Once Upon a Planet; Mudd's Passion


Trójtytułowych odcinków ciąg dalszy, prawda. Netfliksie, weź się ogarnij. Przecież ja już nawet nie narzekam na to, że tłumaczenie jest jakieś nie takie, tylko chodzi mi o prostą sprawę: zdecydujcie się na jedną wersję. Przecież to wygląda żenująco…

(źródło)
Premiera: 3 listopada 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Chuck Menville, Len Janson

Pierwszy epizod z naszej dzisiejszej parki to powrót na znaną i lubianą urlopową planetę. Z jednej strony – cieszy, że mamy nawiązanie i kontynuację do odcinka z Oryginalnej Serii. Z drugiej zaś – męczą rozbieżności. Przecież w czasie poprzedniego wywczasu na tej planecie działy się im rozmaite złe rzeczy, z przebijaniem mieczami na czele. Bohaterowie doskonale wiedzą, że to wszystko działo się w celach rozrywkowych i, wbrew pozorom, było całkowicie bezpieczne. Nie mogę więc zrozumieć, dlaczego właśnie teraz zebrało im się na pielęgnowanie instynktu samozachowawczego i nagle ziejący ogniem smok budzi ich przerażenie. Albo królowa, która każe ściąć głowę McCoyowi. Czym ta królowa różniła się od rycerza z odcinka Shore Leave? Oczywiście, podejrzenia bohaterów okazują się słuszne i te sytuacje, które z pozoru wyglądają na śmiertelnie niebezpieczne… no cóż, w istocie śmiertelnie niebezpieczne. Mój problem polega na tym, że początkowo załoga Enterprise paradoksalnie nie ma podstaw, żeby się obawiać.
A jednak nie jest tak, że odcinek mi nie gra – bah, wręcz przeciwnie! Przede wszystkim mam jedno, cholernie wyraźne skojarzenie: Westworld. No bo ja przepraszam, ale mamy bohaterów, którzy trafiają do robotycznego parku rozrywki, gdzie mogą przeżywać przygody marzeń, gdyby tylko nie to, że roboty mają dość tej chałtury i postanawiają się zbuntować. Czy tu trzeba pisać więcej? I to jest w ogóle fajne i dziwne jednocześnie, ze ten temat nic a nic się nie zestarzał. Fajna i dziwna jest też zbieżność dat, jako że pełnometrażowy film Westworld (z niezastąpionym Yulem Brynnerem) miał premierę 21 listopada 1973 r. Czyli niecałe trzy tygodnie po tym odcinku Animowanej Serii.
Przypadek…?
Cóż, pewnie tak – ale jakże inspirujący!

A może wcale nie? Może po prostu to był jakiś czas rozmów na ten temat, odkrycia jakże intrygującej możliwości buntu maszyn?

(źródło)
W ogóle ten odcinek budzi więcej skojarzeń: ot, choćby ta scena, w której bohaterowie konstatują, że oto wrogowie wykorzystują przeciwko nim każdą ich myśl, toteż trzeba pilnować własnych myśli, żeby nie dać przeciwnikowi amunicji… No na litość Jeżusia, przecież to tak bardzo Ghostbusters i piankowy marynarzyk!
Albo fakt, że główny komputer na planecie uznaje ludzi za pasożyty czy też niewolników, którzy łażą po Enterprise i trzeba by ich wyeliminować – to tak bardzo przywodzi na myśl V’gera z The Motion Picture (z drugiej strony, mi połowa rzeczy kojarzy się z The Motion Picture, bo uwielbiam ten film). Komputer, nawiasem mówiąc, który koniec końców okazuje się po prostu smutnym, samotnym żuczkiem – a to już jest motyw dość częsty w Animowanej Serii. Wychodzi na to, że samotność i nieporadność w kontaktach z innymi cywilizacjami stanowi podstawę do całkiem wielu konfliktów.

Faktycznie wychodzi na to, że samotność wywołuje problemy. I to jest logiczne, bo jak ktoś jest samotny, to nawet jeśli ma dostęp do ogromu wiedzy, odbiera ją bez sita innych. Nie porównuje z cudzymi interpretacjami i doświadczeniami, więc wielu rzeczy nie pojmuje właściwie.

Od technicznej strony ten odcinek nie powala, ale z drugiej strony – mogło być gorzej. Owszem, mamy pterodaktyle, które powrzaskują dokładnie tak samo, jak te takie wiwernowate cosie z witkami z The Infinite Vulcan. Jest też bardzo znajoma polanka w lesie – identyczna choćby z polanką, na której gościł bohaterów Lucyfer na Megas-Tu. Przynajmniej jednak nigdzie nie lewituje żadna głowa. To, co mnie w tym odcinku wkurzyło chyba najbardziej, to M’Ress. Serio, ja zupełnie nie kupuję ten postaci – jest kompletnie nijaka i chyba jej jedyną cechą charakterystyczną jest randomowe „purr”, które od czasu do czasu wrzuca po wypowiedzi. Co gorsza, to „purr” pojawia się naprawdę w głupich momentach, tak że ja już sama nie wiem, czy ona serio odczuwa jakąś perwersyjną przyjemność z faktu, że być może zaraz wszyscy zginą, czy ki czort. No to po prostu nie jest zbyt dobra postać.

(źródło)
Premiera: 10 listopada 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Stephen Kandel

No cóż, a w kolejnym odcinku dostajemy ponowne spotkanie z niepowtarzalnym Harrym Muddem. Który tym razem usiłuje opchnąć coś jakby, no cóż, pigułki gwałtu? Jak się zastanowić, ta postać jest jednak okropna – znaczy do tej pory też miał, ma się rozumieć, swoje nad uszami, niemniej tutaj miałam wrażenie, że już nawet przestali się starać. Z drugiej strony, nie ma co wieszać psów na odcinku: wszak „eliksir miłości” to nie jest wynalazek Star Treka i niejedną baśń osnuto na bazie tego wynalazku.

Przyznam, że ten odcinek nie zostawił we mnie jakiegoś szczególnego śladu. Ot, pośmialiśmy się z niezręcznych sytuacji, w których na skutek kontaktu z kryształami Mudda znaleźli się nasi bohaterowie, załamałam się nieco haniebnym brakiem profesjonalizmu u panny Chapel, która – moim zdaniem – jest tu totalnie out of character i w ogóle nie kupuję jej głupiego zachowania, no i to właściwie tyle. Mam tylko nadzieję, że tak głupie przedstawianie kobiet na odpowiedzialnych stanowiskach nie wejdzie serii w krew. Bo trochę niepokoi, że pannę Chapel dzieli tak niewielki odstęp czasowy od redshirtki Anne z odcinka Survivor.

W gruncie rzeczy to, co najlepiej zapamiętałam, to fakt pojawienia się losowego redshirta z dupy w jednej z ostatniej minut epizodu: tam, gdzie Spock, Mudd i Kirk walczą z kamiennymi stworami. To znaczy Kirk walczy, a tamci patrzą. A przez mgnienie oka patrzą w towarzystwie jakiegoś ziomka, który nigdy wcześniej ani później się nie pojawia.
Serio, TASie – czy ty w ogóle patrzysz, co tam z siebie wypluwasz, czy po prostu klecisz te odcinki na rympał i nic cię to nie obchodzi…?

Rzucający spojrzeniem na boki Mudd. To mnie utkwiło w pamięci. Serio, brakowało mi tylko, żeby mu się z ust wysunął taki wężowy język i oblizał twarz aż po oczodoły. Brr.

No i panna Chapel. Przyznam, że aż mnie nosiło ze złości na to jej zachowanie, które nie było jej zachowaniem, więc serio – tak się nie robi. Ona nigdy by nie zrobiła takiego numeru.

Z plusów – Mudd nie wiedział, że to działa, a jednak działało. To fajny motyw był i to, że po wszystkim ludzie reagowali na siebie gwałtowną niechęcią. To tez wydało mi się prawdziwe – taka obrona przed wstydem, że się chwilę wcześniej było poniżająco żenującym.

A tak w ramach podsumowania – TAS to taka trochę platforma do ficów, nie? Różni ludzie robią sobie odcinki z elementami, które im się spodobały. Tak to odbieram.



– There must be something in your little black pouch that could temporarily incapacitate our victim.

The Infinite Vulcan; Magicks of Megas-Tu

Bez munduru Spocka nie da się sklonować (źródło)

Muszę. Po prostu muszę zadać to pytanie – czemu każdy odcinek animowanej serii na Netflixie ma aż trzy tytuły? W tym dwa totalnie różne polskie? Napisy mówią swoje, a lista odtwarzania swoje. Intrygujące… [taak, też mi się to rzuciło w oczy. Nie mam pomysłu, z czego to wynika]. A teraz po prostu przejdę do omawiania odcinka nr 7.

Premiera: 20 października 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Walter Koenig

Wolkański klon aka Nieskończony (swoją drogą tytuł z listy odtwarzania jakiś lepszy mi się wydaje) został napisany przez pana Czechowa. Najwyraźniej im go jednak silnie brakowało na pokładzie i postanowili jakąś kasiurę jednak dla niego wysupłać (patrz wpis o pierwszych dwóch odcinkach The Animated Series).
Pan Czechow hołduje najlepszym tradycjom startrekowym. Każe panu Sulu macać obcą roślinę, na obcej planecie, bo taka ładniutka i jeszcze popyla na nóżkach, bo to niezwykła roślina jest. Planeta okazuje się być zaludniona przez inteligentne, chodzące rośliny, które oczywiście mówią po angielsku. Szok oglądającego trwa krótko, bo tym razem dostaje on wyjaśnienie – mamy uniwersalny translator i, z mojego punktu widzenia, w zupełności to wystarczy. Każdy powinien go mieć.
A jeszcze potem się w ogóle okazuje, że to nie rośliny są tu kłopotem, ale ich nauczyciel angielskiego – gigantyczny człowiek, przedstawiający się znanym nazwiskiem i pragnący podboju wszechświata w imię pokoju. Bo wiadomo, że jak wszyscy się naparzają, to trzeba ich mocniej naparzać, a potem kazać się kochać. To zawsze działa. Na szczęście prapradziadek doktora miał problem z chwastami w ogródku, a praprawnuk odtworzył pospiesznie przepis na pestycyda. A jeszcze bardziej na szczęście nie jest tak prosto sklonować pana Spocka, czy raczej sklonować prosto, ale przekonać jego logiczną naturę do mordowania w imię pokoju w świecie, gdzie panuje pokój (choć jak wiemy nieco chwiejny, jeśli się zapędzimy za daleko w strefę neutralną) jest wręcz niemożliwe.
Jeśli mam zarzuty co do odcinka, to głównie takie, że dla mnie animacja wygląda coraz niechlujniej. Pan Spock gubi się z leżanki, na której jest mu odsysany mózg a dynamiczne sceny są tak statyczne, że wyglądają, jakby sporo klatek zostało wyciętych z taśmy filmowej. Brr.
Nie bardzo też ogarniam, dlaczemu ten wielki człowiek zwany Mistrzem, nie słuchał wieści ze świata. Skoro Fylosianie sami planowali te 250 lat temu zrobić porządek z wojnami w galaktyce, to znaczy, że o nich wiedzieli i co, nagle stracili łączność ze wszystkim? Czy faktycznie zostało ich tylko czterech? No ale wtedy nie bardzo wiem, jak mieliby naparzać resztę wszechświata. Trochę to wszystko mętne, panie Czechow.

A to mi akurat tak bardzo nie przeszkadzało. Po pierwsze, wpisuje się dość dobrze w trend TASa: źli koniec końców wcale nie są źli, po prostu trochę pobłądzili, ale wszyscy chcą dobrze i rzygają tęczą. Oczywiście upraszczam, no ale w sumie to mi się nawet podoba, bo ładnie pokazuje, jak łatwo o nieszczęścia z powodu zwykłego niedogadania. Nie mam wprawdzie pojęcia, dlaczego doktor Stavos Keniclius (grany, bajdełej, przez Jamesa Doohana) nie próbował skontaktować się ze światem zewnętrznym, ale przyznam, że w ogóle nie zaprzątnęło to mojej uwagi w czasie oglądania. Raczej skupiłam się na tym, że hej: tego typu historie, jak widać, lubią się powtarzać. Pamiętamy chociażby Johna Gilla z Patterns of Force – jeden z tych, co to chcieli dobrze, ale coś im się pomerdało…
No i mamy kolejną wzmiankę o wojnach eugenicznych, które generalnie wydają mi się mocno ciekawym epizodem w uniwersum Star Treka.

Wcale jednak nie chcę powiedzieć, że się nie bawiłam. Zadziwiająco dobrze mi się ogląda ten przerażający ponoć epizod w historii Star Treka, jakim jest Seria Animowana.

Ja mam mnóstwo mieszanych emocji przy tym odcinku. Przede wszystkim, mam wrażenie, że rysownik dokądś się spieszył i w sumie to mu się nic nie chciało. A to lewitująca głowa pana Sulu wykrzykuje coś o wolkańskim dotyku myśli, a to rękaw dużego Spocka przenika się z czołem małego Spocka, a innym znów razem Spock niby leży w gablotce, nagle spontanicznie w ramionach doktora, a potem znów w gablotce… Naprawdę, to irytująco duże zmasowanie pomyłek jak na dwudziestominutowy odcinek. No i jeszcze te takie wiwerny z witkami… och, przyzwyczajajmy się do nich, bo twórcy zdecydowanie polubili ten projekt: w innych odcinkach wycięli tylko witki. Za to wrzaski rodem z „Birdemic” zostały.
Dziwi mnie, że kiedy mowa o ustaniu pracy mózgu, jako najbardziej problematyczny fakt doktor McCoy podaje to, że Spock „przestanie myśleć”. Znaczy no… bo mi się tu nasuwa coś o podtrzymywaniu funkcji życiowych, a nie intelektualnej ekwilibrystyce, ale okej, okej… może McCoy ma inne priorytety, who knows.
A, no i że Spocka sklonowano razem z mundurem Gwiezdnej Floty – dlaczego?
Na plus muszę zaliczyć, że przynajmniej pan Sulu dostał kolcem jadowym – czyli przynajmniej klasyczne startrekowe macanie obcych form życia gołymi rękami skończyło się tak, jak powinno: potencjalnym zgonem.
Ale chyba w największą konfuzję wpędził mnie żarcik na końcu, ten o byciu tajemniczym. No bo WTF? Czy to do czegoś nawiązywało? Czy gdzieś wcześniej było o tajemniczości lub jej braku u pana Sulu? Naprawdę, ja tego zupełnie nie zrozumiałam i trudno mi to przyjąć jako puentę odcinka.


Premiera: 27 października 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Larry Brody

OK. Magicy z Megas-Tu wspięli się na szczyt mojej listy Star Trekowych
Chłopaki słuchają swego kumpla Lucka (źródło)
zajebistości. Załoga leci sobie radośnie w środek tego, co uważane jest za epicentrum Wielkiego Wybuchu i cieszy się, że prawdopodobnie będzie mogła oglądać powstawanie chaotycznej materii. Materia powstaje i owszem – w równie radosnych fajerwerkach. I co? Przyciąga USS Enterprise! Silniki sobie nie radzą! No nieprzewidywalne po prostu!
Ale to jeszcze nic. Najlepsze dopiero nas czeka – oto bowiem padają wszystkie systemy, oto doktor krzyczy „Musimy coś zrobić, Jim!” i traci przytomność i wtedy pojawia się zbawiciel. Roześmiany od ucha do ucha rogaty gość od pasa porośnięty futrem i z kopytami zamiast stóp. Macha ręką i wszystko jest OK.
Niesamowicie urzekł mnie koncept Lucyfera, jako magika, który wraz z kumplami czarodziejami osiedla się na Ziemi i pomaga ludzkości. A potem ludzkość próbuje go spalić na stosie w Salem. To tak absurdalne, że aż piękne.
I jeszcze magicy właśnie. Rozsądni i dobrzy. Mimo złych doświadczeń z ludźmi, potrafią dać im szansę i pozwalają udowodnić, że ludzkość się zmieniła.
Lubię. I już.

Zdecydowanie wolę ten odcinek od poprzedniego. Znaczy nie jestem pewna, czy trochę nie jest sprzeczny z epizodem TOSa Who Mourns for Adonais?, bo jakby tam już mieliśmy ujawnienie tajemnicy wszechświata, że bogowie to w istocie kosmici, którzy byli na Ziemi, ale ją opuścili – ale to mi aż tak nie przeszkadza. Bardziej mnie fascynuje, że magicy z Megas-Tu wydają mi się być kolejnym podejściem do Q. Mieliśmy już rozpieszczonego Trelane’a z Gothos, Animowana Seria zaś daje nam Lucyfera (nawiasem mówiąc, kolejny przedstawiciel obcej cywilizacji, który w głębi serca chce dobrze, podobnie jak pozostali magowie). Wydaje mi się, że ostateczne pojawianie się Q w Następnym Pokoleniu było po prostu nieuniknione.
Dodatkowo jest to jeden z wielu odcinków, gdzie przedstawiciele Federacji muszą udowadniać nieznanym cywilizacjom, że są… no, po prostu warci ocalenia. I to ogromnie lubię, bo podoba mi się, że ktoś kiedyś promował tezę „nie jesteśmy tacy źli” – to jakby nie jest najmodniejsze podejście.
To miły odcinek i oglądanie go dało mi sporo frajdy.


Very well, captain. I'd forgotten how much bodily integrity means to you humans.

More Tribbles, More Troubles; The Survivor

il. Juan Ortiz (chyba) (źródło)

Premiera: 6 października 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: David Gerrold

Pierwszy z dzisiejszych odcinków stanowi powrót naszych starych znajomych: tribbli. I, jakkolwiek w gruncie rzeczy świetnie się bawię za każdym razem, kiedy oglądam ten odcinek – z naciskiem na „bawię”, w takim czysto komediowym, śmieszkowym znaczeniu – to jednak on budzi we mnie całkiem sporo wątpliwości.
Zacząć jednak muszę od rzeczy podstawowej: animowane tribble są różowe. Wspominałam cztery tygodnie temu, że Hal Sutherland był daltonistą, prawda? No więc właśnie tutaj widzimy jedną z konsekwencji tego faktu.
Wspomnieć należy też o autorze scenariusza, Davidzie Gerroldzie. More Tribbles, More Troubles to nie pierwszy wkład tego pana w Star Treka. Przede wszystkim, Gerrold jest autorem oryginalnej historii o tribblach, czyli The Troubles with Tribbles. Nie ma więc niebezpieczeństwa, że kontynuację tej historii przejął ktoś inny, kto nie do końca wyczaił jej ducha. A wszak The Troubles with Tribbles to nie było byle co, bo Gerrold został za tę opowiastkę nominowany do nagrody Hugo. Scenarzysta miał swój wkład również w inny komediowy odcinek, I, Mudd, co dość jasno pokazuje kierunek, jaki próbował nadawać Star Trekowi. Co natomiast ciekawe, pracował również nad epizodami The Cloud Minders czy – i tu przeżyłam zaskoczenie – Tomorrow Was Yesterday. Mamy więc do czynienia z, jak się wydaje, twórcą płodnym, zdolnym i wszechstronnym.
Tym bardziej dziwi fakt, że jednak od strony samej historii odcinek More Tribbles, More Troubles jest okropnie dziurawy. No bo kaman: Koloth chciał tak naprawdę dorwać glommera i miał w dupie samego Cyrano Jonesa, tak? Wobec tego czemu od tego w ogóle nie zaczął? Na jaką cholerę była cała ta heca z wyrywaniem handlarza tribblami ze szponów opiekuńczego Kirka, skoro koniec końców Koloth machnął ręką i powiedział „hej, w nosie mam tego kolesia, dajcie tylko glommera”? Z dalszych czepów: sorry, ale załoga Enterprise zachowuje się trochę jak matołki. To nie jest ich pierwsze zetknięcie z tribblami, tak? Wiedzą, że te małe kudłacze żrą na potęgę. Ale z jakiegoś powodu nikt nie pofatygował się ani żeby zabezpieczyć transport drogocennego zboża, ani żeby zabezpieczyć same tribble. A przecież wystarczyłoby zamknąć je wszystkie w jakiejś celi. Dlaczego te różowe kulki mogły hasać po całym mostku i miały swobodny dostęp do tych przestrzeni Enterprise, w których zgromadzono pojemniki ze zbożem? A już fakt, że tribble gwałtownie tyły (a Kirk przekonywał się o tym na bieżąco) mógł dać komuś do myślenia, że skoro tyją, to znaczy, że zapewne żrą. A skoro żrą, to można się zastanowić, co stanowi podstawę ich diety i czy aby nie cenne zboże. No ja po prostu nie kumam, dlaczego oni wszyscy byli tak totalnie niefrasobliwi.
Doceniam nawiązanie do pięknej sceny
z The Troubles with Tribbles (źródło)
Inna sprawa, że Kirk ma życiowego pecha, skoro za każdym razem, kiedy wiezie zboże dla głodujących mieszkańców planet, ma na Enterprise inwazję tribbli.

Płaczę.
Bo tak, dzielny kapitan nie ma szczęścia do tej kwintożytopszenicy, czy co to tam było. I faktycznie – sami sobie to zgotowali, wszak nikt nie próbował ściemniać, że tribble żyją o powietrzu i mizianiu. Co z tego, że się nie mnożą, skoro i tak zajmują coraz więcej miejsca? Swoją drogą – chwila, w której Kirk odpuścił wywalenie tribbla ze swego fotela była najlepsza w całych dwóch odcinkach.

To prawda, mocno wtedy kwikłam.

I ostatni czep fabularny, to wątek tajnej broni Klingonów. Jak dla mnie, to było zupełnie zbędne, bo w sumie za bardzo do niczego nie prowadziło – równie dobrze klingoński krążownik mógł całkiem zwyczajnym atakiem uszkodzić Enterprise, bo przecież chodziło tylko o to, żeby Kirk mógł w ramach obrony przetransportować Kolothowi tribble. Inna sprawa, że dziwi łatwość, z jaką można coś teleportować na cudzy okręt. A także beztroska, z jaką Koloth stwierdził, że przecież czujniki niczego nie wykryły poza jakąś tam nieautoryzowaną teleportacją. W gruncie rzeczy jakieś zaćmienie umysłu dopadło w tym konflikcie chyba obie strony.

W tym miejscu muszę po raz kolejny ponarzekać na kwestie techniczne: na początku odcinka, kiedy Scotty ściąga Cyrano Jonesa na Enterprise, w niektórych scenach spontanicznie ma wąsa – i to trochę przykre, że nawet tego nie wygumkowali, kiedy wykorzystywali ujęcie z jakiegoś innego odcinka, gdzie przy transporterze stał zwyczajnie ktoś inny.
Dodatkowo boli mnie, że kiedy jest ostrzeliwany mostek, dostajemy jedynie trochę podrygiwania kadru, który sam w sobie jest statycznym obrazkiem – rysowane postaci ani drgną. Statkiem miota w tę i nazad, a nawet nikt się nie przewrócił. Nie mówię, że od razu muszą odstawiać takie balety jak Uhura w Oryginalnej Serii, ale jednak ten kontrast mnie uwiera.

Z plusów? Podoba mi się ta muzyka, która brzmi trochę jak dżingiel z Vash w WoWie.

il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 13 października 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: James Schmerer

Kolejny epizod, The Survivor, też ma swoje na sumieniu.
Będąc świeżo po obejrzeniu More Tribbles… łatwo zauważyć, że Klingoni i Romulanie używają dokładnie takich samych okrętów. Żadna z ras nawet nie przearanżowała zanadto mostka, ograniczając się do chlaśnięcia go inną farbą. Wspominałam już, że ta seria okropnie idzie na łatwiznę, jeśli chodzi o rysunki?
Ale fabularnie również dzieje się wiele złego.
Po pierwsze: McCoy zachowuje się jak niekompetentny kretyn. No naprawdę. Bada kolesia, tak? Coś nie gra w wynikach, tak? I co pan doktor na to? „okej, to idź już do swojej dziewczyny, co może pójść źle”. No trzymajcie mnie. Serio, McCoy? To nie jest twój pierwszy miesiąc w kosmosach, co nie? Powinieneś już chyba ogarniać, że jeśli wyniki badań są szemrane, to kurde trzeba za wszelką cenę rozgryźć, o co chodzi, a już na pewno nie wypuszczać samopas potencjalnego obcego.
Dodatkowo nasz dzielny łapiduch nie zauważył, że w ambulatorium jest dodatkowe łóżko. No naprawdę. Dopiero Kirk się wykazał spostrzegawczością. A nie mamy sytuacji, że tych łóżek tam jest pisiont i jedno w tę czy w tamtą łatwo przeoczyć. Tam były dwa łóżka! No naprawdę, gdyby nagle w moim salonie pojawiło się dodatkowe krzesło, to kurde chyba od razu by to się rzuciło w oczy, nie? Puff…

Przy łóżku się zwiesiłam. Zaiste nietrudno było być w tym odcinku mądrzejszym od doktora…

Z drugiej strony, chyba jeszcze gorsza była Anne, narzeczona Cartera Winstona, pani redshirtka. Naprawdę, powinni ją zwolnić. Od razu. Była absolutnie nieużyta i kiedy tylko mogła, to pozwalała uciec naszemu ściganemu kosmicie. Ale z jakiegoś powodu nikt jej nie zwalnia, tylko co robi Kirk? Powierza jej opiece aresztowanego kosmitę… Tak, to brzmi jak dobry plan, kapitanie. Co może pójść źle?! Nie no, ja kumam, że kosmita już wtedy był cacy, ale jednak, no… czy oni nie mają tam żadnych procedur? Nie muszą choć trochę pilnować bezpieczeństwa…?

Ja sobie pokręcę nosem na wątek romantyczny. WTF to było? Nie no, słonko, właściwie to nie wiadomo, kim jesteś, ale umisz wyglądać, jak mój stary – bierę. Swoją drogą to jest zadziwiające, jak oni w tym wielgachnym kosmosie wpadają na znajomków non stop…

I chciałam na początku kręcić nosem za finałową wrzutkę, którą pociska Spock McCoyowi, bo przecież Wolkanin nie raz podkreślał, że generalnie bardzo ceni medyczne umiejętności przyjaciela, ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że w świetle tego odcinka akurat taki pocisk ma, niestety, sens.

Słowem, to były odcinki o tym, jak to nawet dzielni bohaterowie mogą zachowywać się jak głupki. Z tą różnicą, że dzielnym bohaterom to się zazwyczaj upiecze. Pamiętajmy: nie zachowujmy się jak głupki.

Tak jest!



– Done, tested out normal.
– Are you sure there is no possibility you made an error?
– Well there's always that possibility. I'll go over them again if you like.

One of Our Planets Is Missing; The Lorelei Signal

Miotacz antymaterii rozpiżdża niestrawione resztki planety

Po ostatniej wtopie tym razem jesteśmy obie jednako czujne i szybkie. Nie ma opcji – nie dopuścimy więcej do zepsucia naszego wizerunku wzorowych blogerek! No.

Premiera: 22 września 1979
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Marc Daniels

Przetłumaczony na „Pożeracza światów” tytuł odcinka staje się zdecydowanie poważniejszy. Przyznam, że oryginalny tym razem w zestawieniu z treścią epizodu jest dla mnie zabarwiony komediowo. W jakiś taki dziwny sposób. [Prawda – dokładnie rozumiem, o co Ci chodzi. Szkoda, że z kolei nasz tytuł trochę spoiluje, no ale w gruncie rzeczy to niegroźne, bo o działalności chmury dowiadujemy się dość szybko] Oto bowiem wskroś galaktyki wędruje sobie purpurowa chmura i – jak się szybko okazuje – trafiając na coś na swej drodze po prostu to wchłania/trawi/pożera. Żywi się materią i niekoniecznie zwraca uwagę, czy jest to materia nieożywiona czy wręcz przeciwnie. W odcinku mamy do czynienia z dylematem w typie – czy wolno zabić inteligentną istotę ażeby ocalić 82 miliony ludzi. Moim zdaniem TAK, WOLNO. Oczywiście, fajnie, jeśli można się dogadać i grzecznie ją wyprosić z żerowiska, które trochę jest naszym wszechświatem. Ale jeśliby się nie dało, nie widzę problemu – TAK, WOLNO zabić. Przytoczę cytat z pana Tarkowskiego, który rzekł był do syna tak: „Słuchaj, Stasiu! Śmiercią nie wolno nikomu szafować, ale jeśli ktoś zagrozi twej ojczyźnie, życiu twej matki, siostry lub życiu kobiety, którą ci oddano w opiekę, to pal mu w łeb, ani pytaj, i nie czyń sobie z tego żadnych wyrzutów.”

Nam to się wydaje oczywiste (bo w sumie mi też, kamaaan! Potrzeby większości są ważniejsze od potrzeb jednostki, to logiczne, no nie?), z drugiej strony jakoś mi pasuje, że jednak mieli wątpliwości. Star Trek od początku zwraca uwagę na ten szacunek do każdej możliwej formy inteligentnego życia i byłabym zniesmaczona, gdyby nagle bez skrępowania postanowili roznieść tytułowego pożeracza.
Oczywiście, uznałabym załogę Enterprise za matołków również wtedy, gdyby ostatecznie zdecydowali się ratować kosmitę poświęcając planetę, no ale na szczęście nie podjęli tak absurdalnej decyzji, a wątpliwości moralne nie przesłoniły rozsądku.

Z innej beczki – odcinki animowane w kwestii technologii wydają mi się o niebo trudniejsze niż odcinki oryginalnej serii – nie zrozumiałam dokładnie niczego z pierwszego pomysłu na usunięcie zagrożenia chmury. Te wszystkie materie i antymaterie i odcinanie kosmków. Nie ogarniam <wzdych>.

A nie, tutaj jakoś nadążyłam za wszystkim. Z drugiej strony, oglądałam ten odcinek chyba z cztery razy, więc może było mi łatwiej.

Natomiast pomysł, by chmura w przekroju wyglądała trochę jak ludzki mózg, trochę jak płuca wydaje mi się zupełnie dobry. W czymś była do nas podobna, można było jakoś ją przełożyć na ludzkie. Łatwiej wtedy pomyśleć, że może jednak się dogadajmy.

Pomysł bardzo spoko – acz jestem nieco zawiedziona. Bo najpierw porównali ją do układu pokarmowego i zasuwali niby-jelitem. I zmierzali do, jak to było nazwane, „przesmyku” na końcu, żeby się wydostać. Moje prymitywne poczucie humoru już rechotało namyśl o tym, że oto kosmiczna chmura będzie srała Enterprisem. Tymczasem w trakcie podróży zmienili to na mózg i wszystko popsuli. Nie potrafią się bawić.

LOOOOOOOOOOL

Premiera: 29 września 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Margaret Armen

Dobrze, ten odcinek dał mi dużo satysfakcji. Ubawiłam się. Choć momentami fabuła zdawała się nie trzymać ani kupy, ani dupy. Bo wiecie – mamy urządzenie, które pokazuje nam WSZYSTKO, więc używamy go do
Babeczki w czerwonych sukienkach nie giną tak łatwo!
znalezienia zbiegów, dopiero jak nam to Uhura podpowie. Czyżby dlatego, że wszystkie syrenki na tej planecie były blondynkami z durnych dowcipów? [omatkozcórką, to było tak bardzo głupie! :D ] Albo najpierw scenariusz wyraźnie idzie w to, że babki na USS Enterprise są konkretne i ogarnięte, a potem wysyłają ekipę ratunkową z samych bab, bo im pan Spock kazał. Chciałoby się przewrócić oczami, serio.

A nie, jeśli chodzi o ekipę ratunkową, to nie miałam zastrzeżeń. Pan Spock jest pierwszym oficerem, więc może kazać tak a nie inaczej i niższe rangą załogantki muszą się dostosować. Ani Uhura, ani inna z kobiet na pokładzie Enterprise nie miały pełnego rozeznania w sytuacji, więc mogły nie mieć za bardzo podstaw, żeby wpaść samodzielnie na takie rozwiązanie. Nie wiedziały nic o dziwnych blondynkach ani o opaskach wysysających energię życiową. Nie wieszałabym psów na ich ogarnięciu, bo myślę, że w zaistniałych okolicznościach każdy zrobił to, co do niego/niej należało.

Nie o to mi chodzi. W żadnym razie nie wieszam psów na ich ogarnięciu. One przecież to zrobiły ZANIM pan Spock im kazał. Uhura wcześniej, zanim się skontaktowali, dała polecenie, żeby się grupa ochrony złożona  z samych kobiet zebrała przy transporterze. Ona to wyczaiła na pokładzie, obserwując panów. I dlatego mnie trafiło, że potem jakby jej to odebrano.

Ooo, serio tak było? Widzisz, jakoś to mi umknęło totalnie, a odcinek też widziałam kilka razy… Ale to w drugą stronę będę bronić – że Spock nie wiedział, co wykminiła Uhura. :D (acz rzeczywiście może zabrakło podkreślenia, skoro na załączonym obrazku widać, że można było nie zauważyć, że one tak dziarsko działały).

Ale przecież mamy końcówkę w Uhurą, która mówi, że kapitan po przywróceniu młodości za pomocą wiązki teleportacyjnej jest jeszcze przystojniejszy i weź tu nie śmiej się do rozpuku, oglądaczu, jak dostajesz taką śliczną trekową autoironię.

Jeśli chodzi o główny motyw odcinka, pokazującego nam planetę samych kobiet, wokół której od 150 lat giną tajemniczo statki w regularnych odstępach czasu, też zasługuje na facepalma, bo trochę czasu zajęło Federacji ogarnięcie niezbyt jak się okazuje skomplikowanego problemu. I wiem, że wychodzi na to, że narzekam, podśmiechujki sobie robię, a mówię, że fajne. Bo tak naprawdę pan Scott w błogim nastroju nucący szkockie pieśni i Uhura z siostrą Chapel robiące porządek na Enterprise pełnym rozanielonych chłopów wystarczą. No.

Z drugiej strony, inne załogi nie miały Spocka – gdyby tutaj zabrakło Spocka, który poinstruował Uhurę, co i jak, Enterprise dołączyłby do puli zaginionych statków i tyle.

No właśnie nie, bo patrz wyżej. Sama Uhura by wystarczyła. Czy też każda kobieta, bo jakoś nie wierzę, żeby to wymagało super intelektu, wykrycie, że chłopom coś robi wodę z mózgu.

Inni nie mieli Spocka i Uhury, no. :D
Inna sprawa, że teraz tak sobie myślę – blondynki musiały się „ładować” co 27 lat. Było ich pięć sztuk. To daje tak naprawdę wyssanie kilku panów z góra sześciu statków przez te 150 lat. To właściwie nie brzmi aż tak drastycznie. Może dlatego nikt aż tak bardzo się nie spinał, żeby wyjaśnić tajemnicę? Zaginiony statek raz na prawie trzydzieści lat…? Myślę, że w kosmosie mogą istnieć bardziej kłopotliwe rejony.

Inna sprawa, że to kolejny odcinek, gdzie rzeczywiście – rozwiązanie jest bardzo proste. Właściwie wystarczy trochę porozmawiać i tyle. Okazuje się, że wszyscy chcą dobrze, w sumie to się lubimy i po prostu trochę nam smutno, ale jak Kirk strzeli tęczą z brzuszka, to okaże się, że będzie nam wesoło.

Co zaś mnie zastanowiło to błękit tęczówek pań Lorelai. Czy to specjalnie dlatego, by móc podkreślić ten błękit, towarzystwo z Enterprise tęczówek nie ma w ogóle?

Towarzystwo z Enterprise nie ma ani tęczówek, ani białek. To kolejny raz, kiedy muszę podkreślić, jak boli mnie niechlujność wykonania tej serii. Nieruchome tła są serio ładne. Ale animacja postaci totalnie na odwal się, emocje na twarzach nie istnieją, kolory spontanicznie się zmieniają (to chyba w którymś z tych dwóch odcinków w jednej scenie pan Sulu nagle przedzierzgnął się w czerwony mundur – tak na sekundkę, bo czemu nie), a na domiar złego seria ma okropną manierę pokazywania scen w ten sposób, że na pół ekranu mamy pół twarzy bohatera, a w tle ewentualnie twarz rozmówcy. Nie wiem jak Ciebie, ale mnie to zaczęło wkurzać właśnie jakoś od czwartego odcinka. Oglądając mam ochotę odsunąć się od ekranu, bo czuję, jakby Kirk miał zaraz wytknąć mi nochala z monitora. Serio, kamero: mniejszy zoom!




Spock, what did you... perceive?
The wonders of the universe, captain. Incredible. Completely incredible.