Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka

(źródło)
Premiera: 1 czerwca 1984
Reżyseria: Leonard Nimoy
Scenariusz: Harve Bennett

Fraa: No to skończyłyśmy drugi sezon Oryginalnej Serii. Zgodnie z tradycją, postanowiłyśmy to uczcić, oglądając pełnometrażówkę. Tym razem wypadło na jeden z moich ulubionych filmów spod znaku Star Treka, czyli “W poszukiwaniu Spocka”. Co świadczy tylko o tym, że jestem spektakularnym bezguściem, bo moje dwa ulubione Star Treki to te dwa uważane za mocno słabe, czyli części I i III. To nie tak, że je porównuję - każdy z nich uwielbiam za coś innego, bo też są utrzymane w totalnie różnych klimatach. W każdym razie “W poszukiwaniu Spocka” to dla mnie niesamowity oddech po hejtowanym Khanie.

Siem: Ja przyznam, że kiedy oglądałam go tym razem specjalnie pod naszą dyskusję, uświadomiłam sobie ze zdziwieniem, że bardzo szybko się skończył. W takim sensie, że miałam go w pamięci, jako fiiiiilm, długi i zawiły. I zabij mnie, nie wiem czemu, bo tak naprawdę zasadnicza oś fabularna mknie prosto do celu i tak naprawdę wszyscy wiedzą od razu, bez zbędnych dyskusji, co mają robić. To było fajne – brak wahań.

F.: Tak. W ogóle bardzo fajnie wypadła załoga Enterprise jako zespół. Bah, mało, że zespół - jako rodzina. Któremuś z naszych coś się dzieje? Rzućmy wszystko i lećmy na ratunek! Ogromnie to lubię. I mam wrażenie, że żadnej późniejszej serii Star Treka nie udało się tak zbudować tych więzi między bohaterami, jak TOSowi. Ja po prostu wiem, że oni by dla siebie skoczyli w ogień i jeszcze by się z tego cieszyli, wcale nie dając widzowi odczuć, że się jakoś strasznie poświęcają. A przecież tutaj Kirk poświęcił się niemal ostatecznie.

S.: Prawda. Nawet przemknęło mi przez myśl, że jakoś tak szybko przeszedł do porządku dziennego nad tym, co spotkało Davida. Z drugiej strony – nie było czasu na prawdziwą żałobę.

F.: Hahaha! Zupełnie zapomniałam o Davidzie. Miałam na myśli Enterprise xD

S.: Taaak… właściwie, to dość dużo mówi o Twoim i kapitana podobieństwie… ;) A wracając do załogi, jako rodziny. W tej rodzinie największe wrażenie zrobiła na mnie Uhura. Wspaniała, zdecydowana, nieugięta. Młodzieniec z jej wachty zaiste przeżył przygodę. Swoją drogą, ciekawa jestem czy admiralicja naprawdę uważała, że Enterprise da się zatrzymać.

F.: Uhura zawsze jest wspaniała <3 A młodzieniec ma naukę na przyszłość, żeby nigdy, przenigdy nie mówić Uhurze, że jest stara albo cokolwiek w ten deseń. W ogóle strasznie mi się też podobało to… nie wiem: ubajkowienie całej tej historii. Właśnie mocno odczuwalne w tej scenie z młodzieńcem i Uhurą, kiedy widz dostał jasny komunikat, że stara ekipa TOS to przygoda, życie w bajce. Młodzieniec był z innej rzeczywistości. Nudnej, realnej – takiej, która musi przegrać z zajebistością TOSa.

Valkris - kobieta, która bardzo spokojnie
podchodzi do tematu własnego zgonu.
(źródło)
S.: Cała Genesis była bajkowa. Zmiana martwej skały w kwitnącą planetę, tak pełną życia, że zjada samą siebie w kilkadziesiąt godzin. Człowiek bawiący się zabawkami przynależnymi do tej pory sile wyższej, jeszcze nie do końca wiedzący jak ich używać. Podobała mi się scena w jaskini – ten zachód słońca, obserwowany przez Davida. Taki prędki, żywiołowy, jak cała Genesis z jej wpływem na nowego/odrodzonego Spocka.

F.: Genesis to chyba taki Raj, do którego ludzie próbują wrócić, ale nie mogą. Dlaczego nie mogą – to już pewnie można zostawić interpretacji każdego widza osobno. Inna sprawa, że jak już mowa o Genesis, to nie mogę nie wspomnieć o tej scenie: https://youtu.be/4_EdJmj8szQ?t=1m59s No po prostu mistrzowie konspiry.

S.: Bezapelacyjnie dyskretni, jak przysłowiowa kupa w kadzi z ponczem…

F.: Ale wszak to tylko jedna z dziwnych i nierzadko zabawnych głupotek tego filmu. Dlatego mimo najlepszych chęci, nie nazwę go raczej nigdy arcydziełem. Niemniej to tak pięknie się ogląda: choćby jak Excelsiorowi nie odpala napęd warp - uwielbiam ten dźwięk, jakby kurde Maluch nie mógł zapalić czy coś. Oczywiście – w próżni.

S.: Brakuje tylko, żeby ktoś wyszedł z młotkiem puknąć w rozrusznik ;)

F.: Nie, to zrobi dopiero Abrams, kiedy gówniarz udający Kirka będzie odpalał Enterprise z kopa xD Ale kontynuując: są więc te rzeczy. No i jest sam tytułowy Spock, którego poszukują. I który rośnie i dojrzewa. I to jest takie dziwne, bo nagle pon farr dopada go dużo wcześniej, niż dopadło go w serialu. A żeby je „zaleczyć”, nie trzeba już nikogo zabić ani przelecieć, tylko styknie pomiziać się palcami. I choć cały rośnie, to fryzurę ma wciąż nienaganną… i ja trochę tego nie rozumiem. A to tylko część bezsensów.

S.: Oj, to dlatego, żebyś była pewna, że to wciąż Spock. Nawet jeśli pusty, bo przecież zamieszkujący ciało doktora. W ogóle – nie uważasz, że admirał Morrow, trochę pojechał, mówiąc, że nigdy do niego nie przemawiał ten wolkański mistycyzm? Znaczy, właściwie chodzi mi o to, że oni się w ogóle dziwnie zachowali, torpedując ciałem Spocka nowo powstałą planetę. Wolkanie są od dawna członkami Federacji, a skoro ich kultura wymaga ceremonii na ich najważniejszej górze, to tak właśnie sprawa powinna być załatwiona. Tak uważam. A tymczasem, Sarek musi oświecić Kirka, że zrobił coś nie tak. Swoją drogą, a co by się stało z duszą Spocka, gdyby przypadkiem nie trafiło mu się nowe ciało?

Tego widoku nie lubimy, mój Sssskarbie :(
(źródło)
F.: Myślę, że gdyby się nie trafiło, to dusza miałaby przejebane. xD i McCoy takoż. Ale wracając do Twojej wątpliwości: tak, to jest dziwne. Pamiętam, że też mnie to dziwiło, kiedy pisałam o tym filmie trzy lata temu na blogasie (kłamię, wcale tego nie pamiętałam, ale przed chwilą zerknęłam do tamtej notki). Teraz próbuję to sobie trochę racjonalizować: wiesz, w Amok Time Spock okropnie nie chciał wyjawić Kirkowi, na czym polega jego problem. Nie chciał gadać o pon farr. Może Wolkanie po prostu są wyczynowo powściągliwi, jeśli chodzi o opowiadanie innym o swojej kulturze? Z jednej strony to nielogiczne i dziwne, skoro są sojusznikami ludzi. Z drugiej… cóż, Wolkanie chyba nie zawsze są tak logiczni, jak chcieliby uchodzić.

S.: Tak, zwłaszcza ten unoszący się Sarek – nie mówimy o naszej kulturze, bo nie lubimy, ale macie ją szanować i wiedzieć. No. Zresztą sam przyznał (i tym mnie po raz kolejny kupił, bo lubię gościa), że w obliczu śmierci syna, logika mu siada.

F.: Sarek jest w ogóle mega fajną postacią: Wolkanin, który musiał się przekonywać do ludzkiego – prawie ludzkiego – syna. No i się przekonał, choć na początku nie było łatwo. Podobało mi się to. Natomiast zaskoczyło mnie, kiedy Sarek domagał się od kapłanki fal-tor-pan, a ona mu na to mówi, że to legenda i dawno nikt tego nie robił. W sumie no… jest kapłanką, nie? Nie powinna chyba bagatelizować legend, które istnieją w jej własnej kulturze…?

S.: Zdecydowanie nie. Natomiast, ja miałam wrażenie, jakby troszkę twórcy scenariusza szli na żywioł. Bo to pierwsze wejście Sareka było takie, jakby po prostu nie było innej opcji, wszyscy wiemy, że dusza jest w kimś innym i już, działamy. I potem trochę zgłupiałam przy stwierdzeniu kapłanki i jeszcze tej groźbie, że to obrzęd niebezpieczny także dla przechowalni, którą był w tym momencie McCoy.

F.: Odbieram to jako przejaw ojcowskiego zaślepienia. Dla niego sprawa była totalnie oczywista, bo był emocjonalnie związany z synem, więc ryzyko, na jakie naraziłby się McCoy, za bardzo go nie interesowało.

S.: Zrozumiały egoizm. I patrz, jak w sumie jego reakcja wyszła ostatecznie na bardziej żywiołową niż reakcja Kirka na śmierć Davida.

F.: Ej, rzeczywiście: wszak mamy tu dwóch ojców, którzy stracili synów. Nie zwróciłam na to uwagi. Przykro mi, Kirk, marny z ciebie tatuś w tym zestawieniu.

S.: I ta ciekawa kontra – emocjonalni ludzie vs zimna logika Wolkan. Oczywiście możemy brać poprawkę na to, że Kirk właściwie nie znał swojego syna, a ten umierając bohatersko wystawił sobie świetną laurkę. Kirk może być dumny z potomka, w którego ukształtowanie nie włożył szczególnie wiele wysiłku.

F.: I tu znów wraca kwestia tego, że dla mnie na ten przykład zniszczenie Enterprise było bez porównania większą tragedią niż śmierć Davida. W sensie – dla mnie, czyli wydaje mi się, że dla Kirka, no. ;) Chodzi o to, że David był właściwie obcym człowiekiem. Oczywiście, moment żalu się pojawił, ale tylko moment. Enterprise dostał dużą, piękną, malowniczą scenę, która porusza mnie tym bardziej, im więcej razy oglądam „W poszukiwaniu Spocka”. W notce sprzed trzech lat trochę na to kręciłam nosem. Teraz jestem daleka od tego. To było naprawdę wyraziste „What have I done?” i miało duży ładunek emocjonalny. Swoją drogą, to nie jedna rzecz, która mi się odmieniła przez te lata. Cały czas pamiętałam „W poszukiwaniu Spocka” jako gorzką pigułę dla McCoya. Że wszyscy byli wobec niego niewdzięcznymi szujami, a on taki biedny. Tym razem zobaczyłam, że to jest trochę inaczej – i przyznaję, ulżyło mi. Bo jest ta końcowa scena, w której Spock rozpoznał Kirka. A potem przez moment jego spojrzenie spotkało spojrzenie McCoya (syna Dawida ;) ) i tam naprawdę było widać, że oni już się porozumieli bez słów. Nie muszą sobie dziękować, bo każdy z nich wie, co drugiemu siedzi w głowie. I tak naprawdę strasznie mi się to spodobało.

A tak wyglądają Klingoni, kiedy myślą.
(źródło)
S.: Tak. To, kim są dla siebie czuć wyraźnie. Łączą ich rzeczy, o których mężczyźni nie mówią głośno ;)
Natomiast ja sobie uświadomiłam, że ględzimy i ględzimy, a nawet słowa nie poświęciłyśmy twórcom dodatkowego napięcia w tym filmie, czyli Klingonom, usiłującym przejąć tajemnicę Genesis. A przecież oni też zdecydowanie są odpowiedzialni za klimat odcinka. Bardzo mi się podobał wgląd w klingońskie metody dowodzenia. Choć jednocześnie myślę, że jeśli się ma dwanaście osób załogi, to strzelanie do nich w ramach dyscyplinowania może być nieco ryzykowne...

F.: Och, to Klingoni, nie lękają się ryzyka! A tak na serio: dziarsko fangirluję Klingonów z tego filmu. Nie tylko dlatego, że mają przegenialny motyw muzyczny (https://www.youtube.com/watch?v=jI3zwzxsfLM - OMG, te sceny, kiedy nadlatywał Bird of Prey <3 ), ale dla mnie Kruge jest po prostu cudnym Klingonem i cudnym antagonistą. Kiedy trzeba zabijać – po prostu zabija bez mrugnięcia. Nawet jeśli musi strzelać do swoich. Scena początkowa, w której musi zestrzelić Valkris tylko dlatego, że widziała coś, czego widzieć nie powinna, jest piękna. Widać w niej, że Kruge’owi jest żal, nie czerpie żadnej frajdy z zabijania, ale po prostu musi i już. I ta gadka o pamiętaniu, w ogóle cała ta honorność wojownika – no piękne. Kaman, w końcu nie bez powodu mam w szafie Kruge’owego Bird of Prey z oryginalnymi dźwiękami :3 Zawsze korci mnie porównać Kruge’a z Khanem i tak bardzo to wypada na korzyść Klingona, który jest po prostu nieustraszonym wojownikiem walczącym o przetrwanie swojego ludu, a nie jakimś rozsmarkanym kretynem, który płacze, bo nikt do niego nie pisze.

S.: I ten Klingon, który został jako ostatni, którego Kirk „straszył” śmiercią. Zawód, że jednak nie będzie mu dane umrzeć jak przystało wojownikowi <3

F.: Och tak! <3 To było piękne. I w ogóle cały wątek tak trochę daje do myślenia: z jakim zagrożeniem mierzyli się Klingoni, że potrzebowali Genesis, żeby przetrwać? Można sobie to wyczytać gdzieś zakulisowo, ale aż mi żal, że film tego tematu nie rozwija.

S.: To trochę już taka tradycja. Pokazują nam fragmenty, zza których wystają intrygujące nieopowiedziane historie. To też świadczy o rozmachu uniwersum, w którym mnóstwo jeszcze zostało do zbadania.

F.: Zdecydowanie tak. <3 I filmy takie jak „W poszukiwaniu Spocka” sprawiają, że chce się badać i chce się w ten ogromny świat zagłębiać. I muszę powiedzieć, że trzeci z pełnometrażowych Star Treków podoba mi się chyba za każdym razem bardziej. Oczywiście, nie ma tego ciężaru i głębi co „The Motion Picture”, ale jest fantastyczną, przedstawioną z rozmachem i humorem przygodą, niepozbawioną przecież głębszych treści. Każdy z bohaterów ma swoje fajne momenty, razem stanowią drużynę rozrabiaków, którzy mimo lat wciąż mają tę samą energię i z którymi trudno się rozstać. Fantastyczni Klingoni stanowią wisienkę na torcie. Zdecydowanie to nie jest moje ostatnie spotkanie z poszukiwaniem Spocka.





- A chimpanzee and two trainees could run her.
- Thank you, Mister Scott. I'll try not to take that personally.

Assignment: Earth

Autor: Juan Ortiz, źródło


Premiera: 29 marca 1968
Reżyseria: Marc Daniels
Scenariusz: Art Wallace

Rozmyślam od dobrej godziny od czego zacząć i wreszcie wiem: zacznę od tego, iż Misja: Ziemia moim zdaniem niesie w sobie od początku sporo zaskoczeń. Pierwsze atakuje oglądacza w pierwszym zdaniu – otóż USS Enterprise zostaje wysłany w przeszłość, do roku 1968, by przyjrzeć się w jaki sposób Ziemi udało się wyjść z kryzysu, o którym mówią podręczniki historii. Zostaje wysłany w przeszłość na standardową misję historyczną. Nic nadzwyczajnego. Jasne, pełen luz, widzu, to wcale nie tak, że do tej pory cofnęli się w czasie tylko raz i to przypadkiem (a przynajmniej ja nie potrafię sobie przypomnieć żadnego innego razu i to jest moment, gdy wzywam Fręę na pomoc). Oczywiście nie zamierzam bynajmniej twierdzić, że to nieścisłość, czy coś w tym stylu. W sumie to logiczne, że skoro się raz udało i załoga wraz ze statkiem wróciła bezpiecznie, to przeprowadzono potem badania, eksperymenty i rozpracowano metodę, dzięki której takie podróże stały się niewiele trudniejsze niż inne misje statków Federacji. Ale jednak – EJ, MÓWIMY O PODRÓŻACH W CZASIE, NIE?

Nie przydam się na wiele, gdyż albowiem również nie pamiętam, żeby Enterprise był w stanie ot tak sobie fruwać w czasie w ramach standardowych procedur. Przecież nawet wiele lat później, przy okazji pełnometrażowego The Voyage Home z 1986 r., przeniesienie się w czasie było co najmniej problematyczne. Owszem, wiedzieli teoretycznie, jak tego dokonać, ale jednak wciąż było to coś… no cóż, dość nadzwyczajnego. Możliwego, ale nadzwyczajnego.
Internety wspominają, że Assignment: Earth to jedyny epizod, w którym podróż w czasie jest potraktowana w ten sposób. Więc cóż – nie bójmy się tego słowa. Myślę, że możemy to potraktować jako pewną nieścisłość. ;)

Kolejne zaskoczenie jest rozciągnięte na właściwie cały odcinek. Otóż kapitan Kirk, Spock i reszta nie grają w nim pierwszych skrzypiec. To opowieść o agencie ukrytym pod pseudonimem Gary Seven (Robert Lansing), który –
I kostiumy łatwo zdobyć... (źródło)
wyszkolony przez cywilizację obcych, znacznie przewyższających Ziemię technologicznie – ma za zadanie chronić naszą piękną planetę przed zagładą, jaką łatwo mogą na nią sprowadzić jej mieszkańcy. Jak się okazuje agentów takich jest więcej, ktoś w kosmosie o nas dba i najwyraźniej niczego nie oczekuje w zamian. Przy okazji: uwielbiam teorię, która mówi, że osiągnięcie pewnego poziomu technologicznego związane jest także z osiągnięciem równie wysokiego poziomu moralnego.

Ej, mi się ogromnie podoba właśnie to, że w przypadku Ziemi właśnie ten mechanizm zawiódł i poziom technologiczny wyprzedził poziom moralny – i stąd nasze wszystkie problemy.

Bo to jeszcze nie TEN poziom! Tak myślę...

Inna sprawa, że w ogóle muszę się przy tej okazji nieco zagłębić w dzieje naszej planety. Bo jeśli dobrze pamiętam, uniwersum Star Treka polega na tym, że po II wojnie światowej była III wojna światowa (i/lub wojny eugeniczne, o których nie pozwoli zapomnieć Khan), po której dopiero ludzkość się ocknęła, zrobiła krok naprzód, nauczona poprzednimi błędami – i tak się wszystko zaczęło. To pozwala przypuszczać, że Gary Seven i kapitan Kirk zaledwie odwlekli w czasie to, co nieuniknione. Co tak ogólnie pozwala sobie uświadomić, że tak naprawdę ludzkość potrzebuje potężnego kopa w zad (takiego jak III wojna światowa), żeby się ogarnąć.
Poza tym – to jest taki odcinek, który nawet nie próbuje udawać, że nie jest zaangażowany. Traktuje o kryzysie 1968 roku i jako żywo powstał w 1968 roku. W trudnym roku i w trudnej dekadzie. Końcówka lat sześćdziesiątych to czas, w którym mamy Amerykę uwikłaną w wojnę wietnamską, zagrożenie nuklearne wisiało nieustannie nad światem… no, nie było lekko. Wszak z tego wywodzi się nawet cały nurt fantastyki, jakim jest atomic punk. Z tego samego kryzysu wyrósł Fallout (raczej lata pięćdziesiąte, wciąż jednak mowa o erze atomowej). Wyraźnie więc widać, że ta sytuacja angażowała ludzi. Gene Roddenberry i inni twórcy Star Treka nie byli tu wyjątkiem – zresztą, przecież Star Trek od samego początku gdzie tylko mógł, krytycznie wypowiadał się o erze atomowej.

Zaprawdę - to jest świetne! (źródło)
Zatem – jak wspominałam. To pan Seven i towarzysząca mu kotka imieniem Isis kradną odcinek. To pan Seven musi przekonać o swej dobrej woli przypadkową Ziemiankę, Robertę Lincoln (Teri Garr) zatrudnioną w roli sekretarki przez innych agentów, tak by była w stanie mu pomóc. To pan Seven wspina się na rusztowanie, przy którym stoi gotowa do startu rakieta, mająca wynieść na orbitę broń atomową (i znów nie omieszkam wyrazić zachwytu – kocham scenę, gdy Isis biega po Garym, a ten coś tam psuje w rakiecie).

I to jest bardzo uzasadnione, jeśli wierzyć internetom: Gary Seven i Roberta mieli być bohaterami samodzielnego serialu. I w sumie to widać w scenie pożegnania, w której Spock zapowiada, że „pan Seven i panna Roberta mają przed sobą ciekawe doświadczenia”. Ten odcinek to bardzo ładny grunt, na którym mogła wyrosnąć całkiem ciekawa historia.

Co w tym czasie robią Kirk i spółka? Wahają się. Zupełnie słusznie zresztą, bo od ich decyzji zależy wszak przyszłość Ziemi, a więc ich teraźniejszość. Pierwsza zasada podróży w czasie – nie ingerować. Tymczasem ingerencja miała miejsce niezależnie od ich działania, gdy Enterprise przejął wiązkę przesyłającą agenta na Ziemię. I teraz – czy to przejęcie przeszkodziło czemuś i dzięki temu przyszłość jest taka, jak jest? Czy wręcz przeciwnie, skoro za pierwszym razem ich tam nie było, to agent miał dotrzeć na Ziemię bezpiecznie? Czy zaufać obcemu, który nie ma czasu na wyjaśnienia i nie wzbudza zaufania? W efekcie większość działań załogi Enterprise w tym odcinku sprowadza się do przypadkowości, a gdy już podejmują działanie początkowo są z niewłaściwej strony. Bardzo mi się to podobało. Było wiarygodne i fajnie było obserwować, jak Kirk kombinuje, starając się podjąć najlepszą decyzję.
Na koniec dodam, że podobała mi się też bardzo panna Lincoln. Pasowała do swego ekstrawaganckiego stroju, jej charakter dał się zauważyć, potrafiła okazać odwagę. A do tego rozbawiła mnie w scenie, w której Isis przybiera ludzką postać.

Choć przyznam, że trochę nie rozumiem, po co w ogóle Isis przybrała tę ludzką postać. Nic z tego nie wynikło – poza srogim spojrzeniem panny Roberty. Ale myślę sobie, że ten wątek miałby potencjał, gdyby rzeczywiście podjęto się realizacji serialu o tajemniczym agencie z kosmosu i jego ziemskiej pomocnicy… że niby taki serial zrobiono i miał tytuł Doctor Who? Oj tam, oj tam!
Dobry odcinek na koniec sezonu! [A tu się całkowicie zgadzam! Jest dobry. Ma dużo Star Treka w Star Treku. Jest zaangażowany, anty-atomowy, w owym czasie ze wszech miar aktualny. Bardzo na plus!]



– Where is 347?
– With 348?

Bread and Circuses

Do tej pory chyba najzajebiściejszy
z plakatów Juana Ortiza. (źródło)
Premiera: 15 marca 1968
Reżyseria: Ralph Senensky
Scenariusz: Gene Roddenberry, Gene L. Coon

W dzisiejszym odcinku dla odmiany załoga USS Enterprise trafia na planetę niesamowicie podobną do dwudziestowiecznej Ziemi. Prędko okazuje się, że za wszystkim stoi kapitan federacyjnego statku SS Beagle, który wylądował na planecie 892-IV przed pięcioma laty i miał w dupie Pierwszą Dyrektywę. Tak, to brzmi trochę podobnie do A Piece of the Action. I do Patterns of Force. Jednak tym razem nasz niesforny przywódca – a na pokładzie Beagle’a był to kapitan Merik (William Smithers) – okazał się fanem starożytnego Rzymu (ja tam mu się nie dziwię).
Pod względem samego konceptu ten odcinek, jakkolwiek za każdym razem ogląda mi się go całkiem przyjemnie, nie ma do zaoferowania wiele nowego. Łamanie Pierwszej Dyrektywy jest złe, wykorzystywanie swojej przewagi jest złe i tak dalej. To, co mnie naprawdę zaskoczyło, to niespotykanie pozytywny komentarz na temat religii. Bo przecież o tym jest odcinek: o chrześcijaństwie. Mamy złych, pogańskich Rzymian i prześladowanych chrześcijan, którzy chcą wierzyć, że ludzie są sobie braćmi i że nie trzeba się nawzajem zwalczać.
Z drugiej strony – jak się nad tym zastanowić, to przesłanie Star Treka zawsze było mocno zbieżne z tym, co leży u podstaw chrześcijaństwa. Kirk przecież bez ustanku podkreśla pokojowe intencje Federacji i chęć przyjaźnienia się ze wszystkimi ludami kosmosów. W dodatku, jak wiadomo, Ziemia w XXIII w. wyrzekła się pieniędzy, co każe w jakimś stopniu wierzyć, że ludzkość – przynajmniej częściowo – uporała się z problemem chciwości, przekupstwa i ogólnie nadmiernego materializmu. Tak przynajmniej to widzę.
Startrekowa krytyka religii polega więc w gruncie rzeczy na tym, że mamy dokładnie te same ideały, które próbował przekazać nam Jezus, tyle że jesteśmy w stanie osiągnąć je sami, będąc po prostu porządnymi ludźmi, bez pomocy żadnego bóstwa. Jednocześnie jednak – jeśli tylko wiara w bóstwo faktycznie miałaby pomóc w byciu tymi porządnymi ludźmi – ok, czemu nie. Zdaje się, że Roddenberry nie miał nic przeciwko.

Jestem lekarzem, a nie gladiatorem!
(źródło)
W sumie to jak teraz nad tym myślę, to wydaje mi się, że zachwyt Kirka i reszty nad odkryciem, iż niewolnikom chodzi o Syna Bożego, wynikał nie z pochwały religii, a z tego, że paralela do ziemskiej historii, którą tak cały czas podkreślali jest jeszcze pełniejsza. Swoją drogą nie ma to jak Rzymianie, którzy ni z tego ni z owego postanawiają mówić w języku angielskim…

Poza wątkiem religijnym, ten odcinek ma w ogóle sporo dobrości. Po raz kolejny widz dostaje fantastyczny pokaz relacji Spock-McCoy, szereg docinków i te krótkie chwile, kiedy jeden drugiemu ratuje skórę, bo wszak są przyjaciółmi. W ogóle w tym epizodzie dostaliśmy jeden z ładniejszych momentów, w których Bones się przełamuje i chce powiedzieć coś miłego Spockowi. A mówienie Spockowi miłych rzeczy to niełatwe zadanie. Sam Spock z kolei ma moment refleksji nad ludzkimi emocjami i to też fajnie wyszło. No i, tradycyjnie, kiedy tamci dwaj gniją w lochu, Kirka uwodzi roznegliżowana blondyna. Jest też Scotty, który tymczasowo dowodzi Enterprise i wie więcej, niż złoczyńcy myślą sobie, że wie. Nie pierwszy już raz fajnie widać, że między Kirkiem a jego załogą istnieją procedury i porozumienia niedostępne dla innych, które tej czterystuosobowej rodzinie potrafią ocalić życie.
Sam Merik z kolei, do pewnego stopnia podobnie jak historyk z The Pattern of the Force, wymyka się jednoznacznej ocenie. Postąpił niewłaściwie, ale można go usprawiedliwiać: został zmanipulowany, był odcięty od planet Federacji, a w ogóle, to błądzić jest rzeczą ludzką. Moim zdaniem to naprawdę nieźle napisana postać.

"Empire TV" - totalnie kanał, który chciałabym mieć,
gdybym tylko miała kablówkę. (źródło)
Ja muszę rzec, że odniosłam wrażenie, że on nie tyle został wmanipulowany, co zwyczajnie stchórzył. Po prostu się poddał, gdy tam wylądowali i zostali schwytani, a potem nie chciał tego tak przedstawiać Kirkowi. I jednocześnie – zdecydowanie się zgadzam, że to dobra postać. Postać, która nie jest bierna. Napiszę też od razu, że nie do końca rozumiem, czemu SS Beagle – statek, jak było powiedziane handlowy – badał niezbadane wcześniej kawałki kosmosów, ale może być, że coś źle ogarnęłam…

Nie mogę też nie wspomnieć o prokonsulu Claudiusie (Logan Ramsey), który jest absolutnie rewelacyjny i mam wrażenie, że urodził się do tej roli. Totalnie widziałabym go w innych filmach, gdzie wcielałby się w rolę bogatego, dekadenckiego zdrajcę-Rzymianina.

Podobał mi się ten odcinek. Był zaskakujący pod względem przesłania, po raz kolejny podejmował problematykę Pierwszej Dyrektywy, ładnie pokazywał relacje łączące bohaterów i dał każdemu miejsce na wykazanie się – nawet Uhurze, która rozkminiła zagadkę, której nie ogarniali Kirk, Spock ani McCoy.

A, no i chrześcijanie ukrywali się w Batjaskini. Serio: w internetach można doczytać, że ich kryjówka to jedna z najczęściej używanych lokacji w historii telewizji – mieści się pod znakiem „Hollywood” i „grała” w rozlicznych westernach, w tym serialu z lat siedemdziesiątych Kung Fu, w horrorze z lat pięćdziesiątych Inwazja łowców ciał, w Batmanie, no i w Star Treku.



PS. Być może właśnie czynię wielkie zło i rozjedzie mi się formatowanie, ale muszę edytować! Gdyż albowiem dopiero po opublikowaniu tej notki uświadomiłam sobie jedną rzecz: ten odcinek, poświęcony do pewnego stopnia dyktaturze w starożytnym Rzymie, odcinek zakończony wbiciem sztyletu w plecy Pierwszego Obywatela - MIAŁ PREMIERĘ W IDY MARCOWE <3 Uwielbiam. Star. Treka.



– Medical men are trained in logic, Mr. Spock.
– Really, Doctor? I had no idea they were trained. Watching you, I assumed it was trial and error.