The Ambergris Element; The Slaver Weapon

il. Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 1 grudnia 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Margaret Armen

Cząstki Ambry vel. Pierwiastek ambrowy… cóż, mogło być gorzej. Tymczasem okazuje się, że tytuł to najmniejszy problem tego odcinka. A, niestety, znajdzie się ich sporo.
To, co mnie uderzyło przede wszystkim, to szalona niefrasobliwość, z jaką załoga Enterprise zwiedza inne planety. To znaczy nie chodzi o to, że mnie to zaskakuje: ta niefrasobliwość to jeden z charakterystycznych punktów Star Treka od samego początku. Niemniej tu byli jakoś szczególnie głupi, albo mi akurat siadła odporność w momencie oglądania.
No bo jest pokryta wodą planeta, gdzie może jest jakieś życie, ale może nie ma, w sumie to cholera wie. Smyrnęli całość tricorderami i już zasuwają beztrosko. Przecież mogliby przygotować się na atak tej wielkiej krewetki gdyby mieli chociaż głupią kamerę wycelowaną pod wodę. Oni w żaden sposób nie monitorowali najbliższego otoczenia?
A potem w zasadzie do samego końca kontynuują zachowanie się jak kretyni. Choćby Wielki Problem, sformułowany przez Kirka: że jeśli nie znajdą antidotum, do końca życia będą musieli tkwić w akwarium. Ale, psia ich mać, dlaczego? Przecież odcinek sam kilka razy pokazuje, że dysponowali czymś odwrotnym do butli tlenowych i baniakami na głowę, żeby móc się przemieszczać po powierzchni. Po ciul więc to akwarium?
Problemem, tradycyjnie, jest strona graficzna. Abstrahuję już nawet od takich drobiazgów, jak spontanicznie zmieniający się kolor rzęs Rili (Majel Barrett, która zresztą gra chyba wszystkie Akwanki, podobnie jak James Doohan podkłada głos prawie wszystkim męskim Akwanom). Ale wkurzała mnie ta maniera, że płynący bohaterowie zostali chlaśnięci w całości na biało – jakby komuś się nie chciało do końca pokolorować obrazka. Przy czym znów: to nie pierwszy raz Animowana Seria pogrywa w ten sposób, więc nie jestem specjalnie zaskoczona. Może moja odporność na te buble się powoli kończy?
No po prostu nie przemówił do mnie ten odcinek. Mam wrażenie, ze jest niedbale zrobiony, z zupełnie nieprzemyślaną fabułą. Gromadzi wszystkie dotychczasowe grzeszki TOSa i TASa, nie bardzo oferując coś w zamian.
A recepturę na antidotum Akwanie zajumali
uderzonemu w czerep Panoramiksowi.
(źródło)
Gdybym miała bardzo się spiąć, pewnie mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że ten odcinek to konfrontacja dwóch światopoglądów, starcie starego i nowego, konserwatyzmu i postępu. Ale jakoś bez polotu to wyszło i właściwie w ogóle nie mam ochoty się nad tym zastanawiać. Bo zresztą, nie ma nad czym: przywiązanie do tradycji jest głupie, młodość rulez. Czy coś.
Aha, no i jeszcze: co z Pierwszą Dyrektywą? Bo jakby cholernie mocno wtrącili się w los Akwan, którzy przecież nie mieli jeszcze napędu warp – a o ile pamiętam, to był wyznacznik, czy już można ingerować czy nie.
Meh.

O to to to! Pełna olewka Pierwszej Dyrektywy też mnie jakoś tak zafrasowała. Bo to jednak było coś, czego dość mocno się twórcy ST trzymali. Nie że nigdy nie pozwalali sobie na jej nagięcie, ale tu po prostu przesadzili.

Naginali, ale mówili zazwyczaj, że hej, Pierwsza Dyrektywa, naginamy ją. A tutaj jakby zapomnieli o jej istnieniu.

Jasne – wyszło na zdrowie, bo przecież wszyscy by zginęli w tym nieszczęsnym trzęsieniu, ale jednak to jakieś takie naciągane mi się zdaje. Mocno. Zdołali mnie zgubić w dwudziestominutowym odcinku, gdy nagle im to miasto wyrosło z powrotem spod wody. No i kurcze, życie pod wodą, a życie na lądzie to nie jest tylko kwestia oddychania. Wilgotność naskórka i takie tam. Wiem, że to najmniejszy problem, ale jak Kirk powiedział, że on nie może dowodzić z akwarium, to ja sobie pomyślałam, że strasznie śmiesznie będzie wyglądał taki pomarszczony od wody, a zaraz potem – chłopie, ty się najpierw z tego munduru rozbierz, bo to jest bawełniane ciulstwo z pewnością makabrycznie pod wodą niewygodne.
W sumie to mi jakoś szkoda, bo mi się bardzo motyw podwodnych miast podoba. I to mogłoby być coś.
A w ogóle to jakim cudem to wszystko w tych miastach wzięło i przetrwało takie nienaruszone? Ech. Ech. I czemu niby Akwanie nie mogli tam wchodzić? Nie wiem, nie ogarniam.
Meh.

Telepata (źródło)
Premiera: 15 grudnia 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Larry Niven

Odcinek Broń doskonała? vel. Broń łowców niewolników podobał mi się bez porównania bardziej. Częściowo dzięki Kzintim i ich cudnym, różowym skafandrom. Tak, to jeden ze skutków daltonizmu Hala Sutherlanda, podobnie jak różowe tribble.
Ten odcinek nie jest zbyt dobry – ale po prostu mnie bawi. Choćby to, jak obronić się przed jasnowidzem Kzinti: myśleć o warzywach. Bo to przecież takie logiczne, że każdy mięsożerca panicznie boi się sałaty [powinni brać lekcje od Phytonów – jak obronić się przed atakiem z użyciem koszyczka malin?].
Albo założenie, że fotka znaleziona w skrzynce to wizerunek Łowcy – kamaaaaan, to równie dobrze może być zdjęcie tamtejszego kotka. Wyobrażenie boga. Fanart do jakiegoś opowiadania sci-fi z totalnie zmyślonym stworzeniem.
No i Uhura tak strasznie, okropnie biega – jakby nie mieli czasu na zrobienie biegnącego modelu tej postaci, więc góra Uhury sztywno stoi, a tylko nogi się ruszają.
I moment, kiedy telepata robi oczy kota ze Shreka – O EM GIE. Nie wiem nawet, czy zrobili to celowo, czy rysownikowi znowu się ołówek wysunął z ręki [Telepata jest słodki – trekowa wersja grumpy cata].
W ogóle najbardziej by mi się podobało, gdyby prastara broń łowcy-szpiega okazała się suszarką do włosów.
No i to gadanie, że żadna cywilizacja nie stworzyła tak potężnej broni…? Erm… No okej, może nie ma formy pistoletu, ale ośmielę się stwierdzić, że takie jebudu też bylibyśmy w stanie osiągnąć. A nawet większe i bardziej katastrofalne w skutkach [znaczy – osiągnęliśmy, nie? Jakaś Hiroshima, czy coś?].
W ogóle sorry, ale nic dziwnego, że Kzinti nie wygrali nigdy żadnej wojny. To najgłupsze koty w galaktyce.

To głupawy odcinek. Głupawy, zabawny i taki, który szybko wylatuje z pamięci, właściwie o niczym. Ale przynajmniej nie jest irytujący.

Za to ubogi w załogę. Jakby wymiotło obsadę na jakieś wakacje, czy coś… Koty są zabawne, przyznaję, zwłaszcza, że troszkę przeginają, w końcu Pinta lubi nażreć się trawy ;)
Natomiast nie mogę nie przytoczyć wspaniałego popisu myślenia pana Spocka, który każe Uhurze wyobrazić sobie, że jest ona starożytnym komputerem wojennym. No. Nie ma żadnych wątpliwości, że można sobie przełożyć myślenie takowego na ludzkie. 




– Mr. Spock, if it takes a stasis box to find another stasis box, how did anyone ever find the first one?
– As with a number of discoveries, purely by accident, lieutenant.

The Terratin Incident; The Time Trap

źródło (z dodatkiem Fryy)

Myślę, że warto nadmienić, iż odcinki te obejrzałyśmy razem, do tego z pasywnym komentarzem naszego mechanika – Ulva. O ile pierwszy wydaje mi się, że pojęłam, o tyle w drugim ewidentnie się zagubiłam.
Ale po kolei.

Premiera: 17 listopada 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Paul Schneider

Maleńka Ziemia. Czyż to nie słodkie? Tym razem nasi tłumacze, nawet nie próbowali udawać, że wiedzą, jak oddać to po naszemu. [CiutZiemia? Na wzór Ciutludzi…? Wciąż jednak to nie brzmi tak enigmatycznie jak „Terratin” i obawiam się, że plot twist byłby spalony]
Odcinek postrzegam głównie jako komiczny. USS Enterprise przelatuje koło wulkanicznej gwiazdy Cepheus i dostaje strzała z tajemniczych promieni. Błysk światła i oto wszystko, co organiczne (a więc nieszczęsne przezroczyste myszy oraz złota rybka aka kanarek z kopalni najpierw, a potem i ludzie) zaczyna się kurczyć. Statek oczywiście zostaje w swych rozmiarach, co jakby utrudnia jego obsługę załodze.
Uhura czworakująca po konsolecie, czy doktor przystawiający wielgaśny skaner do maleńkiego pana Sulu to nic w porównaniu z podwładnymi pana Scotta przesuwającymi wajchy z użyciem lin. [ale to było piękne – od razu widać, że to inżynierowie, którzy z konsoli obsługującej transporter zrobili sobie… no, wielką marionetkę]
Co znamienne, oczywiście promień nie dość, że kurczy rzeczy organiczne to niszczy kryształy dhylitium i śmiem uważać, że najwyższa pora, by Federacja wykombinowała coś nowego w ramach napędu…
Za urocze natomiast uznaję maleńkie miasto, maleńkich ludzi, którzy mieszczą się u stóp Kirka w teleporterze. W sumie to niezwykle ciekawe, co się z nimi stanie.

No i właśnie dla mnie sęk w tym, że we sumie to niezbyt ciekawe, co się z nimi stanie… w sensie że uwaga odcinka skupia się na tyle mocno na tonącej w akwarium pannie Chapel, prężącej się na konsoli Uhurze czy spontanicznie łamiącym raz tę, a raz drugą nogę panu Sulu (taaaa, serio – nie byli w stanie spamiętać, na której nodze narysowali mu łubki w poprzedniej scenie?), że kiedy już pojawiło się miasto i tamtejsi Ciutludzie, miałam raczej takie „meeeh". Nijak nie nabudowali tych postaci – nie miałam żadnego powodu, żeby przejmować się ich losem. Taaa, Mendant oczywiście próbował się pompować na starcie, że jest dumny jak Kirk i blablabla, ale to było totalne pustosłowie, niepoparte w sumie żadnymi konkretami.
Oczywiście, odcinek po raz kolejny pokazał nam, że wszyscy tak naprawdę są dobrzy i słitaśni, a jeśli ktoś kogoś chce rozpierdzielić promieniowaniem czy czymś, to wynika tylko z drobnego niedogadania.
No ale mieliśmy Grumpy McCoya, więc nie narzekam. A, no i panna Chapel była minimalnie bardziej użyteczna niż ostatnimi czasy. Hura.

Premiera: 24 listopada 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Joyce Perry

W tym odcinku dostajemy Klingonów. Klingonów w różowych kamizelkach,
źródło
których imiona/nazwiska zaczynają się na K, tak samo, jak nazwy ich statków. To nieco utrudnia zorientowanie się w sytuacji, takiemu roztrzepanemu oglądaczowi jak ja.

Klingoni Kuri, Kor i Kaz z planety Kronos wylecieli na pokładzie Klothosa… ugh. Naprawdę ten odcinek wymagał całkiem potężnego levelu skupienia, zwłaszcza w momencie, kiedy człowiek się gubił, czy Klothos to okręt czy Klingon.
Inna sprawa, że niezmiennie rozczula mnie totalne lenistwo strony graficznej TASa, bo po raz kolejny widzieliśmy mostek klingońskiego krążownika wyglądający łudząco podobnie do mostka okrętów romulańskich i w sumie to wszystkich innych z nie-Federacji…
No ale jeśli chodzi o lenistwo strony graficznej, to chyba jeszcze mocniej widać to w tym głupim, coraz mocniej męczącym kadrowaniu. Serio, w tym odcinku miałam wrażenie, że Kirk gryzie obiektyw kamery! Nie wspomnę o tym, jak pani Orionce się dłoń wtapiała w biodro, bo chyba się komuś nie chciało palców rysować.

Co jednak istotne, to fakt, że bohaterowie trafiają do miejsca poza czasem, w którym przedstawiciele 123 ras (których wyraźnie nie chciało się rysować grafikom odpowiedzialnym za serię) żyją ze sobą w pokoju. Takie ONZ tylko wyjęte z cywilizacji i postawione z boku. Kapitan Kirk i komandor Kor, których statki zostały w dość kuriozalny sposób połączone (aż się ciśnie na usta pytanie o to, czy małe będą podobne do mamusi czy też tatusia) mają zostać postawieni przed sądem (trybunałem haskim, czy co?) bo się biją. Trochę to zabawne, trochę straszne, a trochę smutne, gdy okazuje się, że na przykład przedstawicielka planety Orion (wyginająca się dziwnie w randomowych momentach) wcale nie jest szczęśliwa, żyjąc w Elisium i najchętniej uciekłaby z tego pokojowego sztucznego świata do siebie. Nie dziwię się. Pomysł na jednego przedstawiciela każdej rasy jest inwalidą. Kropka.

Ale czekaj, bo teraz to ja się już zawiesiłam. Czy to, że mamy tam przedstawicieli 123 ras, to znaczy, że to jakieś kosmiczne Pokemony? Ta inna czasoprzestrzeń wciągała tych wszystkich biedaków celowo, kolekcjonersko? W sumie nigdy tak o tym nie myślałam, ale teraz to mi się wydaje bez porównania ciekawsze No bo jeśli była tym metoda, to należy podejrzewać, że stoi za całym procederem jakaś inteligencja, no nie? Mieliśmy już Menażerię w Oryginalnej Serii, wkrótce TAS dostarczy nam The Eye of the Beholder – kosmiczne ZOO nie są dla nas niczym nowym. Ale tutaj to by było na kosmiczną skalę. I teraz to już żałuję, że nie poszli w tym kierunku.
Inna sprawa, że to Elysium wydaje się skrajnie nieciekawe. Gdzieś niby mieliśmy końcówkę jakiejś imprezki, ale naprawdę ani trochę mnie nie przekonali, że tam naprawdę jest fajnie i cudownie. Kurde, nic dziwnego, że Kirk chce stamtąd spierdalać!
Aha: ale na plus muszę odcinkowi zaliczyć ten myk ze Spockiem macającym Klingonów. Niby dość prosta sztuczka, ale i tak fajnie zobaczyć, że oni tam jednak używają mózgów.





Get away from her, Human! This is my woman!
Now just a minute! All I did was ask her to dance. She didn't have to say 'Yes'.

Once Upon a Planet; Mudd's Passion


Trójtytułowych odcinków ciąg dalszy, prawda. Netfliksie, weź się ogarnij. Przecież ja już nawet nie narzekam na to, że tłumaczenie jest jakieś nie takie, tylko chodzi mi o prostą sprawę: zdecydujcie się na jedną wersję. Przecież to wygląda żenująco…

(źródło)
Premiera: 3 listopada 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Chuck Menville, Len Janson

Pierwszy epizod z naszej dzisiejszej parki to powrót na znaną i lubianą urlopową planetę. Z jednej strony – cieszy, że mamy nawiązanie i kontynuację do odcinka z Oryginalnej Serii. Z drugiej zaś – męczą rozbieżności. Przecież w czasie poprzedniego wywczasu na tej planecie działy się im rozmaite złe rzeczy, z przebijaniem mieczami na czele. Bohaterowie doskonale wiedzą, że to wszystko działo się w celach rozrywkowych i, wbrew pozorom, było całkowicie bezpieczne. Nie mogę więc zrozumieć, dlaczego właśnie teraz zebrało im się na pielęgnowanie instynktu samozachowawczego i nagle ziejący ogniem smok budzi ich przerażenie. Albo królowa, która każe ściąć głowę McCoyowi. Czym ta królowa różniła się od rycerza z odcinka Shore Leave? Oczywiście, podejrzenia bohaterów okazują się słuszne i te sytuacje, które z pozoru wyglądają na śmiertelnie niebezpieczne… no cóż, w istocie śmiertelnie niebezpieczne. Mój problem polega na tym, że początkowo załoga Enterprise paradoksalnie nie ma podstaw, żeby się obawiać.
A jednak nie jest tak, że odcinek mi nie gra – bah, wręcz przeciwnie! Przede wszystkim mam jedno, cholernie wyraźne skojarzenie: Westworld. No bo ja przepraszam, ale mamy bohaterów, którzy trafiają do robotycznego parku rozrywki, gdzie mogą przeżywać przygody marzeń, gdyby tylko nie to, że roboty mają dość tej chałtury i postanawiają się zbuntować. Czy tu trzeba pisać więcej? I to jest w ogóle fajne i dziwne jednocześnie, ze ten temat nic a nic się nie zestarzał. Fajna i dziwna jest też zbieżność dat, jako że pełnometrażowy film Westworld (z niezastąpionym Yulem Brynnerem) miał premierę 21 listopada 1973 r. Czyli niecałe trzy tygodnie po tym odcinku Animowanej Serii.
Przypadek…?
Cóż, pewnie tak – ale jakże inspirujący!

A może wcale nie? Może po prostu to był jakiś czas rozmów na ten temat, odkrycia jakże intrygującej możliwości buntu maszyn?

(źródło)
W ogóle ten odcinek budzi więcej skojarzeń: ot, choćby ta scena, w której bohaterowie konstatują, że oto wrogowie wykorzystują przeciwko nim każdą ich myśl, toteż trzeba pilnować własnych myśli, żeby nie dać przeciwnikowi amunicji… No na litość Jeżusia, przecież to tak bardzo Ghostbusters i piankowy marynarzyk!
Albo fakt, że główny komputer na planecie uznaje ludzi za pasożyty czy też niewolników, którzy łażą po Enterprise i trzeba by ich wyeliminować – to tak bardzo przywodzi na myśl V’gera z The Motion Picture (z drugiej strony, mi połowa rzeczy kojarzy się z The Motion Picture, bo uwielbiam ten film). Komputer, nawiasem mówiąc, który koniec końców okazuje się po prostu smutnym, samotnym żuczkiem – a to już jest motyw dość częsty w Animowanej Serii. Wychodzi na to, że samotność i nieporadność w kontaktach z innymi cywilizacjami stanowi podstawę do całkiem wielu konfliktów.

Faktycznie wychodzi na to, że samotność wywołuje problemy. I to jest logiczne, bo jak ktoś jest samotny, to nawet jeśli ma dostęp do ogromu wiedzy, odbiera ją bez sita innych. Nie porównuje z cudzymi interpretacjami i doświadczeniami, więc wielu rzeczy nie pojmuje właściwie.

Od technicznej strony ten odcinek nie powala, ale z drugiej strony – mogło być gorzej. Owszem, mamy pterodaktyle, które powrzaskują dokładnie tak samo, jak te takie wiwernowate cosie z witkami z The Infinite Vulcan. Jest też bardzo znajoma polanka w lesie – identyczna choćby z polanką, na której gościł bohaterów Lucyfer na Megas-Tu. Przynajmniej jednak nigdzie nie lewituje żadna głowa. To, co mnie w tym odcinku wkurzyło chyba najbardziej, to M’Ress. Serio, ja zupełnie nie kupuję ten postaci – jest kompletnie nijaka i chyba jej jedyną cechą charakterystyczną jest randomowe „purr”, które od czasu do czasu wrzuca po wypowiedzi. Co gorsza, to „purr” pojawia się naprawdę w głupich momentach, tak że ja już sama nie wiem, czy ona serio odczuwa jakąś perwersyjną przyjemność z faktu, że być może zaraz wszyscy zginą, czy ki czort. No to po prostu nie jest zbyt dobra postać.

(źródło)
Premiera: 10 listopada 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Stephen Kandel

No cóż, a w kolejnym odcinku dostajemy ponowne spotkanie z niepowtarzalnym Harrym Muddem. Który tym razem usiłuje opchnąć coś jakby, no cóż, pigułki gwałtu? Jak się zastanowić, ta postać jest jednak okropna – znaczy do tej pory też miał, ma się rozumieć, swoje nad uszami, niemniej tutaj miałam wrażenie, że już nawet przestali się starać. Z drugiej strony, nie ma co wieszać psów na odcinku: wszak „eliksir miłości” to nie jest wynalazek Star Treka i niejedną baśń osnuto na bazie tego wynalazku.

Przyznam, że ten odcinek nie zostawił we mnie jakiegoś szczególnego śladu. Ot, pośmialiśmy się z niezręcznych sytuacji, w których na skutek kontaktu z kryształami Mudda znaleźli się nasi bohaterowie, załamałam się nieco haniebnym brakiem profesjonalizmu u panny Chapel, która – moim zdaniem – jest tu totalnie out of character i w ogóle nie kupuję jej głupiego zachowania, no i to właściwie tyle. Mam tylko nadzieję, że tak głupie przedstawianie kobiet na odpowiedzialnych stanowiskach nie wejdzie serii w krew. Bo trochę niepokoi, że pannę Chapel dzieli tak niewielki odstęp czasowy od redshirtki Anne z odcinka Survivor.

W gruncie rzeczy to, co najlepiej zapamiętałam, to fakt pojawienia się losowego redshirta z dupy w jednej z ostatniej minut epizodu: tam, gdzie Spock, Mudd i Kirk walczą z kamiennymi stworami. To znaczy Kirk walczy, a tamci patrzą. A przez mgnienie oka patrzą w towarzystwie jakiegoś ziomka, który nigdy wcześniej ani później się nie pojawia.
Serio, TASie – czy ty w ogóle patrzysz, co tam z siebie wypluwasz, czy po prostu klecisz te odcinki na rympał i nic cię to nie obchodzi…?

Rzucający spojrzeniem na boki Mudd. To mnie utkwiło w pamięci. Serio, brakowało mi tylko, żeby mu się z ust wysunął taki wężowy język i oblizał twarz aż po oczodoły. Brr.

No i panna Chapel. Przyznam, że aż mnie nosiło ze złości na to jej zachowanie, które nie było jej zachowaniem, więc serio – tak się nie robi. Ona nigdy by nie zrobiła takiego numeru.

Z plusów – Mudd nie wiedział, że to działa, a jednak działało. To fajny motyw był i to, że po wszystkim ludzie reagowali na siebie gwałtowną niechęcią. To tez wydało mi się prawdziwe – taka obrona przed wstydem, że się chwilę wcześniej było poniżająco żenującym.

A tak w ramach podsumowania – TAS to taka trochę platforma do ficów, nie? Różni ludzie robią sobie odcinki z elementami, które im się spodobały. Tak to odbieram.



– There must be something in your little black pouch that could temporarily incapacitate our victim.

The Infinite Vulcan; Magicks of Megas-Tu

Bez munduru Spocka nie da się sklonować (źródło)

Muszę. Po prostu muszę zadać to pytanie – czemu każdy odcinek animowanej serii na Netflixie ma aż trzy tytuły? W tym dwa totalnie różne polskie? Napisy mówią swoje, a lista odtwarzania swoje. Intrygujące… [taak, też mi się to rzuciło w oczy. Nie mam pomysłu, z czego to wynika]. A teraz po prostu przejdę do omawiania odcinka nr 7.

Premiera: 20 października 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Walter Koenig

Wolkański klon aka Nieskończony (swoją drogą tytuł z listy odtwarzania jakiś lepszy mi się wydaje) został napisany przez pana Czechowa. Najwyraźniej im go jednak silnie brakowało na pokładzie i postanowili jakąś kasiurę jednak dla niego wysupłać (patrz wpis o pierwszych dwóch odcinkach The Animated Series).
Pan Czechow hołduje najlepszym tradycjom startrekowym. Każe panu Sulu macać obcą roślinę, na obcej planecie, bo taka ładniutka i jeszcze popyla na nóżkach, bo to niezwykła roślina jest. Planeta okazuje się być zaludniona przez inteligentne, chodzące rośliny, które oczywiście mówią po angielsku. Szok oglądającego trwa krótko, bo tym razem dostaje on wyjaśnienie – mamy uniwersalny translator i, z mojego punktu widzenia, w zupełności to wystarczy. Każdy powinien go mieć.
A jeszcze potem się w ogóle okazuje, że to nie rośliny są tu kłopotem, ale ich nauczyciel angielskiego – gigantyczny człowiek, przedstawiający się znanym nazwiskiem i pragnący podboju wszechświata w imię pokoju. Bo wiadomo, że jak wszyscy się naparzają, to trzeba ich mocniej naparzać, a potem kazać się kochać. To zawsze działa. Na szczęście prapradziadek doktora miał problem z chwastami w ogródku, a praprawnuk odtworzył pospiesznie przepis na pestycyda. A jeszcze bardziej na szczęście nie jest tak prosto sklonować pana Spocka, czy raczej sklonować prosto, ale przekonać jego logiczną naturę do mordowania w imię pokoju w świecie, gdzie panuje pokój (choć jak wiemy nieco chwiejny, jeśli się zapędzimy za daleko w strefę neutralną) jest wręcz niemożliwe.
Jeśli mam zarzuty co do odcinka, to głównie takie, że dla mnie animacja wygląda coraz niechlujniej. Pan Spock gubi się z leżanki, na której jest mu odsysany mózg a dynamiczne sceny są tak statyczne, że wyglądają, jakby sporo klatek zostało wyciętych z taśmy filmowej. Brr.
Nie bardzo też ogarniam, dlaczemu ten wielki człowiek zwany Mistrzem, nie słuchał wieści ze świata. Skoro Fylosianie sami planowali te 250 lat temu zrobić porządek z wojnami w galaktyce, to znaczy, że o nich wiedzieli i co, nagle stracili łączność ze wszystkim? Czy faktycznie zostało ich tylko czterech? No ale wtedy nie bardzo wiem, jak mieliby naparzać resztę wszechświata. Trochę to wszystko mętne, panie Czechow.

A to mi akurat tak bardzo nie przeszkadzało. Po pierwsze, wpisuje się dość dobrze w trend TASa: źli koniec końców wcale nie są źli, po prostu trochę pobłądzili, ale wszyscy chcą dobrze i rzygają tęczą. Oczywiście upraszczam, no ale w sumie to mi się nawet podoba, bo ładnie pokazuje, jak łatwo o nieszczęścia z powodu zwykłego niedogadania. Nie mam wprawdzie pojęcia, dlaczego doktor Stavos Keniclius (grany, bajdełej, przez Jamesa Doohana) nie próbował skontaktować się ze światem zewnętrznym, ale przyznam, że w ogóle nie zaprzątnęło to mojej uwagi w czasie oglądania. Raczej skupiłam się na tym, że hej: tego typu historie, jak widać, lubią się powtarzać. Pamiętamy chociażby Johna Gilla z Patterns of Force – jeden z tych, co to chcieli dobrze, ale coś im się pomerdało…
No i mamy kolejną wzmiankę o wojnach eugenicznych, które generalnie wydają mi się mocno ciekawym epizodem w uniwersum Star Treka.

Wcale jednak nie chcę powiedzieć, że się nie bawiłam. Zadziwiająco dobrze mi się ogląda ten przerażający ponoć epizod w historii Star Treka, jakim jest Seria Animowana.

Ja mam mnóstwo mieszanych emocji przy tym odcinku. Przede wszystkim, mam wrażenie, że rysownik dokądś się spieszył i w sumie to mu się nic nie chciało. A to lewitująca głowa pana Sulu wykrzykuje coś o wolkańskim dotyku myśli, a to rękaw dużego Spocka przenika się z czołem małego Spocka, a innym znów razem Spock niby leży w gablotce, nagle spontanicznie w ramionach doktora, a potem znów w gablotce… Naprawdę, to irytująco duże zmasowanie pomyłek jak na dwudziestominutowy odcinek. No i jeszcze te takie wiwerny z witkami… och, przyzwyczajajmy się do nich, bo twórcy zdecydowanie polubili ten projekt: w innych odcinkach wycięli tylko witki. Za to wrzaski rodem z „Birdemic” zostały.
Dziwi mnie, że kiedy mowa o ustaniu pracy mózgu, jako najbardziej problematyczny fakt doktor McCoy podaje to, że Spock „przestanie myśleć”. Znaczy no… bo mi się tu nasuwa coś o podtrzymywaniu funkcji życiowych, a nie intelektualnej ekwilibrystyce, ale okej, okej… może McCoy ma inne priorytety, who knows.
A, no i że Spocka sklonowano razem z mundurem Gwiezdnej Floty – dlaczego?
Na plus muszę zaliczyć, że przynajmniej pan Sulu dostał kolcem jadowym – czyli przynajmniej klasyczne startrekowe macanie obcych form życia gołymi rękami skończyło się tak, jak powinno: potencjalnym zgonem.
Ale chyba w największą konfuzję wpędził mnie żarcik na końcu, ten o byciu tajemniczym. No bo WTF? Czy to do czegoś nawiązywało? Czy gdzieś wcześniej było o tajemniczości lub jej braku u pana Sulu? Naprawdę, ja tego zupełnie nie zrozumiałam i trudno mi to przyjąć jako puentę odcinka.


Premiera: 27 października 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Larry Brody

OK. Magicy z Megas-Tu wspięli się na szczyt mojej listy Star Trekowych
Chłopaki słuchają swego kumpla Lucka (źródło)
zajebistości. Załoga leci sobie radośnie w środek tego, co uważane jest za epicentrum Wielkiego Wybuchu i cieszy się, że prawdopodobnie będzie mogła oglądać powstawanie chaotycznej materii. Materia powstaje i owszem – w równie radosnych fajerwerkach. I co? Przyciąga USS Enterprise! Silniki sobie nie radzą! No nieprzewidywalne po prostu!
Ale to jeszcze nic. Najlepsze dopiero nas czeka – oto bowiem padają wszystkie systemy, oto doktor krzyczy „Musimy coś zrobić, Jim!” i traci przytomność i wtedy pojawia się zbawiciel. Roześmiany od ucha do ucha rogaty gość od pasa porośnięty futrem i z kopytami zamiast stóp. Macha ręką i wszystko jest OK.
Niesamowicie urzekł mnie koncept Lucyfera, jako magika, który wraz z kumplami czarodziejami osiedla się na Ziemi i pomaga ludzkości. A potem ludzkość próbuje go spalić na stosie w Salem. To tak absurdalne, że aż piękne.
I jeszcze magicy właśnie. Rozsądni i dobrzy. Mimo złych doświadczeń z ludźmi, potrafią dać im szansę i pozwalają udowodnić, że ludzkość się zmieniła.
Lubię. I już.

Zdecydowanie wolę ten odcinek od poprzedniego. Znaczy nie jestem pewna, czy trochę nie jest sprzeczny z epizodem TOSa Who Mourns for Adonais?, bo jakby tam już mieliśmy ujawnienie tajemnicy wszechświata, że bogowie to w istocie kosmici, którzy byli na Ziemi, ale ją opuścili – ale to mi aż tak nie przeszkadza. Bardziej mnie fascynuje, że magicy z Megas-Tu wydają mi się być kolejnym podejściem do Q. Mieliśmy już rozpieszczonego Trelane’a z Gothos, Animowana Seria zaś daje nam Lucyfera (nawiasem mówiąc, kolejny przedstawiciel obcej cywilizacji, który w głębi serca chce dobrze, podobnie jak pozostali magowie). Wydaje mi się, że ostateczne pojawianie się Q w Następnym Pokoleniu było po prostu nieuniknione.
Dodatkowo jest to jeden z wielu odcinków, gdzie przedstawiciele Federacji muszą udowadniać nieznanym cywilizacjom, że są… no, po prostu warci ocalenia. I to ogromnie lubię, bo podoba mi się, że ktoś kiedyś promował tezę „nie jesteśmy tacy źli” – to jakby nie jest najmodniejsze podejście.
To miły odcinek i oglądanie go dało mi sporo frajdy.


Very well, captain. I'd forgotten how much bodily integrity means to you humans.