Star Trek V: The Final Frontier

(źródło)

Premiera: 9 czerwca 1989
Reżyseria: William Shatner
Scenariusz: William Shatner, Harve Bennett, David Loughery

Okej, powiedzmy sobie to szczerze: są aktorzy, którzy – stanąwszy po drugiej stronie kamery – okazują się równie dobrymi bądź nawet lepszymi reżyserami (vide: Clint Eastwood). William Shatner nie jest jednym z nich. Prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy aby jest szczególnie dobrym aktorem, ale to już insza inszość. W każdym razie jeśli chodzi o pisanie scenariuszy i reżyserkę – cóż, nie raz pokazał, że w tej robocie głównie pompuje sobie ego, a wszystkie pozostałe rzeczy pojawiają się niejako na boku. Serio, widział ktoś programy The Captains albo The Truth is In the Stars? To całe godziny wypełnione powtarzaniem, jak to Oryginalna Seria i kapitan Kirk zmienili świat. Naprawdę. Nawet jeśli niby rozmawia się o kapitanie Picardzie czy Archerze (Jonathanie, a nie Sterlingu!), więcej jest tam o Shatnerze i Kirku.
Nietrudno więc domyślić się, wokół czego – a raczej: wokół kogo – będzie się kręcić film, gdzie William Shatner odpowiada za scenariusz i reżyserię.
Wbrew pozorom jednak, nie jest to aż tak uciążliwe, a te kirkowe tematy są akurat najmniej irytujące. Bo scena przy ognisku na ten przykład całkiem mi się podoba – tak samo jak fakt, że zrobiono z niej klamrę. To ładnie robi relacje między bohaterami. Pokazuje, jak przyjaciele uświadamiają sobie, że są dla siebie kimś więcej – rodziną. Dziwną, międzygatunkową, ale jednak najważniejszą. Niezmiennie zresztą uważam, że ta więź między bohaterami Oryginalnej Serii to coś, czego nie udało się powtórzyć w żadnym późniejszym serialu spod znaku Star Trek. Owszem, Następne Pokolenie ma fajną załogę i widać, że się dogadują – ale to nie to.
Kiedy więc Kirk mówi, że nie bał się śmierci, bo nie był sam, czy kiedy Spock wreszcie dołącza do śpiewania „Row, row, row your boat” – mi to się autentycznie podoba. Bo przecież Star Trek jest między innymi właśnie o tym, a nie o piu-piu w kosmosach.

Tu się zgodzę w pełni – dobrze mi się patrzyło na ten ich biwak. I cieplutko mi się zrobiło, gdy na końcu pan Spock siedział ze swą harfą na kolanach. Lubię.

Shatner najwyraźniej lubi...
(źródło)
W ogóle jeśli chodzi o to umieranie w samotności, to mnie rusza tym bardziej, że – spoiler alert – widziałam już Pokolenia. I wszystko to razem dodaje dziwacznie gorzką otoczkę do postaci Jamesa T. Kirka, kojarzonego przecież zazwyczaj z jakąś taką… przaśnością.

Mój ból dotyczący tego filmu dotyczy przede wszystkim… cóż, wątku głównego. Poszukiwań Boga. I to poszukiwań całkiem dosłownych: oto bohaterowie ruszają w kosmosy, by znaleźć brodatego dziadka, który siedzi na chmurze i stwarza życie. Serio, Star Treku?
Muszę tu przypomnieć, że Star Trek od samego początku nie był szczególnie religijny. Bohaterowie spotykali już przedtem różnych „bogów” (jeden z moich ulubionych odcinków TOSa: Who Mourns the Adonais?, czy nie taki najgorszy epizod TASa: Magicks of Megas-Tu), ale ich podróże nigdy nie stanowiły żadnych świętych wypraw w poszukiwaniu Wszechmogącego.
Trzeba jednak oddać sprawiedliwość The Final Frontier, bo przecież przez większość filmu pozostali bohaterowie uważają plan Syboka za cokolwiek głupi i dziwny. A kiedy już nawet idą za pokręconym Wolkaninem, to tylko dlatego, że trochę im wyprał mózgi… znaczy ten, uwolnił od bólu.
Swoją drogą, scena „uwalniania od bólu” Spocka, McCoya i Kirka też ogromnie mi się podoba. Po pierwsze, mamy wgląd w historie dwóch z trzech bohaterów, o których – jak się tak zastanowić – nie wiemy zbyt dużo. Jeszcze o Spocku trochę tak, ale o McCoyu? Do mnie mocno trafiły powody, dla których Bones został doktorem. No i jego osobista tragedia, kiedy odłączywszy ojca od aparatury, nieomal w kilka chwil później znaleziono lek… (wetknięta w film krytyka eutanazji?) Jakoś tak po tym wszystkim inaczej patrzę na tego wiecznie marudzącego, sarkastycznego doktora.
A wisienką na torcie tej sceny jest rola… a jakże, Kirka: Kirka, który odmawia bycia „uwolnionym od bólu”. To, co mówi kapitan, że potrzebuje swojego bólu i że ten ból jest tym, co go tworzy, to naprawdę piękne słowa.

...tańczące kobiety.
(źródło)
Ale wracając do poszukiwań Boga: całość byłaby nie taka najgorsza, jest wszak nawet utrzymana w klimacie wcześniejszych seriali. Wspomniałam już o dwóch epizodach, w których bohaterowie spotykają „boga”. Dodatkowo można tu napomknąć chociażby o odcinku TASa Beyond the Farthest Star, w którym dostajemy bardzo podobny motyw obcego, który potrzebuje kontaktu z żywymi istotami i usiłuje przejąć Enterprise, żeby tylko uciec ze swojego kosmicznego więzienia. The Final Frontier nie robi więc pod tym względem niczego „niekanonicznego”. To, co mi położyło ten wątek, to zakończenie, z tym głupim pytaniem o obecność Boga gdzieś tam i odpowiedzią Kirka, że może w kosmosach nie ma Boga, ale jest w naszych serduszkach. No po prostu mam zgrzyt. Bo w tej scenie nie mówi do mnie Star Trek. I ja bardzo proszę, żebyśmy religię w naszych serduszkach zostawili innym uniwersom, a jednak Star Trek żeby był Star Trekiem – bez bogów, bez waluty, ufnym w naukę i technologię, a przede wszystkim ufnym w człowieka Star Trekiem.

Ja w ogóle nie miałabym bólu z tym szukaniem Boga – bo tak naprawdę szukał go Sybok, a inni albo mieli wyprane mózgi (większość załogi) albo mieli wyprane mózgi, ale pozostali wierni przyjaźni z Kirkiem (McCoy i Spock) albo byli Kirkiem, który ewidentnie w to wszystko nie wierzył i dlatego tak ochoczo ogarnął zejście na powierzchnię planety za barierą. Po zejściu miał momenty zawahania i miał do nich prawo, ale jednak cały czas pozostał trzeźwo myślący i nie dał się nabrać na pitoling „dejcie mi statek, ino szybko”. Grało mi to, choć cały ten wątek oglądałam z wątpliwościami. Trudniej faktycznie łyknąć Boga w sercu, zwłaszcza, że oni wyraźnie czegoś takiego potrzebują. Jakby im nagle przestała wystarczać rzeczywistość, w której jedynie człowiek jest odpowiedzialny za człowieka. Dziwne, i owszem.

A przecież ani Kirk, ani żaden z jego przyjaciół (a wręcz, w świetle filmu, braci – bo wszak w dużej mierze mieliśmy tu konfrontację, kto jest bardziej bratem Spocka: Sybok czy Kirk) nigdy nie mieli żadnego Boga w serduszku. A Spock no to już w szczególności. Rozkwitła w nich religijność na stare lata? Cóż, są ludzie, u których zaskakuje taki mechanizm – nie sądziłam, że pojawi się on właśnie w Star Treku…

James T. Kirk, czyli: James "(niewierny) Tomasz" Kirk.
Fajny. (źródło)
The Final Frontier obfituje też w różne mniej lub bardziej głupiutkie szczegóły, które zupełnie nie grają w uniwersum. Począwszy od rakietowych butów (serio? Po niesamowitej podróży, jaką zapewnił widzom The Motion Picture i V’ger, Shatner daje nam rakietowe buty? Kiedy ja przeskoczyłam ze Star Treka w Strusia Pędziwiatra?), przez trójcycą kocią tancerkę (powiedziałabym, że ktoś tu pozazdrościł Total Recall, gdyby nie fakt, że film Paula Verhoevena jest o rok młodszy od The Final Frontier – może więc zazdrość miała miejsce, ale w drugą stronę, hm?), a na Wielkiej Barierze (która jest równie trudna do przekroczenia jak przejście przez zasłonkę z koralików) kończąc.

A taniec Uhury? WTF? Skąd wzięła te liście? I ogólnie to ja mam wrażenie, że tam w jakiś dziwny sposób próbowano przemycać humorystyczne scenki. Tylko często głupio. Bo o ile wątek z klingońskimi przeprosinami mnie rozbawił (w ogóle Klingoni byli fajni i jakoś mi się ładnie wpisuje ich zachowanie w to, co będzie w Następnym Pokoleniu) to  No pan Scott walący się w głowę, po tym, jak mówi, że zna ten statek jak własną kieszeń zasługuje tylko na fejspalma. SERIO? Wali się w łeb i pada, żeby nie wykonać swego zadania?
A jeśli o pozbawionych humoru rzeczach, które mi nie pasowały to skąd Sybok w ogóle wziął się na Nimbus III? Akurat tam, gdzie nie ma statków kosmicznych? Ale łykam to. Da się ogarnąć wyjaśnienie, tylko IMHO strasznie sobie skomplikował tę podróż na poszukiwania staruszka Demiurga.

Taniec Uhury akurat zupełnie mi nie przeszkadza. Znaczy tak, był idiotyczny. Ale ja po prostu uwielbiam Uhurę, wiec sama pewnie bym się wspinała po wydmie razem z tymi ziomkami. :D

Nie mogę się tutaj jednak powstrzymać: tutaj jest moja opinia o filmie sprzed czterech lat. I zajrzawszy do niej dzisiaj, widzę, że byłam wtedy bez porównania bardziej surowa i na zupełnie inne rzeczy zwracałam uwagę. Co bardzo wyraźnie świadczy o tym, że nie warto wyrabiać sobie zdania o filmie na podstawie jakiejś jednostkowej opinii, bo nawet osoba, która tę opinię wygłosiła, może jeszcze zmienić zdanie. Nie myślę, że to bardzo zły Star Trek. Ma swoje za uszami, ale będą gorsze pełnometrażówki (na ciebie patrzę, Rebelio), a The Final Frontier ma parę całkiem wzruszających momentów. Po prostu trzeba wyprzeć element religijny.




– What are you standing around for?! Do you not know a jailbreak when you see one?!

The Eye of The Beholder; The Jihad

Słodki sześciolatek - źródło

Premiera: 5 stycznia 1974
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: David P. Harmon

Twórcy serii animowanej lubią wracać do sprawdzonych rozwiązań i przedstawiać po swojemu motywy znane z serii oryginalnej. Tym razem mamy powrót do zoo w wykonaniu kapitana Kirka, pana Spocka i doktora. Trafiają do niego ponieważ wyruszają na pomoc naukowcom – zaginionym na badanej planecie. Właścicielami zoo są superhiperinteligente spore robaki z mackami, które posiadły umiejętność telepatii. Pakują sobie rozmaite okazy fauny do dopracowanych habitatów, zamykają je polem siłowym i podziwiają.
Mają też coś w rodzaju safari – część sprowadzanych gatunków błąka się luzem po rezerwatach z odtworzonymi warunkami z ich rodzimych planet, więc doktor może zostać przygnieciony ogonem dinozaura, co nie czyni mu żadnej szkody, poza nadszarpnięciem nerwów. Wykopywanie go spod rzeczonego ogona ubawiło mnie setnie. Zresztą odcinek robi się wesoły już na samiutkim początku, gdy Kirk z całą powagą wygłasza zarzut pod adresem jednego z naukowców, który łamiąc rozkaz ruszył na poszukiwania pierwszej zaginionej trójki. Kto jak kto, ale Kirk takich uwag wygłaszać nie powinien – daje tylko pole panu Spockowi do wygłoszenia riposty. [chociaż mam wrażenie, że element komiczny nie był tu do końca zamierzony – w sensie: twórcy chyba włożyli tę opinię w usta Kirka w dobrej wierze. Tak mi się zdaje]
Intrygujący jest też motyw komunikowania się tubylców z naszą załogą – czytają im w myślach, potrafią im wchodzić do głów, co powoduje zagrożenie szaleństwem, bo robaki myślą za szybko, chyba że są robaczymi dziećmi (ta urocza dziecięca pucułowatość i dobre serduszko!) – wtedy dają radę przekazać panu Scottowi, co powinien zrobić, jeśli przypadkiem znajdą się na Enterprise.
No i niby wszystko fajnie, ale ja jednak nie ogarniam tej rasy. No bo są tacy super duper, potrafią budować rzeczy mając do dyspozycji tylko trąby podzielone na trzy macki, IQ w wieku sześciu lat na poziomie tysiąca z hakiem (._.) – a mimo tego trzymają przedstawicieli innych jednak inteligentnych gatunków w zamknięciu, pozwalają im umierać od chorób i właściwie to czemu ich jednak wypuścili? Kaprys? Jeśli byliby dobrzy z natury, to by nie zamykali. Jeśli nie, to jaki był powód wypuszczenia? Strach się bać takich nieprzewidywalnych nadistot. Strach się bać powiadam.

Z tego co pojęłam, oni nie do końca wyczaili na początku, że ludzie są inteligentni. O tym przekonali się dopiero kiedy młody kosmiczny ślimak przejrzał zawartość komputerów Enterprise. Choć fakt, dość trudno wyobrazić sobie, jakie wobec tego rozumienie „inteligencji” mieli ci obcy, skoro nic im nie dało do myślenia posiadanie fazerów i tricorderów przez ludzi… Co ciekawe, ci mniej inteligentni ludzie od razu się pokumali, że ślimaki są inteligentne.

Premiera: 12 stycznia 1974
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Stephen Kandel

Drugi dzisiejszy odcinek mnie z kolei nieco zaskoczył. Oto mamy wielki galaktyczny problem – ktoś wykradł artefakt, którego brak może doprowadzić do świętej wojny. W artefakcie jest zaklęta dusza duchowego przywódcy rasy
Przed wyruszeniem w drogę i tak dalej - źródło
wyglądającej jak złote orły, który nauczył ich pokoju i miłości bliźniego. Tak skutecznie ich nauczył, że jak go ukradli, to orły natychmiast się zbroją i będą kąpać galaktykę we krwi. Inna rasa – powykręcanych kotów zbiera ekipę poszukiwawczą. Trzecią? Czwartą? Drużyna – taka całkiem fantasy (mamy złodzieja, łowcę, wojownika…) rusza na planetę, która pokonała już poprzednie ekipy. Płyty tektoniczne są w ciągłym ruchu, wybuchają wulkany, rozpętują się śnieżyce. No i z poprzedniego odcinka (i kilku wcześniejszych) nadlatują fioletowe pterodaktyle… [te same, yup]
Zupełnie dobrze mi się oglądało współpracę międzyrasową, choć oczy same mi się przewracały, gdy Lara atakowała swoim urokiem osobistym naszego kapitana. [ej, a mi akurat się Lara podobała. To znaczy jasne, była kobietą, więc startrekowy Imperatyw Fabularny nakazywał jej zarywać do Kirka. Niemniej podobała mi się sama koncepcja postaci: uwierzyłam w to, że to silna, niezależna babeczka i że żyje na planecie, gdzie kobiety po prostu takie są -  ja bym chętnie o jej ludzie coś więcej pooglądała, bo sprawiała wrażenie kogoś, kto potrafi nakopać przeciwnikowi do dupy] Uroczy był zielony sześcioręki robal – złodziej, ratowany przez gada – wojownika. Naprawdę – wszystko byłoby wspaniale, ale zwrot akcji nastąpił jak dla mnie całkowicie z dupy. Nie wierzę, że był od początku zaplanowany. To raczej wyglądało jak – musimy jakoś skończyć ten odcinek, a nie pomyśleliśmy o tym wcześniej.
Smuteczek.

Nie miałam aż tak negatywnego wrażenia – plot twist jakoś mi zagrał i mnie nie bolał. Natomiast przykre dla mnie było kompletne niewykorzystanie potencjału jaszczura – w sumie posłużył tylko jako tragarz robala, bo nawet od finałowej walki go odsunęli. Bo nie był tak PRO jak Kirk… Inna sprawa, że kiedy były wymieniane kompetencje poszczególnych członków drużyny (Jeżu, mój Jeżu, ta kotka miała tak strasznie powykręcane łapki!), to jakoś Kirk najmniej mnie przekonał. Raczej to brzmiało jak „a to jest Kirk – byłby smutny, gdybyśmy go nie zabrali na naszą wycieczkę, więc no… dołącza, bo jest charyzmatyczny!”.
Swoją drogą, historia Skorrów ma sporo wspólnego z historią Wolkanów: niegdyś byli dziką, wojowniczą rasą, aż pojawił się mędrzec, który wyprowadził swoich rodaków na prostą. Tylko że u Spocka takim Alarem był Surak. To w sumie sprawia, że trochę mnie te przerośnięte ptaszyska intrygują.
Inna sprawa, że nie mogę zapomnieć, jak łazik naszych bohaterów fiknął na pierwszym z brzegu kamieniu, że aż wykopyrtnęło Spocka na glebę. Serio: kto im budował te pojazdy? Ot, taka tam mała głupotka, żeby nie było smutno.



We'll all die here.
A statistical probability.
You ever quote anything besides statistics, Vulcan?
Yes. But philosophy and poetry are not appropriate here.

The Ambergris Element; The Slaver Weapon

il. Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 1 grudnia 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Margaret Armen

Cząstki Ambry vel. Pierwiastek ambrowy… cóż, mogło być gorzej. Tymczasem okazuje się, że tytuł to najmniejszy problem tego odcinka. A, niestety, znajdzie się ich sporo.
To, co mnie uderzyło przede wszystkim, to szalona niefrasobliwość, z jaką załoga Enterprise zwiedza inne planety. To znaczy nie chodzi o to, że mnie to zaskakuje: ta niefrasobliwość to jeden z charakterystycznych punktów Star Treka od samego początku. Niemniej tu byli jakoś szczególnie głupi, albo mi akurat siadła odporność w momencie oglądania.
No bo jest pokryta wodą planeta, gdzie może jest jakieś życie, ale może nie ma, w sumie to cholera wie. Smyrnęli całość tricorderami i już zasuwają beztrosko. Przecież mogliby przygotować się na atak tej wielkiej krewetki gdyby mieli chociaż głupią kamerę wycelowaną pod wodę. Oni w żaden sposób nie monitorowali najbliższego otoczenia?
A potem w zasadzie do samego końca kontynuują zachowanie się jak kretyni. Choćby Wielki Problem, sformułowany przez Kirka: że jeśli nie znajdą antidotum, do końca życia będą musieli tkwić w akwarium. Ale, psia ich mać, dlaczego? Przecież odcinek sam kilka razy pokazuje, że dysponowali czymś odwrotnym do butli tlenowych i baniakami na głowę, żeby móc się przemieszczać po powierzchni. Po ciul więc to akwarium?
Problemem, tradycyjnie, jest strona graficzna. Abstrahuję już nawet od takich drobiazgów, jak spontanicznie zmieniający się kolor rzęs Rili (Majel Barrett, która zresztą gra chyba wszystkie Akwanki, podobnie jak James Doohan podkłada głos prawie wszystkim męskim Akwanom). Ale wkurzała mnie ta maniera, że płynący bohaterowie zostali chlaśnięci w całości na biało – jakby komuś się nie chciało do końca pokolorować obrazka. Przy czym znów: to nie pierwszy raz Animowana Seria pogrywa w ten sposób, więc nie jestem specjalnie zaskoczona. Może moja odporność na te buble się powoli kończy?
No po prostu nie przemówił do mnie ten odcinek. Mam wrażenie, ze jest niedbale zrobiony, z zupełnie nieprzemyślaną fabułą. Gromadzi wszystkie dotychczasowe grzeszki TOSa i TASa, nie bardzo oferując coś w zamian.
A recepturę na antidotum Akwanie zajumali
uderzonemu w czerep Panoramiksowi.
(źródło)
Gdybym miała bardzo się spiąć, pewnie mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że ten odcinek to konfrontacja dwóch światopoglądów, starcie starego i nowego, konserwatyzmu i postępu. Ale jakoś bez polotu to wyszło i właściwie w ogóle nie mam ochoty się nad tym zastanawiać. Bo zresztą, nie ma nad czym: przywiązanie do tradycji jest głupie, młodość rulez. Czy coś.
Aha, no i jeszcze: co z Pierwszą Dyrektywą? Bo jakby cholernie mocno wtrącili się w los Akwan, którzy przecież nie mieli jeszcze napędu warp – a o ile pamiętam, to był wyznacznik, czy już można ingerować czy nie.
Meh.

O to to to! Pełna olewka Pierwszej Dyrektywy też mnie jakoś tak zafrasowała. Bo to jednak było coś, czego dość mocno się twórcy ST trzymali. Nie że nigdy nie pozwalali sobie na jej nagięcie, ale tu po prostu przesadzili.

Naginali, ale mówili zazwyczaj, że hej, Pierwsza Dyrektywa, naginamy ją. A tutaj jakby zapomnieli o jej istnieniu.

Jasne – wyszło na zdrowie, bo przecież wszyscy by zginęli w tym nieszczęsnym trzęsieniu, ale jednak to jakieś takie naciągane mi się zdaje. Mocno. Zdołali mnie zgubić w dwudziestominutowym odcinku, gdy nagle im to miasto wyrosło z powrotem spod wody. No i kurcze, życie pod wodą, a życie na lądzie to nie jest tylko kwestia oddychania. Wilgotność naskórka i takie tam. Wiem, że to najmniejszy problem, ale jak Kirk powiedział, że on nie może dowodzić z akwarium, to ja sobie pomyślałam, że strasznie śmiesznie będzie wyglądał taki pomarszczony od wody, a zaraz potem – chłopie, ty się najpierw z tego munduru rozbierz, bo to jest bawełniane ciulstwo z pewnością makabrycznie pod wodą niewygodne.
W sumie to mi jakoś szkoda, bo mi się bardzo motyw podwodnych miast podoba. I to mogłoby być coś.
A w ogóle to jakim cudem to wszystko w tych miastach wzięło i przetrwało takie nienaruszone? Ech. Ech. I czemu niby Akwanie nie mogli tam wchodzić? Nie wiem, nie ogarniam.
Meh.

Telepata (źródło)
Premiera: 15 grudnia 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Larry Niven

Odcinek Broń doskonała? vel. Broń łowców niewolników podobał mi się bez porównania bardziej. Częściowo dzięki Kzintim i ich cudnym, różowym skafandrom. Tak, to jeden ze skutków daltonizmu Hala Sutherlanda, podobnie jak różowe tribble.
Ten odcinek nie jest zbyt dobry – ale po prostu mnie bawi. Choćby to, jak obronić się przed jasnowidzem Kzinti: myśleć o warzywach. Bo to przecież takie logiczne, że każdy mięsożerca panicznie boi się sałaty [powinni brać lekcje od Phytonów – jak obronić się przed atakiem z użyciem koszyczka malin?].
Albo założenie, że fotka znaleziona w skrzynce to wizerunek Łowcy – kamaaaaan, to równie dobrze może być zdjęcie tamtejszego kotka. Wyobrażenie boga. Fanart do jakiegoś opowiadania sci-fi z totalnie zmyślonym stworzeniem.
No i Uhura tak strasznie, okropnie biega – jakby nie mieli czasu na zrobienie biegnącego modelu tej postaci, więc góra Uhury sztywno stoi, a tylko nogi się ruszają.
I moment, kiedy telepata robi oczy kota ze Shreka – O EM GIE. Nie wiem nawet, czy zrobili to celowo, czy rysownikowi znowu się ołówek wysunął z ręki [Telepata jest słodki – trekowa wersja grumpy cata].
W ogóle najbardziej by mi się podobało, gdyby prastara broń łowcy-szpiega okazała się suszarką do włosów.
No i to gadanie, że żadna cywilizacja nie stworzyła tak potężnej broni…? Erm… No okej, może nie ma formy pistoletu, ale ośmielę się stwierdzić, że takie jebudu też bylibyśmy w stanie osiągnąć. A nawet większe i bardziej katastrofalne w skutkach [znaczy – osiągnęliśmy, nie? Jakaś Hiroshima, czy coś?].
W ogóle sorry, ale nic dziwnego, że Kzinti nie wygrali nigdy żadnej wojny. To najgłupsze koty w galaktyce.

To głupawy odcinek. Głupawy, zabawny i taki, który szybko wylatuje z pamięci, właściwie o niczym. Ale przynajmniej nie jest irytujący.

Za to ubogi w załogę. Jakby wymiotło obsadę na jakieś wakacje, czy coś… Koty są zabawne, przyznaję, zwłaszcza, że troszkę przeginają, w końcu Pinta lubi nażreć się trawy ;)
Natomiast nie mogę nie przytoczyć wspaniałego popisu myślenia pana Spocka, który każe Uhurze wyobrazić sobie, że jest ona starożytnym komputerem wojennym. No. Nie ma żadnych wątpliwości, że można sobie przełożyć myślenie takowego na ludzkie. 




– Mr. Spock, if it takes a stasis box to find another stasis box, how did anyone ever find the first one?
– As with a number of discoveries, purely by accident, lieutenant.

The Terratin Incident; The Time Trap

źródło (z dodatkiem Fryy)

Myślę, że warto nadmienić, iż odcinki te obejrzałyśmy razem, do tego z pasywnym komentarzem naszego mechanika – Ulva. O ile pierwszy wydaje mi się, że pojęłam, o tyle w drugim ewidentnie się zagubiłam.
Ale po kolei.

Premiera: 17 listopada 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Paul Schneider

Maleńka Ziemia. Czyż to nie słodkie? Tym razem nasi tłumacze, nawet nie próbowali udawać, że wiedzą, jak oddać to po naszemu. [CiutZiemia? Na wzór Ciutludzi…? Wciąż jednak to nie brzmi tak enigmatycznie jak „Terratin” i obawiam się, że plot twist byłby spalony]
Odcinek postrzegam głównie jako komiczny. USS Enterprise przelatuje koło wulkanicznej gwiazdy Cepheus i dostaje strzała z tajemniczych promieni. Błysk światła i oto wszystko, co organiczne (a więc nieszczęsne przezroczyste myszy oraz złota rybka aka kanarek z kopalni najpierw, a potem i ludzie) zaczyna się kurczyć. Statek oczywiście zostaje w swych rozmiarach, co jakby utrudnia jego obsługę załodze.
Uhura czworakująca po konsolecie, czy doktor przystawiający wielgaśny skaner do maleńkiego pana Sulu to nic w porównaniu z podwładnymi pana Scotta przesuwającymi wajchy z użyciem lin. [ale to było piękne – od razu widać, że to inżynierowie, którzy z konsoli obsługującej transporter zrobili sobie… no, wielką marionetkę]
Co znamienne, oczywiście promień nie dość, że kurczy rzeczy organiczne to niszczy kryształy dhylitium i śmiem uważać, że najwyższa pora, by Federacja wykombinowała coś nowego w ramach napędu…
Za urocze natomiast uznaję maleńkie miasto, maleńkich ludzi, którzy mieszczą się u stóp Kirka w teleporterze. W sumie to niezwykle ciekawe, co się z nimi stanie.

No i właśnie dla mnie sęk w tym, że we sumie to niezbyt ciekawe, co się z nimi stanie… w sensie że uwaga odcinka skupia się na tyle mocno na tonącej w akwarium pannie Chapel, prężącej się na konsoli Uhurze czy spontanicznie łamiącym raz tę, a raz drugą nogę panu Sulu (taaaa, serio – nie byli w stanie spamiętać, na której nodze narysowali mu łubki w poprzedniej scenie?), że kiedy już pojawiło się miasto i tamtejsi Ciutludzie, miałam raczej takie „meeeh". Nijak nie nabudowali tych postaci – nie miałam żadnego powodu, żeby przejmować się ich losem. Taaa, Mendant oczywiście próbował się pompować na starcie, że jest dumny jak Kirk i blablabla, ale to było totalne pustosłowie, niepoparte w sumie żadnymi konkretami.
Oczywiście, odcinek po raz kolejny pokazał nam, że wszyscy tak naprawdę są dobrzy i słitaśni, a jeśli ktoś kogoś chce rozpierdzielić promieniowaniem czy czymś, to wynika tylko z drobnego niedogadania.
No ale mieliśmy Grumpy McCoya, więc nie narzekam. A, no i panna Chapel była minimalnie bardziej użyteczna niż ostatnimi czasy. Hura.

Premiera: 24 listopada 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Joyce Perry

W tym odcinku dostajemy Klingonów. Klingonów w różowych kamizelkach,
źródło
których imiona/nazwiska zaczynają się na K, tak samo, jak nazwy ich statków. To nieco utrudnia zorientowanie się w sytuacji, takiemu roztrzepanemu oglądaczowi jak ja.

Klingoni Kuri, Kor i Kaz z planety Kronos wylecieli na pokładzie Klothosa… ugh. Naprawdę ten odcinek wymagał całkiem potężnego levelu skupienia, zwłaszcza w momencie, kiedy człowiek się gubił, czy Klothos to okręt czy Klingon.
Inna sprawa, że niezmiennie rozczula mnie totalne lenistwo strony graficznej TASa, bo po raz kolejny widzieliśmy mostek klingońskiego krążownika wyglądający łudząco podobnie do mostka okrętów romulańskich i w sumie to wszystkich innych z nie-Federacji…
No ale jeśli chodzi o lenistwo strony graficznej, to chyba jeszcze mocniej widać to w tym głupim, coraz mocniej męczącym kadrowaniu. Serio, w tym odcinku miałam wrażenie, że Kirk gryzie obiektyw kamery! Nie wspomnę o tym, jak pani Orionce się dłoń wtapiała w biodro, bo chyba się komuś nie chciało palców rysować.

Co jednak istotne, to fakt, że bohaterowie trafiają do miejsca poza czasem, w którym przedstawiciele 123 ras (których wyraźnie nie chciało się rysować grafikom odpowiedzialnym za serię) żyją ze sobą w pokoju. Takie ONZ tylko wyjęte z cywilizacji i postawione z boku. Kapitan Kirk i komandor Kor, których statki zostały w dość kuriozalny sposób połączone (aż się ciśnie na usta pytanie o to, czy małe będą podobne do mamusi czy też tatusia) mają zostać postawieni przed sądem (trybunałem haskim, czy co?) bo się biją. Trochę to zabawne, trochę straszne, a trochę smutne, gdy okazuje się, że na przykład przedstawicielka planety Orion (wyginająca się dziwnie w randomowych momentach) wcale nie jest szczęśliwa, żyjąc w Elisium i najchętniej uciekłaby z tego pokojowego sztucznego świata do siebie. Nie dziwię się. Pomysł na jednego przedstawiciela każdej rasy jest inwalidą. Kropka.

Ale czekaj, bo teraz to ja się już zawiesiłam. Czy to, że mamy tam przedstawicieli 123 ras, to znaczy, że to jakieś kosmiczne Pokemony? Ta inna czasoprzestrzeń wciągała tych wszystkich biedaków celowo, kolekcjonersko? W sumie nigdy tak o tym nie myślałam, ale teraz to mi się wydaje bez porównania ciekawsze No bo jeśli była tym metoda, to należy podejrzewać, że stoi za całym procederem jakaś inteligencja, no nie? Mieliśmy już Menażerię w Oryginalnej Serii, wkrótce TAS dostarczy nam The Eye of the Beholder – kosmiczne ZOO nie są dla nas niczym nowym. Ale tutaj to by było na kosmiczną skalę. I teraz to już żałuję, że nie poszli w tym kierunku.
Inna sprawa, że to Elysium wydaje się skrajnie nieciekawe. Gdzieś niby mieliśmy końcówkę jakiejś imprezki, ale naprawdę ani trochę mnie nie przekonali, że tam naprawdę jest fajnie i cudownie. Kurde, nic dziwnego, że Kirk chce stamtąd spierdalać!
Aha: ale na plus muszę odcinkowi zaliczyć ten myk ze Spockiem macającym Klingonów. Niby dość prosta sztuczka, ale i tak fajnie zobaczyć, że oni tam jednak używają mózgów.





Get away from her, Human! This is my woman!
Now just a minute! All I did was ask her to dance. She didn't have to say 'Yes'.

Once Upon a Planet; Mudd's Passion


Trójtytułowych odcinków ciąg dalszy, prawda. Netfliksie, weź się ogarnij. Przecież ja już nawet nie narzekam na to, że tłumaczenie jest jakieś nie takie, tylko chodzi mi o prostą sprawę: zdecydujcie się na jedną wersję. Przecież to wygląda żenująco…

(źródło)
Premiera: 3 listopada 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Chuck Menville, Len Janson

Pierwszy epizod z naszej dzisiejszej parki to powrót na znaną i lubianą urlopową planetę. Z jednej strony – cieszy, że mamy nawiązanie i kontynuację do odcinka z Oryginalnej Serii. Z drugiej zaś – męczą rozbieżności. Przecież w czasie poprzedniego wywczasu na tej planecie działy się im rozmaite złe rzeczy, z przebijaniem mieczami na czele. Bohaterowie doskonale wiedzą, że to wszystko działo się w celach rozrywkowych i, wbrew pozorom, było całkowicie bezpieczne. Nie mogę więc zrozumieć, dlaczego właśnie teraz zebrało im się na pielęgnowanie instynktu samozachowawczego i nagle ziejący ogniem smok budzi ich przerażenie. Albo królowa, która każe ściąć głowę McCoyowi. Czym ta królowa różniła się od rycerza z odcinka Shore Leave? Oczywiście, podejrzenia bohaterów okazują się słuszne i te sytuacje, które z pozoru wyglądają na śmiertelnie niebezpieczne… no cóż, w istocie śmiertelnie niebezpieczne. Mój problem polega na tym, że początkowo załoga Enterprise paradoksalnie nie ma podstaw, żeby się obawiać.
A jednak nie jest tak, że odcinek mi nie gra – bah, wręcz przeciwnie! Przede wszystkim mam jedno, cholernie wyraźne skojarzenie: Westworld. No bo ja przepraszam, ale mamy bohaterów, którzy trafiają do robotycznego parku rozrywki, gdzie mogą przeżywać przygody marzeń, gdyby tylko nie to, że roboty mają dość tej chałtury i postanawiają się zbuntować. Czy tu trzeba pisać więcej? I to jest w ogóle fajne i dziwne jednocześnie, ze ten temat nic a nic się nie zestarzał. Fajna i dziwna jest też zbieżność dat, jako że pełnometrażowy film Westworld (z niezastąpionym Yulem Brynnerem) miał premierę 21 listopada 1973 r. Czyli niecałe trzy tygodnie po tym odcinku Animowanej Serii.
Przypadek…?
Cóż, pewnie tak – ale jakże inspirujący!

A może wcale nie? Może po prostu to był jakiś czas rozmów na ten temat, odkrycia jakże intrygującej możliwości buntu maszyn?

(źródło)
W ogóle ten odcinek budzi więcej skojarzeń: ot, choćby ta scena, w której bohaterowie konstatują, że oto wrogowie wykorzystują przeciwko nim każdą ich myśl, toteż trzeba pilnować własnych myśli, żeby nie dać przeciwnikowi amunicji… No na litość Jeżusia, przecież to tak bardzo Ghostbusters i piankowy marynarzyk!
Albo fakt, że główny komputer na planecie uznaje ludzi za pasożyty czy też niewolników, którzy łażą po Enterprise i trzeba by ich wyeliminować – to tak bardzo przywodzi na myśl V’gera z The Motion Picture (z drugiej strony, mi połowa rzeczy kojarzy się z The Motion Picture, bo uwielbiam ten film). Komputer, nawiasem mówiąc, który koniec końców okazuje się po prostu smutnym, samotnym żuczkiem – a to już jest motyw dość częsty w Animowanej Serii. Wychodzi na to, że samotność i nieporadność w kontaktach z innymi cywilizacjami stanowi podstawę do całkiem wielu konfliktów.

Faktycznie wychodzi na to, że samotność wywołuje problemy. I to jest logiczne, bo jak ktoś jest samotny, to nawet jeśli ma dostęp do ogromu wiedzy, odbiera ją bez sita innych. Nie porównuje z cudzymi interpretacjami i doświadczeniami, więc wielu rzeczy nie pojmuje właściwie.

Od technicznej strony ten odcinek nie powala, ale z drugiej strony – mogło być gorzej. Owszem, mamy pterodaktyle, które powrzaskują dokładnie tak samo, jak te takie wiwernowate cosie z witkami z The Infinite Vulcan. Jest też bardzo znajoma polanka w lesie – identyczna choćby z polanką, na której gościł bohaterów Lucyfer na Megas-Tu. Przynajmniej jednak nigdzie nie lewituje żadna głowa. To, co mnie w tym odcinku wkurzyło chyba najbardziej, to M’Ress. Serio, ja zupełnie nie kupuję ten postaci – jest kompletnie nijaka i chyba jej jedyną cechą charakterystyczną jest randomowe „purr”, które od czasu do czasu wrzuca po wypowiedzi. Co gorsza, to „purr” pojawia się naprawdę w głupich momentach, tak że ja już sama nie wiem, czy ona serio odczuwa jakąś perwersyjną przyjemność z faktu, że być może zaraz wszyscy zginą, czy ki czort. No to po prostu nie jest zbyt dobra postać.

(źródło)
Premiera: 10 listopada 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Stephen Kandel

No cóż, a w kolejnym odcinku dostajemy ponowne spotkanie z niepowtarzalnym Harrym Muddem. Który tym razem usiłuje opchnąć coś jakby, no cóż, pigułki gwałtu? Jak się zastanowić, ta postać jest jednak okropna – znaczy do tej pory też miał, ma się rozumieć, swoje nad uszami, niemniej tutaj miałam wrażenie, że już nawet przestali się starać. Z drugiej strony, nie ma co wieszać psów na odcinku: wszak „eliksir miłości” to nie jest wynalazek Star Treka i niejedną baśń osnuto na bazie tego wynalazku.

Przyznam, że ten odcinek nie zostawił we mnie jakiegoś szczególnego śladu. Ot, pośmialiśmy się z niezręcznych sytuacji, w których na skutek kontaktu z kryształami Mudda znaleźli się nasi bohaterowie, załamałam się nieco haniebnym brakiem profesjonalizmu u panny Chapel, która – moim zdaniem – jest tu totalnie out of character i w ogóle nie kupuję jej głupiego zachowania, no i to właściwie tyle. Mam tylko nadzieję, że tak głupie przedstawianie kobiet na odpowiedzialnych stanowiskach nie wejdzie serii w krew. Bo trochę niepokoi, że pannę Chapel dzieli tak niewielki odstęp czasowy od redshirtki Anne z odcinka Survivor.

W gruncie rzeczy to, co najlepiej zapamiętałam, to fakt pojawienia się losowego redshirta z dupy w jednej z ostatniej minut epizodu: tam, gdzie Spock, Mudd i Kirk walczą z kamiennymi stworami. To znaczy Kirk walczy, a tamci patrzą. A przez mgnienie oka patrzą w towarzystwie jakiegoś ziomka, który nigdy wcześniej ani później się nie pojawia.
Serio, TASie – czy ty w ogóle patrzysz, co tam z siebie wypluwasz, czy po prostu klecisz te odcinki na rympał i nic cię to nie obchodzi…?

Rzucający spojrzeniem na boki Mudd. To mnie utkwiło w pamięci. Serio, brakowało mi tylko, żeby mu się z ust wysunął taki wężowy język i oblizał twarz aż po oczodoły. Brr.

No i panna Chapel. Przyznam, że aż mnie nosiło ze złości na to jej zachowanie, które nie było jej zachowaniem, więc serio – tak się nie robi. Ona nigdy by nie zrobiła takiego numeru.

Z plusów – Mudd nie wiedział, że to działa, a jednak działało. To fajny motyw był i to, że po wszystkim ludzie reagowali na siebie gwałtowną niechęcią. To tez wydało mi się prawdziwe – taka obrona przed wstydem, że się chwilę wcześniej było poniżająco żenującym.

A tak w ramach podsumowania – TAS to taka trochę platforma do ficów, nie? Różni ludzie robią sobie odcinki z elementami, które im się spodobały. Tak to odbieram.



– There must be something in your little black pouch that could temporarily incapacitate our victim.