Who Mourns for Adonais?

Autor: Juan Ortiz


Premiera: 22 września 1967
Reżyseria: Marc Daniels
Scenariusz: Gilbert Ralston

Po pierwsze Złota Malina dla tego, kto zdecydował, iż po polsku tytuł tego odcinka będzie brzmieć Samotny Apollo. Owszem, występuje w nim Apollo (Michael Forest). Owszem, słowo samotny do niego pasuje. Tyle, że w oryginale łatwo wyczuć dramat. W wersji polskiej jest zdecydowanie zbyt przaśnie, a co gorsza zawęża on sprawę do pojedynczego bytu, gdy tymczasem odcinek nie zamyka się na sprawie Apolla. On jest po prostu ostatnim przedstawicielem swej rasy, która niegdyś na Ziemi uchodziła za bogów, dzięki umiejętności przetwarzania energii.

Bosz, hejtuję polski tytuł tak bardzo. Oryginalny jest po prostu ładny, dramatyczny, pobrzmiewa w nim tragedia i, dodatkowo, nawiązanie do historii. Bo po Adonisie płakali starożytni każdego roku, podczas obchodów adoniów – co znamienne, były to kobiety. No właśnie: wtedy. Dawniej. A dziś? Kto dziś pamięta o adoniach? Kto pamięta o starych, samotnych bogach? Gdzie oni się udali, kiedy zostali odrzuceni przez człowieka? Oryginalny tytuł obfituje w te pytania – a polski… cóż, a polski jest właśnie taki, jak napisałaś: przaśny.

Jak wielka to moc, przekonuje się załoga Enterprise, zaraz po wejściu na orbitę Polluksa 4, jednej z planet skanowanego pod kątem obecności organizmów żywych systemu. Ledwie pan Czechow (nadal z jakimś dramatem na głowie [ta jego peruka! Och, no nie mogę przestać płakać za każdym razem, kiedy ją widzę!]) zdoła obwieścić, iż orbita została osiągnięta, z planety sięga ku statkowi ogromna dłoń, będąca – jak się szybko okazuje – tworem w całości złożonym z energii. Chwilę później na ekranach pojawia się twarz gospodarza planety, który nie wdając się w negocjacje, pod groźbą użycia siły, zmusza grupę zwiadowczą do zejścia na powierzchnię Polluksa 4. Ciekawe, iż tym razem w zwiadzie nie uczestniczy Spock – byt energetyczny wprost informuje, iż tego sobie nie życzy. I dobrze [choć zaskoczyło mnie uznanie Pana za zbyt nudnego… nie pamiętam za dobrze, to fakt, ale to bóstwo kojarzy mi się dość rozrywkowo]. Spock może zostać na pokładzie wraz z Uhurą [och, Uhura-inżynier! <3] i kombinować na górze, a w odpowiednim momencie idealnie się zgrać z kombinującymi równie sprytnie na dole Kirkiem, Scottym, McCoyem i Czechowem oraz nieco mniej chętnie kombinującą panią porucznik Carolyn Palomas (Leslie Parrish) – specem od archeologii.
Na powierzchni gospodarz od razu przechodzi do rzeczy. Załoga ma opuścić statek i zająć się oddawaniem mu czci. Wszystko ma wrócić do stanu sprzed tysięcy lat, kiedy to starożytni Grecy obcowali z bogami przybyłymi z gwiazd. Jak bardzo nisko kłania się tutaj myśl przewodnia Gwiezdnych Wrót?

Źródło
Ha, ja akurat nie znam zbyt dobrze Gwiezdnych Wrót, natomiast całościowo ta myśl kojarzy mi się z innymi tytułami – z Pomniejszymi bóstwami Pratchetta i z Merlinem z 1998 z Samem Neillem w tytułowej roli. To znaczy chodzi mi tu o tę ideę, że bóstwa potrzebują wiernych, by istnieć. Jednak co jest dla mnie szczególnie ważne (i co było wyraźne również we wspomnianym już "Merlinie"), to zaakcentowanie, że bogowie nie dostrzegają tego, iż ludzie dojrzewają. I nagle bóg staje w obliczu smutnej prawdy: człowiek go nie potrzebuje. Człowiek go nie chce. Wypiera się go, odrzuca, choć tamten oferuje rzeczy, które kiedyś były dla człowieka fantastycznie wartościowe. Bóg nie jest zły – on po prostu nie rozumie, co się porobiło. Bardzo mi się to podoba i, nie powiem, mocno mnie to rusza.

Oczywiście jak łatwo się domyślić Kirkowi i spółce ten plan się nie podoba. Przynajmniej większości z nich, gdyż jedyna kobieta w zespole – adorowana przez Scotty’ego, który jak się szybko okazuje bardzo nie jest w jej typie – zakochuje się w samotnym bóstwie od pierwszego wejrzenia, czy może od pierwszej różowej sukienki, którą otrzymuje.
I tu przejdę do sedna moich wrażeń z tego odcinka – nie podoba mi się rola porucznik Palomas. Oto kolejna kobieta–naukowiec na pokładzie Enterprise, która dostaje kociokwiku na widok umięśnionego przystojniaka. I o ile jeszcze w przypadku Khana i porucznik McGivers z pewnością rolę grała jego charyzma, o tyle w przypadku Apolla, doprawdy nie wiem, co zagrało. Tak na dłuższą metę. Tak, by zamącić w głowie kobiecie na tyle mocno, by usiłowała przekonywać swego kapitana, że przecież będzie fajnie mieszkać w cukierkowym raju, paść owce, grać na flecie i chwalić pana. I nigdy nie wrócić na Ziemię. Tak w bonusie. Gdyby Apollo miał jakiś inny dar, poza czarem miłości, gdyby potrafił grzebać w umysłach na przykład – OK. Ale tak? Porucznik zakochała się, bo było jej go żal? Bo był opuszczony? Bo był naiwny? Bo nie utracił nadziei? Może tak. Mimo kręcenia nosem jestem w stanie zaakceptować praktycznie bez dyskusji takie powody. Ale co dalej? Trwała w zakochaniu, gdy zachowywał się jak rozwydrzone dziecko? Gdy groził i krzywdził jej współtowarzyszy?

Tak – Carolyn jest po prostu straszna. Choć to dzięki niej widać, jak bardzo „kanoniczny” jest Apollo: jest jak inni antyczni bogowie – samolubny, zapatrzony w siebie, kapryśny; myśli, że ładnym prezentem zdobędzie miłość kobiety i, żeby było zabawniej, ma rację. Nawet Atena, taka niby mądra, miała te przywary. A cóż dopiero Apollo!

I znów, muszę to powiedzieć, rozumiem jego frustrację i w sumie nieracjonalne zachowania. Oto mamy oczekiwanie, trwanie w zawieszeniu przez tysiące lat i nagle otrzymanie szansy na powrót do dawnego status quo. I zawód, gdy okazuje się, że ludzie nie chcą się bawić w moją zabawę, o której marzyłem w samotne noce. Że jednak tamci, którzy dawno odeszli, mieli rację – wszystko przemija, nawet jeśli się jest nieśmiertelnym, trudno żyć wiecznie. Można się w obliczu takiego ciosu, załamać, podjąć działania nieracjonalnie, pozwolić umysłowi na pewną zapaść, a jeśli do tego dysponuje się mocą, jaką dysponował Apollo łatwo o eskalację przemocy. Normalny człowiek walnąłby pięścią w ścianę. On zaczął rzucać błyskawicami.

Ja w ogóle muszę tu nadmienić, że szalenie podoba mi się dyskusja Kirka z Apollinem, kiedy Kirk odpowiada, że nie potrzebują bogów – że jeden wystarczy. Z jednej strony: tak, to przyznanie, że istnieje na Ziemi jakaś religia monoteistyczna. Z drugiej – mi tu pobrzmiewa pewna krytyka nawet tej jednej religii. Wyczuwam w tym takie „ok, niech będzie już ten jeden Bóg, skoro w ogóle jakiś musi być. Mniejsze zło” – i to ładnie wprowadza widza w ogólny ton, w jakim później utrzymany był Star Trek: że ludzkość nie potrzebuje zabobonów, religii. Że Człowiek (tak! Po Clarke'owemu napiszę go od wielkiej litery!) może sam, bez wiary, dokonywać wielkich rzeczy, bah!, że dopiero wolny od wiary może to naprawdę robić. Podoba mi się ta koncepcja, choć naprawdę współczuję Apollinowi.
No bo naprawdę: przecież Apollo nie jest zły. Nie chce zła. Po prostu egzystował w izolacji i po tysiącach lat uważa, że taki właśnie jest porządek rzeczy. Że ludzie będą entuzjastycznie wypasać owce i pleść wianki, podczas gdy dobrzy bogowie będą nad nimi czuwać. Apollo chce być ludziom ojcem, a nie jakimś tyranem. Nie chce ich zabijać. Po prostu – znów, bardzo w tonie Star Treka (w szczególności w tonie Oryginalnej Serii) – obca forma życia pokazuje, że nie rozumie ludzi. I tego, że człowiek potrzebuje rozwoju, niebezpieczeństw, konfliktów, celów. Wieczne szczęście jest niczym, jeśli jest narzucone przez inne byty. Sama nie wiem, czy do końca się z tym zgadzam, ale podoba mi się, że Roddenberry zdawał się o tym przekonany i konsekwentnie tę myśl pokazywał w kolejnych odcinkach.

Źródło
Jednocześnie, porucznik Palomas potrafiła się otrząsnąć. Potrafiła wykonać rozkaz i wybrać stronę, której była winna lojalność. A może też dotarła do niej sprawa braku przyszłości u boku Apolla? Piękny bóg należał do czasu przeszłego. Nie da się cofnąć rozwoju, nie da się zawrócić cywilizacji. On był jej częścią tysiące lat wcześniej, a potem jego rola się skończyła.

Ja sobie tak myślę, że kiedy pani oficer zdradza Apollina i porównuje go do bakterii, a także wytyka, że kobietami rządzi za pomocą ciskania piorunami, to jednak trochę w to wierzy, jakby gdzieś w głębi wiedziała, że tak właśnie jest. Myślę, że gdyby nie siedziało w niej to przekonanie, nie dałaby się namówić Kirkowi na tę zdradę.
A może po prostu trochę na siłę jej bronię, bo nie chce mi się wierzyć, że jest tak głupią bułą…?

Jego odejście jest dramatyczne, nie obywa się bez wezwań tych, którzy odeszli wcześniej. Pasuje do klimatu greckiej tragedii.

Nom, znów mamy zwycięstwo, które jest mocno gorzkie. Nierzadko spotykane w Oryginalnej Serii, którą zresztą za to – między innymi – ogromnie lubię.
No bo naprawdę: Apollo nie jest zły. To rodzic, który nie może się pogodzić z tym, że jego dzieci dorosły. Bardzo ludzki, znajomy dramat. Bardzo pięknie pokazany. Takiemu rodzicowi, którego opuszczają dorosłe dzieci, jakoś jednak współczujemy, nawet jeśli wiemy, że to te dzieci mają rację, że tak po prostu musi być. Ból Apollina budzi emocje.

Znamienne jest także to, iż dla załogi Enterprise, zarówno tych jej przedstawicieli, którzy pracują nad problem na pokładzie, jak i tych na powierzchni planety, tak naprawdę Apollo nie jest trudnym przeciwnikiem. Nieco dedukcji, nowoczesnego sprzętu i odrobina brawury wystarczyły, by pokonać greckiego boga, którego niegdyś się bano i z którym walczyć się nie ośmielano.
Człowiek, z korzeniami na starej dobrej Ziemi znów triumfuje.

Tak, triumfuje. Choć nie czuje się z tym dobrze. Uwielbiam ten odcinek – mówiłam to już kilka razy przy okazji różnych innych odcinków, ale powtórzę to po raz kolejny: to jeden z moich ulubionych epizodów. W dodatku zdaje się pięknie rozumieć antyczną mitologię. Czego Fryy mogą chcieć więcej?




I would have cherished you, cared for you. I would have loved you as a father loves his children. Did I ask so much?

Amok Time

rys. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 15 września 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Theodore Sturgeon

Ten odcinek jest dość istotny z co najmniej dwóch względów: po pierwsze, rzuca całkiem sporo światła na – dość tajemniczą dotychczas – kulturę Wolkanów. No wiecie: niech rzuci kamieniem ten, kto nie zadał sobie pytania o życie miłosne tych logicznych, zimnych istot. A po drugie, warto ten odcinek mieć w pamięci ze względu na pełnometrażowy film W poszukiwaniu Spocka, który… no, bądźmy szczerzy, który w koncertowy sposób będzie stał w sprzeczności z Amok Time.

Na pierwszy rzut oka to oczywiście odcinek o wolkańskiej kosmochcicy. Na drugi rzut oka jednak łatwo zauważyć, że to tak naprawdę tylko jakaś część problemu – choć, nie powiem, znaczna część.
Tytułowy amok jest stanem dużo bardziej kłopotliwym. To nie jest tylko parcie na bzyknięcie Wolkanki, ale rodzaj całkowitego otumanienia, wyzucia z logiki do tego stopnia, że widz ogląda poczynania Spocka i zastanawia się, po co tyle kombinowania? Przecież to wszystko można było załatwić dużo prościej, bez niesubordynacji, fałszowania rozkazów i tego typu akcji. Wszak Kirk to przyjaciel Spocka – trudno uwierzyć, żeby, zapoznawszy się z naturą problemu, pozostał obojętny i odmówił lotu na Wolkan. Tyle tylko, że po pierwsze: pon farr jest kwestią bardzo intymną. Po drugie: Spock nie myśli… I to nie dość, że nie myśli logicznie. Wydaje się, że on w ogóle nie myśli. Rzuca naczyniami i sam nie pamięta, co i dlaczego zrobił. Jeśli przypomnieć sobie, jacy są Wolkanie na co dzień, można próbować sobie wyobrazić, jak dużym i wstydliwym dramatem musi być dla nich pon farr.
Co znów daje pewną dodatkową wiedzę o Wolkanach: nie są tak do końca logiczni i chłodni. Poddają się całkiem głupiutkiej dumie, ganionej nawet wśród ludzi, tak przecież nieogarniętych emocjonalnie. Mam wrażenie, że największym problemem Wolkanów jest przede wszystkim właśnie nie jakiś sezonowy amok, a owa duma, która nie pozwala na przykład powiedzieć kapitanowi o pon farr od razu, co oszczędziłoby wszystkim nerwów i zamieszania.

O to to to to! Bo przecież zwłaszcza oni powinni zrozumieć to, co pięknie wyjaśnia McCoy – że gdzieś musi znaleźć ujście, to co tak chowają. Równowaga musi istnieć wszędzie. Wyszło trochę na to, że ta ekstremalna logika i chłód na co dzień równoważy się równie ekstremalnym prymitywizmem rytuału.

(źródło)
Inną rzeczą, która mi się szalenie podoba w tym odcinku, jest relacja między Spockiem a panną Chapel. Lubię to, jak w The Original Series przewijają się te wątki niby miłosne, ale jednak wcale nie: [psst! To SĄ wątki miłosne, to mówiłam ja – Siem i nie wstydzę się tego twierdzenia] i to nie chodzi przecież tylko o tę dwójkę. Coś podobnego ma miejsce z Uhurą i Kirkiem. Widz czuje, że – przynajmniej jednostronnie – coś jest na rzeczy. Że jest między bohaterami jakaś chemia. A jednak trudno tu mówić o romansie, bo nigdy nie zostaje przekroczona pewna granica. Jak teraz o tym myślę, to jest to mój ulubiony rodzaj wątku miłosnego: taki, którego nie ma. I zresztą to jeden z powodów, dla którego tak bardzo irytują mnie nowe Star Treki: Abrams odarł relacje między bohaterami z całej subtelności, uprościł wszystko pod głupawe szablony, fatalnie zubażając w ten sposób postacie.

Nie rozumiem natomiast T’Pring (Arlene Martel): do pewnego momentu za nią nadążam: była obiecana Spockowi w dzieciństwie, ale przez trzydzieści lat rozłąki trochę się pozmieniało i jak przyszło co do czego, okazało się, że nasza oblubienica skłania się ku Stonnowi (Lawrence Montaigne). Ale za diabła nie kupuję tego, dlaczego do walki ze Spockiem wybrała Kirka. Jeśli wygrałby Spock, T’Pring byłaby zmuszona wyjść za tego, za którego przecież nie chciała. Jeśli zaś wygrałby kapitan, to jeszcze gorzej: Wolkanka zostałaby własnością człowieka. Czy ona w ogóle chciała osiągnąć cokolwiek poza rozdarciem koszuli Kirka? Ja wiem, T’Pring wszystko pod koniec tłumaczy. Ale jak dla mnie, ten plan jest idiotyczny – opiera się na przewidywanych zachowaniach mężczyzn, których przecież w ogóle nie znała. Spocka nie widziała przez trzydzieści lat, Kirka – w ogóle spotkała pierwszy raz w życiu. Skąd pomysł, żeby jej nie wziął?

Przyznam, że gdybym to ja pisała scenariusz, to bym zagrała zwykłą chęcią ocalenia wybranego mężczyzny – Spock mógł go zabić, a tak, nieważne co się stanie z T’Pring Stonn będzie żył długo i pomyślnie. Oczywiście jak widać Wolkańska logika jest obca mojej *wchodzi do torby*

(źródło)
Choć sam pomysł zmuszenia dwóch serdecznych przyjaciół do walki na śmierć i życie jest interesujący, to jednak mam wrażenie, że został tu wprowadzony odrobinę na siłę.

Przy tej okazji nie mogę nie piszczeć z zachwytu nad przytomnością umysłu McCoya [czyż to nie cudowne, że on ma przy sobie zastrzyki na każdą okazję?], a także muszę wspomnieć o tym, jak bardzo straszną perukę miał pan Czechow. Chwała Jeżusiowi, wkrótce ją zdejmie. Ach, no i poznajemy T’Pau (Celia Lovsky) – ciekawa postać, piękny przykład nieugiętego, ale honorowego dowódcy, a w dodatku to kobieta, więc XXI wiek powinien piszczeć nad nią z zachwytu.

Mnie T’Pau wydała się najciekawsza w całym tym zamieszaniu, wyraźnie nie bardzo jej się podobał pomysł mieszania w to człowieka, z góry jej zdaniem skazanego na porażkę, widać było moment walki – krótki, jak przystało na kogoś na jej stanowisku, ale obecny – ze sobą i twardo podjętą decyzję. W sumie bez przesady, Kirk i owszem miesza w niejednej galaktyce, ale nawet dla niego Wolkanie nie przestaną być Wolkanami. Jedno, co mi nie podeszło, to brak wyjaśnienia zasad przed zgodą Kirka. Skoro mógł się nie zgodzić, to nie powinien tej zgody opierać na fałszywych/niejasnych/niedokładnych przesłankach, prawda? Bo o ile Spock faktycznie nie myślał i zresztą najpewniej nie wziął w ogóle pod uwagę możliwości zaangażowania, któregokolwiek ze swych przyjaciół innego niż obserwacja, to jednak T’Pau moim zdaniem powinna była zasady przedstawić – rzecz prawdopodobnie wyjątkowa, acz całość już taka była z powodu udziału Ziemian.

Mimo pewnych zastrzeżeń, bardzo lubię ten odcinek i myślę, że to bardzo dobre, ciekawe otwarcie sezonu.



– How do Vulcans choose their mates? Haven't you wondered?
– I guess the rest of us assume that it's done... quite logically.

– No. It is not.

Operation – Annihilate!

autor: Juan Ortiz, źródło


Premiera: 13 kwietnia 1967
Reżyseria: Herschel Daugherty
Scenariusz: Steven W. Carabatsos

Tym razem wszystko wskazuje na to, że naprawdę dobiłyśmy do końca pierwszego sezonu! Cieszmy się i świętujmy! C[_]!

Radujmy się! C[_]!!

Odcinek ostatni bynajmniej nie jest zły, ale jednak – zapewne z winy doskonałego „The City on the Edge of Forever” – nie wywołał u mnie specjalnie dużych emocji. A przecież, czy tajemnicze zagrożenie likwidujące całe systemy planetarne, całe cywilizacje niemalże, nie zasługuje na emocje?
Tym razem znów mamy do czynienia z zupełnie „nieludzkimi” obcymi. Przypominają nieco przeżuty naleśnik, choć szybko się okazuje, że to tylko jedna z ich przetrwalnikowych form, trochę jak skorupa, która jedynie kryje w sobie istotę, będącą zresztą nie samodzielnym bytem, a niejako pojedynczą komórką ogromnego organizmu. W chwili, gdy padło takie wyjaśnienie zobaczyłam oczyma wyobraźni preparat z krwi na szkiełku laboratoryjnym, który oglądaliśmy jako dzieciaki na lekcji biologii. Przeżute naleśniki zaczęły mieć jeszcze więcej sensu.

Ja tu w ogóle muszę dodać, że najzupełniej uwielbiam tę ideę obcej formy życia. Nie pierwszy raz zresztą Star Trek rzuca w widzem czymś takim. Naleśnik budzi oczywiste skojarzenie z pizzą Hortą: forma życia oparta na zupełnie innych zasadach niż to, co znamy z Ziemi. W przypadku Horty mieliśmy do czynienia z krzemową istotą. W przypadku naleśników: z jedną, ogromną istotą o strukturze… kojarzy mi się z chmurą. Mocno rozproszone cząsteczki, tyle tylko, że z perspektywy ludzi – ogromne cząsteczki, składające się na jakiś nieogarnialny umysł. Bardzo podoba mi się pomysł. I trochę kojarzy mi się z Borg z kolejnej serii. Raz, że również coś w rodzaju świadomości zbiorowej. Dwa, że wydaje się, iż cele jednej i drugiej rasy są dość zbliżone: anihilacja. Napieranie wciąż dalej i dalej, rozprzestrzenianie się kosztem innych cywilizacji.

Przyczajone naleśniki, źródło
Sam wątek zagrożenia był oczywiście ciekawy. Ten pęd obcego organizmu do destrukcji istot, które napotyka na swojej drodze budzi zrozumiały lęk. To zagrożenie, które nie negocjuje, to nie jest wojna, którą można zakończyć dyplomacją. Nie ma miejsca na porozumienie. Obcy zdaje się nie zwracać uwagi na to, że niszczy inteligentne życie. Traktuje mieszkańców planet, które atakuje niczym pasożyt, jakby nie mieli żadnego znaczenia. A widz nie ma szans poznać jego celu. Dlaczego podróżuje z planety na planetę w ciałach „porwanych” istot? Co chce osiągnąć? Czy może ucieka przed czymś?
Nie mamy, jak się dowiedzieć, nawet umiejętności pana Spocka nie pomogą zrozumieć (choć w sumie ciekawe, co by było, gdyby miał szansę użyć swej umiejętności łączenia umysłów). Zdecydowanie w tym odcinku twórcy pokazują nam ciemne i okrutne oblicze Kosmosu.

A to jest rzeczywiście ciekawe: dlaczego właściwie naleśnikowy obcy jest tak agresywny? Było powiedziane, że wszystko zaczęło się w systemie Beta Portilin i potem obejmowało kolejne planety. Czy więc w Beta Portilin wydarzyło się coś takiego, co dało impuls do całego tego fatalnego łańcucha? Czy tamtejsi koloniści coś uwolnili? Czy miała miejsce jakaś katastrofa, która zmusiła zbiorowego naleśnika do ucieczki?
Prawdę mówiąc, to mocno intrygujące i żałuję, że odcinek nie daje nam żadnej odpowiedzi, żadnego wyjaśnienia. Z drugiej strony – nie o tym jest. Jest o zagrożeniu i o odpowiedzialności. Włączenie w tę opowieść historii naleśnika pewnie rozmyłoby główną myśl. Trudno mi więc mieć jakieś faktyczne pretensje.

Pokazują nam też maleńki wycinek życia prywatnego kapitana Kirka. Atakowana planeta jest domem jego brata, bratowej i bratanka. Myliłby się jednak ten, kto pomyśli, że czegoś się o kapitanie dowiemy. Brat jest od początku martwy, bratowa wypowiada ledwie parę słów, bratanek nie odzyskuje przytomności przez cały odcinek. Do czego zatem twórcy potrzebowali Kirkowej rodziny? Po zastanowieniu stwierdzam, że do tego, żeby mógł on pokazać swoje „miękkie” oblicze. Oblicze człowieka, któremu zależy na czymś więcej niż tylko na swym ukochanym statku i jego załodze. Zdenerwowanie kapitana, jego atak na Bogu ducha winną Uhurę (swoją drogą – jej stonowana, ale stanowcza odpowiedź jest świetna! [Uhura w ogóle ma czasem takie wyskoki, za które ją uwielbiam: jest miła i grzeczna do momentu, w którym ktoś domaga się czegoś głupiego – bo wtedy miła i grzeczna Uhura idzie precz, a w jej miejsce pojawia się Uhura-oficer, świadoma swoich obowiązków i kompetencji. Uhura, która umie się pięknie postawić, nie zahaczając jednocześnie o niesubordynację. Nie ma drugiej takiej Uhury!] ), w pewnym sensie wykorzystanie pozycji do załatwienia spraw prywatnych nadają charakterowi Kirka kolejny rys. Kapitan staje się pełniejszy. Jednak tak, czy inaczej – szkoda, że niczego więcej się o kapitańskiej rodzinie nie dowiedzieliśmy.
Co mi się podobało tak bardziej na marginesie to pojawienie się siostry Chapel. Świetnie, że nie zastąpiono jej jakąś nową panią, bo asystentka McCoya jest tylko jedna ;)
W przeciwieństwie do pań kancelistek – pojawiła się nowa i nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Wyglądała trochę, jakby na Enterprise trafiła przypadkiem i do końca nie wiedziała co robi.

Kancelistka w akcji, źródło
No, właściwie też nie mam o niej zbyt wiele dobrego do powiedzenia. Podobało mi się, jak na naszą dzielną ekipę wypadową wyskoczyli Denevanie, poszły w ruch fazery, a kancelistka w tym czasie… no… wykonała strategiczny przykuc? Tak bardzo nieużyta dama w opresji…

Ale wróćmy do rzeczy dobrych – dobre było też to, że Spock musiał się zmierzyć z konsekwencjami użycia bardzo jasnego światła do zlikwidowania obcego, ale też to, że w ogóle był w stanie walczyć z pasożytem, dzięki swej wolkańskiej „połowie”. Dlaczego to ostatnie było dobre? Bo konsekwentnie pokazywało dwoistość Spocka. Nie było mu łatwo, ale miał przewagę nad ludźmi i została ona wykorzystana. Także przez kapitana, który, ufając swemu oficerowi, zezwala na zejście zainfekowanego Spocka na planetę celem zebrania materiału do badań. Tu też fantastyczne zachowanie pana Scotta – szczegóły zostawiam Frzee ;)

A tam, nie ma tu zbyt wiele szczegółów z mojego punktu widzenia. ;) Owszem, Scotty działał rewelacyjnie – odmowa wykonania rozkazu, zachowanie zimnej krwi, wreszcie fazer: ot, jeden główny mechanik tak po prostu wziął i powstrzymał wolkańskiego pierwszego oficera. Dajcie dwóch takich Scottych na pokład i Enterprise może wszystko.
A na serio, to urzekające jest oddanie i lojalność Scotty’ego – McCoy miewa własne zdanie, Spock jeszcze częściej. Ale na Scotty’ego zawsze można liczyć. James T. Kirk coś kazał – i tak ma być. Choćby skały srały.
I skoro już o Scottym mowa, to szalenie podobało mi się, jak w jednej z pierwszych scen, kiedy ścigali umykającego w stronę słońca Denevanina, Kirk zasugerował użycie promienia trakcyjnego. Scotty tylko spojrzał swoim fachowym okiem, pokręcił głową i uznał, że poza zasięgiem. <3 Tak na oko. Bo, prawda, to się nazywa mieć eksperta na pokładzie!

Podsumowując – sezon kończy się ciekawie, w pewien sposób zaskakuje widza (niewspominana do tej pory rodzina Kirka), a jednocześnie jest dobrym przykładem tego, o co w tym wszystkim chodzi – każdy członek załogi na swoim miejscu, zagrożenie z Kosmosów i współdziałanie, jako recepta na sukces.
Lubię to!

Z ogólną oceną odcinka jak najbardziej się zgadzam. Był dobry. Oczywiście, na pewno mogłoby być lepiej, ale i tak był dobry. Natomiast dla mnie akurat najciekawsze było coś innego: finał i relacje Spock – McCoy – Kirk. Moment, w którym kapitan zorientował się, że jeden z jego przyjaciół przez pośpiech popełnił ogromny błąd, wskutek którego drugiemu przyjacielowi stało się coś bardzo złego. Widać też ładnie, jak ta sytuacja gryzie samego McCoya, choć przecież zazwyczaj widzimy jego i Spocka w mało przyjaznych relacjach.
Owszem, próba ze światłem była przeprowadzona idiotycznie. Raz: nie mogli poczekać parę minut, aż panna Chapel wróci z wynikami analizy po pierwszym eksperymencie? Serio, po coś się te analizy chyba robi, a oni od razu rzucili się do kolejnych, tym razem mocno ryzykownych prób – bo tak. Bo to Star Trek, więc najpierw robimy, potem będziemy myśleć. Ech. Po drugie: jak właściwie działało naświetlanie obcych, którzy byli wewnątrz ciała Spocka…? Czy wolkańskie flaki nie dają dość cienia…? Po trzecie: czemu nie mogli dać Spockowi ochronnych okularów? Przecież (tu wraca kwestia „po drugie”) obcy chyba nie naświetlali się konkretnie przez oczy nosiciela, prawda? No więc ogólnie trochę to wszystko mi się nie trzymało kupy i gdyby tylko pomyśleli odrobinę, można było uniknąć całej dramy.

No właśnie… Bo tego też nie ogarniam. Jak robili próbę – założyli wszyscy grzecznie okulary ochronne, a tu wychodzi na to, że normalnie, żeby obcy padł, należy świecić zainfekowanemu w ślipia, choćby zamknięte…

Z drugiej strony, jak już pisałam: ogromnie mi się ta drama podoba. Podobało mi się obserwowanie, jak oni wszyscy oswajali się z tym, co się stało. Jak Kirk po pierwszym wybuchu zdobył się wreszcie na przyznanie, że to nie była wina McCoya. Cały ten problem w zupełności wynagrodził mi dziury w głównej intrydze.




Freeze right there, Mr. Spock, or I'll put ya to sleep for sure.