And the Children Shall Lead

(źródło)
Premiera: 11 października 1968
Reżyseria: Marvin Chomsky
Scenariusz: Edward J. Lakso

Okej, zanim zacznę, chciałabym tylko zwrócić uwagę na nazwisko reżysera: Marvin Chomsky jest spokrewniony z wybitnym językoznawcą, Noamem Chomskym. Owszem, to nie ma żadnego znaczenia – uznałam po prostu, że warto wspomnieć o takiej ciekawostce.

A jeśli chodzi o sam odcinek: cóż… no nie, jakoś nadzwyczajnie mnie nie porwał. I nie chodzi mi tylko o to, że – jak się wydaje – wszystkie zabawy futurystycznych dzieci polegają na bieganiu w kółko jak banda kretynów. Choć nie przeczę, że się nad tym podczas oglądania zastanawiałam: na czym właściwie polegały te ich zabawy? Ni to berek, ni cholera wie co. No ale dobra, najwyraźniej młodzieży w świetlanej przyszłości naprawdę niewiele trzeba.

Hm… właściwie to jest dokładnie problem tego odcinka: że wszystkim bohaterom bardzo niewiele trzeba, żeby zachowywali się dokładnie tak, jak tego oczekuje scenarzysta. Załoga USS Enterprise to nie są żółtodzioby. Zdawałoby się, że z niejednego replikatora chleb jedli (ha, widzicie, jak przerobiłam znane powiedzonko, widzicie? [OMG, Fraa, jak przerobiłaś znane powiedzonko!]) i nie dadzą się nabrać na jakieś głupawe iluzje ducha, który chce – tadam! – zdobyć władzę nad światem. A jednak: pan Sulu odmawiał zmiany kursu, bo widział na ekranie wirujące ostrza? Serio?
To znaczy ja rozumiem, że tam chodziło o te największe lęki: Uhura, jak zwykle, boi się, że będzie stara i brzydka. Sulu ma coś z tą bronią białą (swoją drogą, to akurat jest ciekawa relacja, bo wychodzi na to, że zarówno go fascynuje i pociąga – wszak sam para się szermierką – jak i śmiertelnie przeraża. To nawet fajne. Czy zaczął trenować po to, żeby w jakimś stopniu oswoić bestię?). No i kapitan Kirk… Ach, kapitan Kirk jak zawsze bezbłędny. Po raz kolejny okazuje się, że największą jego obawą jest utrata ukochanego statku. Utrata kontroli, władzy.

Zagrożenie rodem jak z radzieckiej gry
w autoslalom - musisz omijać, Sulu! (źródło)
Jak się nad tym zastanowić, to po tych dwóch sezonach z haczykiem Kirk naprawdę nie wydaje mi się najstabilniejszym psychicznie typem w Galaktyce. Wiecie, jest totalnie opętany żądzą władzy. I to władzy konkretnej, namacalnej: każe strzelać i Enterprise strzela. Każe zmienić kurs – statek zmienia kurs. Żadne tam wypełnianie papierków, które nie ma przecież spektakularnych bezpośrednich efektów. Oczywiście, serial czyni z tej cechy główną siłę kapitana. Ale to siła, która jednocześnie budzi pewną obawę – przynajmniej we mnie. Bo jeśli tylko uzna, że stracił władzę, Kirk może stać się zupełnie nieobliczalny.
Zresztą, ze wszystkich tych iluzji chyba tylko kapitana jestem w stanie kupić: bo w jego przypadku lęk miał realne podstawy. Kirk naprawdę stracił władzę – jego załoga totalnie przestała go słuchać, to nie było urojenie.
Nie do końca tylko zrozumiałam, jak moc złego ducha podziałała na Spocka.
Aha! Co jest totalnie rozczulające, to to, jak się uporali ze Scottym. Uwielbiam fakt, że wszystkich mamili tymi najgłębszymi lękami, a Scottyemu po prostu trzeba było przywalić w zęby i pozbawić przytomności. Czyżby dzielny mechanik po prostu nie miał takich lęków? Co za fantastyczna postać na tle pozostałych!

A doktora nie będziemy mindcontrolować.
Bo niby po cholerę, to tylko doktor, nie?
(źródło)
No i właśnie, cały ten zły duch, Gorgan (Melvin Belli, przede wszystkim prawnik, a aktor tak przy okazji), kosmopirat z Triacusa… nie kupiłam go zupełnie. Okropnie nieciekawa postać. Cóż on takiego robi? Opanowuje myśli i chce rządzić wszechświatem. I jak niby będzie rządzić? Jako ten duch? Którego i tak jego podwładni muszą dopiero wywołać, żeby się pojawił? Jak wyglądałyby jego rządy, skoro przecież nawet nie ma ciała? Nie rozumiem go.

Moim zdaniem to nie był szczególnie spektakularny odcinek. Fajnie się go oglądało ze względu na wskazanie pewnych konkretnych cech poszczególnych członków załogi Enterprise. Choć nadal twierdzę, że dali się zmanipulować zdecydowanie zbyt łatwo.
Poza Scottym, oczywiście.

I poza doktorem! Doktor po prostu był sobą – dobrostan pacjenta ponad wszystko. Przyznam, że i mnie odcinek nie porwał. Rozłaził się na szwach i kompletnie nie kupuję dzieciaków, włączyły mi lampkę zażenowania, bo jeśli Gorgan potrafił je w ten sposób zmanipulować to one jednak musiały być zupełnie puste na początku. Być może miała to być dziecięca naiwność, czy coś. Ale wszystko we mnie mówi – NIE. Rodzice poświęcali im czas i tak dalej. Czyli co? Zły duch najpierw im wmówił, że sory, tatuś i mamusia wcale was nie lubią, a potem dał im moc do załatwienia psychiki dorosłych? A nie mógł od razu zająć się dorosłymi? Jasne, że mogę sobie wymyślać, co chcę – że na przykład potrzebował wzmocnienia i dzieciaki pełniły funkcję tranzystorów. Tylko czemu ja mam to wszystko wymyślać, skoro nie dostałam najmniejszej podpowiedzi?





– Without followers, evil cannot spread.

The Paradise Syndrome

autor: Juan Ortiz, źródło


Premiera: 4 października 1968
Reżyseria: Jud Taylor
Scenariusz: Margaret Armen

Oto kolejny odcinek, w którym załoga USS Enterprise trafia na planetę niezwykle podobną do Ziemi, napotyka tam mówiących po angielsku rdzennych Ziemian (tym razem to Indianie stanowiący według fachowej oceny pana Spocka mieszankę trzech plemion), a następnie ją ratuje. Właściwie trafia na nią dokładnie dlatego, że chce sprawdzić, czy jest na niej jakieś życie do uratowania, po tym, jak odkrywa asteroidę zmierzającą kursem kolizyjnym wprost na wyglądającą obiecująco planetę. Muszę powiedzieć, że już sam początek działa – załoga na misji ratowania świata i ewentualnej cywilizacji. Misji cokolwiek szalonej (czasu na rekonesans nie ma bowiem zbyt wiele) i mocno zakorzenionej w duchu Star Treka. W pierwszych kilku minutach największe wrażenie zrobił na mnie doktor McCoy. Wziąwszy pod uwagę siłę relacji, jaka łączy go z Kirkiem i zwykłą histerię, jaką odstawiał w takich trudnych momentach, bardzo szybko pozwolił sobie wytłumaczyć, iż zostawienie zaginionego kapitana stanowi jedyną szansę na uratowanie go. Wysłuchał Spocka uważnie i przyjął jego logiczny wywód, nie pozwalając emocjom marnować więcej czasu. Brawo, doktorze!
Od tej pory wątki rozdzielają się – Kirk musi radzić sobie sam, w związku z czym zostaje bogiem, mężem i niemal ojcem (stosując intrygującą technikę resustytacji, ale może to po prostu wyłazi pięćdziesiąt lat postępu w tej dziedzinie [też się nad tym zastanawiałam – w sensie: czy to możliwe, że u progu lat siedemdziesiątych tak właśnie wyglądało udzielanie
Kirk szczęśliwy, źródło
pierwszej pomocy? Co ten Kirk wyprawiał? Internety podpowiadają mi, że resuscytacja we współczesnej odsłonie, czyli masaż serca połączony ze sztucznym oddychaniem, to wynalazek przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. No ale dobra, w gruncie rzeczy ani scenarzystka, ani reżyser nie musieli być fachowcami w tej branży… Nie nadążali parę lat za nauką – nie można ich zbyt mocno obwiniać. Jakkolwiek z dzisiejszego punktu widzenia ta scena jest dość komiczna]),
a pan Spock irytuje głównego mechanika Enterprise kompletnie niszcząc silniki napędu warp, w próbie zniszczenia asteroidy. Scotty jak zwykle nie zawodzi – owszem, nie podoba mu się to, co robi Spock, ale jak przystało na dobrego oficera wykonuje wszelkie polecenia dopóki się da.
Tu muszę nadmienić, że jeśli czegoś w tym odcinku nie zrozumiałam to tego, jak im się mimo wszystko udało wyprzedzić tę cholerną asteroidę. Jakoś mi się to czasowo nie zgadzało, ale ufam twórcom i już. Ufam im także dlatego, iż w trzeciej serii najwyraźniej postanowili pozatykać przeróżne dziury logiczne, charakterystyczne dla TOSa i całkiem nieźle im to wychodzi.
W The Paradise Syndrome pojawia się pojęcie Konserwatorów (w oryginale
Kirk zakochany, źródło
przyjemniejsze znaczeniowo Preservers) – zaawansowanej cywilizacji, która ratowała ludy zagrożone wyginięciem przez zabranie ich przedstawicieli i osiedlenie ich na odległych planetach, chronionych przez deflektory o olbrzymiej mocy, gdzie mogły się one rozwijać bez przeszkód.

Tak, to bardzo ładne wyjaśnienie, skąd rdzenni Indianie na obcej planecie. Ale tu nie mogę nadmienić, że chyba twórców Star Treka do pewnego stopnia jednak gryzło to wrzucanie anglojęzycznych ludzi na obce światy, bo nie raz wracali do pokrewnej tematyki. Mieliśmy odcinek Return to Tomorrow, z którego wynika, że w zamierzchłych czasach lud Sargona mógł rozsiać humanoidy po kosmosie. W Następnym Pokoleniu dostaniemy epizod The Chase, gdzie znów pojawi się obcy, który być może jest odpowiedzialny za podobieństwa ludzi, Romulan, Klingonów i innych humanoidów. Podoba mi się to racjonalizowanie czegoś, co najprawdopodobniej można by sprowadzić do „nie mieliśmy budżetu na lepsze efekty i charakteryzację”.

Kapitan Kirk, rażony amnezją, która spotęgowała tytułowy syndrom raju (znów przeniesienie problemu znanego z ziemskiej historii morskiej) ma nieco podobne zapędy jak Konserwatorzy, choć oczywiście w znacznie mniejszej skali – uczy mianowicie swój nowy lud, jak zdobyć więcej pożywienia, które następnie będzie można zakonserwować. To wplecenie słowa preserve jeszcze przed odkryciem Spocka, dotyczącym przyczyn osiedlenia Indian tak daleko od domu, moim zdaniem bardzo ładnie zagrało.
Jeśli coś mnie zirytowało to Miramanee (Sabrina Scharf), która gdy tylko widzi nowego
Salish zdumiony, źródło
samca na kwadracie natychmiast zapomina o przyrzeczonym Salishowi (Rudy Solari) małżeństwie. Oczywiście tradycja i tak kazałaby jej wyjść za Kirka, a pociąg do inności (wszak Kirk nie ma w sobie nic z indiańskiej urody) też jest zrozumiały. Jednak po prostu mam takie widzimisię, że lubiłabym ją nieco bardziej, gdyby nie kopnęła tego nieszczęsnego Salisha tak szybciutko i bez problemu. Z drugiej strony – czy Kirk zgodziłby się na małżeństwo, gdyby wiedział, że jest ono dla dziewczyny przymusowe? Wątpliwe. Zatem autorzy poradzili sobie, jak sobie poradzili, a ja marudzę ;)

Mnie natomiast w przypadku Miramanee rozczuliło to, jak wygodnie dla Kirka ta bidulka umarła. No bo gdyby przeżyła, to jakże tak? Kapitan wyszedłby na świniaka, gdyby porzucił ciężarną małżonkę i odleciał w siną dal. I jakoś tak, choć ostatnia scena miała być wzruszająca i smutna, to ja nie mogłam opędzić się od myśli „no, Kirk, to ci się upiekło”.
Jestem złym człowiekiem.

Sam tytułowy syndrom też stanowi ciekawe zjawisko w przypadku Kirka. Jestem przekonana, że gdyby nie amnezja nie utrzymałby się zbyt długo. Kapitan może czasem potrzebować odpoczynku, ale na dłuższą metę nie zrezygnowałby z Enterprise i odpowiedzialności za nią. Dlatego też los Miramanee był właściwie od samego początku przypieczętowany, a gdy przyznała się, że jest w ciąży, to jakby założyła sobie pętlę na szyję. Nie ma się co łudzić, mili widzowie – nawet jeśli na zewnątrz nie widać cienia obrażeń po kamienowaniu, obrażenia wewnętrzne będą śmiertelne. Kirk bowiem jest przede wszystkim kapitanem i nim pozostanie!




I swear that's a little orange blossom thrown in. It's unbelievable. Growth, exactly like that of Earth, on a planet half a galaxy away. What are the odds of such duplication?

The Enterprise Incident

Podałabym źródło,
ale internety mi strajkują
i nie mogę odpalić strony.
Premiera: 27 września 1968
Reżyseria: John Meredyth Lucas
Scenariusz: D. C. Fontana

Znów mamy odcinek stworzony przez naprawdę mocne nazwiska. Napisany przez Dorothy Fontanę, odpowiedzialną za jedne z fajniejszych odcinków TOSa, a także epizody z kolejnych serii, wyreżyserowany zaś przez Johna Lucasa, który dał nam chociażby The Ultimate Computer i The Changeling. Od razu więc powiem, że The Enterprise Incident mnie nie zawiódł: podobało mi się od początku do końca… no, może nie tak całkiem od początku. Na samym początku miałam bowiem taką nieśmiałą myśl: „dlaczego kapitan Kirk zachowuje się jak taki totalny penis?”[moja nieśmiała myśl: „jak oni do wafla z tego wybrną?” xD]Czas pokazał, że to wszystko miało sens.

Epizod ma, oczywiście, niewielki pakiet startrekowych głupotek. Ot, choćby fakt, że przesyłają dwóch Romulan na pokład Enterprise, a w hali transportera nie ma żadnej ochrony – jeden Scotty. Zupełnie jakby bardzo się starali, żeby podzielił los innych redshirtów. Poza tym, Romulanka obowiązkowo też popyla w miniówie. No i wychodzi na to, że Romulanie i Klingoni używają takich samych okrętów. A przynajmniej używali w którymś momencie w historii. Podobnie jak klingońskich dezruptorów. Słowem, Romulanie to zgapiacze, złodzieje albo złomiarze. Ale to takie drobiażdżki, które tak naprawdę nijak nie psują frajdy z oglądania.

Dla mnie najważniejsze tutaj było pokazanie Spocka – Wolkanin ze wszech miar postępował wbrew sobie. Kłamał. Właściwie można stwierdzić, że zdradzał. A przecież Wolkanie nie kłamią. Spock, dla dobra misji, wykrzesał z siebie tyle ludzkiej natury, ile tylko się w nim gnieździło. W tym odcinku, jak w mało którym, widać, że nie jest taki jak inni Wolkanie.
Pojawia się pytanie, w imię czego postąpił tak bardzo wbrew swojej wolkańskiej naturze.
j.w.
Zrobił to dla Gwiezdnej Floty. Wydaje mi się, że z całej załogi Enterprise to właśnie Spock jest najbardziej oddany Federacji. Spycha siebie i swoje interesy na plan tak daleki, że właściwie nie istnieją. Nie wiem sama, czy mi się to podoba, czy jednak jest mi Wolkanina szkoda. Chyba jedno i drugie. Bo przecież jeśli myśleć o heroizmie w TOSie, to raczej nasuwa się Kirk, a nie Spock.
Intrygujący jest też wątek miłosny. Z dwóch względów.
Po pierwsze, dopiero teraz zauważyłam, że tutaj chyba po raz pierwszy pojawia się to mizianie po palcach. To mizianie, które wygląda tak głupio we W poszukiwaniu Spocka. Przy czym mam wrażenie, że tutaj jest nieco mniej głupie, bo – o ile dobrze zrozumiałam – stanowiło raczej coś w rodzaju gry wstępnej, a nie załatwiało od razu całego pon farr. Inna sprawa, że w ogóle nie wiem, jak miałaby wyglądać ta randka Spocka z bezimienną Romulanką (Joanne Linville). To znaczy: co z pon farr? Myślałam, że poza tymi momentami, Spock generalnie jest wolny od pociągu tego typu. Czy to znowu ludzka część wzięła górę? Ale tak naprawdę nie powinnam narzekać, bo ponoć w pierwotnej wersji scenariusza Spock miał obsypać Romulankę pocałunkami, co byłoby już… no nie, po prostu nie. Jakoś sobie tego nie mogę wyobrazić.
Ale to nieważne. Podoba mi się, że zdrada Romulanki stanowiła jednocześnie… no, brak zdrady. Podoba mi się wzajemne zrozumienie tych dwojga i fakt, że gdyby Spock nie oszukał kobiety, najprawdopodobniej ona straciłaby do niego szacunek. Bardzo fajna relacja – związek, który z założenia jest niemożliwy. Ale jednak jest.

Nie mam zbyt wiele do dodania w tym punkcie, ale muszę się wtrącić z wyrazami zachwytu – ten związek jest po prostu świetny. Te powściągane emocje romulańskiej komandor. Te emocje Spocka odkrywane przez niego samego ze zdziwieniem – bo jestem pewna, że kiedy mówił, że zaskakuje go to, co odczuwa, to mówił prawdę, faktycznie odczuwał. Może właśnie tego potrzebowała jego ludzka część? Romulanki – czyli kobiety jednocześnie bliskiej Wolkankom i tak innej? Ciekawe i przekonujące. Bardzo tak.

Oczywiście, mamy też Kirka. W jego przypadku podobało mi się głównie to, że… no wiecie: Romulanie próbowali odebrać Kirkowi Enterprise. Powtórzę: Kirkowi. Enterprise. Odebrać. Ha! Głupolki poczciwe, nie wiedzieli, na co się porywają [*pat pat* Romulanie…].

Internety ponadto mówią mi, że gdybym była Amerykanką, odcinek zapewne trafiłby do mnie dużo bardziej, jako że inspiracją dla tej historii był incydent Pueblo, kiedy to amerykański okręt rozpoznawczy USS Pueblo został przechwycony przez siły Korei Północnej podczas wojny w Wietnamie (ciekawostka: najbliższym okrętem, który mógł przyjść z pomocą Pueblo, był lotniskowiec USS Enterprise). Dla mnie to tylko pakiet faktów, o których właśnie przeczytałam na Wikipedii, ale trudno nie docenić głębokiego zaangażowania Star Treka w historię. To nie pierwszy i nie ostatni taki moment, kiedy to zaangażowanie jest widoczne. I wciąż niesamowicie mi się to podoba.

Mnie także, podobnie jak ten konkretny odcinek. Tym razem twórcy zdołali mnie naprawdę zaskoczyć twistem, a do tego czas antenowy należał zasadniczo do Spocka. Lubię.





– Military secrets are the most fleeting of all. I hope that you and I exchanged something more permanent.

Spock's Brain

Autor: Juan Ortiz, źródło


Premiera: 20 września 1968
Reżyseria: Marc Daniels
Scenariusz: Gene L. Coon


Niniejszym – po przerywniku w postaci filmu pełnometrażowego W poszukiwnaiu Spocka – otwieramy sezon trzeci i ostatni The Original Series. Tym samym już tylko rok dzieli nas od serii animowanej, ale to daleko posunięta i niepotrzebna dygresja ;)
Jeśli zaś o bardziej sensownych dygresjach – nieprzypadkowo postanowiłam we wstępie wspomnieć o trzeciej pełnometrażówce. Uczyniłam to, gdyż pierwszy odcinek trzeciego sezonu ma z nią wspólną nić przewodnią – oto kapitan Kirk wraz z członkami swej wiernej załogi, podobnie jak w omawianym dwa tygodnie temu filmie, musi ruszyć na ratunek panu Spockowi. W filmie doktor McCoy jest w posiadaniu duszy Spocka, którą należy umieścić w odnalezionym ciele. W serialowym odcinku McCoy dysponuje ciałem pana Spocka, do którego należy wszczepić – po wcześniejszym odszukaniu go w mroku kosmosów – ukradziony oficerowi naukowemu mózg.

Nie zwróciłam na to uwagi, ale jak o tym wspomniałaś, to podoba mi się to zestawienie: w odcinku McCoy ma ciało, do którego trzeba wsadzić umysł, za szesnaście lat zaś będzie miał duszę, którą trzeba wsadzić w ciało. Ładne odwrócenie, ale co więcej: w obu przypadkach to od Bonesa całkowicie uzależniona jest egzystencja Spocka. Choć to Kirk jest najlepszym przyjacielem Wolkanina, zarówno w Spock’s Brain jak i w Search for Spock może on tylko stać z boku i się przyglądać. I bardzo, bardzo podoba mi się ta przyjaźń McCoya i Spocka. Podoba mi się, że właściwie nie istnieje w słowach. Oczywiście, tu i ówdzie doktor ma chwile słabości, w których przyznaje się Spockowi do tego, że w sumie to jednak trochę go lubi (rewelacyjna scena w celi w Bread and Circuses), ale generalnie ta relacja opiera się na czynach, a nie na słowach. W mojej opinii to jest doprowadzona do perfekcji zasada show, don’t tell.

Na samym początku pragnę powiedzieć, że kocham twórców Star Treka za
Tak wygląda człowiek oświecony (źródło)
ich cudownie optymistyczną wiarę w możliwości medyczne ludzkości <3 Oto najzwyczajniej na świecie w wyposażeniu ambulatorium USS Enterprise znajduje się urządzenie podtrzymujące życie w ciele pozbawionym mózgu i pozwalające na dodatek tym ciałem sterować. Ot, standardowa sprawa. I tylko mnie tak cichutko coś pika, że w sumie to ja nie wiem, na ile była rozwinięta neurologia w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Warto byłoby sprawdzić… Bo w tym odcinku w ogóle dzieją się magiczne rzeczy, ciało Spocka biega (no dobrze: człapie, nie biega) bez mózgu, mózg Spocka kontroluje systemy podtrzymywania życia w podziemnym habitacie, a kiedy już te dwa komponenty się spotkają, pan Spock z częściowo podłączonym mózgiem mówi doktorowi, żeby mu ogarnął ośrodek mowy (???), to mu podpowie, jak przeprowadzić operację do końca. To jest ten rodzaj fikcyjnej nauki, który zaiste trudno odróżnić od magii.

Uhm… Z kolei mnie właśnie trudno przełknąć ten odcinek właśnie z powodu tej medycznej magii. To znaczy: ja się może nie znam, ale czy mózg nie jest trochę potrzebny w tych takich podstawowych funkcjach życiowych? Nie wiem, gdyby mi powiedzieli, że ze Spocka została usunięta większość mózgu, a zachowano jedynie jakiś maleńki fragment odpowiedzialny za motorykę i oddech, to może bym łyknęła. Ale tak? Tak po prostu sru i wycięli caluśki mózg, zostawiając w czaszce Spocka pustkę? No nie. Po prostu tego nie kupuję. I owszem, za którymś oglądaniem już się do tego przyzwyczaiłam, niemniej zawsze oglądaniu tego odcinka towarzyszy w moim przypadku cichy parsk śmiechem i maleńki, bardzo maleńki facepalm.

Mam wrażenie, że mamy właściwie identyczne odczucia ;) Ja tylko próbowałam wyrazić je możliwie delikatnie.

Tak silnie cierpiący (źródło)
Dodam tutaj od razu, że wizja, w której poszczególne elementy systemu podtrzymywania życia całej stacji przekładają się na oddech, krwiobieg i czucie temperatury bardzo mi się podoba. Podobnie jak idea ewolucji wstecznej. Swoją drogą – żyli tak od tysięcy lat… Jakieś dzieci? Czy byli tak długowieczni? Owszem pojawia się hasło o dawaniu bólu i przyjemności, więc może ta przyjemność to nie tylko jedzenie pięknym kobietom z ręki, ale i jakieś seksy, tym niemniej fajnie byłoby zobaczyć jakieś dzieciaki.

Ja w ogóle nie mam pojęcia, jak funkcjonuje to społeczeństwo. Teoria o seksach do mnie nie przemawia, bo przecież panowie w ogóle nie ogarniali takich pojęć jak „kobieta” czy „towarzyszka”, analogicznie miała się sprawa z paniami. Skoro nie mieli w głowach zakorzenionej nawet idei płci, to trudno oczekiwać, że się jakoś szczególnie rozmnażali… Z drugiej strony, o ich długowieczności też się nie pojawia ani słowo – więc widz zostaje z totalną pustką w tym temacie. Szkoda. Nawet Seksmisja była pod tym względem lepiej dopracowana.

Trochę mniej mi się podoba wybieranie spośród trzech planet układu Sigma Draconis tej, na której prawdopodobnie ukrywa się złodziejka mózgu ze swą zdobyczą. Załoga wydaje mi się być jakoś głupsza niż jestem przyzwyczajona, a Kirk stawia na przeczucie, choć tak naprawdę moim zdaniem, zlodowaciała planeta z prymitywnymi formami życia jest najbardziej prawdopodobna, jako dobra kryjówka. Oczywiście widzę tu konsekwencję twórców – Kirk nie zawsze kieruje się rozumem, dobry kapitan czasem musi zaufać swemu instynktowi, tyle że tutaj jak dla mnie to nie wyszło. Konsekwencję widzę też w tym, jakie wrażenie robi na kapitanie Kara (Marj Dursay), gdy teleportuje się na mostek Enterprise. Błysk w oku i wypełzający na twarz uśmiech są tak bardzo Kirkowe. I na dodatek są pięknie spunktowane przez Karę, która po prostu „wyłącza” kapitana wraz z załogą i bierze to, po co przyszła.
Podsumowując – odcinek oglądało mi się bardzo dobrze. Sprawił mi sporo
A tak operowany (źródło)
uciechy (kocham nową fryzurę pana Scotta! [a ja jej właśnie nie lubię ;( Scotty wygląda w niej… jakoś tak nie jak Scotty]), miał bardzo trekowe zakończenie [TAK! „Trekowe” w najlepszym, takim nieomal kreskówkowo-komediowym wydaniu, gdzie dopiero co wyrwali pana Spocka ze szponów śmierci, a już bez żenady robią sobie z tego wszystkiego podśmiechujki. Kocham ich za to – to panowie, którym żadne traumatyczne przeżycia nie są groźne!] i jeszcze do tego wszystkiego dokładnie w tej chwili kazał mi się jeszcze zastanowić, jak w takim przypadku traktować sprawę Pierwszej Dyrektywy? Mieszkańcy M6 (swoją drogą świetnie mówiący po angielsku, niezależnie od stopnia rozwoju – bo mogą!) byli bardziej zaawansowani technicznie i naukowo od ludzkości – kiedyś, bo teraz mądrzeją tylko wybrańcy i tylko po użyciu hełmu-nauczyciela… Czy ingerencja w ich upadek narusza, czy nie narusza Pierwszą Dyrektywę?

Hah! Nad Pierwszą Dyrektywą też się tu zastanawiałam. I, prawdę mówiąc, nadal nie mam jednoznacznej opinii na ten temat. Myślę, że ewentualnie można tu sięgnąć po precedensy, czyli na przykład przypadek Vaala z epizodu The Apple. Mieliśmy tam jakiś wyższy/mechaniczny byt, który sterował prymitywnymi tubylcami. Kirk zniszczył Vaala i pozostawił tubylców samych sobie, czyli właściwie zrobił coś podobnego jak tutaj. Pozostaje mi więc zaufać, że Pierwsza Dyrektywa zezwala na tego typu ingerencję, która nie polega na sterowaniu prymitywnym ludem, tylko ewentualnie na… no, usunięciu takiego zewnętrznego czynnika sterującego.
Przecież kapitan Kirk wie co robi, prawda…?

Zawsze prawda!

A odcinek tak ogólnie to też ogląda mi się dobrze. Mniej-więcej dobrze. Bo jednak mam wrażenie, że jest jakiś taki… nie wiem: napisany trochę na kolanie? Niedopracowany? O tyle mnie to zaskakuje, że Marc Daniels kojarzy mi się raczej z najlepszymi epizodami serialu, podobnie jak Lee Cronin, pod którym to pseudonimem kryje się Gene L. Coon, twórca scenariuszy do takich odcinków jak (wspomniany już wyżej) Bread and Circuses, Errand of Mercy czy The Devil in the Dark. Dziwność, zaprawdę, dziwność…



I'll never live this down - this Vulcan is telling ME how to operate.

Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka

(źródło)
Premiera: 1 czerwca 1984
Reżyseria: Leonard Nimoy
Scenariusz: Harve Bennett

Fraa: No to skończyłyśmy drugi sezon Oryginalnej Serii. Zgodnie z tradycją, postanowiłyśmy to uczcić, oglądając pełnometrażówkę. Tym razem wypadło na jeden z moich ulubionych filmów spod znaku Star Treka, czyli “W poszukiwaniu Spocka”. Co świadczy tylko o tym, że jestem spektakularnym bezguściem, bo moje dwa ulubione Star Treki to te dwa uważane za mocno słabe, czyli części I i III. To nie tak, że je porównuję - każdy z nich uwielbiam za coś innego, bo też są utrzymane w totalnie różnych klimatach. W każdym razie “W poszukiwaniu Spocka” to dla mnie niesamowity oddech po hejtowanym Khanie.

Siem: Ja przyznam, że kiedy oglądałam go tym razem specjalnie pod naszą dyskusję, uświadomiłam sobie ze zdziwieniem, że bardzo szybko się skończył. W takim sensie, że miałam go w pamięci, jako fiiiiilm, długi i zawiły. I zabij mnie, nie wiem czemu, bo tak naprawdę zasadnicza oś fabularna mknie prosto do celu i tak naprawdę wszyscy wiedzą od razu, bez zbędnych dyskusji, co mają robić. To było fajne – brak wahań.

F.: Tak. W ogóle bardzo fajnie wypadła załoga Enterprise jako zespół. Bah, mało, że zespół - jako rodzina. Któremuś z naszych coś się dzieje? Rzućmy wszystko i lećmy na ratunek! Ogromnie to lubię. I mam wrażenie, że żadnej późniejszej serii Star Treka nie udało się tak zbudować tych więzi między bohaterami, jak TOSowi. Ja po prostu wiem, że oni by dla siebie skoczyli w ogień i jeszcze by się z tego cieszyli, wcale nie dając widzowi odczuć, że się jakoś strasznie poświęcają. A przecież tutaj Kirk poświęcił się niemal ostatecznie.

S.: Prawda. Nawet przemknęło mi przez myśl, że jakoś tak szybko przeszedł do porządku dziennego nad tym, co spotkało Davida. Z drugiej strony – nie było czasu na prawdziwą żałobę.

F.: Hahaha! Zupełnie zapomniałam o Davidzie. Miałam na myśli Enterprise xD

S.: Taaak… właściwie, to dość dużo mówi o Twoim i kapitana podobieństwie… ;) A wracając do załogi, jako rodziny. W tej rodzinie największe wrażenie zrobiła na mnie Uhura. Wspaniała, zdecydowana, nieugięta. Młodzieniec z jej wachty zaiste przeżył przygodę. Swoją drogą, ciekawa jestem czy admiralicja naprawdę uważała, że Enterprise da się zatrzymać.

F.: Uhura zawsze jest wspaniała <3 A młodzieniec ma naukę na przyszłość, żeby nigdy, przenigdy nie mówić Uhurze, że jest stara albo cokolwiek w ten deseń. W ogóle strasznie mi się też podobało to… nie wiem: ubajkowienie całej tej historii. Właśnie mocno odczuwalne w tej scenie z młodzieńcem i Uhurą, kiedy widz dostał jasny komunikat, że stara ekipa TOS to przygoda, życie w bajce. Młodzieniec był z innej rzeczywistości. Nudnej, realnej – takiej, która musi przegrać z zajebistością TOSa.

Valkris - kobieta, która bardzo spokojnie
podchodzi do tematu własnego zgonu.
(źródło)
S.: Cała Genesis była bajkowa. Zmiana martwej skały w kwitnącą planetę, tak pełną życia, że zjada samą siebie w kilkadziesiąt godzin. Człowiek bawiący się zabawkami przynależnymi do tej pory sile wyższej, jeszcze nie do końca wiedzący jak ich używać. Podobała mi się scena w jaskini – ten zachód słońca, obserwowany przez Davida. Taki prędki, żywiołowy, jak cała Genesis z jej wpływem na nowego/odrodzonego Spocka.

F.: Genesis to chyba taki Raj, do którego ludzie próbują wrócić, ale nie mogą. Dlaczego nie mogą – to już pewnie można zostawić interpretacji każdego widza osobno. Inna sprawa, że jak już mowa o Genesis, to nie mogę nie wspomnieć o tej scenie: https://youtu.be/4_EdJmj8szQ?t=1m59s No po prostu mistrzowie konspiry.

S.: Bezapelacyjnie dyskretni, jak przysłowiowa kupa w kadzi z ponczem…

F.: Ale wszak to tylko jedna z dziwnych i nierzadko zabawnych głupotek tego filmu. Dlatego mimo najlepszych chęci, nie nazwę go raczej nigdy arcydziełem. Niemniej to tak pięknie się ogląda: choćby jak Excelsiorowi nie odpala napęd warp - uwielbiam ten dźwięk, jakby kurde Maluch nie mógł zapalić czy coś. Oczywiście – w próżni.

S.: Brakuje tylko, żeby ktoś wyszedł z młotkiem puknąć w rozrusznik ;)

F.: Nie, to zrobi dopiero Abrams, kiedy gówniarz udający Kirka będzie odpalał Enterprise z kopa xD Ale kontynuując: są więc te rzeczy. No i jest sam tytułowy Spock, którego poszukują. I który rośnie i dojrzewa. I to jest takie dziwne, bo nagle pon farr dopada go dużo wcześniej, niż dopadło go w serialu. A żeby je „zaleczyć”, nie trzeba już nikogo zabić ani przelecieć, tylko styknie pomiziać się palcami. I choć cały rośnie, to fryzurę ma wciąż nienaganną… i ja trochę tego nie rozumiem. A to tylko część bezsensów.

S.: Oj, to dlatego, żebyś była pewna, że to wciąż Spock. Nawet jeśli pusty, bo przecież zamieszkujący ciało doktora. W ogóle – nie uważasz, że admirał Morrow, trochę pojechał, mówiąc, że nigdy do niego nie przemawiał ten wolkański mistycyzm? Znaczy, właściwie chodzi mi o to, że oni się w ogóle dziwnie zachowali, torpedując ciałem Spocka nowo powstałą planetę. Wolkanie są od dawna członkami Federacji, a skoro ich kultura wymaga ceremonii na ich najważniejszej górze, to tak właśnie sprawa powinna być załatwiona. Tak uważam. A tymczasem, Sarek musi oświecić Kirka, że zrobił coś nie tak. Swoją drogą, a co by się stało z duszą Spocka, gdyby przypadkiem nie trafiło mu się nowe ciało?

Tego widoku nie lubimy, mój Sssskarbie :(
(źródło)
F.: Myślę, że gdyby się nie trafiło, to dusza miałaby przejebane. xD i McCoy takoż. Ale wracając do Twojej wątpliwości: tak, to jest dziwne. Pamiętam, że też mnie to dziwiło, kiedy pisałam o tym filmie trzy lata temu na blogasie (kłamię, wcale tego nie pamiętałam, ale przed chwilą zerknęłam do tamtej notki). Teraz próbuję to sobie trochę racjonalizować: wiesz, w Amok Time Spock okropnie nie chciał wyjawić Kirkowi, na czym polega jego problem. Nie chciał gadać o pon farr. Może Wolkanie po prostu są wyczynowo powściągliwi, jeśli chodzi o opowiadanie innym o swojej kulturze? Z jednej strony to nielogiczne i dziwne, skoro są sojusznikami ludzi. Z drugiej… cóż, Wolkanie chyba nie zawsze są tak logiczni, jak chcieliby uchodzić.

S.: Tak, zwłaszcza ten unoszący się Sarek – nie mówimy o naszej kulturze, bo nie lubimy, ale macie ją szanować i wiedzieć. No. Zresztą sam przyznał (i tym mnie po raz kolejny kupił, bo lubię gościa), że w obliczu śmierci syna, logika mu siada.

F.: Sarek jest w ogóle mega fajną postacią: Wolkanin, który musiał się przekonywać do ludzkiego – prawie ludzkiego – syna. No i się przekonał, choć na początku nie było łatwo. Podobało mi się to. Natomiast zaskoczyło mnie, kiedy Sarek domagał się od kapłanki fal-tor-pan, a ona mu na to mówi, że to legenda i dawno nikt tego nie robił. W sumie no… jest kapłanką, nie? Nie powinna chyba bagatelizować legend, które istnieją w jej własnej kulturze…?

S.: Zdecydowanie nie. Natomiast, ja miałam wrażenie, jakby troszkę twórcy scenariusza szli na żywioł. Bo to pierwsze wejście Sareka było takie, jakby po prostu nie było innej opcji, wszyscy wiemy, że dusza jest w kimś innym i już, działamy. I potem trochę zgłupiałam przy stwierdzeniu kapłanki i jeszcze tej groźbie, że to obrzęd niebezpieczny także dla przechowalni, którą był w tym momencie McCoy.

F.: Odbieram to jako przejaw ojcowskiego zaślepienia. Dla niego sprawa była totalnie oczywista, bo był emocjonalnie związany z synem, więc ryzyko, na jakie naraziłby się McCoy, za bardzo go nie interesowało.

S.: Zrozumiały egoizm. I patrz, jak w sumie jego reakcja wyszła ostatecznie na bardziej żywiołową niż reakcja Kirka na śmierć Davida.

F.: Ej, rzeczywiście: wszak mamy tu dwóch ojców, którzy stracili synów. Nie zwróciłam na to uwagi. Przykro mi, Kirk, marny z ciebie tatuś w tym zestawieniu.

S.: I ta ciekawa kontra – emocjonalni ludzie vs zimna logika Wolkan. Oczywiście możemy brać poprawkę na to, że Kirk właściwie nie znał swojego syna, a ten umierając bohatersko wystawił sobie świetną laurkę. Kirk może być dumny z potomka, w którego ukształtowanie nie włożył szczególnie wiele wysiłku.

F.: I tu znów wraca kwestia tego, że dla mnie na ten przykład zniszczenie Enterprise było bez porównania większą tragedią niż śmierć Davida. W sensie – dla mnie, czyli wydaje mi się, że dla Kirka, no. ;) Chodzi o to, że David był właściwie obcym człowiekiem. Oczywiście, moment żalu się pojawił, ale tylko moment. Enterprise dostał dużą, piękną, malowniczą scenę, która porusza mnie tym bardziej, im więcej razy oglądam „W poszukiwaniu Spocka”. W notce sprzed trzech lat trochę na to kręciłam nosem. Teraz jestem daleka od tego. To było naprawdę wyraziste „What have I done?” i miało duży ładunek emocjonalny. Swoją drogą, to nie jedna rzecz, która mi się odmieniła przez te lata. Cały czas pamiętałam „W poszukiwaniu Spocka” jako gorzką pigułę dla McCoya. Że wszyscy byli wobec niego niewdzięcznymi szujami, a on taki biedny. Tym razem zobaczyłam, że to jest trochę inaczej – i przyznaję, ulżyło mi. Bo jest ta końcowa scena, w której Spock rozpoznał Kirka. A potem przez moment jego spojrzenie spotkało spojrzenie McCoya (syna Dawida ;) ) i tam naprawdę było widać, że oni już się porozumieli bez słów. Nie muszą sobie dziękować, bo każdy z nich wie, co drugiemu siedzi w głowie. I tak naprawdę strasznie mi się to spodobało.

A tak wyglądają Klingoni, kiedy myślą.
(źródło)
S.: Tak. To, kim są dla siebie czuć wyraźnie. Łączą ich rzeczy, o których mężczyźni nie mówią głośno ;)
Natomiast ja sobie uświadomiłam, że ględzimy i ględzimy, a nawet słowa nie poświęciłyśmy twórcom dodatkowego napięcia w tym filmie, czyli Klingonom, usiłującym przejąć tajemnicę Genesis. A przecież oni też zdecydowanie są odpowiedzialni za klimat odcinka. Bardzo mi się podobał wgląd w klingońskie metody dowodzenia. Choć jednocześnie myślę, że jeśli się ma dwanaście osób załogi, to strzelanie do nich w ramach dyscyplinowania może być nieco ryzykowne...

F.: Och, to Klingoni, nie lękają się ryzyka! A tak na serio: dziarsko fangirluję Klingonów z tego filmu. Nie tylko dlatego, że mają przegenialny motyw muzyczny (https://www.youtube.com/watch?v=jI3zwzxsfLM - OMG, te sceny, kiedy nadlatywał Bird of Prey <3 ), ale dla mnie Kruge jest po prostu cudnym Klingonem i cudnym antagonistą. Kiedy trzeba zabijać – po prostu zabija bez mrugnięcia. Nawet jeśli musi strzelać do swoich. Scena początkowa, w której musi zestrzelić Valkris tylko dlatego, że widziała coś, czego widzieć nie powinna, jest piękna. Widać w niej, że Kruge’owi jest żal, nie czerpie żadnej frajdy z zabijania, ale po prostu musi i już. I ta gadka o pamiętaniu, w ogóle cała ta honorność wojownika – no piękne. Kaman, w końcu nie bez powodu mam w szafie Kruge’owego Bird of Prey z oryginalnymi dźwiękami :3 Zawsze korci mnie porównać Kruge’a z Khanem i tak bardzo to wypada na korzyść Klingona, który jest po prostu nieustraszonym wojownikiem walczącym o przetrwanie swojego ludu, a nie jakimś rozsmarkanym kretynem, który płacze, bo nikt do niego nie pisze.

S.: I ten Klingon, który został jako ostatni, którego Kirk „straszył” śmiercią. Zawód, że jednak nie będzie mu dane umrzeć jak przystało wojownikowi <3

F.: Och tak! <3 To było piękne. I w ogóle cały wątek tak trochę daje do myślenia: z jakim zagrożeniem mierzyli się Klingoni, że potrzebowali Genesis, żeby przetrwać? Można sobie to wyczytać gdzieś zakulisowo, ale aż mi żal, że film tego tematu nie rozwija.

S.: To trochę już taka tradycja. Pokazują nam fragmenty, zza których wystają intrygujące nieopowiedziane historie. To też świadczy o rozmachu uniwersum, w którym mnóstwo jeszcze zostało do zbadania.

F.: Zdecydowanie tak. <3 I filmy takie jak „W poszukiwaniu Spocka” sprawiają, że chce się badać i chce się w ten ogromny świat zagłębiać. I muszę powiedzieć, że trzeci z pełnometrażowych Star Treków podoba mi się chyba za każdym razem bardziej. Oczywiście, nie ma tego ciężaru i głębi co „The Motion Picture”, ale jest fantastyczną, przedstawioną z rozmachem i humorem przygodą, niepozbawioną przecież głębszych treści. Każdy z bohaterów ma swoje fajne momenty, razem stanowią drużynę rozrabiaków, którzy mimo lat wciąż mają tę samą energię i z którymi trudno się rozstać. Fantastyczni Klingoni stanowią wisienkę na torcie. Zdecydowanie to nie jest moje ostatnie spotkanie z poszukiwaniem Spocka.





- A chimpanzee and two trainees could run her.
- Thank you, Mister Scott. I'll try not to take that personally.