Shades of Gray

oczywiście niezastąpiony
Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 17 lipca 1989
Reżyseria: Robert Bowman
Scenariusz: Maurice Hurley

No dobra, tu trzeba być szczerym, niestety. Ten odcinek jest gówniany. Mimo że Robert Bowman i Maurce Hurley to potężne nazwiska w trekowej historii, związane z bardzo udanymi epizodami, to jednak tutaj dostaliśmy szokująco śmierdzącą kupę. I piszę to z całkowicie czystym sumieniem, bo ja wiem, że oni to wiedzą. Bo, jak się zdaje, nikt z ekipy nie próbował udawać, że ten odcinek jest czymś więcej niż tylko naprędce skleconym zapychaczem. Zapychaczem zrobionym po taniości, bo Paramount zarządził, że skoro dał więcej kasy na Elementary, Dear Data i na Q Who, to teraz przyszedł czas na oszczędności. I to nawet krzepiące, czytać słowa Maurice’a Hurleya: „Gówno. To miał być epizod butelkowy. Straszny, po prostu straszny sposób na zaoszczędzenie pieniędzy”. Producent Peter Lauritson mówi od siebie: „To było… wyciągnęliśmy z tego naukę. Myślę, że to był najgorszy odcinek, jaki zrobiliśmy. Z gatunku ‘nigdy więcej’. ‘Shades’… Nawet nie chcę o tym pamiętać”. Producent David Livingston dodaje o tym epizodzie: „Jest bardzo słaby i fani go nie lubią. My też go nie lubiliśmy, ale Paramount powiedział ‘Hej, musicie zaoszczędzić dla nas trochę pieniędzy’”.
Myślę więc, że nie ma tu o czym mówić. Odcinek jest głupi, zrobiony na szybko i po taniości. Po prostu nie myślmy o nim więcej. Na szczęście Star Trek ma nam jeszcze wiele do zaoferowania. Jedno, o co mam żal, to że jest to jednocześnie ostatnie wystąpienie doktor Pulaski – i przykro, że pożegnała się z serią w tak nędzny sposób.

Ale jednak czuję potrzebę by powiedzieć to głośno: czy oni w tej przyszłej przyszłości, nie słyszeli o amputacji? Naprawdę trzeba było pozwolić aby to coś myknęło z łydki do mózgu?
I to by było na tyle.
A za doktor Pulaski już tęsknię.

Peak Performance

Autor: Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 8 lipca 1989
Reżyseria: Robert Scheerer
Scenariusz: David Kemper

To nie pierwszy raz, jeśli mnie pamięć ma dziurawa nie myli, gdy mamy do czynienia z grami wojennymi w Star Treku. Tym razem załoga Enterprise dzieli się na dwie drużyny (jedna słabsza i na rozlatującym się sprzęcie, bo to jest przecież standard, że jak chcesz udowodnić, że ktoś jest niekompetentny, to dajesz mu grata, który ledwie pełza [w ogóle nie ogarniam, dlaczego do tych ćwiczeń musieli recyklingować jakiś kosmiczny wrak, zamiast użyć normalnego, działającego statku. Nie słyszałam, żeby do przeprowadzenia u nas manewrów najpierw wyławiano wraki z Bałtyku. Ale łotewer, nie mam nic wspólnego z wojskiem, może to jakieś mądre militarne niuanse…] i każesz się bronić przed w pełni funkcjonalnym okrętem), a sędzią jest super strateg, który swą wielkość prezentuje głównie za pomocą gry w coś. Znaczy w Strategemę. Nazwa gry jest podana a nawet widzimy trzy rozgrywki i w sumie nie wiem, co ma prędkość (nawet sensownego i celowego) ruszania wszystkimi dziesięcioma palcami u rąk do strategii. Powiedziałabym, że ćwiczymy tu koordynację wzrokowo-ruchową głównie. Na wysokim poziomie, fakt. Ale strategia? Wydaje mi się, że to słowo oznacza tworzenie planu. I ja po prostu nie widzę, jak zaprezentowana mi gra ma się do tego. Co nie zmienia faktu, że doktor Pulaski wymuszająca na Dacie „utarcie nosa” napuszonemu strategowi jak zwykle mnie kupiła. W ogóle to żal mi bardzo, że znika w trzecim sezonie. Smutek i tyle.

Strategema była kretyńska, nie bójmy się tego słowa. Raz, że ze strategią nie miała, jak się wydaje, kompletnie nic wspólnego. Dwa, że w ogóle trochę zabrakło jakiegoś zarysu reguł przynajmniej. No bo serio, machali palcami, a pośrodku jakieś kropki się przesuwały. Jaki był cel tej gry? Jakie zasady? Gdzie ten element strategiczny? Dlaczego dłużej się tę grę montowało na graczach niż faktycznie trwała rozgrywka? Ale Star Trek trochę tak już ma, niestety. To nie pierwszy raz, kiedy pokazuje nam jakieś futurystyczne gry i zabawy i zawsze jest podobnie: mamy jakiś hologram i jakieś ruszające się kształty, ale za bardzo nie widać, o co w tym wszystkim miałoby chodzić. Całkiem szczerze, dla mnie to nieco przykre, bo przecież wystarczyłoby pewnie nieco podrasować jakąś faktycznie strategiczną grę i to by zrobiło robotę. Choćby można wrócić do znanych z TOSa trójwymiarowych szachów.

Kontynuując wątek dowalenia Sirnie Kolramiemu (Roy Brocksmith) to
Gra strategiczna by TNG (źródło)
załoga skojarzyła mi się ze zgraną klasą, która dostaje nowego nauczyciela – z gruntu niesympatycznego. Nikt nie chce się uczyć jego przedmiotu (bo siła nie jest rozwiązaniem – BTW, kiedy komandor Riker to powtórzył po kapitanie, kwikłam ze śmiechu – a Enterprise to statek naukowy, eksploracyjny, a nie okręt wojenny), wszyscy pokazują mu języki, gdy tylko się odwróci i starają się udowodnić, że i tak ich niczego nie nauczy. [gówniarze, ale takie w typie kochanych urwisów. Doktor Pulaski pięknie wkręca Datę i w ogóle strasznie mi się to podoba w kontekście tego, jak przecież na początku sceptycznie podchodziła do towarzystwa androida. A tu proszę, niemal się zakumplowali]
A on sam wcale nie stara się aby współpraca układała się choćby poprawnie. Za diabła nie rozumiem, czemu uznał, że Riker się nie nadaje na dowódcę. Nie znał go wcale. Jego akta z całą pewnością są pełne achów i ochów na temat wzorowości jego służby. Najwyraźniej przez Kolramiego przemawiał jakiś prastary stereotyp, że oficer powinien być zarazem dżentelmenem. A nie kimś, kto brata się z załogą. Tyle, że po pierwsze – jedno drugiego nie wyklucza, a po drugie – czy Riker jest jakiś przesadnie wylewny? [słyszałaś: bywa niestosownie… zaraz, jak to było ujęte? Jowialny? Nie, tak na serio, to nie mam pojęcia, o co mu chodziło. Choćby Riker był typem zabawnego wujka z wesela, taki wybitny strateg jak Kolrami nie powinien mieć o to chyba bólu pupki, nie? Grunt, żeby Riker wywiązywał się z obowiązków. Co to za czepianie się jakichś zupełnie niezwiązanych z tematem cech? Zwłaszcza że to było zupełnie głupie czepianie się. Załóżmy przez moment, że coś jest na rzeczy i Riker bywa jowialny. Czy naprawdę uważamy, że dobry dowódca to taki, który przenigdy nie pokazuje swojej ludzkiej twarzy i jest dla podwładnych jak kosmita z kijem w zadku? Naprawdę ośmieliłabym się powątpiewać.] Żeby było jeszcze mniej sensownie, nasz specjalista postanawia pokazać, że komandor nie nadaje się na najwyższe stanowisko, układając grę tak, by musiał (w mniemaniu
Zrobimy z tego złomu porsche! (źródło)
stratega) przegrać. Tyle, że takie numery to my, a nie nam, Bruner. Załoga komandora wygrywa  i to wygrywa w stylu całkowicie nie dżentelmeńskim. Oszukując, ile się da. Są skuteczni, a przecież o to właśnie chodzi. I doskonale sobie radzą, gdy pojawia się prawdziwe niebezpieczeństwo – przypadkowy statek Ferengich, którzy nie ogarniają takich federacyjnych zabaw jak gry wojenne. Dla nich sytuacja jest prawdziwa, a skoro ktoś atakuje statek, a potem go broni przed trzecimi to znaczy, że wie, iż ów statek ma na pokładzie coś bardzo wartościowego. [uwielbiam to podejście Ferengich! Uwielbiam ich sposób myślenia, niezwykle konsekwentny. I to przeświadczenie o tym, że ktoś tu ukrywa przed nimi możliwość zarobku.] To też moment, kiedy Kolrami pogrąża się ostatecznie. Nie widzi problemu w poświęceniu komandora Rikera, porucznika Worfa, głównego mechanika i czterdziestu innych członków załogi, byle tylko jego szanowny strategiczny tyłek został uratowany. Da się zapewne wyczuć, iż gość mnie drażni. Przyznaję, drażni. Bo sensowność jego obecności widziałabym wtedy, gdyby służył jakąś radą. Nauczył czegoś załogę. A nie próbował udowodnić, że ktoś jest do dupy. Nawet jeśli ten ktoś (sorki, komandorze) – statystycznie rzecz ujmując – wypada poniżej średniej w konkurencji myślenia w sytuacjach kryzysowych.

Znaczy mnie też Kolrami drażni – myślę, że dokładnie na to był obliczony. Ale muszę nadmienić, że nie czułam od niego lęku o jego szanowny strategiczny tyłek. Naprawdę wierzę, że myślał dokładnie tak jak mówił: że można poświęcić czterdziestkę, by ocalić tysiąc. To zresztą temat, który Star Trek już podejmował: potrzeby większości są ważniejsze od potrzeb jednostki. I, jak zwykle, ta teoria okazuje się bullshitem, bo nasi bohaterowie nie byliby sobą, gdyby nie zdołali pogodzić jednego z drugim.
To, co rozczarowuje, to jednak jakaś kompletna niekompetencja Kolramiego. Nie było ani jednego momentu, w którym pokazałby się jako genialny strateg. To, jak dla mnie, bardzo mocno podważyło jego wiarygodność. Zresztą, jak teraz o tym myślę, to nie wiem, czy Worf nie miał trochę racji: Zakdorni jadą na opinii doskonałych strategów, więc nikt ich nie atakuje. A skoro nikt ich nie atakuje, to ta ich reputacja nie jest w żaden sposób weryfikowana. Kto wie, może i to jest jakiś jeden wielki bullshit? Może tylko ściemniają, że są wielkmi taktykami, podczas gdy jedyne co potrafią, to szybko machać palcami w jakiejś głupiej grze? Co oni wiedzą o prawdziwej walce?

Osobnym wątkiem jest problem Daty. Data przegrywa w grę komputerową z człowiekiem. Data się zepsuł. Data nie może pozostawać oficerem naukowym. Takie podejście jest w pełni zrozumiałe dla androida. Nie spodziewał się przegranej. Dlatego zresztą nie widział sensu w graniu z Kolramim, w co wkręciła go w końcu – bez zgody – doktor Pulaski. Tymczasem człowiek wygrał. Jest naprawdę mistrzem i zdołał pokonać maszynę. I ta maszyna nie rozumie tego i zachowuje się bardzo po ludzku. Boli ją porażka. Nawet jeśli objawia się to w upartym szukaniu usterki, która przecież za tę porażkę MUSI być odpowiedzialna. Tu znów Picard udowadnia, jak zajebistym jest kapitanem – przywołuje Datę do porządku jednym dobitnym zdaniem. To lubię. [Prawda, że Picard pięknie to załatwił]
Jednak najbardziej w tym odcinku podoba mi się Worf. Jego kumpelskie wsparcie dla Rikera, wejście w grę pod tytułem „stoimy na z założenia przegranej pozycji, ale może choć zdołamy ich pogryźć”, kombinowanie, a przede wszystkim fakt, że postawił na komandora w jego absurdalnej rozgrywce w Strategemę z – jakby nie było – mistrzem tej gry.

– It is possible to commit no mistakes and still lose. That is not a weakness. That is life.

The Emissary

Jak zawsze niezastąpiony
Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 26 czerwca 1989
Reżyseria: Cliff Bole
Scenariusz: Richard Manning, Hans Beimler, Thomas H. Calder

Oto dostaliśmy kolejny odcinek poświęcony związkom i miłości. A jednak temat tym razem został ugryziony diametralnie inaczej niż w przypadku Lwaxanny Troi. Trudno mi przy tym ocenić, czy lepiej czy gorzej – właściwie nie ma żadnego punktu, który by można tak naprawdę porównać. W Manhunt mieliśmy śmieszkowatą historię kobiety w średnim wieku, której hormony szaleją i która natychmiast potrzebuje mężczyzny. Tutaj dostajemy starą znajomość i dawne urazy, niespodziewane spotkanie po latach i mnóstwo wątpliwości, w jakim kierunku to wszystko powinno pójść.

W odcinku jest kilka ognisk konfliktu: raz, że Worf i K’Ehleyr (Suzie Plakson) – jak się okazuje – mają zupełnie różną interpretację relacji, która ich łączy. Dwa, że sama K’Ehleyr nieustannie walczy sama  sobą, jako że jest w połowie Klingonką, w połowie zaś człowiekiem i musi godzić ze sobą te dwie natury. Co zresztą jest fajnym pomysłem i Star Trek wróci do niego w Voyagerze wraz z wprowadzeniem do serialu B’Elanny Torres. Trzecim konfliktem, tym z jednej strony największym, z drugiej – pozostającym najbardziej w tle, jest sama misja Enterprise i próba zażegnania kryzysu między Federacją a Imperium Klingońskim.
Nie mogę się do niczego przyczepić. Podobały mi się te wątki, problemy nie były wydumane ani wrzucone na siłę. Dodatkowo ciekawie oglądało się Worfa w tak niezwykłych okolicznościach – wszak to nie jest bohater, którego kojarzymy z wątkami miłosnymi. Odcinek dał nam tym samym fajny wgląd w klingońską kulturę – i to nie w kontekście bitew i honorowego umierania, tylko w kontekście emocji i uczuć. I tak okazuje się, że po jednej upojnej nocy poczucie honoru każe Klingonom natychmiast przysięgać sobie miłość aż po grób. Cóż… nie ma się w sumie co dziwić. Zresztą, myślę sobie, że ze względu na ten przymus (chyba nawet bardziej wewnętrzny niż zewnętrzny), Klingoni mogą prowadzić dużo bardziej cnotliwe życie i z dużą rozwagą decydować, z kim zechcą spędzić tę swoją pierwszą noc. Co oczywiście nie ma chyba potwierdzenia w faktach, bo o ile kojarzę, Worf miał za sobą jakieś doświadczenia seksualne. Ale właściwie nie ma co się zastanawiać nad takimi domniemanymi epizodami, bo serialowi brakuje konsekwencji nie tylko w tym przypadku.

Pokerowe miny oficerów Enterprise (źródło)
Dla mnie najciekawsza była ta furia, jakaś zajadła nienawiść, którą wzbudzała w Worfie K’Ehleyr. Jego zachowanie daje pogląd na pojęcie klingońskiego honoru. Nie chciał nawet być w jej pobliżu, bo kiedyś tam ona miała na niego ochotę, ale na zamążpójście to już nie. W ludzkiej relacji to raczej babka byłaby zirytowana ze względu na odrzucenie jej zalotów. Tak mi się wydaje.

To, co mnie cały czas nurtuje, to dwoista natura K’Ehleyr. Bohaterka miała bowiem ojca-Klingona i matkę-człowieka. A dobrze pamiętam, że Worf nie raz podkreślał, że ludzkie kobiety absolutnie nie nadają się dla klingońskich mężczyzn: są za delikatne i, o ile zrozumiałam, prawdziwy Kllingon rozerwał by je od środka swoją potężną klingońską łodygą czy coś. Chociaż tu zaczynam dochodzić do wniosku, że po prostu Worf lubi budować sobie legendę, bo przecież mamy w serialu również alternatywne ścieżki fabularne, w których na przykład w szczęśliwym i pełnym namiętności związku zobaczymy Worfa i Deannę Troi.
Słowem – Worf to erotoman-gawędziarz.

Ale chyba zboczyłam [zboczyłam… reh reh reh reh] z tematu.
Chciałam napisać, że odcinek ma ciekawe wątki i poprawnie je prowadzi – tyle tylko, że z drugiej strony nie pokazuje nam niczego nowego czy nadzwyczaj fascynującego. Jakiśtam wiszący w powietrzu konflikt z Klingonami to jeden wielu pretekstów, żeby tak naprawdę opowiedzieć o czymś zupełnie innym. Ot, nic nowego. Dwoista natura K’Ehleyr ma potencjał (oczywiście, raczej niemożliwy do pełnego wykorzystania w raptem czterdziestominutowym odcinku, to niczyja wina), ale nie robi z nim tak naprawdę niczego super ciekawego. W gruncie rzeczy, ta kobieta to po prostu nerwuska i ot, cała filozofia. Niby mamy jakiś dramatyzm w scenie tłuczenia stolika, ale jeśli mam być szczera, widywałam bardziej spektakularne wybuchy gniewu z udziałem zwykłych, lekko podkur… lekko poddenerwowanych ludzi. Po Klingonce oczekiwałoby się jednak czegoś więcej. Choć rozbawiła mnie następująca potem scenka z doradcą Troi, która wyjaśniła, że emocje K’Ehleyr wyczytuje dzięki swoim zdolnościom, ale też dzięki rozbitemu stolikowi. Uroczy dystans i zaskakująco udany żart.

Wydaje mi się, że czułabym się bardziej
komfortowo bez aż takiego zoomu
w czasie rozmowy... (źródło)
No i jeszcze jedna refleksja w temacie (strasznie skaczę z wątku na wątek, wiem…) romansu: co cieszy, to fakt, że to początek dłuższego wątku, który nie kończy się na jednym odcinku. Co nie cieszy, to fakt, że w konsekwencji serial daje nam Alexandra, który, niestety, strasznie mnie wkurzał. No ale na szczęście mamy do tego jeszcze trochę czasu.

Ja muszę dodać, że ogromnie mi się podobała gra wstępna. Taka elektryzująca wyszła. I nie wiem, czy Worfowi chodziło o łodygę, kiedy mówił o delikatności ludzkich kobiet, czy raczej o to, że w jego ludzkich kręgach seks BDSM nie był akurat szczególnie popularny ;) wyobrażam sobie, że rozdrapywanie dłoni do krwi to tylko jeden z innych elementów klingońskiego seksu.

Wreszcie muszę wspomnieć o finałowej konfrontacji z załogą okrętu T’Ong. Przyznaję, że ten problem został rozwiązany niegłupio. A Klingoni w swoich klingońskich mundurach wyglądają imponująco i w ogóle nie wiem, czemu Worf nosi piżamki Federacji, kiedy mógłby paradować w swoich majestatycznych ciuchach. Od razu też polubiłam kapitana K’Temoca (Lance LeGault), który z jednej strony był typowym klingońskim oficerem, lojalnym Imperium i nieustępliwym, z drugiej jednak – potrafił wykazać się rozsądkiem, kiedy jedyne, co mu pozostało, to dość głupia i potencjalnie bezzasadna śmierć. A był to rozsądek wcale nie taki oczywisty, bo po wybudzeniu z blisko stuletniej hibernacji każdy miałby prawo być zdezorientowany i nerwowy, cóż dopiero Klingon!

To dobry, poprawny odcinek, który oglądało mi się bez bólu, ale który też nie pozostawił we mnie zbyt wielu przemyśleń czy emocji. Głównie nurtuje mnie myśl, czy Klingoni są dobrzy w pokera. No i jak to w końcu jest z tymi związkami klingońsko-ludzkimi…

Poker mnie rozbawił. Biedny Data, który przeliczał, wysilał obwody na przewidywanie i jednocześnie dostawał wciry od podenerwowanego Klingona xDD




­– How did you like command?
– Comfortable chair.

Manhunt

Autor: Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 17 czerwca 1989
Reżyseria: Rob Bowman
Scenariusz: Melinda M. Snodgrass, Tracy Tormé

OK. Widzę ten odcinek jako zaplanowany comic relief. Cały odcinek. [chyba jak niemal wszystkie odcinki z Lwaxanną Troi ;) ] Może poza Antedianami, od których wszystko się zaczyna. Antedianie to rasa, która trzyma się z daleka od ludzi, nie ma zbyt wielu kontaktów z Federacją i właśnie zamierza je pogłębić. Jest do tego stopnia obca, że kapitan na ich powitanie zaprasza Wesleya, żeby chłopak się czegoś nauczył. Antedianie podróżują w stanie przypominającym katatonię, w który wprowadzają się umyślnie. Nie są bowiem w stanie przeżyć podróży z prędkością warp przytomni. Mamy więc tkwiących w bezruchu rybiogłowych Antedian i beczkę ich wijącego się jedzenia, na które się rzucą, gdy już oprzytomnieją pod czujnym okiem pani doktor. [taak, co mnie rozbawiło, to że taplali się po przebudzeniu w tej beczce z morskimi robakami, ciamkali, miętosili to błoto w rękach, a w beczce nic nie ubywało] Kapitan wygłasza do nich mowę powitalną, Wes ich sobie ogląda, a widz – znający tytuł odcinka – może snuć domysły, że zaraz zobaczy jakiś konflikt z obcą rasą. Nic tak prostego, choć obca rasa faktycznie nie ma dobrych zamiarów, tytuł ma więc podwójne znaczenie.

Odnosi się on bowiem do polowania, które urządza sobie starsza pani Troi, która wpada na pokład Enterprise, jako dyplomatka, skierowana do rozmów z Antedianami w imieniu Federacji, a wpada w intrygującym okresie swego życia – fazie, którą przechodzą w pewnym wieku wszystkie Betazoidki, a która charakteryzuje się zwiększonym popędem seksualnym i potrzebą natychmiastowego znalezienia sobie męża. Bo seks bez obrączki nie wchodzi w grę. Swoją drogą – strasznie konserwatywne to betazoidzkie społeczeństwo.

Bardzo mi się podoba to betazoidzkie społeczeństwo. Właśnie w tych różnych drobnych różnicach w porównaniu z ludźmi: gong podczas posiłku, tradycyjnie nagie śluby i inne takie. Na fakt, że w czasie „fazy” Betazoidka wybiera jeden obiekt westchnień i go potem poślubia, patrzę właśnie jako taki ciekawy detal, a nie jako konserwatyzm. W sumie dla Betazoidów to nie musi być wcale konserwatywne – skąd wiesz, jak zachowywało się ich społeczeństwo sto lat wcześniej? Może to „honorowe” rozwiązanie, które wybrała Lwaxanna, jest właśnie super postępowe. A może zwyczajnie praktyczne – ze względu na telepatyczne zdolności tej rasy, może wygodniej jest mieć jednego partnera? Strzelam oczywiście, ale myślę, że ocenianie Betazoidów przez pryzmat naszej kultury byłoby dla nich krzywdzące.

Pierwszą ofiarą polowania staje się kapitan. Jego uniki są dość zabawne,
Antedianie (źródło)
zwłaszcza, gdy podstawia pani Troi Datę z jego niezwykle szczegółowymi anegdotkami. [zazdrościłam jej. Jestem totalnie przekonana, że anegdotki Daty są super ciekawe i sama pewnie mogłabym tego długo słuchać. A co fajne, gdybym nie rozumiała technobełkotu, mogłabym się do tego przyznać i jeszcze kopsnąłby mi przyspieszony kurs… wszystkiego! Taka okazja, a Lwaxanna siedziała nabzdyczona, no serio, ehhh…] Przy okazji widzimy ograniczenie holodeku, który nie jest w stanie dać kapitanowi wymarzonego spokoju, jako że taki nie występuje w opowieściach o detektywie Dixonie Hillu. I przyznam, że się trochę zastanawiam, czemuż to wszyscy chcieli zabić kapitana/Dixona? Przecież opowieści z Sherlockiem Holmesem potrafiły być oryginalne – oczywiście, gdy już Data pogrzebał w ustawieniach. A jeśli nie potrafiły, to przecież podać komputerowi wytyczne, że realia z powieści o Dixonie, ale tematem niech będzie wieczorek towarzyski. Najwyraźniej kapitan nie mógł mieć spokoju, albo też mieliśmy zobaczyć, że nawet te utrudnienia są mu milsze niż zaloty Lwaxanny Troi.

A może po epizodzie z Sherlockiem kapitan sam kazał ograniczyć możliwości holodeku? :D A tak serio, to owszem, to było trochę dziwne. Nie kojarzę, żeby komputer często miewał takie ograniczenia.

Kiedy kapitan umyka zalotom, Lwaxanna zmienia obiekt westchnień. I tu stwierdzam, że „faza” musi być masakrycznie silna, bo pani ambasador
Nowa ofiara (źródło)
przerzuca się na ukochanego swej córki i nie widzi w tym problemu, choć przecież wie, że komandor porucznik Riker (który reaguje chyba nawet bardziej panicznie niż kapitan) jest poniekąd zarezerwowany przez jej własną córkę. Pomijając już fakt, że pani ambasador nie ma w zwyczaju pytać swych wybranków o zgodę, więc wychodzi na to, że ani kapitan ani Riker nie mieli nic do powiedzenia, to jeszcze najwyraźniej wyrzut hormonów (czy co tam mają Betazoidzi) każe jej mieć w głębokim poważaniu córkę. Fascynująca jest ta pewność siebie pani ambasador. Oczywiście ogarniam, że wyżej wspomniane hormony. Ale zupełnie nie ogarniam zachowania wszystkich innych. W sensie – uciekają? Nie mogą po prostu powiedzieć: „nie, dziękuję”? Chyba nie do końca łapię zasady federacyjnej dyplomacji…

To było w sumie jakoś wyjaśnione – może niezbyt dobrze, ale było… Że ona przez te hormony by każdą odmowę tak strasznie przeżyła i się śmiertelnie obraziła. Może chcieli tego uniknąć przez zwykłą sympatię, a może przez fakt, że to jednak pani ambasador. W każdym razie ten akurat problem mnie nie zaprzątał. Natomiast trochę mnie zdziwiło, że koniec końców cały wątek Lwaxanny do niczego nie doprowadził. Odwiedziła statek, narobiła wokół szumu i odleciała, a Faza wciąż w natarciu. Zaskakująco dobrze pani Troi przyjęła fakt, że w gruncie rzeczy jednak żaden z jej wybranków jej nie chciał. Niemniej podobało mi się, jak mimochodem i z zerowym zaangażowaniem w temat zdekonspirowała zamachowców. Jakby ich zamiary były oczywistością dla wszystkich wokół.

Ale to nie tak, że odcinek mi się nie podoba. Przede wszystkim daje do myślenia fakt, że pani ambasador zachwyca się barmanem z holodeku. Facet jest dla niej nie do odczytania. Oczywiście dlatego, że jest jedynie produktem komputera, elementem dekoracji, NPC-em. Nie zmienia to jednak faktu, iż czytanie w myślach nie jest takie fajne, gdy przychodzi do relacji. Brak niewiadomych, niepewności, nutki tajemniczości musi w gruncie rzeczy być dość nudny. Choć pewnie przynosi swoisty spokój. Ja tam bym tak w każdym razie nie chciała.

Czytanie w myślach wydaje mi się jedną z najkoszmarniejszych supermocy ever. Niemniej znów: nie ma co porównywać Betazoidów z nami. Podejrzewam, że jeśli cały gatunek ma taką umiejętność i żyje z nią od dawna, to musi wyglądać inaczej, niż gdyby nagle ludzie nauczyli się czytać w myślach. Bo dla Betazoidów to normalne – za to mówienie na głos uważają za dziwaczne.  Ot, taka jest ich natura, tak jak to, że u Ferengich erotyczną igraszką jest smyranie się po uszach.



– I'm sorry they startled you, Mrs. Troi. They're Antedean delegates; they're being stored here temporarily.

Up the Long Ladder


Premiera: 20 maja 1989

Reżyseria: Winrich Kolbe

Scenariusz: Melinda M. Snodgrass



Zauroczył mnie ten odcinek. Dla mnie to jeden z tych, które się robi na prośbę ludzi od kostiumów. Bo im się normlanie nudzi, a od czasu do czasu mogą się popisać. Z radochą prawdziwą patrzyłam na sukienki, narzutki, marynarki kolonistów z Mariposy. Zdecydowanie cała masa speców od włókiennictwa i krawiectwa wylądowała na dalekiej planecie, by założyć na niej kolonię Utopistów. Zresztą – nie bez powodu manifest załadunkowy obejmował jakąś absurdalną liczbę kołowrotków. Przyznam też, że bardzo podobało mi się to, że koloniści odlatujący z Ziemi po trzeciej wojnie światowej mogli zadecydować w jaki sposób chcą żyć. Że nie ingerowano w to, że chcą się cofnąć cywilizacyjnie. Jestem w stanie zrozumieć tę potrzebę ucieczki od teraźniejszości, która oprócz hałasu i zanieczyszczenia generuje dodatkowo wojny. Polećmy gdzieś daleko i sprawdźmy, czy da się od nowa. Jednocześnie nie palą wszystkich mostów – mają wciąż możliwość nadania sygnału SOS, gdy zagraża im niebezpieczeństwo na skalę planetarną i z niego korzystają. Swoją drogą – fajnie, że Riker od razu poznał, że to sygnał SOS, a komputer musiał grzebać i grzebać, by się do niego dogrzebać. Choć przyznaję, komputer podał szczegółowe dane.



A mnie szczególnie rozbawiło, że koloniści po wojnie postanowili zostać Irlandczykami :D No bo hej, przecież oni ewidentnie byli wystylizowani na stereotypowych Irlandczyków, nawet gdzieś tam była mowa o ziemniakach. Zresztą, teraz sobie zajrzałam na Memory Alpha i rzeczywiście, to jest bardzo wyraźnie powiedziane, że koloniści celowo zostali przedstawieni jako Irlandczycy, bo autorka scenariusza tak sobie to wymyśliła z ówczesnym przełożonym, jednym ze scenarzystów TNG, Irlandczykiem – Maurym Hurleyem. Nawet nazwa tych kolonistów, Bringloidzi, pochodzi z irlandzkiego.

To, co mnie tu natomiast szczególnie tknęło, to pokazanie owego „powrotu do natury” jako jednej z dróg, która jednak w izolacji od pozostałych kultur i cywilizacji sama nie jest w stanie sobie poradzić. Obie grupy kolonistów, niezależnie od obranego sposobu życia, koniec końców potrzebują siebie nawzajem. I ja to kupuję. Nieważne, czy jesteś eleganckim inteligentem, dla którego pociąg seksualny jest czymś obrzydliwym, czy jesteś wesolutkim, pracowitym hodowcą drobiu, jesteście równie wartościowi i, żeby mogło kwitnąć zdrowe społeczeństwo, powinniście się uzupełniać. To ładne, startrekowe przesłanie, nadal bardzo aktualne  w czasach dyskryminacji na tle rasowym i wszechobecnego oceniania ludzi po pozorach („nosi łachmany, więc przejdę na drugą stronę ulicy, bo nie chcę mieć z tym czymś do czynienia”).

Tylko że przy tym wszystkim nie mogę nie wrócić myślami do nieszczęsnego filmu pełnometrażowego Star Trek: Rebelia, który powstał dziesięć lat po tym odcinku, a jednak zawarta w nim myśl cofała markę o lat kilkadziesiąt. Bo oto mieliśmy tych cholernych Ba’ku, którzy wracali do natury i ach, och, to było takie wspaniałe, bo technologia jest taka fuj-fuj, no i oni mieli rację i w ogóle przyszłość powinna właśnie tak wyglądać. I argh. Ale do tego jeszcze kiedyś wrócę, jak dobijemy do tego filmu z notkami… Tak tylko odnotowuję, że nie cierpię tego filmu.



Pojawienie się kolonistów na USS Enterprise to moment komiczny. Pojawiają się bowiem z
Na sianku... (źródło)
całym dobytkiem (a jakże, zaskoczmy kapitana Picarda, który akurat w tym momencie uzna, że nie będzie słuchał swego pierwszego oficera od razu, bo lepiej kilka razy powiedzieć, że nie teraz, bo czas goni niż wysłuchać i mieć z głowy). Dobytek obejmuje świnie, kury, owce, siano i szczapki drewna na ognisko… I tu mam nieuniknione pytanie: jak, do cholery, działa transporter? Bo jakoś wcześniej nie zabierał niczego z otoczenia przenoszonych. Owszem, jeśli mieli coś w rękach – było przenoszone z nimi, jeśli była potrzeba przenieść jakiś pojemnik to przenoszono pojemnik. Ale źdźbła trawy? Drewno na ognisko? Po co? Na miejscu wyjaśniono by przecież ludziom z Mariposy jak to działa w XXIV wieku i już. Ale nie… bo wtedy nie byłoby akcji z paleniem ogniska w ładowni, więc zróbmy żeby transporter zachował się dziwnie. Przynajmniej ja tak to odbieram.



Rozumiem to tak, że transporter można przestawić na przeniesienie np. wszystkiego z danego obszaru, a można ustawić na pojedyncze osoby. Może zazwyczaj korzysta się z trybu z pojedynczymi osobami, bo to zjada mniej energii? A tutaj chyba było ustalone, że oni chcą zabrać swój dobytek, bo nie mogą przecież zostawić zwierząt, a to w konsekwencji mogło oznaczać również zabranie paszy i tak dalej, więc pewnie stąd postanowiono po prostu hurtem wziąć wszystko jak leci.



Jest to także jeden z tych odcinków, który prezentuje nam komandora Rikera, jako spadkobiercę romansowych ekscesów kapitana Kirka. Kiedy pan porucznik stwierdził, że pomoże pięknej  i pyskatej Brennie (Rosalyn Landor)  i podszedł  do niej stojącej na sianie, mój mózg natychmiast odtworzył tę scenę:






Koloniści z Mariposy stworzyli nową, na oko szczęśliwą, choć ktoś mógłby stwierdzić, że prymitywną cywilizację. Ja bym powiedziała prostą. Taką, gdzie nie trzeba się martwić o nic ponad bieżący dzień. Nie chcieli czekać, aż Ziemianie sami do tego dojdą, podbiją kosmosy, stworzą Federację. I moim zdaniem mieli rację. Osiągnęli sobie swój własny pokój wcześniej. I to jeden z wątków tego odcinka. Ale jak to bywa w TNG to nie wszystko, bo nagle okazuje się, że dwie planety dalej istnieje druga kolonia, gdyż SS Mariposa zabrał na swój pokład nie tylko Utopistów, ale też drugą grupę kolonistów – takich, którzy nie chcieli rezygnować z dobrodziejstw nauki i techniki i tajemnicze do tej pory komputery z manifestu pokładowego nagle nabrały sensu.

Kolonia numer dwa istnieje, ale nie ma się tak dobrze jak kolonia numer jeden. Z powodu katastrofy, którą przeżyło jedynie trzech mężczyzn i dwie kobiety, ażeby w ogóle mogła powstać
Trojaczki? (źródło)
posłużono się klonowaniem. Na logikę to dość słabe. Bo jak rozumiem mieli komputery – które się jakoś nie porozbijały ale mieli też sprzęt umożliwiający budowę laboratorium i kapsuł dla klonów i on też w tej katastrofie ocalał. A na dodatek te klony rosną im w zastraszającym tempie. Ale OK., to dość długo była bolączka produkcji S-F i space oper, że ich autorzy wyobrażali sobie te wszystkie przyspieszacze wzrastania i dojrzewania (acz jednak doba na stworzenie drugiego Rikera to jednak przesada). Natomiast przetrwanie kilkunastu pokoleń na tak mizernym genetycznym materiale? Ileż oni tych klonów stworzyli? Jak sobie radzili z zaspokajaniem wszystkich potrzeb? Fajne było to, że mieli problemy – że istniał kłopot z regresją genów, z przekazywaniem wad i mutacji. Fajne było też, że musieli wyłączyć popęd seksualny. Choć przyznaję, że nie wiem do końca jak, choć z drugiej strony psychika to niezwykła siła. I jeśli uwarunkuje się kogoś, że coś jest obrzydliwe to jest. No i wychodzili z tych kapsuł jako dojrzałe osobniki. Może jeśli byli klonowani z egzemplarzy już nie uprawiających seksu to szufladki w mózgu za to odpowiadające były od początku na głucho pozamykane?



Niewątpliwie jest w tym wątku sporo luk, ale z drugiej strony – można by nakręcić oddzielny serial o samych tych kolonistach i o tym, jak funkcjonowało ich społeczeństwo. Za dużo pytań i za trudne zagadnienia, żeby szczegółowo to omówić w jednym odcinku. Dlatego zupełnie mi to nie przeszkadza – ot, niezbędne uproszczenia, żeby cała historia mogła zagrać.



Sam sposób rozwiązania problemów jednych i drugich kolonistów jest dość prosty i od początku oczywisty. Hej, my mamy fajną planetę, a wy macie fajne nowe geny, łączmy się i mnóżmy się, a nie zapomnijmy o krzyżowaniu się na potęgę, żeby jak najwięcej nowych genetycznie osobników powstało. Dość monogamii! Komu by to nie odpowiadało? Oczywiście oprócz tych, dla których seks to obrzydliwość. Ale z drugiej strony, czego się nie zrobi dla podtrzymania gatunku? Znacznie ciekawsza jest reakcja Rikera na prośbę premiera Grangera (Jon De Vries) o możliwość pobrania genów jego i innych członków załogi USS Enterprise. Mnie ta reakcja zaszokowała. Riker nie chce być sklonowany. Ba! Riker bez skrupułów zabija klona. Bo jak sam tłumaczy jeden Riker jest wyjątkowy, ale jeśli będzie więcej Rikerów jego wartość znacznie spadnie. Zastrzelił mnie. Żadnego zastanowienia się nad tym, że to jest istota ludzka, że powołana do życia, ma prawo żyć. Że ma duszę, jak ma ją sam Riker (czy jak nazwiemy tę część człowieka odpowiedzialną za jego samoświadomość i możliwość decydowania o swoim postępowaniu). W sumie ten strach porucznika przed pojawieniem się jego podróbek (bo tak zdaje się to odbierał), a także wściekłość na tych, co mu ukradli komórki i wbrew woli stworzyli klona, jest dla mnie zrozumiała. Ale już zabójstwo nie. Dla Rikera klon to nie człowiek. To zagrożenie dla jego ego. Duplikat, a nie odrębny byt. Zastanawiam się, czy tak właśnie widzieli ludzie z końca lat 80-tych klonowanie?
Omujbosz, ona jest w ciąży i ma kózkę! (źródło)




Mnie ta reakcja ogólnie zaszokowała. Bez mrugnięcia chcieli skazać cywilizację na wyginięcie w imię… no w imię swojego ego. W imię jakiejś mętnej wizji, że nie będą już jedyni i niepowtarzalni. Co za parchate samoluby. Żadnej refleksji, że może jednak, że przecież klon będzie żył w totalnie odmiennym środowisku, więc siłą rzeczy koniec końców będzie jednak innym człowiekiem, bo przecież kształtują nas nie tylko geny (rzecz fajnie poruszona w pełnometrażowym Star Trek: Nemesis, ale do tego też wrócimy kiedy indziej). Po prostu od pierwszej chwili dali odpowiedź odmowną. Trochę się nie dziwię premierowi, że podjął decyzję o wykradnięciu genów, choć nie mówię, że ją pochwalam: mam świadomość tego, że to kradzież i to dość radykalna, bo nie mówimy o wykradnięciu srebrnej łyżeczki, tylko no… kawałka człowieka.

No i to bezrefleksyjne zabójstwo Rikera… dziwnie, po prostu dziwnie to wszystko wyszło, mocno niefortunnie moim zdaniem.

Ale ale! Zupełnie pominęłaś wątek doktor Pulaski i Worfa, który zapadł na klingońską odrę! Wiem, to był maleńki wątek, ale strasznie go lubię. Pomijam fakt, że przez pewien czas trochę mnie zastanawiało: odra? Na pewno mają na myśli odrę, a nie ospę? No ale nie, słownik wyraźnie mówi, że „measles” to odra. No więc okej. Taka tam choroba dziecięca. To co mnie jednak urzekło, to fantastyczne zrozumienie pani doktor dla Worfa, jej dyskrecja i profesjonalizm. I aż mi smutno, że nie usłyszeliśmy żadnej klingońskiej poezji romantycznej. Chciałabym więcej tego wątku.





Podsumowując – odcinek ciekawy i miły dla oka. Lubię. [I ja takoż go lubię bardzo. Mimo pewnych elementów, które wydają mi się okropnie nietrafione (podejście do klonowania), jest ładny, zabawny i niegłupi. Acz nadal nie wiem, czy Brenna umyła w końcu stopy]





– Every moment of pleasure in life has to be purchased by an equal moment of pain.