The Practical Joker; Albatross

Wszystkiego najlepszego, Star Treku!
(źródło)
Premiera: 21 września 1974
Reżyseria: Bill Reed
Scenariusz: Chuck Menville

Przede wszystkim, chciałam wznieść toast z okazji 52. urodzin Star Treka, które miały miejsce w minioną sobotę. C[___]!!!

c[___]!!!

A teraz do rzeczy:
The Practical Joker to kolejny z odcinków Animowanej Serii wyreżyserowany przez Billa Reeda – prawdę mówiąc, próbuję wyłapać różnice między jego (przykrótkim) sezonem a tym reżyserowanym przez Hala Sutherlanda – i nijak nie mogę. Nadal mamy tę samą słabą animację i wkurzające zbliżenia na pół twarzy. Scenariusz zadka nie urywa, choć odpowiada za niego Charles Menville, pisarz z niemałym doświadczeniem, w 1968 roku nominowany do Oscara.
To, co mnie uderzyło przede wszystkim w odcinku o tajemniczym żartownisiu, to… cóż, poziom poczucia humoru. Trudno mi to jakoś przyjąć, że załoga chichocze, kiedy kapitan pokazuje napis „Kirk is a jerk” na plecach. To znaczy nie wiem – może już wtedy wszyscy byli nieco pod wpływem gazu rozweselającego, niemniej wydaje mi się, że po wszystkich dotychczasowych doświadczeniach ci ludzie powinni bardziej na serio podchodzić do tego typu sytuacji.

Te żarty ogólnie były na poziomie wczesnych klas szkoły podstawowej. Ale przyznam, że odpowiedź na pytanie kto jest żartownisiem mnie zaskoczyła. Znaczy ja zwyczajnie jakoś na to nie wpadłam. Jasne, było tajemnicze pole, wyglądające jak pokaz fajerwerków, ale nie dało mi do myślenia akurat w tę stronę. Nie kupuję też metody odwrócenia działania pola. Gdyby chociaż przelecieli przez nie tyłem ;)

(źródło)
To, co zasługuje na uwagę w odcinku, to chyba pierwsze pojawienie się holodecku w serii. Rzecz nie do przecenienia, bo przecież w Następnym Pokoleniu to było jedno z bardziej charakterystycznych, istotnych pomieszczeń na pokładzie Enterprise. Tutaj jeszcze nie nazywa się go holodeckiem, a występuje po prostu jako rec room. Ot, jedna z tych sytuacji w Star Treku, że pojawia się coś spektakularnie ważnego, ale w danym momencie to było w sumie takie trochę nic i nie wymagało komentarza.
Sam odcinek nie jest właściwie zły, choć niczym nie porywa: mamy komputer, który zyskał świadomość i wymknął się spod kontroli. A Kirk już nie raz zmagał się ze zbuntowanymi komputerami. Ogląda się to kompletnie bez napięcia, wiedząc, że lada moment dzielny kapitan znajdzie sposób, jak wykiwać maszynę. Inna sprawa, że maszyna tak naprawdę nie stanowi żadnego spektakularnego zagrożenia dla załogi: ot, jest irytująca. Nie wydaje mi się, żeby w jakimkolwiek momencie czyjeś życie było w autentycznym niebezpieczeństwie [mogli sobie skręcić karki na lodowisku]. Stąd też brak napięcia podczas oglądania. Cały epizod zdaje się taki… pastelowy. Można by to pociągnąć dalej i mocnej: zarówno szaleństwo komputera, jak i konflikt z Romulanami. Bah, gdyby się postarać, można by z tego wycisnąć wątki na film pełnometrażowy. A dostajemy dość płytką historyjkę, która próbuje być zabawna, ale ja tego humoru nijak nie kupuję.
Ot, jest miło i ani razu nie wychodzimy ze strefy komfortu. Jeden z odcinków, które właściwie można by zapomnieć zaraz po obejrzeniu.

(źródło)
Premiera: 28 września 1974
Reżyseria: Bill Reed
Scenariusz: Dario Finelli

A tu mamy dość ciekawą sytuację: scenarzysta, Dario Finelli, jest znany z dwóch tytułów: omawianego epizodu TASa oraz filmu Scorpio ’70. Tego ostatniego wprawdzie nie oglądałam, ale wystarczyło mi zerknąć na plakat, by stwierdzić, z jakiego rodzaju kinem mam do czynienia. Zdawałoby się więc, że nie ma co robić sobie nadziei. A jednak odcinek, moim zdaniem, wcale nie jest słabszy pod względem scenariusza od poprzedniego, napisanego przez pana Menville’a.
Przede wszystkim, epizod podoba mi się z tego względu, że to jeden z nielicznych momentów, kiedy przyglądamy się przeszłości McCoya. A każdy, kto mnie zna, wie, że jestem fangirlem McCoya. Tutaj doktor jest oskarżony w gruncie rzeczy o ludobójstwo i robi się naprawdę poważnie.
Jak teraz o tym myślę, byłoby całkiem interesująco, gdyby doktor rzeczywiście czymś zawinił w całej sytuacji. I mam wrażenie, że dawny TOS nie bałby się takiego rozwiązania wątku – mielibyśmy piękną opowiastkę o odpowiedzialności, konsekwencjach i etyce. Oczywiście, TAS nie sięga do tematu aż tak głęboko. Ot, mamy gupich obcych, którym trzeba pokazać, jacy jesteśmy zajebiści. Czyli nic nowego.
Niemniej podobał mi się sam motyw zarazy i twist związany z objawami. Choć trzeba przyznać, że McCoy jakoś spektakularnie się nie wykazał: w gruncie rzeczy nic by nie osiągnął, gdyby nie majaki Kirka i pomoc Spocka. Co – nie po raz pierwszy – każe mi się zastanowić, czy aby na pewno McCoy był w ogóle kompetentnym lekarzem…? Czy w jakikolwiek sposób zasłużył na swoją reputację, czy to wszystko jednak zasługa wychwalania przez Kirka?
Co mnie trochę zaskoczyło, to głupota Demosa. No bo serio, taki był sprytny i tak chciał szpiegować, ale nijak nie wzbudziło jego podejrzeń, że Enterprise spontanicznie otwiera hangar? Tak serio, nie wróżę świetlanej przyszłości Dramianom (zresztą, poza tym jednym odcinkiem Star Trek milczy w temacie tej rasy – przypadek…? Większą karierę w uniwersum zrobili Saurianie, którzy objawili się tu jedynie jako epitet wirusa…).
Inna sprawa, że oni wszyscy nie są zbyt sprytni. To znaczy: Spock uprzedza McCoya, że jeśli wróci na Enterprise, być może umrze. No dobra, niewątpliwie ryzyko jakieś jest, w końcu zaraza i w ogóle. Ale czy lekarz nie mógłby w jakiś sposób chociaż próbować się zabezpieczyć przed zarażeniem? Pakuje się na statek pełny chorych. I nawet maseczki nie ma? Naprawdę, McCoy? Naprawdę tak bardzo chciałeś umrzeć?
No i kaman: McCoy magicznie przez jedną sekundę pojawia się w złotym uniformie. Serio? Jak wywalone trzeba mieć na własny produkt, żeby przegapić coś takiego przy centralnej postaci odcinka?

Mnie najbardziej zaintrygował wygląd Dramian. Te ręce z chwytnymi pnączami, dziwne źrenice i duże uszy. Ja bym czasem chciała, żeby wygląd innych ras był umotywowany czymś więcej niż wyobraźnią autorów. Bo przecież te wszystkie cechy fizyczne nie biorą się znikąd – do czegoś służą. No i wzruszyło mnie przywiązanie Dramian do własnego wyglądu. Ich statek wyraźnie o tym świadczy.




– Spock, have you and Jim gone out of your minds? Why, this is a jailbreak.
– Doctor... just come with me please.
– No, Spock. It's illegal, that's what it is. Besides, I must stand trial, I have to find out!
– Doctor, you WILL stand trial. You WILL find out. After you find an antidote for the plague which is about to kill everyone aboard the Enterprise.

The Pirates of Orion; Bem

źródło:

Premiera: 7 września 1974
Reżyseria: Hal Sutherland, Bill Reed
Scenariusz: Howard Weinstein

W pierwszym odcinku drugiego (i niezwykle nieproporcjonalnego w stosunku do pierwszego) sezonu Animowanej Serii mamy do czynienia z przerabianym już problemem. Epidemia niegroźnej choroby nabiera powagi, gdy atakuje pana Spocka. To co dla ludzi jest upierdliwym ale tylko przeziębieniem zabije Volkanina ze względu na różnice fizjologiczne. Jedynie super rzadki lek może uratować oficera naukowego i mimo walki z czasem i odległością udaje się wszystko zorganizować tak, by go zdobyć. Tyle że na drodze zjawiają się piraci…
Piraci z Oriona – planety neutralnej, których działalność może sprowadzić na rodzimą planetę problemy rozmiaru galaktycznego.
Oprócz tego, że problem podnoszony w tym odcinku nie powala świeżością, mam z nim jeszcze dwa problemy.
Po pierwsze – na litość, naprawdę nie można zabezpieczyć całej załogi przed choróbskami? CAŁEJ? Tej zielonokrwistej też? Przecież mają na pokładzie przedstawicieli różnych ras. I co? Nie mogą zapytać, co może ich zabić i przygotować się na takie ewentualności? Jeśli już choroba się pojawia to czy nie można Spocka profilaktycznie do izolatki? Doktor ewidentnie wiedział, co oznacza zachorowanie dla Volkanina. I nijak nie przeciwdziałał. Bo? [..bo go nie lubił…? xD A na serio: mocno się tu mści to startrekowe BHP. Oni wszyscy chyba podświadomie chcieli umrzeć…]
Po drugie – Orionie wiedzą, co oznacza złamanie zasad Federacji. Ba! Mają system samobójczy na okoliczność niepowodzenia. I robią takie głupoty? Znaczy ok., to drugie mi trochę mniej przeszkadza. W końcu chęć zysku jest przemożna a pirat też może być honorowym patriotą. I pewnie się nie spodziewali, że zostaną tak łatwo namierzeni. I jak się nad tym zastanowić to wizja zniszczenia wroga kosztem siebie jest całkiem romantyczna. I decyzja oriońskiego kapitana, który rozkazuje załodze się poddać na końcu też mi się podoba. Nie ma sensu, żeby ginęli, jeśli sprawa i tak się rypła. Swoją drogą, ciekawe, co mu zrobią władze Oriona w ramach kary za zniszczenie rozejmu…

A mi tu właśnie trochę to zazgrzytało. Bo z jednej strony mamy kulturę, w której człowiek popełnia samobójstwo, żeby tylko nie zdradzić. No kaman, to dość mocne (inna sprawa, że Orioni nigdy mi się z czymś takim nie kojarzyli, ale mniejsza o to, w sumie mało o nich wiem). A z drugiej pojawia się kapitan, który dość lekko stwierdza „okej, poddajmy się” i wszyscy idą na radosną ugodę. Przyznam, że rozczarowujące. I kapkę niekonsekwentne, jak dla mnie.

Premiera: 14 września 1974
Reżyseria: Hal Sutherland, Bill Reed
Scenariusz: David Gerrold

Ten odcinek podobał mi się ze względu na dziwaczność zachowania obcego
źródło:
obserwatora. I nie tylko zachowania – również fakt, iż składał się on z kilku członów, które stanowiły jedność uformowaną na wzór człekokształtny a z kontekstu wynikało, że do takiej formy mają prawo ci przedstawiciele rasy Pambrorian, którzy osiągną jakiś konkretny stopień rozwoju.
Zachowanie komandora Ari bn Bema wydaje się początkowo być jakimś rodzajem sabotażu – pakuje się na konkretną misję, wcześniej nie będąc chętnym do obserwacji, podmienia sprzęt, ucieka i w głupi sposób daje się złapać tubylcom, a potem siedzi w klatce narażając resztę ekipy, choć może wyjść. Powiem szczerze, że włączył mi się szacun dla Kirka za cierpliwość… Oczywiście – musiał dbać o kwestie dyplomatyczne, ale jednak – przedstawiciel planety Pambro przesadził niejeden raz.
Trochę mnie rozczarowało zakończenie – moment, w którym pojawia się istota wyższa, do której Kirk przemawia przez dwa połączone komunikatory i która jest potem określana mianem „prawie-Boga” zmniejszył mi przyjemność oglądania odcinka o kolesiu, którego tułów i głowa latały w powietrzu. Szkoda, że znów jakaś super inteligencja i znów testy. Znamy to już przecież aż za dobrze.

Cóż, Star Trek lubi ten motyw. Ja z odcinka i tak pamiętam głównie kosmitę-samobieżne puzzle 3D… Co zapewne nie świadczy o mnie najlepiej. Z drugiej strony, serio: to nie jest epizod, który robi jakieś wrażenie i zostaje w głowie. Może twórcy czuli już nadchodzący koniec? Bo sezon zaczyna się ogółem niezbyt imponująco.


There are times, Mr. Spock when I think I should have been a librarian.

Star Trek V: The Final Frontier

(źródło)

Premiera: 9 czerwca 1989
Reżyseria: William Shatner
Scenariusz: William Shatner, Harve Bennett, David Loughery

Okej, powiedzmy sobie to szczerze: są aktorzy, którzy – stanąwszy po drugiej stronie kamery – okazują się równie dobrymi bądź nawet lepszymi reżyserami (vide: Clint Eastwood). William Shatner nie jest jednym z nich. Prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy aby jest szczególnie dobrym aktorem, ale to już insza inszość. W każdym razie jeśli chodzi o pisanie scenariuszy i reżyserkę – cóż, nie raz pokazał, że w tej robocie głównie pompuje sobie ego, a wszystkie pozostałe rzeczy pojawiają się niejako na boku. Serio, widział ktoś programy The Captains albo The Truth is In the Stars? To całe godziny wypełnione powtarzaniem, jak to Oryginalna Seria i kapitan Kirk zmienili świat. Naprawdę. Nawet jeśli niby rozmawia się o kapitanie Picardzie czy Archerze (Jonathanie, a nie Sterlingu!), więcej jest tam o Shatnerze i Kirku.
Nietrudno więc domyślić się, wokół czego – a raczej: wokół kogo – będzie się kręcić film, gdzie William Shatner odpowiada za scenariusz i reżyserię.
Wbrew pozorom jednak, nie jest to aż tak uciążliwe, a te kirkowe tematy są akurat najmniej irytujące. Bo scena przy ognisku na ten przykład całkiem mi się podoba – tak samo jak fakt, że zrobiono z niej klamrę. To ładnie robi relacje między bohaterami. Pokazuje, jak przyjaciele uświadamiają sobie, że są dla siebie kimś więcej – rodziną. Dziwną, międzygatunkową, ale jednak najważniejszą. Niezmiennie zresztą uważam, że ta więź między bohaterami Oryginalnej Serii to coś, czego nie udało się powtórzyć w żadnym późniejszym serialu spod znaku Star Trek. Owszem, Następne Pokolenie ma fajną załogę i widać, że się dogadują – ale to nie to.
Kiedy więc Kirk mówi, że nie bał się śmierci, bo nie był sam, czy kiedy Spock wreszcie dołącza do śpiewania „Row, row, row your boat” – mi to się autentycznie podoba. Bo przecież Star Trek jest między innymi właśnie o tym, a nie o piu-piu w kosmosach.

Tu się zgodzę w pełni – dobrze mi się patrzyło na ten ich biwak. I cieplutko mi się zrobiło, gdy na końcu pan Spock siedział ze swą harfą na kolanach. Lubię.

Shatner najwyraźniej lubi...
(źródło)
W ogóle jeśli chodzi o to umieranie w samotności, to mnie rusza tym bardziej, że – spoiler alert – widziałam już Pokolenia. I wszystko to razem dodaje dziwacznie gorzką otoczkę do postaci Jamesa T. Kirka, kojarzonego przecież zazwyczaj z jakąś taką… przaśnością.

Mój ból dotyczący tego filmu dotyczy przede wszystkim… cóż, wątku głównego. Poszukiwań Boga. I to poszukiwań całkiem dosłownych: oto bohaterowie ruszają w kosmosy, by znaleźć brodatego dziadka, który siedzi na chmurze i stwarza życie. Serio, Star Treku?
Muszę tu przypomnieć, że Star Trek od samego początku nie był szczególnie religijny. Bohaterowie spotykali już przedtem różnych „bogów” (jeden z moich ulubionych odcinków TOSa: Who Mourns the Adonais?, czy nie taki najgorszy epizod TASa: Magicks of Megas-Tu), ale ich podróże nigdy nie stanowiły żadnych świętych wypraw w poszukiwaniu Wszechmogącego.
Trzeba jednak oddać sprawiedliwość The Final Frontier, bo przecież przez większość filmu pozostali bohaterowie uważają plan Syboka za cokolwiek głupi i dziwny. A kiedy już nawet idą za pokręconym Wolkaninem, to tylko dlatego, że trochę im wyprał mózgi… znaczy ten, uwolnił od bólu.
Swoją drogą, scena „uwalniania od bólu” Spocka, McCoya i Kirka też ogromnie mi się podoba. Po pierwsze, mamy wgląd w historie dwóch z trzech bohaterów, o których – jak się tak zastanowić – nie wiemy zbyt dużo. Jeszcze o Spocku trochę tak, ale o McCoyu? Do mnie mocno trafiły powody, dla których Bones został doktorem. No i jego osobista tragedia, kiedy odłączywszy ojca od aparatury, nieomal w kilka chwil później znaleziono lek… (wetknięta w film krytyka eutanazji?) Jakoś tak po tym wszystkim inaczej patrzę na tego wiecznie marudzącego, sarkastycznego doktora.
A wisienką na torcie tej sceny jest rola… a jakże, Kirka: Kirka, który odmawia bycia „uwolnionym od bólu”. To, co mówi kapitan, że potrzebuje swojego bólu i że ten ból jest tym, co go tworzy, to naprawdę piękne słowa.

...tańczące kobiety.
(źródło)
Ale wracając do poszukiwań Boga: całość byłaby nie taka najgorsza, jest wszak nawet utrzymana w klimacie wcześniejszych seriali. Wspomniałam już o dwóch epizodach, w których bohaterowie spotykają „boga”. Dodatkowo można tu napomknąć chociażby o odcinku TASa Beyond the Farthest Star, w którym dostajemy bardzo podobny motyw obcego, który potrzebuje kontaktu z żywymi istotami i usiłuje przejąć Enterprise, żeby tylko uciec ze swojego kosmicznego więzienia. The Final Frontier nie robi więc pod tym względem niczego „niekanonicznego”. To, co mi położyło ten wątek, to zakończenie, z tym głupim pytaniem o obecność Boga gdzieś tam i odpowiedzią Kirka, że może w kosmosach nie ma Boga, ale jest w naszych serduszkach. No po prostu mam zgrzyt. Bo w tej scenie nie mówi do mnie Star Trek. I ja bardzo proszę, żebyśmy religię w naszych serduszkach zostawili innym uniwersom, a jednak Star Trek żeby był Star Trekiem – bez bogów, bez waluty, ufnym w naukę i technologię, a przede wszystkim ufnym w człowieka Star Trekiem.

Ja w ogóle nie miałabym bólu z tym szukaniem Boga – bo tak naprawdę szukał go Sybok, a inni albo mieli wyprane mózgi (większość załogi) albo mieli wyprane mózgi, ale pozostali wierni przyjaźni z Kirkiem (McCoy i Spock) albo byli Kirkiem, który ewidentnie w to wszystko nie wierzył i dlatego tak ochoczo ogarnął zejście na powierzchnię planety za barierą. Po zejściu miał momenty zawahania i miał do nich prawo, ale jednak cały czas pozostał trzeźwo myślący i nie dał się nabrać na pitoling „dejcie mi statek, ino szybko”. Grało mi to, choć cały ten wątek oglądałam z wątpliwościami. Trudniej faktycznie łyknąć Boga w sercu, zwłaszcza, że oni wyraźnie czegoś takiego potrzebują. Jakby im nagle przestała wystarczać rzeczywistość, w której jedynie człowiek jest odpowiedzialny za człowieka. Dziwne, i owszem.

A przecież ani Kirk, ani żaden z jego przyjaciół (a wręcz, w świetle filmu, braci – bo wszak w dużej mierze mieliśmy tu konfrontację, kto jest bardziej bratem Spocka: Sybok czy Kirk) nigdy nie mieli żadnego Boga w serduszku. A Spock no to już w szczególności. Rozkwitła w nich religijność na stare lata? Cóż, są ludzie, u których zaskakuje taki mechanizm – nie sądziłam, że pojawi się on właśnie w Star Treku…

James T. Kirk, czyli: James "(niewierny) Tomasz" Kirk.
Fajny. (źródło)
The Final Frontier obfituje też w różne mniej lub bardziej głupiutkie szczegóły, które zupełnie nie grają w uniwersum. Począwszy od rakietowych butów (serio? Po niesamowitej podróży, jaką zapewnił widzom The Motion Picture i V’ger, Shatner daje nam rakietowe buty? Kiedy ja przeskoczyłam ze Star Treka w Strusia Pędziwiatra?), przez trójcycą kocią tancerkę (powiedziałabym, że ktoś tu pozazdrościł Total Recall, gdyby nie fakt, że film Paula Verhoevena jest o rok młodszy od The Final Frontier – może więc zazdrość miała miejsce, ale w drugą stronę, hm?), a na Wielkiej Barierze (która jest równie trudna do przekroczenia jak przejście przez zasłonkę z koralików) kończąc.

A taniec Uhury? WTF? Skąd wzięła te liście? I ogólnie to ja mam wrażenie, że tam w jakiś dziwny sposób próbowano przemycać humorystyczne scenki. Tylko często głupio. Bo o ile wątek z klingońskimi przeprosinami mnie rozbawił (w ogóle Klingoni byli fajni i jakoś mi się ładnie wpisuje ich zachowanie w to, co będzie w Następnym Pokoleniu) to  No pan Scott walący się w głowę, po tym, jak mówi, że zna ten statek jak własną kieszeń zasługuje tylko na fejspalma. SERIO? Wali się w łeb i pada, żeby nie wykonać swego zadania?
A jeśli o pozbawionych humoru rzeczach, które mi nie pasowały to skąd Sybok w ogóle wziął się na Nimbus III? Akurat tam, gdzie nie ma statków kosmicznych? Ale łykam to. Da się ogarnąć wyjaśnienie, tylko IMHO strasznie sobie skomplikował tę podróż na poszukiwania staruszka Demiurga.

Taniec Uhury akurat zupełnie mi nie przeszkadza. Znaczy tak, był idiotyczny. Ale ja po prostu uwielbiam Uhurę, wiec sama pewnie bym się wspinała po wydmie razem z tymi ziomkami. :D

Nie mogę się tutaj jednak powstrzymać: tutaj jest moja opinia o filmie sprzed czterech lat. I zajrzawszy do niej dzisiaj, widzę, że byłam wtedy bez porównania bardziej surowa i na zupełnie inne rzeczy zwracałam uwagę. Co bardzo wyraźnie świadczy o tym, że nie warto wyrabiać sobie zdania o filmie na podstawie jakiejś jednostkowej opinii, bo nawet osoba, która tę opinię wygłosiła, może jeszcze zmienić zdanie. Nie myślę, że to bardzo zły Star Trek. Ma swoje za uszami, ale będą gorsze pełnometrażówki (na ciebie patrzę, Rebelio), a The Final Frontier ma parę całkiem wzruszających momentów. Po prostu trzeba wyprzeć element religijny.




– What are you standing around for?! Do you not know a jailbreak when you see one?!

The Eye of The Beholder; The Jihad

Słodki sześciolatek - źródło

Premiera: 5 stycznia 1974
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: David P. Harmon

Twórcy serii animowanej lubią wracać do sprawdzonych rozwiązań i przedstawiać po swojemu motywy znane z serii oryginalnej. Tym razem mamy powrót do zoo w wykonaniu kapitana Kirka, pana Spocka i doktora. Trafiają do niego ponieważ wyruszają na pomoc naukowcom – zaginionym na badanej planecie. Właścicielami zoo są superhiperinteligente spore robaki z mackami, które posiadły umiejętność telepatii. Pakują sobie rozmaite okazy fauny do dopracowanych habitatów, zamykają je polem siłowym i podziwiają.
Mają też coś w rodzaju safari – część sprowadzanych gatunków błąka się luzem po rezerwatach z odtworzonymi warunkami z ich rodzimych planet, więc doktor może zostać przygnieciony ogonem dinozaura, co nie czyni mu żadnej szkody, poza nadszarpnięciem nerwów. Wykopywanie go spod rzeczonego ogona ubawiło mnie setnie. Zresztą odcinek robi się wesoły już na samiutkim początku, gdy Kirk z całą powagą wygłasza zarzut pod adresem jednego z naukowców, który łamiąc rozkaz ruszył na poszukiwania pierwszej zaginionej trójki. Kto jak kto, ale Kirk takich uwag wygłaszać nie powinien – daje tylko pole panu Spockowi do wygłoszenia riposty. [chociaż mam wrażenie, że element komiczny nie był tu do końca zamierzony – w sensie: twórcy chyba włożyli tę opinię w usta Kirka w dobrej wierze. Tak mi się zdaje]
Intrygujący jest też motyw komunikowania się tubylców z naszą załogą – czytają im w myślach, potrafią im wchodzić do głów, co powoduje zagrożenie szaleństwem, bo robaki myślą za szybko, chyba że są robaczymi dziećmi (ta urocza dziecięca pucułowatość i dobre serduszko!) – wtedy dają radę przekazać panu Scottowi, co powinien zrobić, jeśli przypadkiem znajdą się na Enterprise.
No i niby wszystko fajnie, ale ja jednak nie ogarniam tej rasy. No bo są tacy super duper, potrafią budować rzeczy mając do dyspozycji tylko trąby podzielone na trzy macki, IQ w wieku sześciu lat na poziomie tysiąca z hakiem (._.) – a mimo tego trzymają przedstawicieli innych jednak inteligentnych gatunków w zamknięciu, pozwalają im umierać od chorób i właściwie to czemu ich jednak wypuścili? Kaprys? Jeśli byliby dobrzy z natury, to by nie zamykali. Jeśli nie, to jaki był powód wypuszczenia? Strach się bać takich nieprzewidywalnych nadistot. Strach się bać powiadam.

Z tego co pojęłam, oni nie do końca wyczaili na początku, że ludzie są inteligentni. O tym przekonali się dopiero kiedy młody kosmiczny ślimak przejrzał zawartość komputerów Enterprise. Choć fakt, dość trudno wyobrazić sobie, jakie wobec tego rozumienie „inteligencji” mieli ci obcy, skoro nic im nie dało do myślenia posiadanie fazerów i tricorderów przez ludzi… Co ciekawe, ci mniej inteligentni ludzie od razu się pokumali, że ślimaki są inteligentne.

Premiera: 12 stycznia 1974
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Stephen Kandel

Drugi dzisiejszy odcinek mnie z kolei nieco zaskoczył. Oto mamy wielki galaktyczny problem – ktoś wykradł artefakt, którego brak może doprowadzić do świętej wojny. W artefakcie jest zaklęta dusza duchowego przywódcy rasy
Przed wyruszeniem w drogę i tak dalej - źródło
wyglądającej jak złote orły, który nauczył ich pokoju i miłości bliźniego. Tak skutecznie ich nauczył, że jak go ukradli, to orły natychmiast się zbroją i będą kąpać galaktykę we krwi. Inna rasa – powykręcanych kotów zbiera ekipę poszukiwawczą. Trzecią? Czwartą? Drużyna – taka całkiem fantasy (mamy złodzieja, łowcę, wojownika…) rusza na planetę, która pokonała już poprzednie ekipy. Płyty tektoniczne są w ciągłym ruchu, wybuchają wulkany, rozpętują się śnieżyce. No i z poprzedniego odcinka (i kilku wcześniejszych) nadlatują fioletowe pterodaktyle… [te same, yup]
Zupełnie dobrze mi się oglądało współpracę międzyrasową, choć oczy same mi się przewracały, gdy Lara atakowała swoim urokiem osobistym naszego kapitana. [ej, a mi akurat się Lara podobała. To znaczy jasne, była kobietą, więc startrekowy Imperatyw Fabularny nakazywał jej zarywać do Kirka. Niemniej podobała mi się sama koncepcja postaci: uwierzyłam w to, że to silna, niezależna babeczka i że żyje na planecie, gdzie kobiety po prostu takie są -  ja bym chętnie o jej ludzie coś więcej pooglądała, bo sprawiała wrażenie kogoś, kto potrafi nakopać przeciwnikowi do dupy] Uroczy był zielony sześcioręki robal – złodziej, ratowany przez gada – wojownika. Naprawdę – wszystko byłoby wspaniale, ale zwrot akcji nastąpił jak dla mnie całkowicie z dupy. Nie wierzę, że był od początku zaplanowany. To raczej wyglądało jak – musimy jakoś skończyć ten odcinek, a nie pomyśleliśmy o tym wcześniej.
Smuteczek.

Nie miałam aż tak negatywnego wrażenia – plot twist jakoś mi zagrał i mnie nie bolał. Natomiast przykre dla mnie było kompletne niewykorzystanie potencjału jaszczura – w sumie posłużył tylko jako tragarz robala, bo nawet od finałowej walki go odsunęli. Bo nie był tak PRO jak Kirk… Inna sprawa, że kiedy były wymieniane kompetencje poszczególnych członków drużyny (Jeżu, mój Jeżu, ta kotka miała tak strasznie powykręcane łapki!), to jakoś Kirk najmniej mnie przekonał. Raczej to brzmiało jak „a to jest Kirk – byłby smutny, gdybyśmy go nie zabrali na naszą wycieczkę, więc no… dołącza, bo jest charyzmatyczny!”.
Swoją drogą, historia Skorrów ma sporo wspólnego z historią Wolkanów: niegdyś byli dziką, wojowniczą rasą, aż pojawił się mędrzec, który wyprowadził swoich rodaków na prostą. Tylko że u Spocka takim Alarem był Surak. To w sumie sprawia, że trochę mnie te przerośnięte ptaszyska intrygują.
Inna sprawa, że nie mogę zapomnieć, jak łazik naszych bohaterów fiknął na pierwszym z brzegu kamieniu, że aż wykopyrtnęło Spocka na glebę. Serio: kto im budował te pojazdy? Ot, taka tam mała głupotka, żeby nie było smutno.



We'll all die here.
A statistical probability.
You ever quote anything besides statistics, Vulcan?
Yes. But philosophy and poetry are not appropriate here.