Errand of Mercy

(źródło)
Premiera: 23 marca 1967
Reżyseria: John Newland
Scenariusz: Gene L. Coon

I po raz kolejny muszę zacząć od tego, że lubię ten odcinek. Podoba mi się z wielu różnych względów i postaram się je mniej-więcej po kolei naświetlić.

Po pierwsze: utarcie nosa Kirkowi. Tak – to jeden z tych odcinków, gdzie załoga Enterprise dociera na planetę zamieszkałą przez obcą cywilizację i usiłuje narzucić tej cywilizacji swoją ideologię. Kapitan Kirk tradycyjnie występuje z nauką typu „Jesteśmy wolnymi ludźmi, mamy swoje wady, ale one są nasze i się ich nie wyrzekniemy, a jak wy uważacie, że wojna jest zła, to nic nie rozumiecie, bo ona jest może zła, ale jest nasza”. Ot, nie pierwszy raz, kiedy widz jest częstowany tym poglądem – żeby nie szukać daleko, podsunę tylko odcinki The Taste of Armageddon, The Return of the Archons czy This Side of Paradise. Chciałoby się więc powiedzieć: nic nowego. Tyle tylko, że tym razem w piękny sposób serial odwraca role. Nagle Kirk, który usiłuje pouczać innych jak niesforne dzieci, sam zostaje przerzucony do roli dziecka. Organianie, o których myśleliśmy, że trwają w głupim uporze, po prostu przez cały ten czas byli dla człowieka zbyt mądrzy, zbyt rozwinięci. I doskonale widzieli, że Kirk w gruncie rzeczy pitoli głupoty. Okropnie mi się spodobało, kiedy Ayelborne (John Abbott) wytknął kapitanowi Enterprise, że ten zdaje się uważać za pozytyw fakt, iż Federacja będzie toczyć z Imperium Klingonów wieloletnią wojnę, podczas której zginą tysiące istnień – właściwie tylko w imię tego, że mogą ją toczyć. Że to ich wojna i nikomu nie wolno się w to wtrącać. Jakby ego było w tym momencie ważniejsze od tych wszystkich niezliczonych ofiar.

Tu pragnę dodać, że Kirk mnie prawdziwie wzruszył, gdy przyznał, że jest mu wstyd z powodu powyższego. A jeszcze więcej uroku miały w sobie pocieszanki pana Spocka. Oczywiście, że przecież nawet bogowie nie powstali tak hop siup. W ogóle – Kirk mi się bardzo podobał w tym odcinku, bo w sumie był taką ogromnie uroczą kwintesencją Kirka. Butny, chętny do działania i kompletnie niezdolny do ugięcia kolan. Jakbym widziała kawalera d’Artagnan ;)

(źródło)
Po drugie: Klingoni! Dostajemy wreszcie uczciwą dawkę Klingonów. Jest dla nich przygotowane konkretne tło: widz wie, że są okrutni i bezlitośni. Że lepiej być na więziennej planecie niż na takiej okupowanej przez Klingonów (co w gruncie rzeczy nie jest aż tak wysoko postawioną poprzeczką – jeśli dobrze pamiętam Rura Penthe, to więźniowie mieli tam tylko smyrać głazy laserami, a tak poza tym, to robili co chcieli). I kiedy na scenę wchodzi Kor (John Colicos), zdaje się spełniać te wszystkie obietnice. Wprowadza rządy twardej ręki i bez mrugnięcia zabija kilka setek Organian tylko po to, żeby osiągnąć swój cel. Jednocześnie jednak Klingon nie jest głupi ani prymitywny. Wysoko ceni odwagę, a kapitana Kirka – jak sam przyznaje – wręcz do pewnego stopnia podziwia. Podobało mi się zwrócenie uwagi na podobieństwa między tymi dwoma panami. Owszem, może trochę za dużo było w nich porównań do zwierząt, niemniej wydźwięk był jasny: zarówno Kirk jak i Kor to wojownicy i lojalni dowódcy w swoich flotach.

Mnie się ogromnie podobało to, że Kor tak bardzo potrzebował przeciwnika. Wszak, żeby zdobyć chwałę trzeba czegoś dokonać. A cóż jest godnego w zwycięstwie nad stadem owiec?

Przy pierwszym oglądaniu tego odcinka miałam niewyraźne wrażenie, że Kor jest zbyt ludzki. Nie przypominał tych nieco przyciężkich intelektualnie Klingonów z Następnego Pokolenia. I jakkolwiek wiem, że można to wszystko wyjaśnić dość prozaicznie, to bardzo ładnie mi się to wszystko układa z – dokręconą wprawdzie później – historią klingońskiej choroby. No bo hej: wirus, który wygładził Klingonom czoła, powstał w wyniku manipulacji genetycznych, mających na celu zwiększenie siły i inteligencji tego ludu. A skąd klingońscy naukowcy mieli te „ulepszające” geny? Hah! Z naszych starych, dobrych nadludzi, Khana i jego ziomków! I wiecie co? Jak Jeżusia kocham, Kor ma więcej z Khana niż Khan ma z siebie samego w „Gniewie Khana”! Chciałoby się powiedzieć: facet, weź się nie lecz, jesteś świetny! No bo serio – kiedy porównuję Kora i takiego na przykład Worfa, no to cóż… przykro mi, Worf. Inna sprawa, że Worf na tle jemu współczesnych też wypada blado, więc może to niesprawiedliwość, jeśli by na tym przykładzie oceniać rozwój całej rasy. Łotewer.
Dodatkowo odcinek rzuca nieco światła na relacje Federacji z Imperium, pozwala umiejscowić wszystko w czasie i dorobić sobie do tego krótkiego epizodu konkretne, szerokie tło. Pozwala poczuć, że gdzieś tam, za tymi wesołymi przygodami Kirka i jego ludzi, jest cały świat, w którym coś się dzieje, coś się kotłuje, a Enterprise jest jednak mocno uwikłany w to wszystko.

(źródło)
Warto zauważyć, że Kirk dostał koszulę
kolorystycznie zgodną z jego normalnym strojem.
Po trzecie: sami Organianie. Są naprawdę fajni. To wprawdzie nie pierwszy raz, kiedy Star Trek pokazuje nam obcą formę życia istniejącą jako czysta energia, niemniej to zawsze mi się podoba. Zresztą, uwolnienie się od materii jako ostateczna forma rozwoju nie jest wyłącznie startrekowym marzeniem. Żeby nie szukać daleko, mamy wszak 2001: Odyseję kosmiczną. Dodatkowo tutaj urocze było, jak Organianie próbowali nie ujawniać się – jakby bali się, że te głupiutkie człowieki nie zrozumieją, że lepiej spróbować dyskretnie rozstawić krnąbrnych gości po kątach i dać im ochłonąć. Ayelborne i jego towarzysze naprawdę się starali nie ingerować. Ale czasem po prostu trzeba wreszcie tupnąć nogą, kiedy się widzi, że dzieciak jednak ściąga sobie czajnik wrzątku na głowę.

O tak! Długo dawali radę brać to na spokojnie, ale w sumie, gdyby Kirk ich posłuchał i po prostu dał się uratować nie dostałby bardzo ważnej lekcji, więc w sumie bardzo dobrze się stało, iż nauczyciele w końcu stracili cierpliwość. Jak wspominałaś – to pierwszy raz, gdy się tak wyraźnie okazuje, że ta ludzka najważniejsza wolność wyboru i podejmowania decyzji może prowadzić do tak absurdalnych skutków.

Gdybym miała doszukiwać się wad tego odcinka, to właściwie boli tylko brak innych członków załogi Enterprise. Tęskniłam za McCoyem i Scottym. Jeden pan Sulu miał parę sekund czasu antenowego. Oczywiście, mogłabym też się czepiać tradycyjnego składu drużyny wypadowej na obcą planetę: kapitan i pierwszy oficer. Bo czemu nie. Ale nie będę się tego czepiać, bo przecież dobrze wiemy, że taki już jest urok Star Treka.

A ja jak zwykle mam problem z Pierwszą Dyrektywą, ale ja jej chyba jednak po prostu nie rozumiem, albo ciągle coś przegapiam…




– We have the right –

– To wage war, Captain? To kill millions of innocent people? To destroy life on a planetary scale? Is that what you're defending?

The Devil in the Dark

autor: Juan Ortiz


Premiera: 9 marca 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Gene L. Coon
 


Skoro już poświętowałyśmy dotarcie do końca pierwszego sezonu, do teraz do tego końca dotrzyjmy ;) Przed nami jeszcze pięć odcinków (i nie, nie wiemy, co – i czemu aż tak – nam się pomerdało, prawda? Albo wiemy, ale nie będziemy o tym mówić publicznie :P), a na pierwszy ogień leci Diabeł w ciemności, jakże twórczo przełożony w wersji polskiej na Potwora.



Odcinek ten moim zdaniem zasługuje na szczególną porcję uwagi. Dlaczego? [Bo jest rewelacyjny! :D ] A dlatego, że choć w swoich podróżach Enterprise często wpadał na przedstawicieli obcych ras, to w The Devil in the Dark po raz pierwszy obca rasa faktycznie nijak nie przypomina człowieka. Mieszkaniec Janus 6 nie ma w sobie nic humanoidalnego. Właściwie przypomina przeżutą, połkniętą, lekko przetrawioną i zwróconą pizzę na dywaniku. No i jest formą życia opartą na krzemie. Bo czemu nie?



Uwielbiam Star Treka za takie motywy. Tak, Horta wygląda jak Pizza the Hutt (http://spaceballs.wikia.com/wiki/Pizza_the_Hutt), nie zmienia to faktu, że twórcy porwali się na coś fantastycznego: starli dwa drastycznie odmienne gatunki, bah!, odmienne formy życia, oparte na innych pierwiastkach – trudno o większą inność. I dali nadzieję, że jeśli kiedyś do takiego spotkania by doszło, zawsze przecież istnieje możliwość współpracy. Odmienność nie musi koniecznie oznaczać wrogości, tylko trzeba wykazać się odrobiną empatii. Zresztą, cały ten przekaz jest przecież bardzo w klimacie Star Treka: zero hamulców dla wyobraźni, za to niezmiennie z optymizmem. Lubię to!



Ale zacznijmy od początku.

Zadaniem załogi tym razem jest sprawdzenie, co takiego dzieje się na Janus 6 – kolonii-kopalni, gdzie wydobywa się bardzo cenny minerał, na który czeka wiele planet. Tymczasem wydobycie jest zagrożone – w nowych chodnikach, w dziwnych, dramatycznych okolicznościach giną górnicy i nie zostaje po nich zbyt wiele, a sprawa staje się poważna, gdy ginie pompa z układu chłodzącego reaktora, wytwarzającego energię między innymi dla systemu podtrzymywania życia. [To mi uświadamia, że tak naprawdę Horta była bystra jak diabli, nie…? Że w ogóle kumała, do czego służy to urządzenie i co trzeba wyjąć, żeby przestało działać?] Mimo interwencji najlepszego z mechaników, pana Scotta [totalnie uwielbiam to, że nawet Spock przyznał, że Scotty go przewyższa pod względem znawstwa tematu reaktorów – nasz oficer naukowy nie jest merysójką i to cieszy], brak pompy powoduje konieczność ewakuowania kolonii. Jest źle.

Oczywiście pojawienie się potwora, rozpuszczającego ludzi niczym kwas, można powiązać z otwarciem nowych pokładów, łatwo się domyślić, iż górnicy trafili na miejscową formę życia, a ta najpewniej miała powód do „bestialskiego” ataku.

Jednak potrzeba dopiero pana Spocka, by myślenie zagrożonych ludzi
źródło
poszło w kierunku rozważań na temat porozumienia, a i to nie od razu. Początkowo bowiem wszyscy – włączając w to kapitana Kirka – uważają, iż Diabła należy unicestwić. Mowa jest o tym, jak bardzo jest on szybki, jak nie daje szansy. Na scenie pojawia się prawdziwy macho fioletowym wdzianku (uroczo go wyróżnili!) w osobie Eda Appela (Brad Weston), który jako jedyny przeżył kontakt z potworem i może zaświadczyć, iż da się go zranić. Szef kopalni Vanderberg (Ken Lynch) żąda efektów, a Kirk i jego chłopcy w czerwieni udają się na polowanie.

Wbrew jednak temu, na co się zanosi, nie będziemy świadkami krwawej jatki, a rozmowy pomiędzy przedstawicielami dwóch zupełnie różnych gatunków. Różnych nie tylko pod względem budowy, składu chemicznego, ale też sposobów na odnawianie puli osobników zamieszkujących Janusa.

Co wydaje mi się szczególnie warte podkreślenia to fakt, iż tak naprawdę właśnie te ogromne różnice pozwoliły ludziom i Horcie podzielić się planetą właściwie bezboleśnie. Oczywiście, gdy już się nawzajem zrozumieli. Przy okazji nadmienię, że kwestia komunikacji to w ogóle osobna sprawa. Od początku bardzo mnie ciekawiło, jak twórcy z tego wybrną i wykorzystanie volkańskiej zdolności do łączenia umysłów jest czymś, co kupuję.



Ja to bardzo kupuję – w ogóle to było chyba jedno z najlepszych wykorzystań łączenia jaźni, jakie kojarzę z serii. Najczęściej Spock używa swojej zdolności, żeby czytać chorych ludzi, przechytrzyć strażników itp. – niby fajne, ale bardziej w kategorii sztuczek niż czegoś nadzwyczajnego. Tutaj ta umiejętność pokazuje się w pełnej krasie – pokazuje, jak fantastyczne może przynieść efekty, jeśli prawidłowo się ją wykorzysta. Uwielbiam to.



źródło
O czym jeszcze warto wspomnieć? Kapitan Kirk wydał mi się w tym odcinku niezwykle spokojny, działał na chłodno, kalkulował na bieżąco i nie miał kłopotu ze zmianą oceny sytuacji. Bardzo mi się podobał w tej odsłonie. Podobnie jak dwuznaczność napisu, który Horta wytrawiła na kamieniu (pal już licho, jak posiadła umiejętność korzystania z ludzkiego pisma) [no właśnie: pismo, znajomość działania reaktora… myślę, że odcinek nawet sam się nie pokumał, jak inteligentną formę życia pokazał widzom. Ogromny, złożony i zdolny do błyskawicznej nauki umysł zamknięty w wyplutej pizzy z kamienia] i jego reakcja na nią. Kirk w tym odcinku dużo myślał i o dziwo kierował się logiką. Zaiste niezwykły odcinek. Z kolei nieco mnie zaskoczyła próżność Spocka w końcówce. No chyba, że sprawa uszu to żart, którego nie załapałam.



Mi tu się obaj podobają i obaj wypadli dla mnie ogromnie przekonująco: Spock i Kirk. W ogóle oni się fajnie uzupełniali: Kirk najpierw oczywiście chciał chronić ludzi, pozbyć się potwora – podczas gdy Spock myślał na zimno, z perspektywy naukowca. A później role się odwróciły i nagle Kirk zlitował się nad ranną bestią, podczas gdy Spock nie na żarty przestraszył się o życie przyjaciela i namawiał do zabicia obcego. Niby proste procesy i proste przemiany w bohaterach, ale bardzo ładnie pokazały cały wachlarz priorytetów i relacji między postaciami. Ale ale! Nie byłabym sobą, gdybym nie podkreśliła jeszcze, jak szalenie podoba mi się McCoy w tym odcinku. <3 McCoy, który jest w stanie uleczyć absolutnie wszystko, każdą formę życia, choćby nigdy przedtem się z czymś takim nie spotkał. Jest lekarzem w każdym calu. Widzi coś rannego – ratuje to. Jeśli trzeba, popełni jakąś na pozór szaloną improwizację. Bo taka jest jego rola. Nawet jeśli oczywiście, jak to McCoy, troszkę pomarudzi na początku, że przecież jest lekarzem, a nie murarzem. ;) 






Mr. Spock: Jim, I remind you that this is a silicon-based form of life. Dr. McCoy's medical knowledge will be totally useless. 
Capt. Kirk: He is a healer, let him heal.

Star Trek II: Gniew Khana

Premiera: 4 czerwca 1982
Reżyseria: Nicholas Meyer
Scenariusz: Nicholas Meyer, Jack B. Sowards


Jak było wspomniane – w ramach zaakcentowania faktu, iż dotarłyśmy do końca pierwszego sezonu, dziś prezentujemy drugi z pełnometrażowych filmów z uniwersum Star Treka. Także forma dzisiejszych rozważań odbiega od standardowej. Czemu? Bo tak.

Siem:  Na każdym zebraniu jest tak, że ktoś musi zacząć pierwszy i ja – w ramach poczuwania się do obowiązku – zrobię to.
Dotarłyśmy w naszej gadatliwej podróży do końca pierwszego sezonu  The Original Series i – zgodnie z zapowiedzią – w ramach świętowania, a może raczej podkreślenia, tego faktu postanowiłyśmy obejrzeć „Gniew Khana”. 

Czas nie lubi stać w miejscu – od zakończenia misji USS Enterprise minęło sporo lat, ludziom zmieniły się stopnie i stanowiska, a także pogorszył wzrok. Kirk cierpi na syndrom niepotrzebnego staruszka, młodość trenuje, by podjąć trud badania kosmosów na jego ukochanym statku. I oto dawny kapitan, a obecny admirał dostaje swoisty prezent od losu: oto może jeszcze raz stanąć na mostku i pokierować załogę ku nowej przygodzie. Co prawda nie do końca ogarniam, jak on tak po prostu mógł sobie odlecieć wielkim i drogim jak mi się wydaje statkiem bez żadnego uzyskiwania zgody z kontroli lotów, czy dowództwa, do tego jakby nie było narazić kadetów na niebezpieczeństwo, ale radzę sobie z tym niedowiarstwem. To Kirk. Admirał Kirk. 

Fraa: A ja może zacznę rozmowę od deklaracji – żeby była jasność, na czym stoimy. A więc: nienawidzę tego filmu. Nienawidzę, szczerze i serdecznie rzucam w niego całym hejtem, na jaki mnie stać. Ale wiesz co? Tak naprawdę nie tylko dlatego, że to słabawy film, który ma w cholerę słabego antagonistę. Nie, wtedy po prostu bym uważała, że jest słaby, ale potrafiłabym przejść nad tym do porządku dziennego. Ja go nienawidzę za to, że internety wszystkimi kanałami mi wmawiają, że to dobry Star Trek i że Khan jest jednym z najlepszych przeciwników ever! Ha! Fuck no! "The Motion Picture" jest dobry. Do licha, „W poszukiwaniu Spocka” jest dość dobre! „Gniew Khana” to rozczarowujący średniak.
Puff.


Dobrze. Ale do tematu...


Że po prostu odleciał... cóż. Raz, że to admirał Kirk, więc może mieć wywalone na formalności. xD Ale inna sprawa: akurat w tym filmie on chyba odleciał dość legalnie, no nie? Znaczy no taki dostał rozkaz... Uprowadzi statek w następnym filmie, wtedy będzie chyba lepszy moment na niedowierzanie.
Ale skoro już o Kirku: co mi się w nim tutaj podoba, to w gruncie rzeczy to co zwykle: jego miłość do Enterprise. Owszem, cierpi na syndrom niepotrzebnego staruszka - ale wydaje mi się, że bardziej niż staruszkowatość, gryzie go jego niekapitanowatość. Fakt, że nie siedzi w kapitańskim fotelu, nie dowodzi akcją. Ładnie to widać, kiedy Saavik wyprowadza Enterprise z doku. I Kirk stoi obok, niby nie ma z tym problemu, niby przecież sam jej to zaproponował - ale i tak widać po nim, że zazdrości i że nie jest mu w tej sytuacji komfortowo.


S: Ja mam chyba zaburzone postrzeganie legalności – dla mnie, owszem, on poleciał legalnie na przebieżkę szkoleniową (w ogóle – cudne jest polecenie „gdziekolwiek”), ale gdy potem zareagował na wezwanie pani profesor to nikomu nie dał znać i z mojego punktu widzenia to było śliskie. Ale jak mówiłam – jakoś bardzo mnie to nie boli, zapewne masz rację, że miał do tego pełne prawo, by zdecydować na czym będzie ten lot szkoleniowy polegał :) 

Natomiast to o czym mówisz, uczucie Kirka do statku, które wcale nie przygasło po latach, to piękny przykład spójności postaci. Kirk się nie zmienił, twórcy nijak go nie okaleczyli. W przeciwieństwie do Khana. Co prawda nie targają mną aż tak silne emocje w temacie jakości „Gniewu…”, lecz nie znaczy, że tych – negatywnych niestety – emocji nie ma w ogóle. Irytuje mnie bowiem wielce to, co się stało z Khanem, który jedzie chyba tylko na wrażeniu jakie zrobił w serialu. Tam mieliśmy do czynienia z człowiekiem charyzmatycznym, silnym przywódcą, kimś dla kogo najważniejsze było wyzwanie i walka z przeciwnościami. Świadomie i z wyraźną chęcią sprawdzenia się przyjął rozwiązanie Kirka i odleciał budować imperium na pustej planecie. Tymczasem w „Gniewie Khana” otrzymujemy szaleńca opanowanego żądzą zemsty, przerzucającego odpowiedzialność na innych i, w mojej opinii, mającego w nosie, co stanie się z jego ludźmi, byle doprowadził swoją krucjatę do końca. I to ostatnie jest chyba dla mnie najgorsze – wszak Khan to ktoś, dla kogo jego ludzie byli ważni, dbał o nich. Tu chyba nie powstrzymam się przed przywołaniem nowego Khana z produkcji Abramsa. Czego by nie mówić o tym dziele wątpliwej jakości jakim jest „Into the Darkness” to Khan jest tam silnym antagonistą z prawdziwego zdarzenia i wydaje mi się, że jest bliższy oryginałowi z serialu.

F: Khan... dokładnie. W „Space Seed” był inteligentny, charyzmatyczny, był przywódcą. Kurde, było widać po nim, że to nadczłowiek. Jego ambicją było osiedlić się gdzieś i stworzyć naród, a potem imperium. Lądowanie na tej planecie, na którą wysłał go Kirk, stanowiło wyzwanie. Oczywiście, Khan nie rwał się do tego początkowo, ale ostatecznie było po nim widać, że przyjmuje układ z Kirkiem z pewną satysfakcją. Oto miał pokazać, na co go stać - udowodnić tym słabeuszom z XXIII w., że się nie podda, że on i jego ludzie będą wielcy. Nie było mowy o tym, że Kirk ma sprawdzać, jak Khan sobie radzi. Nie było najlżejszej sugestii, że Khanowi ta umowa nie odpowiada. Że ma żal do Kirka. Rozstali się w całkowitym pokoju.

Skąd więc, ja pytam, ta żądza zemsty? Skąd żal, że kapitan Enterprise nie
Źródło
interesował się, jak sobie Khan radzi? Miałam wrażenie, że w „Gniewie...” nie oglądam Khana, tylko głupawą nastolatkę, która mi krzyczy w ekran „Nie pisze, nie dzwoni, już mnie nie koooochaaaa!”. A jego skuteczność? HA! Dobre sobie. Pełnometrażowy Khan tak naprawdę chyba ani razu nie ma przewagi. Jest matołem. Dużo się gada o nim, jaki jest niebezpieczny, ale on ani razu tego nie udowadnia, niczego nam nie pokazuje tak naprawdę. A jego towarzysze niedoli? KAMAN, nie zapominajmy, że oni także byli nadludźmi, z tej samej hodowli co Khan. A kojarzysz tę scenę, w której jeden z poddanych Khana miał włączyć osłony? Coś kliknął, pierdylnął pięścią w konsolę i rozłożył łapki, że nie działa. Serio? TO mają być ci wspaniali modyfikowani ludzie?
I owszem, swoich ludzi chyba ma głęboko w dupie. Przynajmniej ani razu nie widziałam tam żadnej troski o tę jego „rodzinę”.


Prawda, że - mimo całego hejtu, jaki kieruję w stronę Star Treków Abramsa - akurat Khan Cumberbatcha jest nieco lepszy. Przynajmniej próbuje iść w słusznym kierunku. Pokazuje, że umie się bić. Pokazuje troskę o swoich współskazańców. No i próbuje chyba też pokazać inteligencję. Niestety, tutaj postać rozbija się o inny problem: żeby zaprezentować swoje fantastyczne atuty, musiałby mieć porządnego przeciwnika, który byłby dla niego wyzwaniem. Tymczasem Khan z 2013 r. ma za przeciwnika głupiego gówniarza. Przykro mi, ale nie trzeba być nadczłowiekiem, żeby zyskać nad kimś takim przewagę. Khanowi po prostu zabrakło wyzwania, w którym mógłby zabłysnąć.


S: Coś w tym jest. Gdyby tak odrzucić szalonego Hitlera na krawędzi upadku (bo chyba tylko próbą takiego przedstawienia Khana mogę ewentualnie próbować tłumaczyć to, co działo się z tą postacią w „Gniewie...”) i niedojrzałego chłoptysia (za jakiego mam nowego Kirka) a potem skleić, co zostało, w jeden film to widzowie mogliby tylko zyskać.
Niestety im dłużej myślę nad tym filmem, tym więcej problemów widzę. Weźmy na przykład kwestię ojcostwa Kirka. Ja rozumiem, że dla mężczyzny samotnego dowiedzieć się, iż jednak ma się potomka i to całkiem przystojnego i inteligentnego, to coś fajnego. Zwłaszcza, że tak naprawdę zyskał to sławetne przedłużenie genów praktycznie za darmo. Żadnych problemów z kupkami, chorobami wieku dziecięcego, skargami w szkole i kształtowaniem charakteru. Po prostu Kirk dostał brzydko mówiąc – gotowy produkt. Może się wzruszać i być dumny. Ale reakcja Davida? Że naprawdę? Po prostu: fajnie mieć takiego tatę i słusznie wspomniana przez Ciebie samotna łza? Ja tego nie kupuję. Nie kupiłam tego motywu w zakończeniu ostatniego sezonu MacGyvera i teraz też odmawiam.

F: Szalony Hitler na krawędzi upadku miałby sens, gdyby pokazano nam, jak doszło do tego szaleństwa i do upadku. Inaczej to jest od czapy trochę. Dlatego takiego usprawiedliwienia raczej nie kupię.

Jak Ci mówiłam: to taki skill Prawdziwych Bohaterów jest - ich plemniki trafiają tylko do takich komórek jajowych, których właścicielki są inteligentnymi, samodzielnymi kobietami, chętnymi samotnie wychować dziecko i później przedstawić je ojcu. xD

Zresztą, mnie tu bardziej boli chyba nawet nie David (choć jest trochę mało wiarygodny, no ale trudno...), a sama doktor Marcus. HU DE FAK IS DOKTOR MARCUS, hmm? Babeczka pojawiła się znikąd. Z synem. I mnie to drażni, bo widzę, że ona była wymyślona naprędce na potrzeby filmu, podczas gdy aż się prosiło, żeby sięgnąć do którejś ze znanych widzowi serialu oblubienic. Ja wiem, że serialowe miłostki Kirka to były... no właśnie, miłostki, przelotne robienie do siebie maślanych oczu i oglądanie kobiety przez ten taki rozmazany i prześwietlony filtr. Ale Przecież nie zawsze tak było – ot, pierwsze z brzegu propozycje: Areel Shaw. Tak, wiem, to jest prawniczka, więc trudno powiedzieć, co miałaby robić przy projekcie Genesis... choć nie aż tak. Bez przesady, taki projekt na pewno wymagał również licznych konsultacji prawnych, jestem przekonana, że przydałby się na stałe tego typu pracownik. A jej syn mógłby być przecież biologiem czy kimś, czemu nie? A jeśli dla kogoś to nazbyt naciągane, mam inny pomysł: Ruth. Jeśli dobrze rozumiem ten wątek z „Shore Leave”, Ruth i Kirka łączyło coś poważnego na Akademii. Czyli swobodnie w momencie konfrontacji z Khanem mogła mieć dorosłego syna. W dodatku nic o niej nie wiemy. Może właśnie na Akademii studiowała jakiś kierunek przyrodniczy? Mamy ogromne możliwości, a nie byłaby jak królik z kapelusza. Drażni mnie, że twórcy „Gniewu Khana” w żaden sposób nie pofatygowali się, żeby zakotwiczyć ten film w serialu. Bo o bolesnym zignorowaniu tego, co się stało w „The Motion Picture” to w ogóle przykro mówić...


S: Tak. I to kolejna sprawa, w której dla mnie J. J. Abrams wygrywa. Jemu wyraźnie chciało się sięgać do źródeł i kotwiczyć. Nie mówię, że akceptuję to, czym są nowe Star Treki, ale wyczuwam w nich zabawę oryginalnym pomysłem, czerpanie z niego. Nie olano wszystkiego, co było wcześniej, nawet tę nieszczęsną doktor Marcus przetworzono w córkę admirała.

F: I pokazano ją w bieliźnie. Bo bez tego film byłby niepełny. Cóż... nie sprawisz, że będę cieplej myśleć o Abramsie czy o „Into the Darkness”. Po prostu jeśli chodzi o Khana, to Cumberbatch spróbował zrobić to jakoś z głową... Doceniam próbę, ale syf pozostanie syfem. Carol Marcus w tym momencie może być kim chce, bo to i tak alternatywna rzeczywistość czy coś takiego... Nienawidzę rebootów. Tak abstrahując od Star Treków teraz - po prostu nie dogaduję się z rebootami, nie rozumiem, po co one istnieją. Są bohaterowie, którzy mają swoją historię. Człowieku, jeśli chcesz napisać inną historię, to po prostu wymyśl innego bohatera, a nie bierzesz kogoś istniejącego i przerabiasz.

A właśnie, skoro już o przerabianiu mowa... i o Abramsie mowa... To zupełnie nie kupuję faktu, że Scotty strzelił focha i opuścił Enterprise. Oczywiście, rozumiem postępowanie bohatera Simona Pegga, to jest sensowne, że nie chciał lecieć z jakimiś niesprawdzonymi torpedami i nie chciał się pod tym podpisywać. Ale to po prostu nie Scotty. Scotty nie opuściłby Enterprise. Ot, taka uwaga na boku...

Nie mogę jeszcze nie wspomnieć o najważniejszej scenie filmu: Kirku krzyczącym „KHAAAAAAAAAAAN!!!” – nie wydaje Ci się to trochę dziwne? Khan niczego nadzwyczajnego w tym momencie nie zrobił. Skąd te emocje, skąd ten dramatyczny wrzask? Z większymi przeciwnościami Kirk sobie radził i potrafił zachować spokój.


Źródło
S: Nie próbuję w żadnym razie Cię do czegokolwiek przekonywać. To tylko takie moje spostrzeżenia. Nie da się ukryć, że dzisiejsze kino nie potrafi się obyć bez rozbieranek, głupawych żartów i spektakularnych scen akcji, które mnie tak bardzo nudzą. Czy to normalne, że podczas latania Kirka i Khana w kosmosach między śmieciami, czuję potrzebę przewinięcia do przodu? Focha Scotty'ego też nie kupuję, swoją drogą, to typowe zagranie z gatunku imperatywu fabularnego, bo jakby się inaczej dostali na okręt Marcusa?

„KHAAAAAAAAAAAAAAAN!!!”, powiadasz... Bosz... to totalnie okropne i na pewno źle o mnie świadczy, ale muszę to jednak przyznać publicznie (swoją drogą to chyba dość dobrze oddaje idiotyzm sceny) – ja tego ani trochę nie pamiętam. Znaczy już pamiętam – jak mi to pokazałaś na boku – ale całkowicie wyparłam tę scenę. Nie, nie wiem, dlaczego Kirk musiał w tym momencie wrzasnąć imię swego... kogo właściwie? Kiedy Khan awansował z przeciwnika do wroga, który gotuje krew naszemu kapitanowi?

F: Jakby próbowali podnieść Khana do rangi, na którą sobie w żaden sposób nie zapracował. Wrócę tu trochę do tego, o czym była mowa wcześniej: Khan to cienias. Zachowuje się jak rozhisteryzowany gówniarz i tak naprawdę w żadnym momencie nie stanowi poważnego, przejmującego zagrożenia. Przecież więcej nabroi Kruge w następnym filmie niż ten cały Khan! Jak można było zmarnować taki potencjał? Naprawdę trudno mi nad tym przejść do porządku dziennego...

I przepraszam, ale ja muszę wreszcie o to zapytać: o co chodziło z tymi robalami, które Khan wpuścił w Terrella i Chechowa? Dlaczego Terrell zginął, a z Czechowa robal po prostu wziął i wylazł? Jak to miało działać?


S: *rozkłada ręce*

Nie mam pojęcia. Poza tym, że Czechow to człowiek Kirka, a Terrell to tylko kapitan USS Reliant, to nie widzę powodu, dla którego robale potraktowały ich inaczej. Ba! Ja również nie pojęłam w jaki sposób Khan kierował swymi ofiarami za pomocą robaków. Gdy o nich opowiadał, zrozumiałam, iż jeśli już wejdą komuś do ucha, to go z czasem zabijają w bardzo przykry sposób, nie że służą do sterowania zewnętrznego poczynaniami ofiary. Przeszłam nad tym do porządku dziennego, traktując jak jedno z tych potknięć serialowych, o których zdarzało nam się rozmawiać. 

Z innej beczki – ale przynajmniej regulamin Gwiezdnej Floty się nie zmienił i widać tu wyraźnie, że to jakieś odgórne założenie, że na niebezpieczne misje ruszają najwyżsi rangą oficerowie na pokładzie ;)

F: Sama nie wiem: regulamin Gwiezdnej Floty układał zwykły troll czy może jednak sabotażysta... xD

Ale żeby nie było, że tylko marudzę: film ma swoje dobre strony. Podoba mi się zakończenie: zimna logika, która kazała Spockowi bez wahania się poświęcić (Jeżusiu, ten motyw tak straszliwie zgwałciło „Into the darkness”...). Spock był tu moim zdaniem bardzo w charakterze. W ogóle podobał mi się też pogrzeb... I podobała mi się Kirstie Alley w roli Saavik.


S: Trudno się nie zgodzić z tym, że Spock działał zgodnie z charakterem. Ale tak sobie myślę, że gdyby to Kirk był na jego miejscu – zrobiłby to samo. Chciałby uratować swój statek i swoich ludzi. Może więc nie kierowałby się chłodną kalkulacją – jeden za wielu – bo myślałby po prostu o wielu, a o sobie nie, ale czy to byłaby gorsza motywacja? Inną kwestią jest o czym myślał neo-Kirk, bo w sumie tak na oko sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie myślał. 

Dla mnie „Gniew Khana” to po prostu film. Jeden z tych, do których się raczej nie wraca. Zostaje w pamięci bardziej ze względu na tę całą internetową otoczkę niż na własne walory. W sumie to po prostu cieszę się, że wracamy do serialu :)

F: Ja też się cieszę. Wracajmy do serialu i może kiedyś uda mi się wyprzeć tego Khana z fryzurą jak moja stara Barbie i takimiż cyckami...
https://ssl.gstatic.com/ui/v1/icons/mail/images/cleardot.gif


This Side of Paradise

(źródło)
Premiera: 2 marca 1967
Reżyseria: Ralph Senensky
Scenariusz: Nathan Butler, D. C. Fontana

Pokrótce: Enterprise leci na planetę Omicron Ceti III, gdzie przed kilku laty ludzie założyli kolonię. Nie leci jednak po to, żeby sprawdzić, jak sobie radzą koloniści, tylko żeby udokumentować śmierć ich wszystkich – bo w międzyczasie okazało się, że planeta jest wystawiona na promieniowanie Bertolda, przed którym nie ma ratunku.
I, ma się rozumieć, na powierzchni Omicron Ceti III na Kirka i jego ludzi czeka ogromne zaskoczenie: koloniści mają się świetnie, założyli trzy osady i właściwie śmiało można powiedzieć, że żyje im się tam jak w raju.

Znów jeden z moich ulubionych odcinków [do moich ulubionych takoż należy]. Tych, w którym Star Trek po raz kolejny każe widzowi zastanowić się, czy ważniejsza jest prawda czy szczęście – przy czym to jest właśnie znamienne: zastanowić się. Bo epizod nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony: owszem, tradycyjnie Kirk stoi murem za tezą, że człowiek potrzebuje walki, emocji, pragnień, trudów i w ogóle mnóstwa syfu, który odrzucili koloniści – a potrzebuje ich… cóż, trochę „bo tak”. Bo bez tego nie jest człowiekiem i kropka. Z drugiej jednak strony, tym razem odcinek – w moim odczuciu – nie idzie do końca za Kirkiem.
Oczywiście, kapitan ma swoje racje. Bez ambicji i tęsknot, które często mogą powodować smutek czy złość, człowiek się nie rozwija. Niczego tak naprawdę nie osiąga. Trudno temu zaprzeczyć– i tak przedstawia się sytuacja z kolonistami. Na Omicron Ceti III zorganizowali sobie te trzy wioski, ale tak naprawdę na tym poprzestali. Uprawiali tyle ziemi, żeby wystarczało im na bieżące potrzeby, mimo że planeta to rolniczy raj. Dreptali w miejscu, w poczuciu spełnienia. Zauważy to zresztą Elias Sandoval (Frank Overton), kiedy oprzytomnieje: że niczego nie osiągnęli.
Ale racja Kirka nie jest jedyną. Bo pozostaje jeszcze ostatnia scena odcinka, niezwykle istotna: ta, w której Spock powie, że po raz pierwszy w życiu był szczęśliwy.
Ta, która każe jednak pomyśleć: kij z rozwojem, historią i jakimiś górnolotnymi pierdołami. Jestem szczęśliwa tu i teraz, jest mi dobrze – w imię czego miałabym to zmieniać? Do licha, mam prawo być samolubna, jeśli nikomu nie wyrządza to krzywdy. Kurde, każdy ma prawo być szczęśliwym, no nie? A jakie prawo ma Kirk, żeby komuś to odbierać wedle własnego widzimisię?
Owszem, to szczęście kolonistów było uczuciem sztucznym – wywołanym przez roślinę, przesłaniającym inne emocje i poczucie obowiązku. Z drugiej strony, mówimy tu chyba o tym rodzaju szczęścia, które zawsze jest trochę odurzające i ogłupiające.

(źródło)
Problem z tego typu szczęściem chyba polega na tym, że bez sztucznego podtrzymywania, nie ma szans trwać. Wydaje mi się, że rasa ludzka potrzebuje wyzwań i dążenia do celu. Nie stagnacji. I w normalnej sytuacji, gdyby nie było żadnych zarodników, osadnicy żyjący z dnia na dzień tak samo, bez żadnych zmian po prostu wściekliby się z nudów. Tak uważam.

Z jeszcze innej strony (nie wiem której, bo zdążyłam się pogubić) mam mieszane uczucia co do wątku Spocka w tym odcinku – a przecież był to najważniejszy z wątków. Historia jego i Leili (Jill Ireland) jest poniekąd piękna – w tym sensie, że Spockowi, jako pół-Wolkaninowi, nie było wolno pokochać dziewczyny, nawet jeśli miał do niej pewną skłonność. Zresztą, po odurzeniu się kwiatem Spock przecież mówi „I can love you” – to dość wyraźnie sugeruje, że wcześniej chciałby się temu poddać, ale ograniczały go własne wybory dotyczące emocji. Z drugiej, ten wątek mnie po prostu wkurza. Raz, że laska nie dała Spockowi żadnego wyboru, po prostu podstępem zmusiła go do tej miłości. Dwa, szczęśliwy Spock to… no… Kaman, naprawdę nie da się inaczej pokazać szczęśliwego Spocka, jak tylko kazać mu zawisnąć na gałęzi i szczerzyć się jak głupiemu do sera?! Nie podoba mi się ta koncepcja „szczęśliwego Wolkanina”. Bo ona zahacza o „Wolkanina-debila”. A przecież mowa o inteligentnym facecie, który po prostu wreszcie zrzucił pewien rodzaj jarzma. Ech.

Zupełnie by mi to nie przeszkadzało, gdyby z tej gałęzi zwisał Kirk. Zresztą jego spojrzenie, gdy pod nią przechodził wydało mi się bardzo znamienne, ale widok Spocka w tej pozycji i z tą miną mnie żenował. Przykrość.

I w ogóle tak mnie zastanawia: silne emocje wyganiają zarodniki, tak…? A więc co by było, gdyby przypadkiem Spock i Leila poszli się seksić? Myślę, że można by w tej sytuacji mówić o silnych emocjach…

To jest bardzo dobre pytanie. Bo, choć mowa o emocjach w ogóle, problem rozwiązują emocje negatywne. I ja rozumiem, to o czym gadałyśmy za kulisami, że o wiele łatwiej wywołać silne emocje negatywne niż pozytywne. W sumie nie wyobrażam sobie, żeby nagle zamiast bijatyki, zadziała się wielka orgia. Najstraszniejsze, że ja chyba nie potrafię sobie także wyobrazić takiej rzeczy, która mogłaby budzić pozytywne emocje we wszystkich. Nie urodzi im się przecież pierworodny wszystkim na raz, nie? Nie da się im pokazać zawodów sportowych, w których wygra ich ulubiona drużyna. Po prostu uświadamiam sobie właśnie, że wkurzyć człowieka jest znacznie łatwiej niż mocno uszczęśliwić. Może to oczywiste, ale zrobiło mi się jakoś dziwnie z tą myślą, że schematyczne osiąganie gniewu jest łatwiejsze niż euforii.

(źródło)
Osobnym rozdziałem jest, ma się rozumieć, Kirk. Dzielny kapitan, który uratuje sytuację: który nieprędko podda się kwiatkom, a jeśli nawet, to zaledwie na chwilę.
Pojawia się w odcinku kwestia tego, dlaczego na Kirka nie działają zarodniki. I przyznam, że od razu przypomniał mi się tu odcinek Supernatural – ten, w którym mieszkańców jakiegoś miasteczka zabijały tłumione żądze. Wiele nie pamiętam, ale była parka, która się nawzajem zeżarła i takie tam dziwne rzeczy. A jedynym, na którego ta dziwna moc nie działała, był Dean – bo jako jedyny niczego w sobie nie tłumił. I mam wrażenie, że coś podobnego zaistniało w Star Treku: kwiatki nie odurzyły Kirka, bo Kirk żyje życiem, które go uszczęśliwia. Nie potrzebuje żadnych zarodników. Ma Enterprise, którego kocha. Ma załogę, eksploruje kosmosy, przeżywa mniej lub bardziej przelotne miłostki – i niczego więcej mu nie trzeba. Nie nękają go żadne ambicje, od których kwiatki z Omicron Cety III mogłyby go uwolnić. Z jednej strony, dostajemy tu oczywiście przepakowanego kapitana, który nie poddaje się temu, czemu ulegnie każdy inny. Z drugiej jednak – podoba mi się ten obrazek i ten koncept. Tak po prostu.

Przyznaję – nie pomyślałam o tym w ten sposób. Pomyślałam po prostu, że on ma cholernie silne poczucie obowiązku. Zaimponował mi. Ale Twoja interpretacja jest po prostu świetna. I będę ją od teraz forsować w każdej dyskusji ;)

Pomijając więc fakt, że szczęście jest w tym epizodzie pokazane jako zachowywanie się jak debil, cieszenie do wszystkiego i wszystkich oraz – w gruncie rzeczy – wyrządzanie jednak krzywdy innym (Uhura, która zasabotowała łączność na Enterprise), This Side of Paradise niezmiernie mi się podoba. Konfrontuje osobiste spełnienie z bardzo szeroko rozumianym dobrem ogółu (rozwojem). Patrzenie przez różowe okulary zestawia z samorealizacją. Lubię ten odcinek, bo mądrze mówi o pewnym problemie – nie jest, ma się rozumieć, wolny od wad, ale wciąż trudno mi otrząsnąć się po finałowej scenie. A to chyba o czymś świadczy.




– Well, that's the second time man's been thrown out of Paradise.
– No, no, Bones, this time we walked out on our own. Maybe we weren't meant for paradise. Maybe we were meant to fight our way through, struggle, claw our way up, scratch for every inch of the way. Maybe we can't stroll to the music of the lute. We must march to the sound of drums.