The Angel One

Mina Troi mówi wszystko - źródło
Premiera: 23 stycznia 1988
Reżyseria: Michael Ray Rhodes
Scenariusz: Patrick Barry

Kolejny ciekawy odcinek, który mi się bardzo przyjemnie oglądało, choć nie pozbawiony rzeczy dziwnych, które trudno mi łyknąć.
I chyba dziś od tego zacznę. Pierwsza i zasadnicza kwestia, której nie ogarniam to kwestia Pierwszej Dyrektywy i tego, kto jest, a kto nie jest w Federacji. Zasadniczo: statek handlowy o nazwie Odyn, na którego pokładzie znajdują się ludzie, nie jest statkiem należącym do Federacji. Usłyszałam to zdanie (bliżej końca odcinka niż początku, co jakoś tak zasugerowało mi, że problem nieprzestrzegania Pierwszej Dyrektywy przez załogę objawił się twórcom jakoś nagle i trzeba było coś wymyślić) i w nie nie uwierzyłam. To się kupy po prostu nie trzymało. Oto Enterprise leci z misją odnalezienia prawdopodobnych rozbitków, bo Federacja otrzymała wezwanie SOS z Odyna. Oczywiście sygnałowi zajęło kilka lat dotarcie we właściwie miejsce, nie wiadomo, co Enterprise zastanie na miejscu. Ale lecą – bo może coś znajdą – na planetę, która cywilizacyjnie plasuje się na poziomie dwudziestowiecznej Ziemi. (Zwróćmy uwagę – Enterprise i jego załoga nie naruszają Pierwszej Dyrektywy…) Za to pada uwaga, że załoga Odyna wywołując początki rewolucji obyczajowej, nie naruszyła Pierwszej Dyrektywy ponieważ Odyn to nie statek Federacji, więc jego załogi nie obowiązuje najważniejsze prawo Federacji. Można by uznać, że w sumie jak niby Federacja ma to wszystkim narzucić. Ale. Jak. To. Odyn. Nie. Jest. Statkiem. Federacji? Poza tym, jeśli ta zasada jest sobie przestrzegana albo nie przez samych członków Federacji (to nie pierwszy raz w TNG, gdy Pierwsza Dyrektywa jest traktowana dość luźno), a inni o podobnym poziomie rozwoju w ogóle mają ją w nosie, to tak naprawdę nie ma sensu. A jest kluczową zasadą. Podejrzewam, że ona mocno przeszkadzała twórcom Następnego Pokolenia. Nie radzili sobie z jej ograniczeniami i w efekcie mamy takie poplątanie z pomieszaniem jakie dostaliśmy w Angel One.

Ale Data powiedział dokładnie tyle, że „The Odin was not a starship, which means her crew is not bound by the Prime Directive” – oczywiście, być może walnęłam gdzieś błąd, pisałam ze słuchu. ;) W każdym razie nikt nie mówi, że Odyn nie był statkiem Federacji. Raczej że nie należał do Gwiezdnej Floty (jak rozumiem, Gwiezdna Flota ma wyłączność na te konkretne statki, które można nazwać starship). Wychodzi więc, że Pierwsza Dyrektywa nie obowiązuje każdego obywatela Federacji, tylko Gwizdną Flotę (i, jak mniemam, jej odpowiedniki na innych planetach). Zresztą, nawet Kirk mówił: „A starship captain's most solemn oath is that he will give his life, even his entire crew, rather than violate the Prime Directive” (tu już błędu nie ma, bo przepisałam z Memory Alpha) – starship. Odyn był frachtowcem, a nie starshipem. Tak to rozumiem.
Inna sprawa, czy to aby najlepsze rozwiązanie – no bo co z tego, że Picard czy dowolny inny kapitan będą przestrzegali Pierwszej Dyrektywy, skoro jednocześnie każdy randomowy człowiek znajdujący się akurat w kosmosach może ingerować w obce społeczeństwo ile tylko będzie miał ochotę? Choć rozumiem, że rozciągnięcie Pierwszej Dyrektywy na absolutnie wszystkich mogłoby doprowadzić do tego, że stałaby się martwym przepisem – trudno bowiem byłoby egzekwować jej przestrzegania.

Czyli dokładnie tak jak jest. Bo jeśli to obowiązuje tylko niektórych, to ok – może nie możemy nazwać tego martwym przepisem, ale niczego nie zmieniającym bzdetnym przepisem jak najbardziej. I teraz sobie zaczynam myśleć, że być może ona była wprowadzona wtedy, gdy tylko owe starshipy były w stanie polecieć w nieznane i z tymi nowymi, słabiej rozwiniętymi cywilizacjami się spotykać. Natomiast nie wiem jak, ale ja w tym zdaniu wyraźnie słyszałam słowo „Federation”, acz to pewnie niczego nie zmienia, bo czy samym starshipem, czy starshipem federacji z tego, co piszesz wynika, że ani jednym ani drugim Odyn nie był, bo po prostu był innym typem gwiezdnego statku. Ale jednak mi się to nie klei. Czuję się w tym trochę zaplątana przyznaję.

Inna sprawa, że na upartego można by bronić załogi Odyna jeszcze w ten sposób, że tak naprawdę ci ludzie nie wywołali żadnej rewolucji – tu piję do tego, o czym mówił Riker pod koniec odcinka. Rozbitkowie stali się symbolami procesu, który już trwał na Angel One. Ani tego nie zapoczątkowali, ani na nich to się nie skończy. W gruncie rzeczy, ich wpływ na to społeczeństwo nie był aż tak znaczący.

Nie bardzo też rozumiem o co chodziło Ariel (Patricia McPherson). Na jakiej zasadzie uznała,Ramsaya (Sam Hennings), na siłę? Nawet jeśli on nie będzie chciał? [a czy nie obawiała się po prostu tego, co tak naprawdę koniec końców nastąpiło? Że ingerencja z Enterprise rozdmucha całą sprawę, Beata się tym zainteresuje i w końcu odnajdzie rozbitków i postanowi ich uśmiercić? Dotąd żyli sobie spokojnie i udawali, że ich nie ma, że przywódczyni może o nich zapomni, jak nie będą się rzucać w oczy. Po tym, jak się rozwinęła fabuła odcinka, muszę przyznać, że miała trochę racji] Swoją drogą, mogła przecież odlecieć z nim. Wszyscy mogli odlecieć z Enterprise. Po prawdzie tego, że te kilkanaście osób uparło się, że woli umrzeć, niż zwyczajnie żyć gdzie indziej, nie ogarniam również. W zakończeniu dostali tak naprawdę to samo, tylko na tej planecie – nie zabito ich, przywódczyni Beata (Karen Montgomery) zadecydowała (nie wnikam głową, czy sercem i wrażeniem jakie zrobiło na niej futro Rikera), że pozwoli im żyć, ale daleko, daleko w jakieś miejscowej Australii. Właściwie to samo. Tylko dramatyczniej.
Metoda roznoszenia zarazy made in TNG
że musi być przeciwko Enterprise. Zakładała, że faktycznie zabiorą jej męża z obcej cywilizacji,
Dramatyczniej, bo czekamy do ostatniej chwili na jej decyzję i jednocześnie możliwość ewentualnego teleportowania wszystkich rozbitków z rodzinami i poplecznikami wbrew ich woli na Enterprise, na którym szaleje wirus przenoszony zapachem. Doktor Crusher zachowuje się tym razem histerycznie i bezsensownie. Zabrania teleportacji, bo wirus i wszyscy mogą umrzeć. To, że pozostając na Angel One też umrą, tylko pewniej to już jej nie obchodzi. Ok., przyjmuję, że chodzi jej o Rikera, Troi i porucznik Yarr, ale i tak IMO przesadza.

Po raz kolejny muszę bronić Crusher. o_O Na pokładzie Enterprise panowała epidemia – myślę, że wprowadzenie kwarantanny należało do obowiązków głównej lekarz. Nie wiemy, jak zachowałaby się, gdyby rzeczywiście ktoś zaczął umierać na Angel One. Ale mieliśmy tylko zapowiedzi i pogróżki. Nie wiem, czy zastąpienie ich wirusem, o którym nie wiadomo, czy nie jest śmiertelny, byłoby mądre ze strony Crusher.

A ja się nie zgodzę, że tylko zapowiedzi i pogróżki. Mieliśmy w tym momencie wydany wyrok i oczekiwanie na egzekucję jednak. Owszem, Riker ciągle mógł jeszcze próbować swego niby-czaru wymowy, ale decyzje były podjęte.

Z tym wirusem to też jakieś dziwy. Gdzie niby Wesley i jego kumpel się tym zarazili? Na holodeku? Czym jest ten holodek, bo cały czas myślałam, że to miejsce, gdzie wpadasz w wirtualną rzeczywistość. Zarażasz się czymś tam, OK. Jeśli lubisz tego typu adrenalinę… Ale jak możesz z tą chorobą wyjść na zewnątrz? Przecież wirus jest wirtualny. Czy ja źle rozumiem to słowo?

Nom, zarażenie się chorobą było cokolwiek dziwaczne, fakt. Jak również to, że Picard oberwał śnieżką i miał potem mokrą plamę na mundurze – przecież śnieżka powinna zniknąć jeszcze w locie. Tak jak zniknął Cyrus Redblock dwa odcinki temu.

Wiem, może się wydawać, że dużo narzekam, ale nawet jeśli, to nie zmienia faktu, że mi się po prostu TNG dobrze ogląda. A jeśli o tym konkretnym odcinku: kobiety z Angel One były fajne. Beata była konkretna, nie była histeryczna, nie miała hopla na punkcie swej władzy i jej nieomylności. Ładnie wybrnęła z całej sytuacji godząc się na zamianę rewolucji na ewolucję – swoją drogą, mężczyźni z Angel One nie mieli jakoś potrzeby tej rewolucji wywoływać, a ewolucję to im pchnęli obcy. Przypominam, że na Ziemi ruchy emancypacyjne kobiet zaczęły się jednak sporo wcześniej. Tu musieli wkroczyć obcy, łamiący Pierwszą Dyrektywę, której nie łamali, i nie ma w tym nic dziwnego, że władza na planecie się wkurzyła i nie chciała ich u siebie. Takie zmiany nie dzieją się od ręki i Angel One miała prawo dojść do tego po swojemu. Jakby nie było ziarno zostało zasiane.

A ja żałuję, że tak mało wiemy o tym społeczeństwie z Angel One. Bo tak się wydaje na pierwszy rzut oka, że tu się wszystko turlało swoim rytmem i nagle przyleciał Ramsey i pokazał, że panowie też mogą być duzi i silni. Ale widzimy tylko parę postaci przewijających się w najbliższym otoczeniu Beaty. Raczej wiadomo, że nie będzie się otaczała ludźmi o odmiennych poglądach, więc Trent był wzorcowym samcem: wyperfumowanym, mikrym i w dziwnych ciuchach. Ale jednak mamy informację, że wokół Ramseya zgromadzili się tubylcy o tych „postępowych” poglądach. Czyli gdzieś tacy istnieli. Może w innych partiach miasta to był już całkiem prężnie działający ruch? Nie wiadomo.

A tak z jeszcze innej beczki – Riker, będąc uwodzonym przez Beatę, bredzi coś o tym, że on
Data dziwi się perfumom...
przejmuje inicjatywę i dlatego ją pociąga. To ja chciałam zapytać, gdzie on ją przejął? W którym konkretnie momencie? Kiedy przebrał się w miejscowe ciuchy? Czy kiedy ona go czochrała po klacie? A może wtedy, gdy wyciągnęła rękę i zaprowadziła go na łóżko? Ech. W rozmowach, które odbyły się do tej pory też nie zauważyłam, żeby to on cokolwiek inicjował, ale może przegapiłam oczywiście.
Coś się ostatnio pan komandor nie popisuje. Albo ja z wiekiem wyrosłam z Rikerów.

Czy ja w którejś poprzedniej notce chciałam to tylko napisać, czy w końcu napisałam, że chyba wyrosłam z Rikera? Bo miałam taką myśl. :) Tak jak w nastolęctwie był moim ulubionym startrekowym trólofem, tak teraz patrzę na niego i jawi mi się tylko prężący rozkrok, błękitnooki gościu, który lekceważy opinie podwładnych, ma problem z właściwą oceną sytuacji i ogólnie trochę mu niepokojąco często brakuje kompetencji… Inna sprawa: dobrze, że w ich pokoju na Angel One stolik taki niski, to mógł podeprzeć sobie nóżkę pod właściwym kątem.

Żegnaj, komandorze! Są jednak takie rzeczy, które się po latach nie bronią. Jesteś jedną z nich…




We may not be able to stop evolution. But perhaps we can reduce it to a slow crawl. 

Datalore

niezastąpiony Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 18 stycznia 1988
Reżyseria: Rob Bowman
Scenariusz: Robert Lewin, Maurice Hurley

Okej, w moim odczuciu ten odcinek jest jednym z fajniejszych. I to z różnorakich powodów, wśród których przede wszystkim wysuwa się wprowadzenie nowego bohatera – brata Daty, Lore’a. W przeciwieństwie do Daty z wmontowanym chipem emocji, Lore jest… cóż, jest przekonujący. I każe się zastanowić, czy na pewno chcielibyśmy, żeby Data był bardziej ludzki. Niby tego mu się życzy przez większość serialu, bo jemu tak bardzo zależy i tak się stara zrozumieć ludzi i upodobnić się do nich – ale czy zbytnie upodobnienie się nie miałoby zgubnych skutków? Myślę, że Datalore całkiem nieźle pokazuje, że człowieczeństwo to nie tylko umiejętność kichania i rozumienia żartów, ale też ładunek emocji zupełnie innego rodzaju, takich jak zazdrość i ambicja, które trzeba umieć jakoś ogarniać. Dla androida takiego jak Lore to tym bardziej zgubne, że nie hamuje go własna słabość – wie, że jest silniejszy i mądrzejszy od ludzi. Że człowiek nie jest dlań wyzwaniem. Wedle jego logiki, nie jest w żaden sposób zobowiązany szanować ludzi czy dbać o ich interesy. To taki moment, w którym człowiek sobie myśli, że chyba naprawdę warto zabezpieczać się czymś w rodzaju praw Asimova, bo bez nich długo nie pociągniemy. No bo dlaczego androidy, doskonalsze od człowieka, miałyby się nami w ogóle przejmować? Czy polski myśliwy przejmuje się dzikami? Czy V’ger początkowo traktował załogę Enterprise jak partnera godnego dialogu? Nah, bezbronność drugiej strony znacznie ułatwia zdefiniowanie jej jako szkodnika, którego trzeba eksterminować. I to właśnie tę cechę i tę emocję dostał po człowieku w spadku Lore. Cóż… W gruncie rzeczy, Soong mógł się tego spodziewać.
Inna sprawa, że nie do końca kumam, jaki biznes miał Lore we współpracy z Krystaliczną Istotą. Owszem, porozumiewał się z nią, ale czy to mu dawało cokolwiek poza satysfakcją? A może ta satysfakcja wystarczyła? Wszak nie mamy już do czynienia z logicznym, analitycznym umysłem androida.

W lewym dolnym rogu widzicie Państwo
poślady Daty. (źródło)
Może uznał, że jest jej bliższy niż ludziom? Albo właśnie satysfakcja – poczucie, że mógł łatwo się ich pozbyć, że miał nad nimi władzę. To taki czarny charakter, który chce zniszczyć świat, bo tak i śmieje się złowrogo.

Tym, co dodatkowo podkręca atmosferę, jest oczywiście więź między Datą a Lorem – no bo z jednej strony, to taka dość klasyczna opowiastka o dobrym bohaterze i jego złym bracie bliźniaku. Z drugiej jednak, Lore momentalnie staje się bardzo ważny w życiu Daty, czemu trudno się dziwić, wszak – nawet zupełnie abstrahując od warstwy emocjonalnej – był mu bliższy niż ktokolwiek na pokładzie Enterprise. Czy niekwestionowana lojalność Daty wobec Gwiezdnej Floty była dla androida dużym wyrzeczeniem? Cóż, tego się za bardzo nie dowiadujemy. Może trochę szkoda, ale z drugiej strony, odcinek unika łopatologicznych, łzawych wstawek, które bardzo łatwo mogłyby stać się zupełnie out of character. Jeśli jednak znamy Datę z innych odcinków, możemy się domyślać, że sprawy nie były dlań tak łatwe. I to też lubię: że serial do widza mówi nie mówiąc.

Oczywiście trzeba wspomnieć o Wesleyu: chłopak, ma się rozumieć, jako jedyny orientuje się w sytuacji. I co? I po raz kolejny zostaje zlany. Dostajemy jeden z największych klasyków Następnego Pokolenia, czyli sławetne Shut up, Wesley! – a ja ciągle nie wiem, skąd w załodze Enterprise taka pogarda i lekceważenie dla jego wieku i jego inteligencji. Kurde, przecież to serio już nie pierwszy raz, kiedy młody Crusher ma do powiedzenia coś, czego wszyscy inni powinni wysłuchać. Ogólnie oni powinni mieć już głęboko zakorzeniony odruch słuchania tego, co ten chłopak mówi. Nie, naprawdę mnie Wesley nie denerwuje. Mnie denerwują wszyscy inni w interakcjach z nim. Bo zachowują się jak niereformowalni kretyni.

Et tu, mamo, przeciwko mnie?! (źródło)
Ja muszę dodać, że zaczyna mnie poważnie irytować komandor Riker w interakcji z Wesleyem. Gdy wygłasza swoją kwestię „to moja wina, nauczę go okazywać szacunek, ble ble” w mojej głowie natychmiast pojawia się cięta riposta z gatunku „i co mu, kurła, zrobisz, każesz wychłostać, baranie?”. Naprawdę mógłby sobie darować, bo już tyle razy zrobił z siebie głupka, nie słuchając chłopaka, że zaczynam wątpić w jego intelekt.
Wesley mi się tu zresztą bardzo podoba. Jest uparty i generalnie jego priorytety są jasne. Wywalicie mnie? Trudno, muszę to powiedzieć, bo może jest cień szansy, że zrozumiecie. Świetna jest też więź między nim a matką. Pani doktor wie, że syna warto słuchać i zamiast się wykłócać z szarżami, po prostu idzie z Wesem nielegalnie sprawdzić jego wątpliwości.

Odcinek lubię też bardzo ze względu na samą wspomnianą już Krystaliczną Istotę: lubię, że pojawia się tego typu forma życia, tak bardzo odmienna, że nawet nie może być mowy o porozumieniu. Że w ogóle na pierwszy rzut oka nie wygląda jak jakakolwiek forma życia. Co prawda, od strony wizualnej może nieco się zestarzała, bo CGI roku 1988 trudno nazwać szczególnie realistycznym, ale krystaliczna forma pozwoliła w fajny sposób zatuszować ewentualne niedociągnięcia. Mimo więc że nie jest idealnie, sceny z udziałem kosmośnieżynki ogląda się bez większych problemów. Choć podobno oryginalny projektant Krystalicznej Istoty, Andrew Probert, był bardzo niezadowolony z finalnego efektu, który mocno odbiegał od pierwotnej koncepcji.

Co więcej? Cóż, tradycyjnie: Worf się przewraca, dorośli wreszcie się opamiętują i przekonują, że Wesley miał rację, Deanna Troi do niczego się nie przydaje (prawdę mówiąc, w ogóle nie występuje w tym odcinku – i tak szczerze, to dopóki nie zaczęłam się nad tym zastanawiać, nawet nie zauważyłam jej braku). Lubię ten odcinek, lubię w nim emocje i ich brak, podoba mi się zamysł złego brata bliźniaka, nawet jeśli to nic nowego. Oczywiście, tym bardziej boli to, co się stanie z Datą, kiedy już dostanie chip emocji… ale to temat na zupełnie inną notkę.




– Aaaah… Aaaah… CHOOO!

The Big Goodbye

Więcej od tego autora

Premiera: 9 stycznia 1988
Reżyseria: Joseph L. Scanlan
Scenariusz: Tracy Tormé

Yay! Holodek! Lata czterdzieste dwudziestego wieku! Prywatny detektyw!
Lubię odcinki z wykorzystaniem holodeku [i ja, i ja!]. Lubię, jak załoga Enterprise staje się na chwilę kimś innym, lubię ich przebieranki i drobiazgi (dr Crusher i guma do żucia!), które pokazują jak bardzo Ziemianie się zmienili. Trochę mnie irytuje używanie słówka starożytny w stosunku do samochodów, jako środka transportu. No dajmy spokój bez przegięć. Nie tysiące lat, a setki i to wcale nie tak dużo tych setek, dzieli teraźniejszość Enterprise i naszą. Monsz podpowiada, że to kolejny sposób podkreślenia różnicy między dziką ludzkością dwudziestego wieku, a cywilizowaną znacznie bardziej ludzkością wieku dwudziestego czwartego [FRAAAAAAAAAAAAAA! MAM RACJĘ? To 24? [aye aye, 24 jako żywo!]]
Inną ciekawostką z przyszłości jest niepewność doktor Crusher odnośnie do makijażu Podgląda (dyskretnie, że paść można) piękność w różowej kreacji i próbuje ją naśladować. I teraz – czy w przyszłości kobiety nie używają pudru? Czy tylko nie używają pudru w puderniczce? Bo na przykład mają do tego coś w stylu maszyny dającej jeść? Jakąś futurystyczną metodę? To możliwe, prawda? Tak samo jak to, że pani doktor się po prostu w ogóle nie maluje. I podglądałaby w ten sposób każdą kobietę poprawiającą makijaż. W sumie nie jest to jakieś wielce istotne oczywiście, ale mnie zastanowiło.

Faktem jest, że w tej chwili nie potrafię przypomnieć sobie żadnego momentu, w którym widz miałby wgląd w technikę makijażu w XXIV wieku. Ale rzeczywiście, wyobrażam sobie, że to już nie jest puder, tylko raczej coś na kształt aparatów medycznych: małe ustrojstwo, którym sobie świecisz na twarz i pigment się nakłada jakoś samoistnie. Acz to ofkoz tylko moje totalne zmyślenie. Bo że w ogóle nie znają makijażu, to jest oczywiście zupełnie nierealne – wszak bardzo wyraźnie widzimy, że kobiety na Enterprise są umalowane. Jeśli doktor Crusher budzi wątpliwość, to wystarczy spojrzeć na doradcę Troi.
Inna sprawa, że mnie fascynuje, jak bardzo oni wszyscy nic nie wiedzą o przeszłości. Wyobrażam sobie, ze gdybym poszła w tej chwili do holodeku zaprogramowanego na świat trzysta lat wstecz, to mniej-więcej ogarniałabym, co to jest konny zaprzęg, a co to gorset. Dziwi, że załoga Enterprise zachowuje się, jakby trafiła na zupełnie inną planetę. Zresztą, choćby to mówienie, że Data jest z Ameryki Południowej. Serio? Aż taki brak pojęcia, jak wygląda Ziemia? Jak wygląda w najogólniejszym zarysie ziemska struktura etniczna? To aż absurdalnie niewiarygodne.

Wróćmy jednak do spraw istotnych. Odcinek jest moim zdaniem dobry z
Źródło
kilku powodów. Po pierwsze, jak już wspomniałam, obecność holodeku. Dzięki niemu mamy tu właściwie dwie intrygi. Powód drugi jest taki, że obydwie mi się podobają. Kapitan Picard uczy się słów powitania w trudnym języku owadopodobnej rasy, od których prawidłowego wypowiedzenia zależy los stosunków między Federacją a ową rasą [lubię to, bo po pierwsze: lubię każde nie-człekopodobne gatunki pokazane w Star Treku; o drugie: tak od czapy stworzony problem, że szok xD Trochę jak Darmok i Jalad w Tanagrze – człowiek jest zafascynowany pomysłowością, ale jednocześnie zachodzi w głowę, jak dany gatunek w ogóle mógł w przeszłości nawiązywać jakiekolwiek stosunki dyplomatyczne?]. Podziwiam go serdecznie, bo przyprawia go to jedynie o ból głowy, a nie o morderstwo na Dacie na przykład. Troi tym razem na coś się przydaje (serio, serio) [szok i niedowierzanie!]. Pod jej wpływem kapitan idzie się luzować do wygenerowanego na holodeku świata swego ulubionego bohatera literackiego. Tymczasem obcy skanują Enterprise, holodek ulega awarii i mamy dwa problemy. Po pierwsze obcy się pogniewają, jak nie przywita ich sam kapitan, więc czas goni ekipę naprawczą. Wiarygodny powód, o którym twórcy odcinka nie zapominają do samego końca. Po drugie – kapitan wraz z towarzyszącymi mu Datą, historykiem pokładowym o nazwisku Whalen (David Selburn) oraz doktor Crusher nie mogą na zawołanie opuścić wygenerowanego wirtualnie świata, nawet, gdy robi się tam niezbyt przyjemnie a nawet niebezpiecznie.
Powód trzeci to bohaterowie. Każdy załogant Enterprise jest sobą. Są zafascynowani innym światem, nie kryją niepewności, widać po nich, że grają i że się w tę grę wkręcają. Wszyscy z wyjątkiem historyka. Whalen nie gra – jest obserwatorem. To jakby konsultant do spraw realiów na larpie ;) Kiedy zaś pojawia się niebezpieczeństwo i gra już nie jest grą, a najprawdziwszym zagrożeniem, szybko wskakują z powrotem we własne buty. Pani doktor mierzy się z raną postrzałową i to bez swoich narzędzi. Kapitan bierze się za rękoczyny. Data jest Datą. Po prostu.
Jest też powód czwarty. W odcinku pojawia się problem świadomości
Źródło
bytów generowanych wirtualnie. Porucznik McNary (Gary Armagnac), sympatyczny facet, twardy policjant i ojciec rodziny, istniejący jakby nie było jedynie jako element programu rozrywkowego, ma wspomnienia, plany, po prostu życie. I mówią mu, że jego rzeczywistość nie jest prawdziwa. Że świat, który go otacza pojawia się i znika zależnie od chęci jakichś ludzi. Może i dla Picarda McNary nie jest prawdziwy, ale McNary uważa siebie za prawdziwego. Siebie, i swą żonę i dzieciaki. Co przez tę krótką chwilę czuje? Czy kiedy holodek wreszcie otwiera wyjście McNary zniknie? Wydaje się, że tak. Czy przy ponownym załadowaniu tego programu będzie pamiętał? Nie powinien. A jednak problem pozostaje.

To jest w ogóle coś, co ja bardzo lubię jak Star Trek długi i szeroki: holodek każe nie raz, nie dwa zadawać pytanie o świadomość holograficznych bytów. To w ogóle wiąże się z szerzej zakrojonym problemem AI – kiedy zaczyna się człowiek, który ma swoje prawa, a kiedy mamy do czynienia z komputerem, który możemy bez moralnych dylematów po prostu odłączyć kiedy nam wygodnie? Bardzo to lubię.
I w gruncie rzeczy w tym odcinku nie mamy konkretnej odpowiedzi. Teoretycznie Picard, opuściwszy holodek, mógłby nie wyłączać programu – niech McNary wiedzie swoje życie. Mógłby wyłączyć, ale zachować ustawienia, tak że po ponownym uruchomieniu porucznik będzie świadom minionych wydarzeń. A mógłby wszystko wykasować. Tylko czy to by nie było okrutne, nawet jeśli mamy do czynienia „tylko” z hologramem?

Jeśli coś mi w odcinku nie gra to fakt, że holograficzna kula mogła spowodować faktyczną dziurę, przez którą historyk mógł się wykrwawić. A także to, że Cyrus Redblock (Lawrence Tierney)i Felix Leech (Harvey Jason) znikają po wyjściu na korytarz Enterprise, a szminka z twarzy kapitana jakoś nie [ej, nie pomyślałam o szmince, ale masz rację!]. Ale to drobiazg. Nieistotny szczegół.
Odcinek jest dobry i czekam na więcej w tym stylu.



And... when I looked down into the street, I actually saw - automobiles!

Haven

Ja tam bym jednak wolała
po prostu polecony... (źródło)

Premiera: 30 listopada 1987
Reżyseria: Richard Compton
Scenariusz: Tracy Tormé, Lan O’Kun

Ku mojej rozpaczy, ten odcinek koncentruje się na doradcy Troi. Dlaczego ku rozpaczy? No już kilka razy chyba zaznaczyłam, że nie jestem fanką tej postaci. Tak jak przy wcześniejszych oglądaniach działała mi na nerwy doktor Crusher, tak tym razem doszłam do wniosku, że w gruncie rzeczy całkiem ją lubię, natomiast doradca Troi jest po prostu pięknookim balastem na pokładzie Enterprise. No niemniej skoro dziewczynki miały Rikera, to chłopcy pewnie musieli mieć Troi, więc siedzi tam na mostku i nic nie robi. W dodatku, z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, nie nosi regulaminowego munduru. Nie wiem więc, czy w końcu jest we Flocie czy nie. Przy T’Pol w Enterprise to było dość czytelnie doprecyzowane, ale tutaj mam mętlik w głowie, szczególnie że na początku widzieliśmy Troi w mundurze.
No łotewer. W każdym razie odcinek skupia się na małżeństwie Troi. Oczywiście, z marszu wiemy, że ślub nie dojdzie do skutku, bo przecież nie trzeba być Sherlockiem, żeby kojarzyć obecność tej bohaterki w kolejnych epizodach i kolejnych sezonach, a gdyby wyszła za mąż, oboje opuściliby pokład Enterprise – więc emocjonalnie jest dość biednie. Na szczęście nie jest to jedyny wątek. Choć nadal mnie bawi pierwsza reakcja Picarda na informację o małżeństwie: kapitan pyta, czy Troi i jej nowy mąż zamieszkają na statku. Ona na to, że nie. A on: „w takim razie gratulacje!” – może to tylko ja, ale zabrzmiało to jak perfidnie cyniczna radość z tego, że wreszcie pozbędzie się Troi z pokładu.

Najbardziej bezsensowna para w tej serii. (źródło)
Ale pomijając moje małe niechęci.
Odcinek nie gra mi ze względu na ten dziwaczny mistycyzm, który się w nim pojawia – że oto Wyatt (Rob Knepper) i Ariana (Danitza Kingsley) z jakiegoś magicznego powodu widzą się w snach przez niemal całe życie, mają na swoim punkcie obsesję i istnieje jakieś wspólne przeznaczenie, które ich ze sobą połączy. To straszne pójście na skróty – nie tego spodziewam się po Star Treku, że mi nagle powie: BO MAGIA. Jasne, Deep Space 9 też ma sporą dawkę całkiem nienaukowej religijności, ale tam to jest elementem dość rozbudowanej historii, która swoją drogą nie raz poddaje w wątpliwość takie rzeczy jak wizje czy proroctwa, konfrontuje wiarę z zimną logiką. Tutaj w ogóle nie mamy poruszonego takiego problemu – ot, po prostu jest jakieś mistyczne połączenie, o którym wie Lwaxana Troi (nieodżałowana Majel Barrett) i tyle. I objawia tę wiedzę Wyattowi, a on nie zadaje pytań, tylko przyjmuje, że tak właśnie jest. No serio?!

Ja akurat nie dziwię się zupełnie, że Wyatt kupił bez zbędnych pytań wyjaśnienie Lwaxany. Przede wszystkim matka narzeczonej rozgrzeszyła go swymi słowami z niespełnienia obowiązku. Zaś sam mistycyzm wyjaśnienia doskonale pasował do tego zawodu, który on odczuł, gdy się okazało, że Deanna nie jest tą, którą widuje w snach. Chłopak był na oko romantycznym idealistą. Artysta, lekarz z powołania. Troi jako empatka, która potrafi rozmawiać w myślach z przedstawicielami innych ras, którzy są jej bliscy była dla niego oczywistą nadawczynią snów. To w dziewczynie ze snów się zakochał i wierzył, że wszystko będzie pięknie. Gdy doznał zawodu zachował się bardzo elegancko i delikatnie, ale nie kłamał. Też go polubiłam. Myślę, że z jego punktu widzenia wyjaśnienie było zbędne.
Gorzej, że z mojego nie, bo ja czekałam na coś. Na cokolwiek. Choćby najgłupsze, najprostsze wyjaśnienie. Każde byłoby jakimś fajerwerkiem, choćby malutką petardką. Zamiast tego dostałam tylko psss niewypału. Brzydko.

Co jeszcze jest słabawe w odcinku? Traktat zawarty między Przystanią a Federacją. No bo tak: Przystań nie ma żadnych systemów obronnych, tak? I Federacja ma ich bronić. Okej, ja to przyjmuję. Ale jednocześnie Federacja nie ma żadnych posterunków na orbicie, patrolujących okrętów ani nic. Ich „obrona” Przystani sprowadza się do tego, że mieszkańcy Przystani mogą mieć nadzieję, że w razie niebezpieczeństwa gdzieś w pobliżu będzie przelatywał jakiś Enterprise i będzie można poprosić ich o pomoc. A gdyby Enterprise nie przelatywał? Cóż, peszek.. Nie powiem, to całkiem korzystny układ dla Federacji, ale Przystań powinna jeszcze popracować nad własną polityką zagraniczną.
No ale na szczęście Enterprise przelatywał. Wszyscy się cieszą.

W tym miejscu muszę się zgodzić. Nie kumam braku obrony planetarnej. I ogólnie to wyparłam jakoś tę panienkę, która krzyczała z ekranu: „zestrzelcie ich!”. Przede wszystkim, po co ta histeria? Obcy nie zdążyli jeszcze nic zrobić, choroba była pradawna, a medycyna poszła wszak do przodu. I dobra, zagrożenie całej planety epidemią to nie byle co, ale jednak może najpierw jakieś rozmowy? Ech.

po lewej: Panna Chapel Głos Komputera
Lwaxana Troi (źródło)
No ale to takie moje dwie wątpliwości. Nie oznaczają, że odcinek mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie: jest trudna sytuacja dyplomatyczna, kiedy trzeba pomóc tak naprawdę dwóm stronom czegoś, co może urosnąć do otwartego konfliktu (a w każdym razie takie istnieją obawy). Picard musi uhonorować traktat z Przystanią, ale jednocześnie jest zobowiązany pomagać potrzebującym, czyli – w tym przypadku – Tarellianom. Jest też dość wyraźna przestroga dla ludzi: dziwnym zbiegiem okoliczności, wspomniani już Tarellianie byli właśnie na etapie rozwoju zbliżonym do dwudziestowiecznej Ziemi, kiedy wdali się w wojnę między dwoma kontynentami, która doprowadziła do zagłady całej rasy. Przypadek?
W dużej mierze więc duch tego odcinka jest bardzo startrekowy. Jednocześnie mamy pomniejsze heheszki wynikające z różnic kulturowych między Lwaxaną a Victorią Miller (Nan Martin), wesołość budzi też poczciwy Steven (Robert Ellenstein). A gdzieś w to wszystko wkomponowany jest ten – wspomniany już wcześniej – wątek ślubu.
W ogóle Wyatt jest młodzieńcem bardzo sympatycznym, który – tak jak i Deanna – usiłuje się odnaleźć w sytuacji, która nie jest dla niego zbyt komfortowa. Naprawdę budzi pozytywne emocje, w dodatku im dalej brniemy w odcinek, tym jest lepiej. Odwrotne wrażenia miałam w temacie Rikera, którego bólu duszy, prawdę mówiąc, nie rozumiem. Strzela jakieś foszki, że Troi będzie się hajtać, ale przecież tych dwoje nie jest jeszcze (już? W sumie jedno i drugie) parą. I wywlekanie tego, że Riker nade wszystko chce być kapitanem statku, było w gruncie rzeczy zbędne. Nie było między Deanną a Pierwszym żadnych zobowiązań, które uzasadniałyby te humory Rikera. Może wystarczyłoby podkręcić ich wzajemne relacje w kilku wcześniejszych odcinkach? Niestety, to jeden z tych przypadków, gdzie ten brak ciągłości się mści.

Pomyślałam sobie, że może te powłóczyste spojrzenia i wzdychania mają mnie utrzymywać w przekonaniu, że Pierwszy i Doradca mają się ku sobie bardzo bardzo. Albo może ten odcinek miał być jakimś przełomem w ich relacji. Oto dzielny komandor sobie uświadamia, co traci. I nie chce tego stracić, więc siada w malowniczej pozie, patrząc w zachód słońca i wzdycha… OESU. To nawet we mnie wywołuje pawia. Niestety nie bardzo był przełomem, bo temat nie został pociągnięty. Troi po prostu została, a Riker może sobie nadal wzdychać.
Swoją drogą – nie kupuję też faktu, że małżeństwo miałoby przeszkadzać w dochrapaniu się rangi kapitana. Bo niby czemu? Jedna odpowiedź przychodzi mi do głowy – bo to taka wielowiekowa tradycja. Tyle że nie. Dowódcy mieli żony, choć te spędzały większość życia same. Mieli też synów, którzy kontynuowali tradycję, albo nie. W czasach TNG spokojnie mogliby sobie służyć na tym samym statku. Wszak oni w ogóle nie są dla siebie konkurencją. W sensie zajmują się czym innym. Trudno mówić, żeby ich relacja miała zakłócać działanie załogi. Nie kupuję.

Koniec końców, na szczęście blondynka rysowała Wyatta, Wyatt blondynkę, więc Wyatt zapewne uratuje ginącą cywilizację i wszyscy będą klaskać uszami z radości. A Riker i Troi nadal nie są parą, chociaż Wyatt już im nie przeszkadza. Cholerny pies ogrodnika z tego Pierwszego, ot co [lepiej bym tego nie ujęła]. Przynajmniej Lwaxana może spędziła parę miłych godzin w towarzystwie Picarda, a pan Homn (Carel Struycken) się malowniczo schlał. Małe radości każdego dnia.



– That was meant as a joke, captain.
I was not amused.