Balance of Terror

       Premiera: 15 grudnia 1966 
       Reżyseria:  Vincent McEveety 
       Scenariusz:  Paul Schneider


Na początek ogłoszenie drobne. Postanowiłyśmy wprowadzić nieco porządku w nasze działania, zrezygnować z chaosu przypadkowych wrzutek i ciągłych tłumaczeń, z których tak naprawdę wynika jedno – jesteśmy nieogary. Od teraz będziemy ogary, a kolejnych wrzutek możecie się spodziewać w poniedziałki co dwa tygodnie. Zatem kolejnej oczekujcie z niecierpliwością 14 września. [Dokładnie tak. Od dziś jesteśmy ogary!]


Odcinek, który dzisiaj bierzemy na tapetę, widzom w Polsce znany jest pod tytułem „Starcie” i wprowadza na scenę Romulan – rasę wzorowaną na starożytnych Rzymianach, tyleż wojowniczą, co tajemniczą.

Pierwszy kontakt z Imperium Romulańskim nastąpił mniej więcej sto lat przed wydarzeniami prezentowanymi w „Starciu” i – jak łatwo się domyślić – nie był to kontakt przyjacielski. Obecna sytuacja wygląda tak, że kawałek wszechświata należący do Romulan znajduje się po drugiej stronie strefy neutralnej i jest strzeżony przez umieszczone na jakże sprzyjająco położonych asteroidach [ej, może to nie asteroidy były podejrzanie sprzyjająco położone, tylko granicę strefy ułożono wedle okolicznych asteroid właśnie z myślą o utworzeniu tam posterunków, no? :P ] posterunki Zjednoczonej Federacji Planet. Naruszenie rzeczonej strefy neutralnej jest oczywiście ciężkim wykroczeniem i żaden kapitan nie zdecyduje się na to z byle powodu.

Tyle że łączność z kolejnymi posterunkami zanika, a jeden z nich wysyła wezwanie o pomoc i to akurat w kulminacyjnym momencie ceremonii ślubu, udzielanego przez kapitana Kirka dwójce pięknych, młodych i zakochanych załogantów.

Zastanawianie się, które z nich zginie i kiedy zdaje się być w tym momencie nieuniknione, prawda? [większej strzelby zawiesić się na ścianie nie dało… pewnie dodatkowo miał dwa dni do emerytury i znalazł lekarstwo na raka – tylko wróci do domu i pomaluje wreszcie ten płot…]

Zastanawiam się, w jakim celu twórcy seriali wprowadzili ten wątek. Miał pokazać wojnę w opozycji do miłości? Takie make love not war? OK, sztuczka oczywiści prosta, mocno wyeksploatowana, ale trudno powiedzieć, że się nie sprawdza. No i z pewnością inaczej się na nią patrzyło w latach sześćdziesiątych niż blisko pięćdziesiąt lat później. 


Równie trudne jest dla mnie ogarnięcie, co chcieli osiągnąć Romulanie? Zaprawdę nie do końca rozumiem. Znaczy niby OK., prowokacja to stary jak świat sposób na rozpoczęcie konfliktu, Romulan gryzła porażka, bo taka ich natura, ale mam wrażenie, że chyba w ogóle nie ogarnęli, z kim próbują zadrzeć. A może właśnie o to chodziło – takie rozpoznanie taktyczne przed akcją właściwą?


Bo tu chyba ani Romulanie nie wiedzieli, z kim zadzierają, ani ludzie. Kirk też na początku nie docenił przeciwnika. Bądź co bądź, jak pisałaś wcześniej: ostatni kontakt był sto lat temu. Nawet się nie widzieli nigdy. Nie mieli pojęcia, na jakim poziomie technologicznym jest przeciwnik – wszystkie dane były mocno przedawnione.

Nie sądzę, żeby od razu chodziło im o prowokację. Raczej właśnie o rozpoznanie. W końcu nie wiedzieli nawet, czy Federacja jakkolwiek zareaguje na zniszczenie posterunków. Wybadali grunt, zorientowali się, że jednak Federacja będzie się bronić, i chcieli wracać (no – przynajmniej komandor). Nie chcieli starcia ani nic. Tak to widzę jakoś.

Grunt, że spróbowali, a co za tym idzie: raz, że zaprezentowali swoją technologię maskowania, dwa dali się obejrzeć Kirkowi i jego załodze (do tej pory nikt Romulanina, czy to żywego, czy martwego nie oglądał), powodując konsternację swym podobieństwem do Wolkan.


I tu w moim mniemaniu leży główny ciężar odcinka. Oto bowiem, gdy tylko twarz romulańskiego dowódcy (Mark Lenard) [czyli Sarek! <3 ] pojawia się na ekranie, natychmiast pojawia się nieufność w stosunku do Spocka. Artykułowana głośno przez jedną osobę – oficera nawigacyjnego Stilesa (Paul Comi), lecz obecna także w milczeniu innych. A przecież Spocka znają od dawna, nigdy nie dał najmniejszych powodów do tego, by oskarżyć go o brak lojalności, czy jakiekolwiek inne uchybienie. Ratował im wszystkim tyłki, wystawiał się na niebezpieczeństwo, służył radą i rozsądkiem. Ale WYGLĄDA jak wróg, więc co za problem spuścić wszystkie jego zasługi w kiblu w ułamku sekundy. Paskudna ludzka cecha. Ocenianie poprzez zewnętrze, uprzedzenia, odruchowy rasizm. A do tego równie odruchowa nienawiść i chęć głoszenia najstarszego z praw: oko za oko.

Podobał mi się Kirk, gdy powiedział Stilesowi, że wojna sprzed stu lat nie jest jego wojną. Podoba mi się dążenie do unikania potyczki, ta gra w podchody, którą podejmuje Kirk do końca próbujący uniknąć przemocy. Gdzieś kiedyś musi nastąpić przerwa, ktoś musi wyrąbać przesiekę, jak przy pożarze lasu, gdy jedynym sposobem, by zatrzymać żywioł jest zabranie mu pożywki. Inaczej wojny trwałyby wiecznie – zwłaszcza, jeśli przeciwnikowi zdaje się nie chodzi o nic poza wojną samą w sobie, bo honor.


Kirk w ogóle daje radę w tym odcinku (miła odmiana po tym, co wyczyniał w poprzednim…). Do mnie trafił mocno ten moment, w którym zwątpił we własne decyzje i ugiął się pod ciężarem odpowiedzialności, jaka na nim spoczywała. Bo taki dziarski Kirk, ale jednak wie, że wszystko co zrobi, niesie za sobą pewne konsekwencje. I się tych konsekwencji boi. Ładnie, że serial od czasu do czasu przypomina widzowi, że Kirk jest przecież tylko człowiekiem.

Ten honor jest piękny swoją drogą. Podejście romulańskiego dowódcy do swych obowiązków jest piękne. Nawet jeśli nie zgadza się z decyzjami swych przełożonych, jeśli odczuwa bezsens działań zaczepnych – wykonuje rozkazy. Jest w nim i rezygnacja, i duma, i nawet wełniana kolczuga nie jest w stanie odjąć mu godności. Ani tynk sypiący się z sufitu okrętu kosmicznego po trafieniu.


Ja romulańskiego dowódcę całkowicie uwielbiam. <3 Nie tylko dlatego, że to ukryta opcja wolkańska xD To typ bohatera, którego fangirluję: jest inteligentny i widzi bezsens wszczynania wojny. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że nie może jej unikać – bądź co bądź ma rozkazy. Na jego barki spada odpowiedzialność za relacje federacyjno-romulańskie. Czuje presję. I jest honorny.

I to tak naprawdę przecież taki romulański Kirk. Zresztą, ich podobieństwo jest fajnie podkreślone. Kirk podczas manewrów nie raz stwierdza: „ja bym tak zrobił” i na tej podstawie wnioskuje, jakie będą dalsze posunięcia wroga. Szybciej zdał sobie sprawę z tego, jak wiele ich łączy, ale i do komandora w końcu to dotrze. Nie bez powodu Romulanin powie Kirkowi, że w innych okolicznościach mógłby go nazwać przyjacielem.

Uwielbiam to pokazanie, że relacje między jednostkami zależą od okoliczności, na które te jednostki nie mają wpływu. I że wojna nie ma nic wspólnego z tym, że po jednej stronie barykady są dobrzy, a po drugiej źli – bo tak naprawdę wszyscy mogą być dobrymi, którzy znaleźli się w złym czasie o nieodpowiedniej porze. Ja wiem, że to tak naprawdę nie jest nic odkrywczego. Może nawet to dość wyświechtane, pacyfistyczne przesłanie. Ale użyli dwóch fantastycznych postaci, żeby je przekazać. Fraa approves. <3

Wrócę jeszcze na chwilę do Spocka – jego reakcja na oskarżenia też jest piękna. Zerowa obrona, racjonalne wyciąganie wniosków z faktu, iż najwyraźniej Wolkanie i Romulanie mają wspólne korzenie, a więc można się spodziewać podobieństw w ewolucji społecznej obu ras. Spock nijak się nie zmienia pod wpływem niechęci załogi, nie ma w nim ludzkiej potrzeby odbicia ciosów. Jest w tym momencie bardziej Wolkaninem niż człowiekiem. I dobrze.

Na straży człowieczeństwa stoi za to jak zwykle doktor McCoy. Zawsze obecny przy Kirku, przypomina mu o tym, co ważne – o nim samym.






In this galaxy, there's a mathematical probability of three million Earth-type planets. And in all of the universe, three million million galaxies like this. And in all of that... and perhaps more, only one of each of us.

Don't destroy the one named Kirk.

[Dr McCoy]

The Conscience of the King

Premiera: 8 grudnia 1966
Reżyseria: Gerd Oswald
Scenariusz: Barry Trivers

No co ja mogę, no? Przepraszam. Sezon urlopowy. Wakacje. Upały. Susze. Naprawdę nie miałam mózgu do pisania o tym odcinku. Co przysiadłam nad Wordem, ogarniała mnie panika. Bo serio – ja się boję pisać o The Conscience of the King. Zwyczajnie boję się, że spektakularnie to schrzanię. Bo sęk w tym, że to jeden z moich ulubionych odcinków. Powiedziałabym nawet, że ulubiony, ale nie chcę ferować aż tak szumnych ocen, bo może się okazać, że po prostu w tej chwili nie pamiętam jeszcze o jakimś, który lubię równie mocno.

To jeden z tych odcinków, w których wyraźnie widać, że nie trzeba spektakularnego budżetu i dużo piu-piu w kosmosach, żeby opowiedzieć dobrą historię w kostiumie space opery. Wystarczy Shakespeare.
Bo przecież w uniwersum Star Treka Hamlet jest dobry na wszystko. Można pomyśleć, że jedynie twórczość Shakespeare’a przetrwa wieki. Będzie Shakespeare po klingońsku. A tutaj mamy Makbeta wystawianego przez wędrowną trupę. Ale, tak naprawdę, trudno się dziwić temu wyborowi: bo Makbet doskonale koresponduje z historią opowiadaną w odcinku.
A historia sprowadza się do tego: przed dwudziestoma laty był sobie niejaki Kodos, gubernator Tarsus IV. Tak się stało niefortunnie, że podczas jego rządów w kolonii zapanował głód – odsiecz jakoś nie nadciągała, toteż Kodos musiał dokonać trudnych wyborów, by ocalić chociaż część kolonistów. Zadecydował o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Uśmiercił połowę populacji, by druga połowa mogła żyć. Bo w przeciwnym razie istniało ryzyko, że śmierć poniosą wszyscy.
Tyle tylko, że wkrótce po tych wydarzeniach odsiecz jednak się zjawiła.

Uwielbiam ten odcinek z kilku powodów: raz, to bardzo fajna i – tak myślę – trafna diagnoza na temat historii jako takiej. Niby każdy wie, że historię piszą zwycięzcy – ale tutaj nikt tego nie mówi. Tutaj po prostu to widać. Kodos jest zwany Katem, uznany za zbrodniarza wojennego. Ale kim by był w oczach potomnych, gdyby odsiecz Federacji nie nadciągnęła? Odcinek bardzo mocno akcentuje to pytanie i, jak to Star Trek: The Original Series, nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Nie sugeruje nawet, czy takie gdybanie w ogóle ma sens. Dwa, ładnie tutaj wypada Spock: widzi, że coś jest nie halo z kapitanem, węszy, szuka odpowiedzi. Ba, dociera do tych odpowiedzi dużo szybciej niż Kirk, zbałamucony przez Kodosównę. Trzy: i to się tak naprawdę łączy z pierwszym punktem, czyli sam Karidian – może to kwestia aktora, a może reżyserii. Grunt, że facet jest po prostu świetny. Zbrodniarz, który chce się odciąć od przeszłości. Dla którego odgrywanie Makbeta nie jest tylko sposobem na zarobek, jest terapią, a może ciągłą karą – przeżywaniem na nowo zła, które uczynił. Bo kiedy Karidian-Makbet mówi o krwi na swoich rękach, krwi, której nie potrafi zmyć, mówi to jednocześnie Karidian-Kodos. Może mam słabość do zbrodniarzy. A może do ludzi, którzy żałują przeszłości. A może po prostu do starych ludzi, którzy w ogóle mają przeszłość. Tak naprawdę nie wiem. Faktem jest, że ten odcinek oglądałam nie wiem ile razy i za każdym razem robi na mnie takie samo wrażenie. No i cztery: plot twist. Naprawdę to było fajnie rozegrane. Pamiętam, że przy pierwszym oglądaniu nie spodziewałam się, kto morduje. A co ważniejsze: dlaczego. Bo przecież w tym odcinku nie ma tak naprawdę „złych”. Są co najwyżej obłąkani. W swoim mniemaniu postępują słusznie. To czyni ich tak bardzo wiarygodnymi bohaterami.

Wtrącę swoje trzy grosze a propos Makbeta. Dla mnie bowiem w „Sumieniu króla” istnieje jeszcze jeden wątek – wątek wpływu sztuki na psychikę. Zakładam, że córka Karidiana od dzieciństwa przesiąkała Shakespeare’em. Sztuka stała się dla niej swoistym wyznacznikiem moralności, wzorcem. Żyła wedle zasad dramatu. Czy można stwierdzić, że w pewnym sensie poezja wyprała jej mózg?

Można. I to też jest świetne. Blondyna też nie jest właściwie postacią negatywną – jest kolejną ofiarą.

No właśnie. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do Kirka. Kirk w tym odcinku zachowuje się okropnie. Raz, że strasznie się broni przed tym, że Karidian mógłby być Kodosem – momentami wydaje mi się, że robi to aż nadto gorliwie. Jakby w ogóle nie chciał dopuścić do siebie myśli, że Leighton mógł mieć rację. A przesłanki były wystarczające – wszak uznał je nawet Spock. A skoro Spock jest przekonany, to naprawdę muszą być twarde dowody, przecież Wolkanin kieruje się logiką, a nie emocjami. Inna sprawa, że Kirk, jak pisałam, był zbałamucony przez Kodosównę. I tu moje kolejne zastrzeżenie, choć może ono wynika tylko z mojego babskiego punktu widzenia: blondyna w gruncie rzeczy jest zupełnie nieciekawa. Dostaje jakiś rys charakteru dopiero kiedy wychodzą na jaw jej zbrodnie, ale wcześniej jest jednak do bólu mdła. Jak niby Kirk wyobrażał sobie ten związek? Że będą się szlajać po Enterprisie i cytować poezję? Na czym to wszystko miało się opierać?

No… na szybkim seksie w prywatnej kajucie kapitana? *torba*
A poważnie – i dla mnie Kirk był tu co najmniej dziwaczny, nie dość, że zupełnie idiotycznie tłumaczył, iż logika to nic, bo on musi  p o c z u ć, że Karidian to Kodos, to jeszcze miał pretensje do swojego pierwszego oficera, że wykonuje swoje obowiązki. I tak sobie myślę, że ja nie chcę wierzyć, że feromony blondyny były aż tak silne. Może to co innego? Może po prostu strach przed konfrontacją? Strach przed ponownym ferowaniem wyroków w sprawie, która została zamknięta, strach przed rozgrzebywaniem, ale i przed ponownym oskarżeniem człowieka, na którego miejscu nikt nie chciałby się znaleźć. To jak wyciąganie trupów z szafy, nie?
W ogóle sam pomysł na zbrodnię Kodosa! Oglądam ten odcinek i myślę – jak oni zadecydowali kto przeżyje, a kto nie? Losowali? Wybierali tych, którzy lepiej przysłużą się dobru ogółu? I niby kto miał decydować, o tym kto lepiej się przysłuży? A może decydowało kryterium wieku? Nie potrafię się uwolnić od rozmyślań nad mieszkańcami kolonii. Nad ich koszmarem. Jak żyć z myślą, że z jakiegoś powodu zostałeś wybrany, by żyć podczas, gdy twój sąsiad nie? Tak naprawdę to była cała kolonia ofiar.

No i, tak abstrahując od wszystkiego, po raz kolejny podoba mi się zarysowanie pozycji McCoya w tym wszystkim. Jest lekarzem – i na tym się koncentruje. Nie ogarnia, kogo Kirk awansował, kogo przewozi itp., bo to nie jego sprawy. Mimo że jest przyjacielem kapitana, nie miesza się w jego kompetencje. To świetna relacja i coraz bardziej mam ochotę coś o niej napisać oddzielnie.


Co ja mogę powiedzieć? Uwielbiam ten odcinek. Uwielbiam podejście do problemu, uwielbiam samego Karidiana. Żal mi jego córki, chociaż trudno nie widzieć jej winy. Cała ta historia to jedno wielkie szaleństwo, zbrodnia, która mogłaby nigdy nie zostać tak nazwana, gdyby historia ułożyła się inaczej. A całość w hamletowskiej otoczce, której trudno nie lubić – było nie było, jego tragedie naprawdę trafiają do człowieka. Może w koncepcji Roddenberry’ego, w której to właśnie Shakespeare zdobył międzygalaktyczną sławę, jest nieco sensu.




- Would you care for a drink, Mr. Spock?
- My father's race was spared the dubious benefits of alcohol.
- Oh. Now I know why they were conquered.

The Menagerie


Premiera: 17 listopada 1966 i 24 listopada 1966 
Reżyseria: Marc Daniels, Robert Butler 
Scenariusz: Gene Roddenberry


[Ależ nie ma za co, wcinaj się na zdrowie, Fraa :D]

Odcinek, a właściwie odcinki dość nietypowe. Twórcy zadecydowali bowiem, iż przedstawią szerszej publiczności odrzucony pierwotny pilot serialu, który znamy pod tytułem „The Cage”. Gdy oglądałam „The Menagerie” (w wersji polskiej „Bunt” i jest to całkiem niezły tytuł) odczuwałam irytację. No bo po kij mi pokazujecie – totalnie w całości, choć pocięte na krótkie odcineczki, przemieszane z wątkiem, nazwijmy to, głównym – to, co już znam? Chcę nowego! Potem dopiero dotarło do mnie, że pilot z dzielnym kapitanem Pike’iem wziął i przepadł w czeluściach machiny produkcyjnej i że widzowie w roku 1966 dostali coś innego na początek. I przestałam głupio pytać po co [też się na to nacięłam – znaczy no chwilę trwało, zanim zakumałam, że ej: w ’66. tego nie znali]. To tak naprawdę dobry odcinek był, nawet jeśli wizja, czym właściwie ma być Star Trek, jego bohaterowie i realia, nie była dopracowana.


Sam pomysł na wetknięcie jednego odcinka w drugi – z całym dobrodziejstwem – wiązał się z potrzebą wyjaśnienia wielu dziwnych rzeczy. No bo skąd, jak, tak dokładny zapis? I to zapis zarówno tego, co działo się trzynaście lat wcześniej na Talos IV, jak i tego, co miało miejsce na Enterprise i jeszcze na dodatek w głowach bohaterów? W efekcie – z tej konieczności czynienia wyjaśnień – Talosianie stali się rasą niesamowicie dopakowaną. Przerażająco dopakowaną. Właściwie cała kwarantanna, którą jest obłożone Talos IV jest totalnie niepotrzebna, bo oni potrafią sięgnąć daleko, daleko, do kwatery głównej Ziemian i wyciągnąć z głów przebywających tam ludzi przekonujący obraz komodora Mendeza (Malachi Throne) na ten przykład.


Prawda, kwarantanna w tym momencie staje się zupełną fikcją – no, ale przecież nikt w Federacji o tym nie wiedział do tej pory. I może lepiej, bo faktycznie zasięg Talosian jest przerażający. Natomiast moim zdaniem jednak nie do końca obronną ręką wybrnęli z pospinania tych fabuł. Raz: no dobrze, jakimiś hokus-pokus kamerami kręcili Pike’a i resztę. Ale no… po co im miały być te ujęcia ich samych, wpatrujących się np. w mostek Enterprise? Talosianie byli niespełnionymi filmowcami? :D Dwa (i to jest trochę poważniejsza wątpliwość): przecież skoro mieli tak kosmiczny zasięg, że mogli wpływać nawet na umysły ludzi hasających po Ziemi, to jak to możliwe, że nie byli w stanie stwierdzić, jak wygląda człowiek, kiedy składali Vinę? Nie mogli sięgnąć jej do głowy, sięgnąć na jej planetę?


Swoją drogą, ależ byłam zawiedziona, że on jest tylko iluzją! Wkurzałam się na gościa przez całe dwa odcinki, prychałam w jego stronę jadem (no bo wiecie, grozi Spockowi śmiercią, a potem rzuca, że będą jeszcze gorsze konsekwencje, to Siem od razu podnosi raban: niby jakie, panie komodorze? Tortury? Chłosta? Bo jeśli o utracie honoru pan mówi, to moim skromnym fangirlowym zdaniem, pan Spock doskonale odróżnia honor od reputacji! *tup i foch*), wzbudzałam w sobie, jak najgorsze uczucia (bo jak on traktował sparaliżowanego Pike’a! Jak nieczłowieka! Wrrr!), a potem się okazuje, że Talosianie go stworzyli. No dobra, wyciągnęli z umysłów Kirka i spółki, a jeśli Kirka i spółka tak o nim myśleli… to może mój jad ma jakieś tam mętne podstawy…?


Całkowicie wierzę, że Talosianie stworzyli w pełni wiarygodny obraz komodora. ;) Spock nie dałby się nabrać na marną podróbkę.


Ale odbiegłam od tematu! A temat był taki, że wtłoczono jeden odcinek w drugi i, patrząc obiektywnie, widz, który nie znał „Klatki”, dostał ciekawe widowisko i arcyciekawe relacje Kirk – Spock. Oto bowiem, nasz dzielny kapitan dostaje trochę jak szpadlem w łeb, gdy się okazuje,  że poprzedni dowódca Spocka tak wiele dla tego ostatniego znaczy. Nie wiem, czy to tylko moja wyobraźnia, ale widziałam u Kirka odrobinę żalu i zazdrości. Z drugiej strony – dostał doskonały dowód na to, że Spock jest lojalny do granic rozsądku. Ponadto pan Spock jest dla mnie totalnie wart uwielbienia za to, w jaki sposób podchodzi do zagrożenia, jak przyznaje się do winy, jak zgadza się na każde konsekwencje, byle dotyczyły jedynie jego osoby. Bunt! Z pełną świadomością tego, co oznacza to słowo, a oznacza, ni mniej ni więcej, tylko to, co zawsze oznaczał bunt na okręcie, a więc wizję kary śmierci – nawet jeśli ta została już zniesiona. I znów – Spock jest tak bardzo Spockiem! Tam, gdzie każdy człowiek uderzałby w emocje, krzyczał, rwał włosy z głowy, Spock irytuje szanowny sąd polowy spokojem. Stoi niewzruszony i powtarza, iż należy go wysłuchać dla dobra wszystkich. Całkiem niedawno czytałam sobie szóstą część przygód dzielnego Jacka Aubreya i Stephena Maturina – tak sobie nieco na boku kombinuję, że ci dwaj panowie są całkiem wolkańscy ^^


To samo mnie tknęło, jeśli chodzi o Spocka i Kirka. Widz jest przyzwyczajony, że „I have been – and always shall be – your friend”, jest przyzwyczajony do – czasem wręcz absurdalnie – lojalnego duetu w składzie James i Wolkanin. A tutaj taki psikus: owszem, ci dwaj byli przyjaciółmi. Ale to nie znaczy, że Kirk był jedynym przyjacielem Spocka. Ba, nie znaczy nawet, że był jego najlepszym przyjacielem. To jednocześnie jest i urocze (zazdrość Kirka), i dodaje panom wiarygodności, urealnia ich relacje. Prawdę mówiąc dopiero przy ponownym obejrzeniu dotarło do mnie, że tak: „Menażeria” jednak wnosi coś bardzo fajnego i cennego do serii.


Jedno tylko mi bardzo nie pasowało. No BARDZO, acz to zapewne dlatego, że żyję w takich czasach w jakich żyję i widzę rozwój pewnych technologii. Mianowicie – Pike potrafił swoim pojazdem sterować za pomocą myśli, potrafił myślami spowodować zapalenie lampki na tak i na nie, a nie potrafił przesłać na jakiś ekran konkretnych słów? Nie potrafił podświetlać na tym ekranie liter, które tworzą słowa? Albo twórcom zabrakło wyobraźni, albo tak rozpaczliwie potrzebowali milczącego Pike’a, żeby rozciągnąć cały proces na tyle długo, by starczyło czasu na projekcję całego „The Cage” ;)


Nie zwróciłam na to uwagi. xD Rzeczywiście, słabo to wyszło. Ale mam wrażenie, że chodziło raczej o podkręcenie bezradności Pike’a. Żeby nikt nie mógł powiedzieć „ej, bez przesady, może jeździ na wózku, ale przecież ma normalny kontakt z innymi, nadal może tu być szczęśliwy”. Jakby no… chcieli go bardziej pognębić, żeby zakończenie było szczęśliwsze?


A tak! To jest bardzo dobre wyjaśnienie. Na dodatek tłumaczy również ten nagły zanik możliwości sprawdzenia jak wygląda człowiek w przypadku Viny. Swoją drogą, jak to komicznie brzmi w odniesieniu do kogoś, kto jest na oko tak bardzo humanoidalny XD


Jakby nie było – w odcinku występują różne smaczki, jak choćby płytki z nagraniami wypowiedzi kapitana Kirka (tak bardzo dyskietki 3,5 cala <3), twórcy sporo się nakombinowali, jak uzasadnić takie a nie inne połączenie historii, a Kirk w pozycji obserwatora, a nie sprawcy wydarzeń , to niecodzienne zjawisko. Ponadto, przyznam szczerze, że kolejny raz z „Klatką”, przyniósł kolejne przemyślenia. Za każdym razem ten odcinek podoba mi się bardziej.


I znów muszę potwierdzić: mi też z kolejnymi seansami podoba się bardziej. Nie jest wcale tak bez sensu, jak miałam wrażenie po pierwszym obejrzeniu.




– I see no reason to insult me, sir. I believe I've been completely logical about the whole affair.