Amok Time

rys. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 15 września 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Theodore Sturgeon

Ten odcinek jest dość istotny z co najmniej dwóch względów: po pierwsze, rzuca całkiem sporo światła na – dość tajemniczą dotychczas – kulturę Wolkanów. No wiecie: niech rzuci kamieniem ten, kto nie zadał sobie pytania o życie miłosne tych logicznych, zimnych istot. A po drugie, warto ten odcinek mieć w pamięci ze względu na pełnometrażowy film W poszukiwaniu Spocka, który… no, bądźmy szczerzy, który w koncertowy sposób będzie stał w sprzeczności z Amok Time.

Na pierwszy rzut oka to oczywiście odcinek o wolkańskiej kosmochcicy. Na drugi rzut oka jednak łatwo zauważyć, że to tak naprawdę tylko jakaś część problemu – choć, nie powiem, znaczna część.
Tytułowy amok jest stanem dużo bardziej kłopotliwym. To nie jest tylko parcie na bzyknięcie Wolkanki, ale rodzaj całkowitego otumanienia, wyzucia z logiki do tego stopnia, że widz ogląda poczynania Spocka i zastanawia się, po co tyle kombinowania? Przecież to wszystko można było załatwić dużo prościej, bez niesubordynacji, fałszowania rozkazów i tego typu akcji. Wszak Kirk to przyjaciel Spocka – trudno uwierzyć, żeby, zapoznawszy się z naturą problemu, pozostał obojętny i odmówił lotu na Wolkan. Tyle tylko, że po pierwsze: pon farr jest kwestią bardzo intymną. Po drugie: Spock nie myśli… I to nie dość, że nie myśli logicznie. Wydaje się, że on w ogóle nie myśli. Rzuca naczyniami i sam nie pamięta, co i dlaczego zrobił. Jeśli przypomnieć sobie, jacy są Wolkanie na co dzień, można próbować sobie wyobrazić, jak dużym i wstydliwym dramatem musi być dla nich pon farr.
Co znów daje pewną dodatkową wiedzę o Wolkanach: nie są tak do końca logiczni i chłodni. Poddają się całkiem głupiutkiej dumie, ganionej nawet wśród ludzi, tak przecież nieogarniętych emocjonalnie. Mam wrażenie, że największym problemem Wolkanów jest przede wszystkim właśnie nie jakiś sezonowy amok, a owa duma, która nie pozwala na przykład powiedzieć kapitanowi o pon farr od razu, co oszczędziłoby wszystkim nerwów i zamieszania.

O to to to to! Bo przecież zwłaszcza oni powinni zrozumieć to, co pięknie wyjaśnia McCoy – że gdzieś musi znaleźć ujście, to co tak chowają. Równowaga musi istnieć wszędzie. Wyszło trochę na to, że ta ekstremalna logika i chłód na co dzień równoważy się równie ekstremalnym prymitywizmem rytuału.

(źródło)
Inną rzeczą, która mi się szalenie podoba w tym odcinku, jest relacja między Spockiem a panną Chapel. Lubię to, jak w The Original Series przewijają się te wątki niby miłosne, ale jednak wcale nie: [psst! To SĄ wątki miłosne, to mówiłam ja – Siem i nie wstydzę się tego twierdzenia] i to nie chodzi przecież tylko o tę dwójkę. Coś podobnego ma miejsce z Uhurą i Kirkiem. Widz czuje, że – przynajmniej jednostronnie – coś jest na rzeczy. Że jest między bohaterami jakaś chemia. A jednak trudno tu mówić o romansie, bo nigdy nie zostaje przekroczona pewna granica. Jak teraz o tym myślę, to jest to mój ulubiony rodzaj wątku miłosnego: taki, którego nie ma. I zresztą to jeden z powodów, dla którego tak bardzo irytują mnie nowe Star Treki: Abrams odarł relacje między bohaterami z całej subtelności, uprościł wszystko pod głupawe szablony, fatalnie zubażając w ten sposób postacie.

Nie rozumiem natomiast T’Pring (Arlene Martel): do pewnego momentu za nią nadążam: była obiecana Spockowi w dzieciństwie, ale przez trzydzieści lat rozłąki trochę się pozmieniało i jak przyszło co do czego, okazało się, że nasza oblubienica skłania się ku Stonnowi (Lawrence Montaigne). Ale za diabła nie kupuję tego, dlaczego do walki ze Spockiem wybrała Kirka. Jeśli wygrałby Spock, T’Pring byłaby zmuszona wyjść za tego, za którego przecież nie chciała. Jeśli zaś wygrałby kapitan, to jeszcze gorzej: Wolkanka zostałaby własnością człowieka. Czy ona w ogóle chciała osiągnąć cokolwiek poza rozdarciem koszuli Kirka? Ja wiem, T’Pring wszystko pod koniec tłumaczy. Ale jak dla mnie, ten plan jest idiotyczny – opiera się na przewidywanych zachowaniach mężczyzn, których przecież w ogóle nie znała. Spocka nie widziała przez trzydzieści lat, Kirka – w ogóle spotkała pierwszy raz w życiu. Skąd pomysł, żeby jej nie wziął?

Przyznam, że gdybym to ja pisała scenariusz, to bym zagrała zwykłą chęcią ocalenia wybranego mężczyzny – Spock mógł go zabić, a tak, nieważne co się stanie z T’Pring Stonn będzie żył długo i pomyślnie. Oczywiście jak widać Wolkańska logika jest obca mojej *wchodzi do torby*

(źródło)
Choć sam pomysł zmuszenia dwóch serdecznych przyjaciół do walki na śmierć i życie jest interesujący, to jednak mam wrażenie, że został tu wprowadzony odrobinę na siłę.

Przy tej okazji nie mogę nie piszczeć z zachwytu nad przytomnością umysłu McCoya [czyż to nie cudowne, że on ma przy sobie zastrzyki na każdą okazję?], a także muszę wspomnieć o tym, jak bardzo straszną perukę miał pan Czechow. Chwała Jeżusiowi, wkrótce ją zdejmie. Ach, no i poznajemy T’Pau (Celia Lovsky) – ciekawa postać, piękny przykład nieugiętego, ale honorowego dowódcy, a w dodatku to kobieta, więc XXI wiek powinien piszczeć nad nią z zachwytu.

Mnie T’Pau wydała się najciekawsza w całym tym zamieszaniu, wyraźnie nie bardzo jej się podobał pomysł mieszania w to człowieka, z góry jej zdaniem skazanego na porażkę, widać było moment walki – krótki, jak przystało na kogoś na jej stanowisku, ale obecny – ze sobą i twardo podjętą decyzję. W sumie bez przesady, Kirk i owszem miesza w niejednej galaktyce, ale nawet dla niego Wolkanie nie przestaną być Wolkanami. Jedno, co mi nie podeszło, to brak wyjaśnienia zasad przed zgodą Kirka. Skoro mógł się nie zgodzić, to nie powinien tej zgody opierać na fałszywych/niejasnych/niedokładnych przesłankach, prawda? Bo o ile Spock faktycznie nie myślał i zresztą najpewniej nie wziął w ogóle pod uwagę możliwości zaangażowania, któregokolwiek ze swych przyjaciół innego niż obserwacja, to jednak T’Pau moim zdaniem powinna była zasady przedstawić – rzecz prawdopodobnie wyjątkowa, acz całość już taka była z powodu udziału Ziemian.

Mimo pewnych zastrzeżeń, bardzo lubię ten odcinek i myślę, że to bardzo dobre, ciekawe otwarcie sezonu.



– How do Vulcans choose their mates? Haven't you wondered?
– I guess the rest of us assume that it's done... quite logically.

– No. It is not.

Operation – Annihilate!

autor: Juan Ortiz, źródło


Premiera: 13 kwietnia 1967
Reżyseria: Herschel Daugherty
Scenariusz: Steven W. Carabatsos

Tym razem wszystko wskazuje na to, że naprawdę dobiłyśmy do końca pierwszego sezonu! Cieszmy się i świętujmy! C[_]!

Radujmy się! C[_]!!

Odcinek ostatni bynajmniej nie jest zły, ale jednak – zapewne z winy doskonałego „The City on the Edge of Forever” – nie wywołał u mnie specjalnie dużych emocji. A przecież, czy tajemnicze zagrożenie likwidujące całe systemy planetarne, całe cywilizacje niemalże, nie zasługuje na emocje?
Tym razem znów mamy do czynienia z zupełnie „nieludzkimi” obcymi. Przypominają nieco przeżuty naleśnik, choć szybko się okazuje, że to tylko jedna z ich przetrwalnikowych form, trochę jak skorupa, która jedynie kryje w sobie istotę, będącą zresztą nie samodzielnym bytem, a niejako pojedynczą komórką ogromnego organizmu. W chwili, gdy padło takie wyjaśnienie zobaczyłam oczyma wyobraźni preparat z krwi na szkiełku laboratoryjnym, który oglądaliśmy jako dzieciaki na lekcji biologii. Przeżute naleśniki zaczęły mieć jeszcze więcej sensu.

Ja tu w ogóle muszę dodać, że najzupełniej uwielbiam tę ideę obcej formy życia. Nie pierwszy raz zresztą Star Trek rzuca w widzem czymś takim. Naleśnik budzi oczywiste skojarzenie z pizzą Hortą: forma życia oparta na zupełnie innych zasadach niż to, co znamy z Ziemi. W przypadku Horty mieliśmy do czynienia z krzemową istotą. W przypadku naleśników: z jedną, ogromną istotą o strukturze… kojarzy mi się z chmurą. Mocno rozproszone cząsteczki, tyle tylko, że z perspektywy ludzi – ogromne cząsteczki, składające się na jakiś nieogarnialny umysł. Bardzo podoba mi się pomysł. I trochę kojarzy mi się z Borg z kolejnej serii. Raz, że również coś w rodzaju świadomości zbiorowej. Dwa, że wydaje się, iż cele jednej i drugiej rasy są dość zbliżone: anihilacja. Napieranie wciąż dalej i dalej, rozprzestrzenianie się kosztem innych cywilizacji.

Przyczajone naleśniki, źródło
Sam wątek zagrożenia był oczywiście ciekawy. Ten pęd obcego organizmu do destrukcji istot, które napotyka na swojej drodze budzi zrozumiały lęk. To zagrożenie, które nie negocjuje, to nie jest wojna, którą można zakończyć dyplomacją. Nie ma miejsca na porozumienie. Obcy zdaje się nie zwracać uwagi na to, że niszczy inteligentne życie. Traktuje mieszkańców planet, które atakuje niczym pasożyt, jakby nie mieli żadnego znaczenia. A widz nie ma szans poznać jego celu. Dlaczego podróżuje z planety na planetę w ciałach „porwanych” istot? Co chce osiągnąć? Czy może ucieka przed czymś?
Nie mamy, jak się dowiedzieć, nawet umiejętności pana Spocka nie pomogą zrozumieć (choć w sumie ciekawe, co by było, gdyby miał szansę użyć swej umiejętności łączenia umysłów). Zdecydowanie w tym odcinku twórcy pokazują nam ciemne i okrutne oblicze Kosmosu.

A to jest rzeczywiście ciekawe: dlaczego właściwie naleśnikowy obcy jest tak agresywny? Było powiedziane, że wszystko zaczęło się w systemie Beta Portilin i potem obejmowało kolejne planety. Czy więc w Beta Portilin wydarzyło się coś takiego, co dało impuls do całego tego fatalnego łańcucha? Czy tamtejsi koloniści coś uwolnili? Czy miała miejsce jakaś katastrofa, która zmusiła zbiorowego naleśnika do ucieczki?
Prawdę mówiąc, to mocno intrygujące i żałuję, że odcinek nie daje nam żadnej odpowiedzi, żadnego wyjaśnienia. Z drugiej strony – nie o tym jest. Jest o zagrożeniu i o odpowiedzialności. Włączenie w tę opowieść historii naleśnika pewnie rozmyłoby główną myśl. Trudno mi więc mieć jakieś faktyczne pretensje.

Pokazują nam też maleńki wycinek życia prywatnego kapitana Kirka. Atakowana planeta jest domem jego brata, bratowej i bratanka. Myliłby się jednak ten, kto pomyśli, że czegoś się o kapitanie dowiemy. Brat jest od początku martwy, bratowa wypowiada ledwie parę słów, bratanek nie odzyskuje przytomności przez cały odcinek. Do czego zatem twórcy potrzebowali Kirkowej rodziny? Po zastanowieniu stwierdzam, że do tego, żeby mógł on pokazać swoje „miękkie” oblicze. Oblicze człowieka, któremu zależy na czymś więcej niż tylko na swym ukochanym statku i jego załodze. Zdenerwowanie kapitana, jego atak na Bogu ducha winną Uhurę (swoją drogą – jej stonowana, ale stanowcza odpowiedź jest świetna! [Uhura w ogóle ma czasem takie wyskoki, za które ją uwielbiam: jest miła i grzeczna do momentu, w którym ktoś domaga się czegoś głupiego – bo wtedy miła i grzeczna Uhura idzie precz, a w jej miejsce pojawia się Uhura-oficer, świadoma swoich obowiązków i kompetencji. Uhura, która umie się pięknie postawić, nie zahaczając jednocześnie o niesubordynację. Nie ma drugiej takiej Uhury!] ), w pewnym sensie wykorzystanie pozycji do załatwienia spraw prywatnych nadają charakterowi Kirka kolejny rys. Kapitan staje się pełniejszy. Jednak tak, czy inaczej – szkoda, że niczego więcej się o kapitańskiej rodzinie nie dowiedzieliśmy.
Co mi się podobało tak bardziej na marginesie to pojawienie się siostry Chapel. Świetnie, że nie zastąpiono jej jakąś nową panią, bo asystentka McCoya jest tylko jedna ;)
W przeciwieństwie do pań kancelistek – pojawiła się nowa i nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Wyglądała trochę, jakby na Enterprise trafiła przypadkiem i do końca nie wiedziała co robi.

Kancelistka w akcji, źródło
No, właściwie też nie mam o niej zbyt wiele dobrego do powiedzenia. Podobało mi się, jak na naszą dzielną ekipę wypadową wyskoczyli Denevanie, poszły w ruch fazery, a kancelistka w tym czasie… no… wykonała strategiczny przykuc? Tak bardzo nieużyta dama w opresji…

Ale wróćmy do rzeczy dobrych – dobre było też to, że Spock musiał się zmierzyć z konsekwencjami użycia bardzo jasnego światła do zlikwidowania obcego, ale też to, że w ogóle był w stanie walczyć z pasożytem, dzięki swej wolkańskiej „połowie”. Dlaczego to ostatnie było dobre? Bo konsekwentnie pokazywało dwoistość Spocka. Nie było mu łatwo, ale miał przewagę nad ludźmi i została ona wykorzystana. Także przez kapitana, który, ufając swemu oficerowi, zezwala na zejście zainfekowanego Spocka na planetę celem zebrania materiału do badań. Tu też fantastyczne zachowanie pana Scotta – szczegóły zostawiam Frzee ;)

A tam, nie ma tu zbyt wiele szczegółów z mojego punktu widzenia. ;) Owszem, Scotty działał rewelacyjnie – odmowa wykonania rozkazu, zachowanie zimnej krwi, wreszcie fazer: ot, jeden główny mechanik tak po prostu wziął i powstrzymał wolkańskiego pierwszego oficera. Dajcie dwóch takich Scottych na pokład i Enterprise może wszystko.
A na serio, to urzekające jest oddanie i lojalność Scotty’ego – McCoy miewa własne zdanie, Spock jeszcze częściej. Ale na Scotty’ego zawsze można liczyć. James T. Kirk coś kazał – i tak ma być. Choćby skały srały.
I skoro już o Scottym mowa, to szalenie podobało mi się, jak w jednej z pierwszych scen, kiedy ścigali umykającego w stronę słońca Denevanina, Kirk zasugerował użycie promienia trakcyjnego. Scotty tylko spojrzał swoim fachowym okiem, pokręcił głową i uznał, że poza zasięgiem. <3 Tak na oko. Bo, prawda, to się nazywa mieć eksperta na pokładzie!

Podsumowując – sezon kończy się ciekawie, w pewien sposób zaskakuje widza (niewspominana do tej pory rodzina Kirka), a jednocześnie jest dobrym przykładem tego, o co w tym wszystkim chodzi – każdy członek załogi na swoim miejscu, zagrożenie z Kosmosów i współdziałanie, jako recepta na sukces.
Lubię to!

Z ogólną oceną odcinka jak najbardziej się zgadzam. Był dobry. Oczywiście, na pewno mogłoby być lepiej, ale i tak był dobry. Natomiast dla mnie akurat najciekawsze było coś innego: finał i relacje Spock – McCoy – Kirk. Moment, w którym kapitan zorientował się, że jeden z jego przyjaciół przez pośpiech popełnił ogromny błąd, wskutek którego drugiemu przyjacielowi stało się coś bardzo złego. Widać też ładnie, jak ta sytuacja gryzie samego McCoya, choć przecież zazwyczaj widzimy jego i Spocka w mało przyjaznych relacjach.
Owszem, próba ze światłem była przeprowadzona idiotycznie. Raz: nie mogli poczekać parę minut, aż panna Chapel wróci z wynikami analizy po pierwszym eksperymencie? Serio, po coś się te analizy chyba robi, a oni od razu rzucili się do kolejnych, tym razem mocno ryzykownych prób – bo tak. Bo to Star Trek, więc najpierw robimy, potem będziemy myśleć. Ech. Po drugie: jak właściwie działało naświetlanie obcych, którzy byli wewnątrz ciała Spocka…? Czy wolkańskie flaki nie dają dość cienia…? Po trzecie: czemu nie mogli dać Spockowi ochronnych okularów? Przecież (tu wraca kwestia „po drugie”) obcy chyba nie naświetlali się konkretnie przez oczy nosiciela, prawda? No więc ogólnie trochę to wszystko mi się nie trzymało kupy i gdyby tylko pomyśleli odrobinę, można było uniknąć całej dramy.

No właśnie… Bo tego też nie ogarniam. Jak robili próbę – założyli wszyscy grzecznie okulary ochronne, a tu wychodzi na to, że normalnie, żeby obcy padł, należy świecić zainfekowanemu w ślipia, choćby zamknięte…

Z drugiej strony, jak już pisałam: ogromnie mi się ta drama podoba. Podobało mi się obserwowanie, jak oni wszyscy oswajali się z tym, co się stało. Jak Kirk po pierwszym wybuchu zdobył się wreszcie na przyznanie, że to nie była wina McCoya. Cały ten problem w zupełności wynagrodził mi dziury w głównej intrydze.




Freeze right there, Mr. Spock, or I'll put ya to sleep for sure.

The City on the Edge of Forever

rys. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 6 kwietnia 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Harlan Ellison

W rozmaitych zestawieniach dość często spotykałam się z opinią, jakoby epizod The City on the Edge of Forever był jednym z najlepszych – jeśli nie w ogóle najlepszym – odcinkiem TOSa. Przez pewien czas nie do końca umiałam się do tego ustosunkować. Bo przecież serial ma naprawdę dużo świetnych odcinków – by nie szukać daleko, kilka ostatnich, o których zresztą pisałyśmy. Czy to więc dlatego, że w The City… występuje Joan Collins? No owszem, możliwość pochwalenia się gwiazdą Dynastii pewnie dodaje Star Trekowi nieco do lansu. Niemniej mój dylemat przez długi czas nie znajdował rozwiązania.
A potem obejrzałam ten odcinek po raz kolejny. I kurde, chyba zaczęłam rozumieć – czy też po prostu odczuwać – jego fenomen.
Oczywiście,  jestem ostatnią osobą, która chciałaby umniejszać geniusz innych epizodów z tego – i nie tylko tego – sezonu. Niemniej The City on the Edge of Forever rzeczywiście robi wrażenie. Mimo że zrobiony w zasadzie bezkosztowo, bo wszak rzecz się dzieje na dwudziestowiecznej Ziemi, a więc łatwizna, jeśli chodzi o charakteryzację czy scenografię.
Po pierwsze, muszę, po prostu muszę!, zwrócić uwagę na tytuł. On jest cudowny. Swego czasu uczestniczyłam w trzydziestodniowym wyzwaniu książkowym, w którym każdego dnia odpowiadało się na jakieś pytanie związane z literaturą. Jednym z pytań był ulubiony tytuł książki. Dla mnie to Pieśni dalekiej Ziemi Arthura C. Clarke’a – ale gdybym dorwała kiedyś książkę The City on the Edge of Forever, najpewniej mogłaby zepchnąć z piedestału The Songs of Distant Earth. Oprócz samego brzmienia, podoba mi się, jak tytuł można interpretować w kontekście całego odcinka. Podoba mi się, jak w tym odcinku pokazano widzom ten skraj wieczności. Jak wystarczy jeden nieopatrzny krok, jedna zła (albo właśnie dobra? Zależy, jak na to spojrzeć) decyzja, by wszystko zmienić – by, być może, odebrać ludzkości tę wieczność, tę świetlaną przyszłość, w której przecież żyje Kirk i jego załoga.
To, oczywiście, tylko jakaś moja (nad?)interpretacja, ale jestem do niej dość przywiązana.

Ta interpretacja właśnie zyskała fankę…

Spock, jak zawsze, kiedy
trzeba się kamuflować - w czapce! (źródło)
Abstrahując od tytułu, sam odcinek jest naprawdę dobry. Sam związek Kirka z Edith (Joan Collins) z jednej strony nie jest niczym zaskakującym, no bo cóż – nie raz już byliśmy świadkami miłosnych przygód kapitana. Zawsze jest cukierkowo, zawsze to jest uczucie szczere i piękne, nie ma mowy o tym, że na przykład Kirk po prostu zobaczył fajną dupę i chce ją zaliczyć. Nie. To są – szczeniackie, owszem – niemniej uczciwe zakochania. I tutaj też jest szczere i uczciwe, natomiast dla mnie ma pewną przewagę nad takim na przykład romansem z Lenorą, córką Karidiana. Bo o ile tam nie widziałam, co tych dwoje miałoby łączyć, o tyle tutaj był jakiś punkt zahaczenia – była wiara w lepszą przyszłość, w to, że pomoc bliźnim ma sens, że ludzkość ma ogromne możliwości. Po prostu była wyraźnie widoczna więź dwojga dobrych ludzi, z optymizmem patrzących w przyszłość. Naprawdę mam wrażenie, że ten związek miałby sens.

Powiedziałabym, że jeśli o tym, co wywołało uczucie, to jest tu też fakt ich wzajemnej dla siebie niezwykłości. Oto kobieta, która teoretycznie nie ma ogromnych podstaw do wiary w kosmiczne podboje, poza tym, że wierzy w moc ludzkich umysłów i mężczyzna, który pojawia się znikąd i nie traktuje jej jak dziwadła – do czego z pewnością przywykła. Chemia między nimi ma silne podstawy.

No i odcinek znów porusza problem. To nie jest zwykła miłosna historyjka – widzowi pokazuje się konflikt między korzyścią mniejszości a większości. Pokazuje się cenę, jaką musi zapłacić jednostka, jeśli chce ocalić… cóż, właściwie to świat. Przyszłość ludzkiej cywilizacji. Kojarzy mi się to trochę z problemem poruszonym w Alternative Factor, gdzie z kolei Lazarus zapłacił najwyższą cenę. Tylko tu jest inaczej. I również bardzo ładnie.

Oczywiście, oprócz całego tego podniosłego tonu, odcinek miał sporą dawkę fantastycznego humoru, zapewnionego głównie przez pana Spocka.

No i cóż... po prostu ładna scena (źródło)
Tak szczerze mówiąc, trudno doczepić mi się do czegoś w tym odcinku. Jest miejscami zabawny, miejscami wzruszający, no i pozostawia takie dziwne uczucie związane z tym, że oto nasz dzielny kapitan Kirk poświęcił potencjalnie własne szczęście, poświęcił osobę, którą pokochał, dla dobra przyszłości. Dla tej tytułowej wieczności. Ja się z tym czuję nieswojo. Czy człowiek by rzeczywiście był skłonny coś takiego zrobić? Z drugiej strony, biorąc pod uwagę marzenia Edith, należy się domyślać, że ona sama by poparła tę decyzję. W każdym razie to wszystko jakoś zostaje w człowieku i sprawia, że tego odcinka nie zapomina się łatwo.

Dla mnie moc jest już w tym, że on w ogóle poświęca postronną osobę. Abstrahując od uczucia. Kirk jest człowiekiem, o którym wiem, że nie przychodzą mu takie decyzje łatwo. Jest zupełnie czym innym wydać rozkaz członkowi ochrony, który może prowadzić do jego śmierci, niż świadomie poświęcić człowieka, który nie ma o niczym pojęcia. Swoją drogą te odcinki następują jeden po drugim i w „Alternative Factor” cały ciężar leży na Łazarzu. Kirk może tylko odetchnąć z ulgą, że Łazarz podjął decyzję, może się zastanowić, owszem, jaki los go czeka. Ale nie jest przyczyną. A tu jest. Tu, żeby „wszystko było dobrze” nie może dać Edith szansy zrozumienia i wyrażenia zgody. To mnie chyba kopie najbardziej.

Zaiste, świetny odcinek!



– You deliberately stopped me, Jim! I could have saved her! Do you know what you just did?

– He knows, Doctor...He knows.

The Alternative Factor

autor: Juan Ortiz, źródło: Internety


Premiera: 30 marca 1967

Reżyseria: Gerd Oswald

Scenariusz: Don Ingalls



W dzisiejszym odcinku dowiemy się, iż Wszechświat może zniknąć. Na wstępie mogę wam powiedzieć, że Fraa bardzo lubi ten odcinek, natomiast ja się pytam: gdzie jest Scotty i co ta kobieta (Janet MacLachlan) robi w maszynowni? Nie, w żadnym razie nie uważam, że kobiety nie mogą być mechanikami ;) Wręcz przeciwnie. I to konkretne pytanie miałoby ten sam oburzony wydźwięk, gdyby funkcję głównego w tym rejsie pełnił mężczyzna. No bo Scotty’ego nie ma i proszę – ktoś wykrada kryształy napędowe. Bardzo zabawne.



Nom, ta pani nie dała czadu. Ale, żeby nie było, nie ma też pana Sulu. Internety nie powiedziały mi nic mądrego o przyczynach tej absencji, ale jeśli ktoś ma jakieś dodatkowe informacje, chętnie je przygarnę. ;)



Wracając do początku. Zagrożeniem dla Wszechświata, przed którym ma go bronić pojedynczy okręt i jest nim oczywiście USS Enterprise (reszta floty na polecenie głównodowodzącego trzyma się z daleka, jakby im to miało jakoś pomóc) okazuje się być pojedynczy (!) człowiek. Zwiad w tradycyjnym składzie podejmuje z powierzchni opustoszałej planety rannego rozbitka o imieniu wcale nie znaczącym Łazarz (Robert Brown). Jednocześnie powtarza się niepokojąca anomalia – dziwne wyładowania powodują zamieranie wszelkich odczytów – jakby wszystko dookoła po prostu rozpływało się w nieistnieniu.

Przyznam, że dla mnie ta część fizyki, która dotyczy wpływu materii na antymaterię, a także możliwości istnienia Wszechświatów Równoległych jest trochę na pograniczu zrozumienia. Owszem, kiedy czytam takiego pana Kaku, wydaje mi się, że ogarniam. A potem oglądam „The Alternative Factor” i wszystko brzmi dla mnie tak bardzo po chińsku. Czy to wina uproszczonych serialowych wyjaśnień, czy może różnic w stanie wiedzy? Może też winą mogę obarczyć fakt, iż na początku odcinka Łazarz przyznaje się do podróży w czasie. I na podróży w czasie ja się skupiłam. Dopiero potem pojawia się hasło Wszechświaty Równoległe i tu chyba zgubiłam związek – czy on w końcu podróżował w czasie, a przy okazji otworzył drogę do Równoległego Wszechświata, czy to tylko ściema? [moim zdaniem z tym podróżowaniem w czasie to była ściema – mamy do czynienia tylko ze śmiganiem do światów równoległych… choć nie mam na udowodnienie tej tezy żadnego mądrego argumentu] Jedno co jest pewne: Łazarze są dwaj. Pojawiają się na zmianę, jeden ranny, drugi nie, ich ubrania są w nieco innym stanie, mają inne
źródło: Internety
charaktery, lecz nikt (poza doktorem, o czym jeszcze będzie) nie zwraca na to uwagi. Mylące może być to, iż obaj realizują podobny plan, każdy z nich chce wykraść kryształy z maszynowni Enterprise, choć każdy w innym celu. Jeden dąży do zniszczenia, choć może nie do końca jest tego świadomy, drugi pragnie go powstrzymać za wszelką cenę. Cena jest przytłaczająca. Bo jedynym wyjściem, by nie dopuścić do efektów otwarcia drogi między dwoma przeciwnymi Wszechświatami, jest związanie „złego” Łazarza walką w tunelu pomiędzy nimi. Wieczną walką. Wieczną. Na zawsze, nie na tysiąc lat, ani milion, ani miliard. Na zawsze. Zniszczenie pojazdu, który pozwala na podróże pomiędzy Wszechświatami zapobiegnie nie tylko ewentualnej ucieczce „złego” Łazarza, ale nie dopuści też, by „dobry” zmienił zdanie.



Ja tutaj pragnę tylko zaznaczyć, że w ogóle nie widzę Lazarusów (u mnie mieli nieprzetłumaczone imię i jakoś się przyzwyczaiłam ;) ) jako złego i dobrego. To raczej chaos i ład – żadna z sił nie jest sama z siebie zła lub dobra. Obie są niezbędne w istnieniu wszechświata, jedno uzupełnia drugie. Lazarus uosabiający chaos nie był przecież zły – nie chciał nikogo krzywdzić. On postrzegał tego drugiego jako bestię. Wierzył w słuszność swojej misji. I, tak jak to jest z chaosem i ładem, jeden bez drugiego nie mógł istnieć. Musieli stworzyć jakąś całość. Choć tutaj to się miało odbyć w bardzo przykry sposób… brr, cały czas mam dreszcza na myśl o tym, jak obaj skończyli. Przez wieczność zwarci w pojedynku. Wieczność. Wow.



Jeden człowiek w dwóch osobach za cenę dwóch Wszechświatów. Mało, prawda? W ogóle nie ma się co zastanawiać. A jednak przechodzi mnie dreszcz. Widzę w nim greckich Tytanów –Prometeusz przykuty do skały, Atlas z niebem na barkach. Nie, zupełnie nie będę kontrowała Fryy, gdy mówi, że to dobry odcinek. Ba! To bardzo dobry odcinek.



Jak nietrudno się domyślić, podoba mi się porównanie do Tytanów. :) Choć mam wrażenie, ze Lazarus miał jeszcze gorzej. Bo greccy Tytani wciąż mogą mieć nadzieję. Prometeusza koniec końców uwolnił Herakles. A i Atlas miewał przynajmniej chwile wytchnienia. W ogóle w mitach jest ten element nadziei, choćby płonnej. Taki Syzyf (nie Tytan, wiem o tym, ale nie w tym sęk) niby wtacza kamień, robi to też przez wieki – ale, że tak to ujmę, setting jest taki, że wciąż istnieje dla niego nadzieja: jakiś kaprys bogów albo pomoc przechodzącego mimochodem herosa (wszak zaświaty to dość często odwiedzane miejsce). Odcinek nie pozostawia nam ani krztyny nadziei, jeśli chodzi o przyszłe losy Lazarusa. Nic a nic. Paskudztwo…



źródło: Internety
Natomiast nie omieszkam nadmienić, iż nie podoba mi się zachowanie Kirka w stosunku do McCoya. Zresztą konsekwentnie powielane przy różnych okazjach w innych odcinkach. Kapitan regularnie bagatelizuje obserwacje doktora. Jakby doświadczony lekarz mógł się nie zorientować, że obrażenia pacjenta (zaznaczane dla widza plasterkiem na czole, ale przecież to nie tylko kwestia pojedynczej szramy, prawda?) pojawiają się i znikają. Jakby McCoy kiedykolwiek pokazał się jako niepoprawny dowcipniś, który robi sobie polew z najpoważniejszych spraw. Nie wiem, może w Akademii był naczelnym błaznem. Ale jeśli tak, to miło by było, gdybym dostała jakieś informacje w temacie. Bo oglądam, oglądam i nie widzę przesłanek, z których kapitan mógłby wyciągnąć wniosek, że nie warto słuchać jednego ze swych oficerów.



Miałam pluć jadem o McCoya, ale mnie ubiegłaś. :P No trudno. W każdym razie: popieram powyższy akapit.



A na koniec jeszcze słowo o Uhurze. Mam postulat, żeby jej przesunąć krzesełko bliżej konsolety, bo przecież ona ledwie sięga do guzików.



Och, mając taką Uhurę na mostku, serio byś ją wsuwała pod konsoletę? Najlepsza laska z uniwersum Star Treka. <3

  
Spock: Jim, madness has no purpose, or reason, but it may have a goal. He must be stopped, held, destroyed if necessary.