tego końca dotrzyjmy ;) Przed nami jeszcze pięć odcinków (i nie, nie wiemy, co – i czemu aż tak – nam się pomerdało, prawda? Albo wiemy, ale nie będziemy o tym mówić publicznie :P), a na pierwszy ogień leci Diabeł w ciemności, jakże twórczo przełożony w wersji polskiej na Potwora.



Odcinek ten moim zdaniem zasługuje na szczególną porcję uwagi. Dlaczego? [Bo jest rewelacyjny! :D ] A dlatego, że choć w swoich podróżach Enterprise często wpadał na przedstawicieli obcych ras, to w The Devil in the Dark po raz pierwszy obca rasa faktycznie nijak nie przypomina człowieka. Mieszkaniec Janus 6 nie ma w sobie nic humanoidalnego. Właściwie przypomina przeżutą, połkniętą, lekko przetrawioną i zwróconą pizzę na dywaniku. No i jest formą życia opartą na krzemie. Bo czemu nie?



Uwielbiam Star Treka za takie motywy. Tak, Horta wygląda jak Pizza the Hutt (http://spaceballs.wikia.com/wiki/Pizza_the_Hutt), nie zmienia to faktu, że twórcy porwali się na coś fantastycznego: starli dwa drastycznie odmienne gatunki, bah!, odmienne formy życia, oparte na innych pierwiastkach – trudno o większą inność. I dali nadzieję, że jeśli kiedyś do takiego spotkania by doszło, zawsze przecież istnieje możliwość współpracy. Odmienność nie musi koniecznie oznaczać wrogości, tylko trzeba wykazać się odrobiną empatii. Zresztą, cały ten przekaz jest przecież bardzo w klimacie Star Treka: zero hamulców dla wyobraźni, za to niezmiennie z optymizmem. Lubię to!



Ale zacznijmy od początku.

Zadaniem załogi tym razem jest sprawdzenie, co takiego dzieje się na Janus 6 – kolonii-kopalni, gdzie wydobywa się bardzo cenny minerał, na który czeka wiele planet. Tymczasem wydobycie jest zagrożone – w nowych chodnikach, w dziwnych, dramatycznych okolicznościach giną górnicy i nie zostaje po nich zbyt wiele, a sprawa staje się poważna, gdy ginie pompa z układu chłodzącego reaktora, wytwarzającego energię między innymi dla systemu podtrzymywania życia. [To mi uświadamia, że tak naprawdę Horta była bystra jak diabli, nie…? Że w ogóle kumała, do czego służy to urządzenie i co trzeba wyjąć, żeby przestało działać?] Mimo interwencji najlepszego z mechaników, pana Scotta [totalnie uwielbiam to, że nawet Spock przyznał, że Scotty go przewyższa pod względem znawstwa tematu reaktorów – nasz oficer naukowy nie jest merysójką i to cieszy], brak pompy powoduje konieczność ewakuowania kolonii. Jest źle.

Oczywiście pojawienie się potwora, rozpuszczającego ludzi niczym kwas, można powiązać z otwarciem nowych pokładów, łatwo się domyślić, iż górnicy trafili na miejscową formę życia, a ta najpewniej miała powód do „bestialskiego” ataku.

Jednak potrzeba dopiero pana Spocka, by myślenie zagrożonych ludzi
źródło
poszło w kierunku rozważań na temat porozumienia, a i to nie od razu. Początkowo bowiem wszyscy – włączając w to kapitana Kirka – uważają, iż Diabła należy unicestwić. Mowa jest o tym, jak bardzo jest on szybki, jak nie daje szansy. Na scenie pojawia się prawdziwy macho fioletowym wdzianku (uroczo go wyróżnili!) w osobie Eda Appela (Brad Weston), który jako jedyny przeżył kontakt z potworem i może zaświadczyć, iż da się go zranić. Szef kopalni Vanderberg (Ken Lynch) żąda efektów, a Kirk i jego chłopcy w czerwieni udają się na polowanie.

Wbrew jednak temu, na co się zanosi, nie będziemy świadkami krwawej jatki, a rozmowy pomiędzy przedstawicielami dwóch zupełnie różnych gatunków. Różnych nie tylko pod względem budowy, składu chemicznego, ale też sposobów na odnawianie puli osobników zamieszkujących Janusa.

Co wydaje mi się szczególnie warte podkreślenia to fakt, iż tak naprawdę właśnie te ogromne różnice pozwoliły ludziom i Horcie podzielić się planetą właściwie bezboleśnie. Oczywiście, gdy już się nawzajem zrozumieli. Przy okazji nadmienię, że kwestia komunikacji to w ogóle osobna sprawa. Od początku bardzo mnie ciekawiło, jak twórcy z tego wybrną i wykorzystanie volkańskiej zdolności do łączenia umysłów jest czymś, co kupuję.



Ja to bardzo kupuję – w ogóle to było chyba jedno z najlepszych wykorzystań łączenia jaźni, jakie kojarzę z serii. Najczęściej Spock używa swojej zdolności, żeby czytać chorych ludzi, przechytrzyć strażników itp. – niby fajne, ale bardziej w kategorii sztuczek niż czegoś nadzwyczajnego. Tutaj ta umiejętność pokazuje się w pełnej krasie – pokazuje, jak fantastyczne może przynieść efekty, jeśli prawidłowo się ją wykorzysta. Uwielbiam to.



źródło
O czym jeszcze warto wspomnieć? Kapitan Kirk wydał mi się w tym odcinku niezwykle spokojny, działał na chłodno, kalkulował na bieżąco i nie miał kłopotu ze zmianą oceny sytuacji. Bardzo mi się podobał w tej odsłonie. Podobnie jak dwuznaczność napisu, który Horta wytrawiła na kamieniu (pal już licho, jak posiadła umiejętność korzystania z ludzkiego pisma) [no właśnie: pismo, znajomość działania reaktora… myślę, że odcinek nawet sam się nie pokumał, jak inteligentną formę życia pokazał widzom. Ogromny, złożony i zdolny do błyskawicznej nauki umysł zamknięty w wyplutej pizzy z kamienia] i jego reakcja na nią. Kirk w tym odcinku dużo myślał i o dziwo kierował się logiką. Zaiste niezwykły odcinek. Z kolei nieco mnie zaskoczyła próżność Spocka w końcówce. No chyba, że sprawa uszu to żart, którego nie załapałam.



Mi tu się obaj podobają i obaj wypadli dla mnie ogromnie przekonująco: Spock i Kirk. W ogóle oni się fajnie uzupełniali: Kirk najpierw oczywiście chciał chronić ludzi, pozbyć się potwora – podczas gdy Spock myślał na zimno, z perspektywy naukowca. A później role się odwróciły i nagle Kirk zlitował się nad ranną bestią, podczas gdy Spock nie na żarty przestraszył się o życie przyjaciela i namawiał do zabicia obcego. Niby proste procesy i proste przemiany w bohaterach, ale bardzo ładnie pokazały cały wachlarz priorytetów i relacji między postaciami. Ale ale! Nie byłabym sobą, gdybym nie podkreśliła jeszcze, jak szalenie podoba mi się McCoy w tym odcinku. <3 McCoy, który jest w stanie uleczyć absolutnie wszystko, każdą formę życia, choćby nigdy przedtem się z czymś takim nie spotkał. Jest lekarzem w każdym calu. Widzi coś rannego – ratuje to. Jeśli trzeba, popełni jakąś na pozór szaloną improwizację. Bo taka jest jego rola. Nawet jeśli oczywiście, jak to McCoy, troszkę pomarudzi na początku, że przecież jest lekarzem, a nie murarzem. ;) 






Mr. Spock: Jim, I remind you that this is a silicon-based form of life. Dr. McCoy's medical knowledge will be totally useless. 
Capt. Kirk: He is a healer, let him heal.