The Offspring


il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera
: 12 marca 1990
Reżyseria: Jonathan Frakes
Scenariusz: René Echevarria

Jonathan Frakes od wielu lat jest związany ze Star Trekiem - nie tylko jako odtwórca roli legendarnego Williama Rikera, ale też reżyser zarówno wielu odcinków serialu (Następne Pokolenie i nie tylko), jak i filmów pełnometrażowych. Nie mogę powiedzieć, że wszystkie Star Treki, które wyszły spod ręki Frakesa to arcydzieła, ale myślę, że z dużą dozą pewności można stwierdzić, że kto jak kto, ale ten człowiek rozumie, o co w tym wszystkim chodzi. Nawet jeśli odcinek nie jest ogromnie porywający, to jest po prostu przyjemny, podejmuje znane problemy i wątki, a bohaterowie trzymają się swoich charakterów.

Taki właśnie jest odcinek The Offspring, w którym Data postanawia stworzyć sobie dziecko.
Muszę przyznać, że za pierwszym razem ten epizod mnie zaskoczył. Doświadczenie podpowiadało mi, że jeśli na scenę wchodzi drugi android, w dodatku lepszy, bo szybciej uczący się niż Data, to z całą pewnością koniec końców okaże się, że projekt wymknie się spod kontroli, Lal (Hallie Todd) się zbuntuje i będzie ją trzeba dramatycznie wyłączyć albo coś w ten deseń. Tymczasem René Echevarria zaproponował widzom zaskakująco ciepłą, spokojną historię, w której tak naprawdę nie ma antagonisty. Lal okazuje się do samego końca głodną wiedzy, ale też kochającą córką Daty, która nikomu nie wyrządza krzywdy.
Takie tam, jak zwykle podczas rozmów z Datą
(źródło)
I chyba nawet admirał Haftel (Nicolas Coster) nie może być nazwany antagonistą tego odcinka, bo wszystko co robi, robi w dobrej wierze, kierując się procedurami obowiązującymi w Federacji i rozsądkiem. Tak, może i nie ma tak ogromnego serduszka jak wszyscy na pokładzie Enterprise, może nie jest w równym stopniu emocjonalnie ustosunkowany do Lal – ale przecież wcale nie powinien być, jest admirałem, który powinien pozostawać w swoich obserwacjach maksymalnie obiektywny i logiczny.
Konflikt, który pojawia się w odcinku, pozostaje dzięki temu nieomal tragiczny - mamy skonfrontowane racje państwa i racje jednostki. Wiadomo, że widz będzie sympatyzował z Datą i jego przyjaciółmi, tak jak w Antygonie sympatyzuje się z Antygoną, ale gdzieś z tyłu głowy i tak odzywa się głos, że to nie jest takie oczywiste.

Subtelny podryw pierwszego oficera,
no bo czasem trzeba przestać się krygować.
(źródło)
The Offspring to właściwie dość smutny odcinek, ale zawierający też bardzo dużo skondensowanej treści: no bo po pierwsze, mamy główny problem, czyli czy jakaś zewnętrzna władza ma prawo odebrać rodzicowi dziecko, nawet jeśli dla dobra tego dziecka? Jakie znaczenie w takiej sytuacji ma zdanie rodzica, no a przede wszystkim – co ma do powiedzenia samo dziecko? Po drugie, przemyka problem wykluczenia ze względu na inność – o ile dorośli nie mają z Lal problemu, o tyle androidka ma poważne kłopoty z przystosowaniem w szkole. Nawet szkoda, że nie wpleciono wątku podjęcia próby poszerzenia dziecięcych horyzontów, bo wyszło na to, że reszta załogi akceptuje takie postawy. Jest też nieco o miłości (urocza ciekawostka: Guinan, która objaśniała ideę trzymania się za ręce i takich tam, pierwotnie miała mówić Lal, że tak się dzieje, kiedy kobieta i mężczyzna się kochają. Sama Woopi Goldberg zasugerowała, że należałoby to przerobić na wersję neutralną płciowo i ostatecznie dostaliśmy "kiedy dwoje ludzi się kocha" - trudno mi nie docenić tej zmiany, bo ona bardzo wyraźnie pokazuje jeden z bardziej wartościowych aspektów Star Treka), odpowiedzialności i – last but not least – człowieczeństwie androidów.
No bo pod tym względem Lal, jak się okazuje, prześcignęła Datę. Choć ja trochę przestaję kupować te gadki Daty, jak to on nic nie czuję, bo naprawdę nie zachowywał się tak, jakby faktycznie nie kochał swojej córki. To taki Pinokio, który chce być prawdziwym chłopcem, tylko chyba mu umknęło, że od dawna już nim jest. I to też mi się podoba.

Kameralny, miły odcinek, który mimo że nie odkrywa jakichś nieziemskich rewelacji, stanowi bardzo miło spędzony czas.



I feel.
What do you feel, Lal?
I love you, father.
I wish I could feel it with you.
I will feel it for both of us… thank you for my life.

A Matter of Perspective

(źródło)
Premiera: 12 lutego 1990
Reżyseria: Cliff Bole
Scenariusz: Ed Zuckerman

To kolejny z epizodów zrealizowanych, jak się wydaje, nieco po taniości: skromna obsada, niewiele wnętrz, całość sprowadzona do opowiadania w kółko tej samej historii. Na szczęście jednak tym razem to się udało, mimo że autor scenariusza nie mógł pochwalić się spektakularnym doświadczeniem ani w pisaniu Star Treka, ani w pisaniu w ogóle. Czy to jednak intuicja Zuckermana, czy może obfita pomoc rozlicznych współtwórców serii, tym razem ta konwencja bardzo ładnie zagrała i pomogła w zaprezentowaniu widzowi fajnego tematu: kwestii punktów widzenia.

Odcinek jest odcinkiem „sądowym”. Znamy takie od dawna, bo przecież nawet w Oryginalnej Serii pojawił się chociażby epizod Court Martial, a i później załogi kolejnych statków Enterprise (i Voyager) bywały na bakier z rozmaitymi wymiarami sprawiedliwości. Różnica polega na tym, że tym razem, jak wspomniałam, właściwa historia – czyli, w tym przypadku, odtworzenie wydarzeń prowadzących do popełnienia domniemanego morderstwa – zostaje opowiedziana na początku odcinka i niewiele się w tym temacie zmienia. To nie tak, że nagle dostajemy jakieś superważne informacje, które kompletnie zmieniają zeznania.
Przeurocze jest też to, jak różni się
przebieg bójki w zależności od tego,
kto ją relacjonuje (źródło)
No bo co tak właściwie się zmienia w kolejnych relacjach prezentowanych podczas rozprawy? Raz to Riker twierdzi, że został uwiedziony przez Manuę Apgar (Gina Hecht), innym znów razem Manua utrzymuje, że Riker nieomal ją zgwałcił – co ciekawe, żadne z nich nie kłamie, o czym zapewnia nas doradca Troi. I prawdę mówiąc, nie mam większego problemu z uwierzeniem w to. Być może każde po trosze uwodziło, każde wierzyło w swoją wersję – to całkiem prawdopodobne.
Właściwie to interesujące są właśnie te drobne różnice w zeznaniach poszczególnych uczestników procesu, te rozmaite punkty widzenia, a nie sama sprawa morderstwa. Bo ta – co tu dużo mówić – nie za bardzo trzyma w napięciu. Przecież znamy Rikera nie od dziś. Dobrze wiemy, że jest krystalicznie czysty i niewinny. Znamy też konwencję i wiemy, że kapitan Picard dowiedzie niewinności swojego pierwszego oficera. Nie ma tu żadnego punktu do niepokoju.

Dodatkowo interesująco wypada tutaj początkowa scena, w której Picard usiłuje namalować obraz. Przyznam, że za pierwszym razem miałam wrażenie, że to scenka mocno bez sensu, która nie odnajduje w dalszej części odcinka żadnej kontynuacji. Dopiero później udało mi się ogarnąć, że jest wręcz przeciwnie: w zasadzie cały epizod jest kontynuacją tej jednej scenki. Cały proces Rikera jest próba namalowania obrazu. Każdy maluje go po swojemu: Riker, Manua, Tayna (Juli Donald). Nikt nie kłamie, po prostu różnie widzą to, co próbują odmalować, tak jak na początku każdy inaczej postrzegał nagą kobietę (choć koszmarnie było widać, że statyści z początkowej sceny chyba nigdy w życiu nie próbowali niczego namalować, bo miałam wrażenie, że ledwie ogarniali, z której strony trzymać pędzel). I w tym wszystkim pojawia się Picard – człowiek, którego spojrzenie jest co najmniej niekonwencjonalne. W jego obrazie nic nie pasuje do niczego. I właśnie to niekonwencjonalne, wykraczające poza normy spojrzenie, świeże i nieoczekiwane, okazuje się zbawienne dla Rikera i dla całej sprawy. W gruncie rzeczy to zostało bardzo ładnie zgrane.

Dużo w tym odcinku napatrzymy się
na to wnętrze (źródło)
Brakuje mi tak naprawdę chyba tylko jednego: zeznań Geordiego. Geordi po powrocie na pokład Enterprise był co najmniej poruszony. Z całą pewnością wiedział coś o sprawie, choć nie chciał sam niczego opowiadać kapitanowi. Nawet jeśli nie był świadkiem wszystkich wydarzeń, to jednak coś musiał widzieć i słyszeć, jakąś kłótnię, jakieś groźby – dlaczego więc nie uwzględniono również jego perspektywy? (końcową symulację traktuję nieco inaczej, bo to już wynik wspólnie prowadzonego śledztwa, a nie relacja z wcześniejszych wydarzeń)

Całościowo jednak pozytywnie odebrałam ten odcinek. Nawet jeśli nie trzymał w szczególnym napięciu, to jednak był na swój sposób intrygujący i może nawet trochę pouczający. Bohaterowie pokazali się od swoich najlepszych stron, a kapitan – jak zwykle zresztą – zachował fantastyczną równowagę między lojalnością a obiektywizmem (uwielbiam scenę, w której oskarżony Riker chce porozmawiać z Picardem na osobności, ale ten mu odmawia, wiedząc, jak bardzo niestosowne to by było w zaistniałych okolicznościach). Odcinek może i leniwy, może i po taniości, ale zdecydowanie udany.




- Investigator, in our system of jurisprudence a man is innocent until proved guilty.
- In ours, he is guilty until he is proved innocent, and you are under our jurisdiction.

Déjà Q

(źródło)

Premiera: 5 lutego 1990
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Richard Danus

Omnomnom. Lubię ten odcinek. Bo Q. A ja lubię Q. A teraz to nawet jeszcze bardziej. Zawsze uważałam, że gościu w gruncie rzeczy nie jest zły – jest po prostu niedojrzały. Jest jak rozpuszczone, nieśmiertelne dziecko, którego piaskownicą jest cały wszechświat. I w związku z tym, ma się rozumieć, pakuje się w różnego rodzaju tarapaty i pakuje w nie również załogę Enterprise. Przy czym to, co dla Q jest zaledwie grą czy psotą, nierzadko stanowi o życiu i śmierci ludzi. I kiedy już serial przyzwyczaił mnie do takich realiów, nagle Richard Danus i Les Landau zaserwowali piękne pogłębienie postaci.
Bo nagle nasz dzieciakowaty Q dojrzewa. Może nie jakoś radykalnie, może nie jest to trwała przemiana, ale sam fakt, że w ogóle coś dziwnego zaczyna się dziać w głowie Q, to dużo. Spod płaszczyka niedojrzałego psotnika i egoisty wychyla się w gruncie rzeczy poczciwy koleś, którego po prostu wcześniej nikt odpowiednio nie pokierował.

Paradoksalnie, najlepszym nauczycielem człowieczeństwa okazuje się Data. W ogóle ogromnie uwielbiam ich relację. Jeden chce być człowiekiem, ale nie może, drugi zaś osiągnął ten cel, ale wcale mu to nie leży. Uwielbiam to, że Data – który jest wolny od zadawnionego żalu czy pragnienia zemsty – bez problemu daje szansę Q. Z całego androidzkiego serca stara się pomóc, a najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że Q docenia te starania. Scena, w której Data wybucha śmiechem, jest niemal wzruszająca. Ten pozornie egoistyczny, gardzący ludzkością Q, w rzeczywistości fantastycznie zrozumiał Datę – nie zmienił go w człowieka, chociaż to by nie przekroczyło jego możliwości, tylko pozwolił spełnić jedno małe marzenie. I to było piękne. Tak, niby mówił, że nie zamieni Daty w człowieka, bo bycie człowiekiem ssie, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że on doskonale wiedział, o co chodzi – bo przecież był już w podobnej sytuacji, kiedy postarzył Wesleya. Chłopak dość wyraźnie wyjaśnił wówczas, dlaczego mu to nie leży. A Q ma dobrą pamięć i zapewne nietrudno mu było skojarzyć fakty.
(źródło)
W ogóle myślę, że Q naprawdę dobrze rozumie ludzi. Nie chodzi mi o to, czy ich podziwia czy wręcz przeciwnie, bo tutaj relacja jest chyba bardziej skomplikowana, ale rozumie. Wie, jak skutecznie nadepnąć im na odcisk, ale jeśli tylko ma ochotę zrobić coś dobrego, to jest w tym świetny. Nie byłby tak skuteczny w swoich działaniach, gdyby nie było tego zrozumienia.

Prawdę mówiąc, chyba nie umiem się do niczego przyczepić w tym epizodzie. Bardzo przyjemnie mi się go oglądało, a wszyscy bohaterowie trzymali rewelacyjny poziom. Oczywiście, szoł ukradł – obok Q, ma się rozumieć – Data, ale inni też nie wzbudzili moich zastrzeżeń. Przede wszystkim podobało mi się, że zachowali się bardzo wiarygodnie i po ludzku. Nie otworzyli od razu serduszek przed Q w potrzebie, tylko patrzyli na niego spode łba, nieufni i z nieskrywaną satysfakcją. Szczególnie Guinan była uradowana, co zresztą fajnie przypomniało o tym, że ją z otaczającym wszechświatem łączą zupełnie inne relacje niż ludzi.

Ach, no i to odcinek z najmemowszym facepalmem Picarda! Warto to odnotować!



- Perhaps there is a… residue of Humanity in Q after all."
- "Don't bet on it, Picard.

The High Ground


il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 29 stycznia 1990
Reżyseria: Gabrielle Beaumont
Scenariusz: Melinda M. Snodgrass

To ostatni odcinek Następnego Pokolenia, za scenariusz którego odpowiada Melinda Snodgrass – i muszę powiedzieć, że trochę szkoda, bo ta pani ma na koncie fajne odcinki, problemowe, zahaczające gdzieś tam o istotę człowieczeństwa, trochę też konfrontujące osobiste racje z rozkazami i poczuciem obowiązku.
The High Ground nie jest tu wyjątkiem. Wprawdzie dostajemy też historię przez duże „H”, no bo jest wojna, terroryzm i próby zażegnania konfliktu, ale to nie jedyny, a co więcej – chyba nie najważniejszy – wątek.

Sama jestem zaskoczona, że piszę coś takiego, ale ten odcinek został poświęcony w dużej mierze doktor Crusher i to się naprawdę sprawdziło. Właściwie w żadnej chwili nie mogłam się przyczepić do Beverly – może raz, kiedy nagle wyskoczyła do jednego z terrorystów, że ma syna. Miałam trochę wrażenie, że to taka tamtejsza wersja „mam horom curke!” - ale rozumiem, że chodziło o coś zupełnie innego, a ja jestem przeczulona.
To nie tak, że doktor cały czas zachowuje się doskonale. Gdzieżby, przecież cała heca wynika z tego, że zachowała się źle! Bezpośrednio i nawet tego nie ukrywając olała rozkaz kapitana. A bez przesady, może i się przyjaźnią, ale to wciąż jej kapitan. I teoretycznie powinna zawinąć się z Worfem i Datą. Ale z drugiej strony, czy nie bylibyśmy nią wówczas rozczarowani? Jest lekarzem, więc dla każdego wydaje się jasne, że jej priorytetem będzie ratowanie ludzi. Oczekujemy od niej, że w takiej sytuacji oleje rozkaz kapitana, bo choć obiektywnie rzecz biorąc to naganne, w przeciwnym razie chyba jednak przestałaby… no nie wiem, przestałaby budzić zaufanie jako pani doktor.
Zarazem kiedy już oddział Ansatów uprowadzi Beverly, ta okazuje się wzorcowo nieustępliwa i oziębła. Jasne, koniec końców spróbuje ratować terrorystów, bo – jak poprzednio – ratowanie życia jest dla niej mimo wszystko najważniejszym priorytetem i tego nic nie zmieni. Ale nie ma w niej zrozumienia dla Finna (Richard Cox), nawet kiedy ten bardzo się stara swoje postępowanie przedstawić w racjonalny sposób. W ogóle ładnie jej podejście było widać w krótkiej scenie, w której po zbadaniu pacjenta doktor Crusher zagaduje do chłopca: z jednej strony jest empatyczna i miła, z drugiej jednak kończy wypowiedź gorzką konstatacją, którą sprowadza wszystko „na ziemię”.

(źródło)
Oczywiście, porwanie doktor Crusher odbija się też na innych członkach załogi. Przede wszystkim należy tu wspomnieć o młodym Wesleyu, który się zamartwia. Tu akurat wydaje mi się, że można by nieco to podbić, bo nie za bardzo czułam dramat dzieciaka, który lada sekunda może stracić matkę. Zamiast tego większy nacisk położono na kapitana.
No i kapitan ze wszech miar staje na wysokości zadania – bardzo mi się to podobało szczególnie w momencie, w którym delegował zadania i decydował, kto uda się negocjować z Rutianami. No bo wysłanie Wesleya do zespołu badającego obcą technologię było genialnym posunięciem. Z jednej strony pozbył się chłopaka, który totalnie do niczego nie przydałby się podczas rozmów dyplomatycznych, z drugiej zaś – nie pozwolił Wesleyowi odczuć, że się go pozbywa, tylko znalazł mu zadanie, przy którym tamten rzeczywiście mógł się przydać.
Nie mogę, ma się rozumieć, nie wspomnieć o tych członkach załogi, którzy byli rozczarowująco nieprzydatni. Właściwie nie ma tu zaskoczenia: doradca Troi i Worf. Troi nawet nie wzięła udziału w przesłuchaniach, co było dla mnie trochę dziwne, bo od jakiegoś czasu to robiła. Worf z kolei… no cóż, Worf. Worfa po tym odcinku powinni zwolnić. To nie tak, że faktycznie Ansatianie pojawiali się i znikali w mgnieniu oka, że nie dałoby rady jednego czy drugiego ustrzelić. To po prostu Worf w sytuacjach zagrożenia wolał stać i tępo gapić się przed siebie, a po wszystkim zamachać bezradnie fazerem w powietrzu, no bo ojeja, już nie ma do kogo strzelać. To nie był dobry odcinek dla Worfa.

(źródło)
Prawdą też jest, że ten odcinek nie stracił nic na aktualności, a kto wie, może nawet jest dziś bardziej na czasie niż kiedykolwiek – w tym momencie historii, kiedy ogromna część zachodniego świata żyje w nieustającym lęku przed terroryzmem i różnego rodzaju fanatyzmami, czy to na tle religijnym, czy politycznym. Podoba mi się zarówno zacietrzewienie Finna, jak i zacięcie Alexany (Kerrie Keane) i kompletne zagubienie Daty, dla którego to wszystko jest jakieś bez sensu. I jak mu wytłumaczyć, że człowieki po prostu takie bez sensu już są, że złe metody czasem działają?
O, teraz mi się przypomniał jeszcze jeden zgrzyt! Kiedy Crusher kłóci się o słuszność postępowania z Finnem, wytykając mu, że terroryzm jest zły i że Amerykanie walcząc o wolność nie mordowali niewinnych – chciało się jednak parsknąć „powiedz to Indianom, głupia buło”. No ale trochę rozumiem, że nie to było akurat tematem. A do problemu Indian przecież jeszcze nie raz wrócimy w tym serialu.

To fajny odcinek i chce się po nim wierzyć, że chłopiec, który opuszcza broń, rzeczywiście jest początkiem czegoś lepszego.




As a prisoner, he would have been a focus for violence as his followers tried to free him. Now he's a martyr. But the death toll might go down, at least in the short term. It's an imperfect solution for an imperfect world.

The Hunted

(źródło)

Premiera: 8 stycznia 1990
Reżyseria: Cliff Bole
Scenariusz: Robin Bernheim

Cliff Bole, czyli niejako ojciec chrzestny Bolian, to jeden z tych reżyserów, spod ręki których wyszły naprawdę solidne epizody. The Hunted niewątpliwie może od razu skojarzyć się z The Vengeance Factor, bo w obu przypadkach mamy nieco zbliżoną sytuację: oto jest zaawansowana obca rasa, która – jak się okazuje – osiągnęła ten poziom, przy okazji pozbywając się wszystkich tych, którzy nie pasowali do tego idealnego obrazka. I, niespodzianka, okazuje się, że takie wyparcie się części społeczeństwa prędzej czy później odbija się czkawką.
Podstawowa różnica między tymi odcinkami polega na tym, że Acamarianie dzięki temu rozłamowi zdołali w ogóle się ucywilizować, podczas gdy Angosianie sami najpierw stworzyli tę grupę, która miała im umożliwić osiągnięcie pożądanego stanu, a dopiero potem spróbowali zagrzebać ją pod dywan.
No i tutaj to przepraszam, ale ja Angosian ni w ząb nie rozumiem. To znaczy inaczej: rozumiem, ale tego nie lubię. Niestety, rozumiem. Absolutnie wierzę w to, że zrobili referendum i zapytali całego społeczeństwa, co zrobić z zaprogramowanymi, potencjalnie niebezpiecznymi superżołnierzami. I również wierzę w to, że społeczeństwo – mając wybór: wydać mnóstwo hajsów na resocjalizację albo zamknąć gdzieś daleko i zapomnieć – odpowiedziało: zamknąć i zapomnieć. Człowiek wszak jest tylko człowiekiem (a Angosianin Angosianinem) i, chcąc nie chcąc, będzie myślał przede wszystkim o interesie swoim i swoich bliskich, swojej społeczności. Kiedy Nayrok (James Cromwell) wyznaje Picardowi całą prawdę, można oczywiście się bulwersować, że to nieludzkie i że Angosianie są okrutnymi egoistami, tylko że prawda jest nieco smutniejsza, bo Angosianie nie są gorsi od ludzi.
(źródło)
No bo nie trzeba być nawet Amerykaninem, żeby rzuciła się tu w oczy analogia do problemu weteranów z Wietnamu. To znaczy jasne, nie jestem znawcą tematu i może sobie roję, no bo wiedzę czerpię głównie z amerykańskiego kina. Ale zdaje się, że dla USA to jest istotny problem, który angażuje uwagę twórców (że tylko tak zerknę w kierunku Rambo). Oto pod koniec XX wieku w kraju zaczęło się pojawiać coraz więcej totalnie przekręconych przez nowoczesną wojnę żołnierzy, którzy nie bardzo pasowali do społeczeństwa i nie było co z nimi zrobić, bo ludzie wówczas jeszcze nie bardzo słyszeli o zespole stresu pourazowego. Przypuszczam, że dziś już jest lepiej, bo i świadomość pewnych problemów wzrosła, ale wciąż przypuszczam, że sytuacja daleka jest od idealnej.
Angosianie poradzili sobie z tematem po swojemu. Nie ze złośliwości, tylko to im się wydało najpraktyczniejszym rozwiązaniem. Trzeba było Picarda, żeby uświadomił Nayrokowi, jakimi byli kutasami. Odcinek zostawia nas z właściwie dość optymistycznym finałem, który każe wierzyć, że ucywilizowana część mieszkańców Angosii III wreszcie się opamięta i spróbuje pomóc swoim weteranom, których sami „wyprodukowali”. I to nawet miłe, choć ja przyznam, że miewam nieco wątpliwości, jak się dalej potoczy los tej rasy. No bo kiedy Enterprise odleci, czy nie pojawią się nowe pomysły, jak by tutaj unieszkodliwić więźniów i wpakować ich znowu na Lunar V? Czy Picard naprawdę zdołał przemówić Nayrokowi do rozsądku i rozbudzić jakoś jego empatię? Tak mało wiemy o Angosianach, żeby snuć jakiekolwiek daleko idące wnioski – aż szkoda, bo to w ogóle planeta o niezwykle ciekawej historii (jak się zdaje na podstawie tych strzępków, które dane nam było poznać) i chciałabym poznać ją i jej mieszkańców lepiej.

(źródło)
No i chylę czoła: doradca Troi się naprawdę przydała. Wreszcie. Robiła dokładnie to, do czego była od samego początku przeznaczona, czyli wyczuwała emocje i na ich podstawie doradzała, rozmawiała, starała się załagodzić sytuację. Co więcej – z powodzeniem! Brawo ty, doradco!
Co mnie tknęło? Po raz kolejny jedna osoba w zasadzie zdołała przejąć Enterprise. Naprawdę, Gwiezdna Floto, powinnaś zainwestować w jakieś lepsze zabezpieczenia… Choć, swoją drogą, bardzo przekonująco odcinek prezentuje widzom Rogę Danara (Jeff McCarthy) jako superżołnierza: jest szybszy, silniejszy, ale też inteligentny, co ładnie pokazały początkowe manewry, kiedy to nasz uciekinier chowa się w polu magnetycznym, odbija od deflektorów i w ogóle wyczynia różne cuda. Sama oglądając to miałam wrażenie „hej, gościu jest dobry!”. No i ładnym akcentem było małe wskazanie na podobieństwa między Datą a Danarem: z jednej strony uczłowieczyło to Datę, z drugiej zaś – pogłębiło to niekomfortowe wrażenie odczłowieczenia Danara.




Prime Minister, even the most comfortable prison is still a prison.