The Outrageous Okona

il.: Brett Hetherington (źródło)

Premiera: 12 grudnia 1988
Reżyseria: Robert Becker
Scenariusz: Les Menchen, Lance Dickson, David Landsberg

Okej, coraz mocniej czuję, że jestem na ten serial trochę za stara. Pierwszym sygnałem był Riker. Tym razem: Okona (William O. Campbell - z ciekawostek: o mały włos, a to właśnie on, a nie Jonathan Frakes, zostałby Rikerem), czyli startrekowy Han Solo (tak szczerze, to starwarsowego Hana Solo jakoś też za bardzo nie czuję). Awanturnik, hultaj, kochanek. I, żebym nie była źle zrozumiana, doceniam ideę, która skrywała się za tym epizodem. Raz, że mieliśmy ładne przełożenie Romea i Julii na sci-fi. Z tą różnicą, że tym razem Romeo i Julia mieli przy sobie życzliwą duszę, która sprawiła, że im się udało. Dwa, że odcinek do pewnego stopnia pokazuje konsekwencje sądzenia książki po okładce, a raczej: człowieka po reputacji. Fakt, że obaj ojcowie – zarówno Debin z Atlec (Douglas Rowe) jak i Kushell ze Straleb (Albert Stratton) – z marszu założyli, że z całą pewnością winnym jest Okona i ruszyli za nim w desperacki pościg, sporo mówi o tych dwóch panach. Jak to ujął sam Okona:  tak rodzi się reputacja.
Po trzecie wreszcie, odcinek dał nam kolejną porcję prób uczłowieczenia Daty, a to się zawsze przyjemnie ogląda. Android jest rozczulający w swoim niezrozumieniu rzeczy, które dla nas są oczywiste.
Niemniej dojście do tych wszystkich wniosków oznaczało przedarcie się przez całe morze głupoty.

Przede wszystkim, jak już wspomniałam, mam problem z samym Okoną. I z tym, jak serial próbuje nam sprzedać go jako olśniewającego, obezwładniającego swoim czarem amanta. No bo ja tego nie czuję. I mam ochotę gryźć klawiaturę, kiedy widzę, jak pani obsługująca transporter (Teri Hatcher, choć podobno po dziś dzień się tego wypiera) rozpływa się pod spojrzeniem Okony, który… nie wiem: powiedział jej, że jest ładna. [ja poczułam się na tyle zażenowana, że aż odwróciłam wzrok od ekranu… co uświadomiłam sobie po chwili] No bo w gruncie rzeczy to właśnie zrobił. Trudno zresztą, żeby odnosił się do innych walorów tej pani, skoro zobaczył ją pierwszy raz w życiu. Niemniej w kolejnej scenie pani z filuternym uśmiechem prowadzi Okonę do alkowy.
Tak całkiem szczerze: Komik nie był zabawny.
Nic dziwnego, że nie potrafił pomóc Dacie. (źródło)
Serio, serialu? Tak mizerna jest twoja opinia o kobietach? Jesteś Star Trekiem! To nie powinno tak wyglądać! Okona nie jest Kirkiem! Zresztą, nawet Kirk natrafiał na kobiety, które stawiały mu odpór. A Okona, brzydko temat ujmując, w każdej scenie obraca inną panią. I okej, kupiłabym to, gdyby zaprezentowano kwestię trochę inaczej: ot, po prostu ta nasza moralność i szeroko pojęta cnotliwość nie ma zastosowania w świeckiej, pragmatycznej przyszłości. Spoko. Tylko to by wymagało przedstawienia Okony i jego kochanek jako równorzędnych partnerów. Tymczasem wyraźnie widzimy, że to Okona błyśnie uśmiechem, łypnie, mrugnie, muśnie po dłoni i załogantka USS Enterprise najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie się oprzeć. I to mi się zupełnie, ale to zupełnie nie podoba.
Żeby było zabawniej: Okona wydaje się w gruncie rzeczy szczery w swoich działaniach. Nie chce wykorzystywać tych kobiet, nie sygnalizuje w żaden sposób, że jest od nich lepszy czy że znajduje się wyżej w hierarchii. Za moje negatywne odczucia nie odpowiada bezpośrednio ten bohater, a raczej otoczka, jaka usilnie jest wokół niego budowana.
Bo ja naprawdę nie ogarniam tego powszechnego zachwytu Okoną. Chyba wolałabym, żeby się koniec końców okazało, że miał na przykład jakaś sprytnie schowaną buteleczkę z feromonem czy innym ciulwiczym, które rozpylał wokół siebie i otumaniał tym ludzi. Byłoby wiarygodnie. No bo serio, czy na pokładzie USS Enterprise brakuje przystojnych, uprzejmych mężczyzn? Szczerze wątpię. Czy Wesley nie spotkał innych ludzi, którzy mogliby mu zaimponować swoim sposobem życia? Zdecydowanie szczerze wątpię.  Zresztą, w tym kontekście absolutnie uwielbiam kapitana Picarda, który – jak się zdaje – jako jedyny był odporny na czar Okony.

Co do Wesleya, to mam wrażenie, że on po prostu nie spotkał takiego człowieka. Wyraźnie to zupełnie inna klasa ludzi, planet, życia w kosmosach. Poukładana Federacja, nie oferuje takich znajomości. A nowe jest fascynujące i tyle.

Ojacieflirttakiwyrafinowany (źródło)
Inna sprawa, że akurat fajnie rozegrali relacje Okony z młodym Crusherem: tak naprawdę to Wesley sprawił, że cała intryga znalazła szczęśliwe zakończenie. Sprawił to swoją, jakkolwiek głupio to brzmi, niewinnością i dobrocią. Swoim troskliwomisiowym serduszkiem, które kazało chłopakowi poruszyć temat samotności w rozmowie z Okoną.

Przyznam, że ja nie mam pojęcia, czemu Okona od razu nie załatwił sprawy. Co miał do stracenia? Klejnot, którego nie ukradł, bo przecież nie jest złodziejem? Czemu to musiało być takie dramatyczne? Ogarniam, że mógł przez chwilę myśleć o kryciu swoich „pracodawców”, ale w sytuacji, gdy z tego powodu niemal wybucha wojna międzyplanetarna? No dobra, w sumie panowie mogli być randomowymi kolesiami i niekoniecznie przywódcami swoich planet. Tego jakoś nie jestem pewna. Chciałam też dodać w tym miejscu, że uwielbiam tę wizję – planeta jak państwo. A co się stało z kontynentami? Z odległościami na samej planecie? Z różnicami między ludźmi zamieszkującymi różne strefy klimatyczne? Uwielbiam tę wizję, bo widzę w niej taką małą próbę oswojenia nieskończonego i niewyobrażalnego ogromu kosmosu. I mnie to nieodmiennie wzrusza.

W ogóle muszę tu przyznać, że kiedy oglądałam ten odcinek po raz pierwszy, najważniejszy plot twist zdecydowanie mnie zaskoczył. Od samego początku węszyłam spisek i byłam święcie przekonana, że Okona coś knuje. Szczególnie kiedy chciał popatrzeć, jak Geordi naprawia uszkodzoną część – pomyślałam sobie „aha, będzie próbował przejąć Enterprise z maszynowni, albo przechwycić technologię”. A potem: wow, jednak nie? Jednak jesteś po prostu poczciwym chłopem? Toś mnie zaskoczył, Okona! Toś mnie zaskoczył, odcinku!

Prawda? U mnie to samo. No bo po co inaczej miałby wszędzie wściubiać nos. A on po prostu chciał być przy operacji na swoim statku. Chciał wiedzieć, jak go naprawić ponownie w razie czego. Co mu wetkną. Kapitan, nawigator, pilot i mechanik w jednym. Nie miał nawet Chewbacci, żeby mu mógł podać śrubokręt. Poczciwy chłopak ze zdrowym libido… (Riker… przez chwilę wyglądałeś tak, jakbyś i ty chciał tego libido zasmakować, w czym nie widzę niczego złego, ale jednak ten rozmarzony wzrok nieco mnie zaskoczył).

Inna sprawa: za Okoną ruszyły dwa okręty, jeden dowodzony przez Debina, drugi – przez Kushella. I jeszcze tyle o ile jestem w stanie ogarnąć, że ten ostatni zabrał ze sobą syna: ot, młody następca tronu, niech się uczy i hartuje, spoko. Ale po jaki ciul Debin wziął na tę wyprawę córkę w zaawansowanej ciąży? Przecież cała akcja mogła się skończyć bitwą z licznymi ofiarami. Naprawdę władca Atlec z taką lekkością poświęciłby życie Yanar (Rosalind Ingledew) i jej nienarodzonego dziecka? Może zamiast tego zabrałby jednak, nie wiem, dodatkowego żołnierza…?

A poza tym wszystkim mamy Datę – i jego próbę zrozumienia humoru. I to wszystko jest jednocześnie głupie, bo mam wrażenie, że niepotrzebnie komplikują temat, który superinteligentny komputer powinien móc rozpykać, ale też lubię to oglądać, no bo Data jest taki uroczy w tej nieporadności. I tak się stara, ale mu ciągle nie wychodzi. I to rozczarowanie, kiedy orientuje się, że holograficzna widownia jest zaprogramowana tak, żeby śmiać się ze wszystkiego, niezależnie od faktu, czy to rzeczywiście dowcip czy nie. Jakby ktoś mnie pytał o zdanie, to scena, w której Data widzi, że to w istocie program odpowiadał za salwy śmiechu z widowni, jak mało która świadczy o człowieczeństwie androida. No i oczywiście ogromnie doceniam Guinan za wytrwałe wspieranie Daty w jego dążeniu do bycia zabawnym.

To jeden z tych odcinków, który ma w sobie masę fajności i porusza ciekawy – stary jak Shakespeare – temat, ale jednocześnie posługuje się zupełnie głupimi narzędziami, by osiągnąć swój cel. Lubię go, ale niczego mi nie urwał.



– So… if you put funny teeth in your mouth and jump around like an idiot, that is considered funny!

Elementary, Dear Data

Źródło (wieszałabym na ścianie bardzo!)

Premiera: 3 grudnia 1988
Reżyseria: Rob Bowman
Scenariusz: Brian Alan Lane

Data i Sherlock Holmes! Odcinki, na które czekam i wiem, że będę się dobrze bawić na wielu poziomach. I tak oczywiście było i tym razem, a przyczyniła się do tego nie kto inny tylko pani dr Pulaski, która konsekwentnie odmawiając Dacie człowieczeństwa zakłada się z Geordim, że jego przyjaciel nie da rady rozwiązać zagadki, której nie poznał z lektury przygód słynnego detektywa. Co istotne – nie mamy pojęcia, czy dałby radę czy nie, bowiem w trakcie dochodzenia, co innego staje się istotne, a historia skręca w nieprzewidzianym przez wydającego polecenie komputerowi komandora LaForge’a.

I ja z wielu względów uwielbiam te holodekowe przygody Daty i Geordiego, choć z drugiej strony: serio, Gwiezdna Floto? Jak to możliwe, że w ogóle jeszcze istniejesz? Koleś podchodzi do panelu i wydaje polecenie, które w kilka chwil destabilizuje funkcjonowanie całego Enterprise i stanowi śmiertelne zagrożenie dla załogi. Komputer w mojej poprzedniej pracy miał lepsze zabezpieczenia niż ten na pokładzie USS Enterprise. Więc kiedy tak oglądałam ten epizod po raz któryś, dotarła do mnie jednak głupota leżąca u podstaw całej intrygi.

Trudno zaiste bronić tej głupoty, facepalm pojawił mi się w mózgu, gdy tylko chłopcy usiedli do stołu obrad z kapitanem i resztą. Niemniej interesująca z tego punktu widzenia była reakcja kapitana na pomysł Geordiego. Wyglądało to jak „tak, synku, troszkę skopałeś, taki błędzik, tatuś musi naprawić”, podczas gdy IMO Picard powinien się zastanowić, czy maszynownia jego statku leży w odpowiednich rękach. Ale to nie zmienia faktu, że fabuła pchnięta do przodu gigantycznym imperatywem jest po prostu dobra, no.

Bardzo mi się podoba niezrozumienie Daty dla potrzeby powolnego
Źródło
odkrywania zagadki, zabawa w jego wykonaniu wygląda jak zabawa dzieci w wieku przedszkolnym, które naśladując dorosłych zajmują się tylko wybranymi sekwencjami, powtarzanymi w kółko. Nie da się ukryć, że android na swej drodze do człowieczeństwa jest wciąż znacznie bliżej startu niż mety. Równie duży entuzjazm wzbudza we mnie fakt, że przyjmuje uwagi dr Pulaski z uwagą i wyraźną chęcią zrozumienia. Wygląda to tak, jakby wyciągał od niej wszystko, co może mu pomóc w nauce bycia człowiekiem. [Hej, jest androidem – oczywiście, że słucha i wyciąga wnioski. Dlatego jest lepszy od prawdziwego człowieka, który by strzelił fochem i poszedł do swojego pokoju!]

Dodatkowe punkty zdobywa odcinek za postać dr Moriarty’ego (Daniel Davis), którego przenikliwość i umiejętność obserwacji a także interpretacji tego, co widzi, komputer pokładowy Enterprise oddał bardzo dobrze. Te cechy nadane hologramowi pozwalają mu uzyskać samoświadomość, a tym samym stać się przeciwnikiem godnym Daty. Takim, który potrafiłby Datę przechytrzyć. I robi to, ale nie po to, by wygrać i zdobyć pozycję najinteligentniejszego człowieka epoki wiktoriańskiej, do czego dążył książkowy Moriarty. Ale do tego, by zaistnieć w pełni. By stać się materią, nie tylko energią. I kiedy to już zostaje wyjaśnione, kapitan Picard daje mu obietnicę, iż jeśli tylko pojawi się taka możliwość techniczna, hologram nemesis Holmesa dostanie formę cielesną i będzie mógł funkcjonować poza holodekiem. Można się zastanawiać, czemu kapitan obiecuje coś takiego komuś, kogo przecież nie zna i kto stanowi przecież zagrożenie dla załogi i statku. Czy powinien? Skąd w ogóle to wrażenie, że Picard jest hologramowi Moriarty’ego coś winien? Odpowiedź dla mnie jest oczywista – szacunek dla życia (bo uważam, że dla człowieka z uniwersum Star Treka samoświadomość jest najwyższym dowodem istnienia), które się w pewien sposób powołało. Odpowiedzialność za nowo powstałą jaźń, za jej emocje i pragnienia. Uwielbiam to w Star Treku i uwielbiam to w Picardzie. Nie wspominając o tym, jak on wygląda w cylindrze…

Chociaż, prawdę mówiąc, to trochę dziwne, że Moriarty – postać wygenerowana przez komputer w ramach rozrywkowej symulacji – osiągnął pełnię człowieczeństwa w niecałą godzinę, podczas gdy Data męczył się z tym w zasadzie przez całe życie. Skoro komputer Enterprise jest dziełem ludzi, to czy ci sami ludzie nie mogliby pogrzebać w Dacie i dać mu emocjonalności na poziomie Moriarty’ego? Wychodzi na to, że jeśli Moriarty jest komputerem, to Data co najwyżej liczydłem. A dotychczas był przedstawiany inaczej.
Inna rzecz, że sam motyw świadomego hologramu bardzo lubię. I Star Trek chyba też bardzo to lubi, bo to nie pierwsza i nie ostatnia scenka tego typu. Zalążek podobnego problemu mieliśmy przecież w The Big Goodbye, choć nie na taką skalę. A i sam Moriarty jeszcze do nas wróci, co cieszy, bo w ciągu tego odcinka udało się twórcom wykreować naprawdę fajną postać z dużym potencjałem.

Bo ten odcinek to także cudowny fanservice dla mnie. Sherlock Holmes i dr Watson to jedne z moich absolutnie ukochanych postaci. Widok kostiumów z epoki (dr Pulaski doskonale prezentuje się w bordo) zawsze wywołuje u mnie dodatkową przyjemność. Worf wygląda w surducie świetnie, a podśmiewający się Riker wzbudza we mnie jedynie chęć przewrócenia oczami. Ja bym ich wszystkich poprzebierała od razu i miała morze uciechy. [go home, Riker…]

O czym jeszcze warto wspomnieć? O relacji pani doktor i Moriarty’ego.
Źródło
Bardzo, bardzo chciałabym zobaczyć więcej, bo zapowiadało się świetnie. Dżentelmen starej (bardzo starej) daty i konkretna, energiczna kobieta, którą ja widzę jako kogoś, kto nie traci czasu na pierdoły. I rozmowa o ciasteczkach. Lubię. [Doktor Pulaski przepięknie znosi kryzysowe sytuacje: z idealnym chłodem i spokojem, bez tracenia czasu na panikowanie. Wyciąga po prostu z sytuacji tyle, ile może. Muszę przyznać, że mi zaimponowała]

Podsumowując – świetna fabuła, mocno startrekowy problem w ciekawym ujęciu i chyba też trochę oddechu dla aktorów od standardowych kostiumów. A taka zmiana tła zawsze mile widziana. Nie mogę też pominąć silnie do mnie przemawiającego stwierdzenia Geordiego nad pięknym skądinąd modelem HMS Victory, tłumaczącemu Dacie swoje pragnienia – człowiek zawsze tęskni do tego, czego nie ma.


– What I have seen... what I have learned... fascinates me. I do not want to die.

Where Silence Has Lease

(źródło)

Premiera: 28 listopada 1988
Reżyseria: Winrich Kolbe
Scenariusz: Jack B. Sowards

Nie wiem tak naprawdę, co mogłabym napisać o tym odcinku. Całkiem szczerze: emocjonalnie jest dla mnie dość neutralny. Zaczyna się interesująco, no bo mamy próbę pokazania klingońskiej strony Worfa. Próbę może obecnie bardziej zabawną niż istotnie groźną, niemniej zawsze to coś. Niestety, ten wstęp tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia dla dalszej części serialu. I to trochę szkoda, bo byłoby bez porównania fajniej, gdyby pojawiła się jakaś ciągłość w wątkach w obrębie jednego odcinka. Rozumiem, że taką ciągłość miała nam zasugerować ekspedycja Rikera i Worfa na pokład USS Yamato, ale jak dla mnie, trochę to nie wypaliło. Okej, Worf nieco się zirytował. Ale czy zachowywał się jakoś szczególnie… nie wiem, jakby to ująć: klingońsko? Czy w którymś momencie zagroził bezpieczeństwu Rikera (piję tu do pierwszej sceny odcinka, w której kapitan Picard martwi się o obu oficerów, podczas gdy ci bawią się w holodeku)? Każdy na jego miejscu mógłby się zirytować, więc trochę to do mnie nie przemawia.

A owszem mógł. Ale ja myślę, że chyba to jego klingońskie dziedzictwo bardziej zostało podkreślone w momencie, gdy podzielił się ze współtowarzyszami legendą o czerni zjadającej statki w kosmosach. Zwłaszcza, że to było dla niego coś nie przystającego do powagi stanowiska, jakie pełnił. Podobał mi się w tej scenie bardzo.

To, co mi się podoba, to kontynuowanie relacji Pulaski-Data. Doktor nadal traktuje naszego androida jak sprzęt, ale cóż – przynajmniej pamięta już jego imię. I powoli dojrzewa do zrozumienia, że w istocie Data jest żywą istotą. Przyjemnie jest śledzić tę stopniową przemianę pani doktor oraz satysfakcję, którą przy tej okazji odczuwa sam Data.

Swoją drogą – ciekawe po co ją wezwał kapitan. Jak sama zauważyła jest lekarzem i to chyba bez jakiegoś zacięcia naukowego. To nie Bones, który miał swoje hipotezy i koncepcje oparte na wychwytywaniu analogii do znanych mu już organizmów. Ale tak, najwyraźniej była potrzebna do rozwinięcia wątku z Datą.

(źródło)
Ale mamy też wątek najważniejszy, stanowiący trzon tego odcinka: spotkanie z nieznanym, konfrontację z zupełnie obcą formą istnienia. Czyli coś, co w dużej mierze jest sednem Star Treka (poza, oczywiście, innymi sednami, jak poruszanie ważnych, drażliwych i aktualnych problemów społecznych).
Okej. Przede wszystkim więc: nieznane ma strasznie szpetny pysk. Naprawdę, trudno było mi się skupić na fabule, kiedy widziałam tę paskudną facjatę na ekranie. Nie ujmując niczego nieszczęsnemu Earlowi Boenowi, grającemu Nagilum. Po prostu CGI lat osiemdziesiątych jednak nieco się postarzało.
Sama postać dziwnego kosmity jednak pozostaje w startrekowym duchu. W sumie nie jest wrogo nastawiona, po prostu totalnie nie ogarnia cielesnych form życia. Nie jest w tym zresztą osamotniona, bo kosmici jakoś często miewają problem z tym tematem (na szczęście zawsze mamy na podorędziu czarnego redshirta, który posłuży za królika doświadczalnego i umrze dla dobra sprawy).

Ja dla odmiany mam w tym momencie taki problem, że nie bardzo ogarniam, dlaczego oni mu po prostu nie odpowiedzieli na pytanie. Bo skoro ja wiedziałam, o co pyta obcy, to nie wiem czemu odsada mostka na czele z kapitanem, się zastanawiała, jak by tu odpowiedzieć na tyle długo, że Nagilum uznał za stosowne sam sprawdzić. Oraz – nie wiedział co to, ale wiedział jak to zrobić, tak? Jakoś nie kupuję, włącznie z dramatyzmem. Bo jakoś tak jest, że „O! nowy sternik! Znaczy trup w bliskiej przyszłości, tak?” <wzdych>

Zabawne, że Nagilum przyczepił się akurat płci doktor Pulaski, ale zgrabnie pominął doradcę Troi.
Jedno muszę przyznać odcinkowi: kiedy myślę o tym, co spotkało załogę USS Enterprise, prawdę mówiąc nie mam lepszych pomysłów, co mogliby zrobić inaczej i jak rozwiązać ten konflikt bez tych decyzji, które podjął Picard. To w sumie dość budujące, bo może oznaczać, że faktycznie fabuła została całkiem nieźle przemyślana. Z drugiej strony, ciągle się waham, czy to rozsądne ze strony kapitana: skazać na śmierć całą załogę w ramach niezgody na to, żeby Nagilum zabił połowę. Ale – mimo tych wątpliwości – chyba jednak rozumiem decyzję Picarda i, muszę przyznać, popieram ją. Nie będzie nam jakiś Nagilum mówić, jak mamy umrzeć.
(źródło)
To, co jest w tym momencie interesujące, to oglądanie naszych bohaterów w potencjalnie ostatnich minutach życia. To znaczy – na pewno można to było rozwinąć w super ciekawą sekwencję. Odcinek ograniczył się do kapitana, ale to też wypadło całkiem miło. Zwłaszcza że mamy bardzo wyraźny wątek religijny – rzadkość, bo jednak Star Trek dotychczas odcinał się od religii dość definitywnie. Tutaj jednak Picard opowiada o wierzeniach w życie po śmierci i o tym, w co sam wierzy. Podoba mi się.

Przyznam, że totalnie się zgadzałam z fałszywymi Troi i Datą. No bo jednak tak. Każdy mógł być w tych 50%, a kapitan jakoś szybko i łatwo podjął swoją decyzję. I z jednej strony szacun, z drugiej chyba wolałabym, żeby widać było jego rozterkę, nawet jeśli od początku było to pomyślane jako blef.

Lubię to, że w sumie wcale nie wiadomo, czy to jest blef. Tak, może zabrakło większej rozterki – to jednak mocno dramatyczna decyzja i mogłoby jakoś mocniej odbić się na kapitanie. Niemniej lubię tę małą niejasność, która jest z nami do samego końca.

A po wszystkim mamy dylemat: czy naprawdę Enterprise wyleciał z próżni, czy to kolejna ściema Nagilum? I ja to całkowicie rozumiem, bo sama pewnie na miejscu Picarda do samego końca byłabym pełna podejrzeń. Skoro potrafił stworzyć iluzje innych statków i podszywać się pod członków załogi, czemu miałby nie stworzyć iluzji kosmosu poza swoją pustką? Na dobrą sprawę cały serial potem może się dziać w iluzji Nagilum – to by był twist, gdyby po trzech kolejnych sezonach nasz brzydal nagle pojawił się na ekranie!

Ale popłynęłam. Generalnie odcinek ma parę interesujących drobiazgów, trzyma się też startrekowego ducha, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie urzekł. Ot, po prostu jest. Wydaje mi się, że przemyślany i trzymający się kupy, ale bez tego jakiegoś ducha, który by sprawił, że cokolwiek z niego zapamiętam.




-- Why do I get the feeling that this was not the time to join this ship?

The Child

Troi i jej oblubieniec - źródło

Premiera: 19 listopada 1988

Reżyseria: Rob Bowman

Scenariusz: Jaron Summers, Jon Povill, Maurice Hurley



W pierwszym odcinku drugiej serii TNG dostajemy w twarz niepokalanym poczęciem. Muszę od razu powiedzieć, że komandor Riker wzbudzał we mnie podczas oglądania na zmianę śmiech i politowanie. Oto Deanna Troi zachodzi w ciążę z nieznanym niematerialnym bytem. Iskierka biegająca po Enterprise i szukająca sobie mamy jest urocza. Deanna bez problemu łapie się na instynkt macierzyński. Płód rośnie niesamowicie szybko i nie bardzo miał skąd się w niej wziąć, ale pani doradczyni w głowie się nie mieści aborcja, o której wszyscy radośnie przy niej debatują. No bo co niby mają zrobić z obcym, który – jakby nie było – spenetrował Enterprise? Jak mogą mu zaufać? Są trochę jak Józef cieśla, muszą zaufać opowieści o Aniele i wierzyć, że będzie z tego coś dobrego. Ciężko im z tym i ja to w pełni rozumiem. Jednocześnie bardzo mi się podoba fakt, że Deanna mówi: nie ma mowy, chcę urodzić i kapitan Picard zamyka dyskusję.



Co akurat jest dla mnie mocno niepojęte. Jakaś obca – i to ogromnie obca! – forma życia zapładnia członka załogi, a wszyscy grzecznie godzą się, że okej, chce to urodzi, jej sprawa. W każdych innych okolicznościach bym przyklasnęła, że to istotnie jej sprawa, w końcu jest matką, ale nie tutaj. Bo nawet nie bardzo mogę ją traktować jak matkę. Troi została niepokalanie zapłodniona podczas snu. Przez kosmitów. Nawet nie umiem nazwać wszystkich zagrożeń, jakie mogłyby się z tym wiązać. To nie ciąża, to infekcja obcego pochodzenia.

Skojarzenie z Józefem jest oczywiste, ale naprawdę nie sądzę, żeby to były analogiczne sytuacje. Dramat Józefa polegał na tym, że mógł uwierzyć w cud, anioła i boską interwencję, a mógł uznać, że Maria go zdradziła z innym mężczyzną. To były jedyne opcje. Nie było raczej potencjalnego zagrożenia dla ludzkości, a co najwyżej wstyd, z którym w przyszłości musiałby się liczyć Józef. Jego osobisty dylemat, z którym uporał się w obrębie własnego sumienia i dumy. Tymczasem w przypadku Troi nikt nie pyta, czy to było istotnie niepokalane, czy jednak doradca jest – prostacko rzecz ujmując – puszczalska. Wiadomo, co się stało. Chodzi o bezpieczeństwo całej załogi, a może i więcej. Pozostawienie całej sprawy w gestii Troi, bez praktycznie żadnego nadzoru (tak, Pulaski robiła badania parę razy, ale gdzie izolatka, ochrona, jakiś nieustający skan, czyszczenie DNA za pomocą teleportu i takie tam?) było moim zdaniem skrajnie nieodpowiedzialne.

Z drugiej strony, BHP level Star Trek. Czemu ja się właściwie dziwię…?



Poród to osobna bajka. Nie ma bólu, nie ma krwi, ot trochę strachu i nowe doświadczenie dla
Riker właśnie sobie uświadomił, że przegapił wizytę bociana - źródło
Daty, acz powiedzmy sobie szczerze – mocno niepełne przez łagodzący wpływ obcego. Przy porodzie zresztą asystuje więcej członków załogi – mamy Worfa na czele grupki ochrony, bo obcy może przecież być niebezpieczny. No i mamy naszego psa ogrodnika: komandora Rikera, który przeżywa totalny szok na myśl, że ktoś mógłby dotknąć jego osobistej Troi, a potem wzrusza się, jakby to jego dziecko przychodziło na świat. W sumie to jest to urocze. Jednak tak – urocze dla mnie, mimo całej jednoczesnej śmieszności roli w jakiej stawia się William. Czemuż oni się po prostu nie pobiorą? Bo nie ogarniam?



O ile kojarzę, oni chyba mieli jakąś dramę pod tytułem „Riker próbuje być Kirkiem”. W sensie że on był strasznie ambitny i nade wszystko chciał dowodzić statkiem kosmicznym, więc Troi była niżej na liście priorytetów. Znaczy – tak coś mi się majaczy. Ręki uciąć sobie nie dam.

Generalnie Riker sprawiał tu wrażenie, jakby właśnie się dowiadywał, skąd się biorą dzieci. I miał straszny ból dolnej części kręgosłupa, że to nie jego. Trochę urocze, ale głównie niesamowicie głupie. Dorosły facet, a zachowuje się jak dzieciak jednak ciągle.



No i wreszcie mamy tytułowe dziecko [potencjalnie Rosemary, aaaale co ja tam wiem…]. Rośnie jak na atomowych drożdżach i zasadniczo zajmuje się tym, czym zajmują się wszystkie ludzkie (i zapewne nieludzkie także) dzieci: doświadcza. Miękkości psiej sierści, towarzystwa rówieśników, bólu oparzenia. I dopiero wtedy robi się jakoś tak przejmująco. Oto bezcielesna istota, która musi być na wyższym poziomie rozwoju niż ktokolwiek z załogi Enterprise faktycznie nie chce niczego ponad cielesne doświadczenia. Ponad zrozumienie zasady działania odbiorników i przyjęcie wrażeń, które w humanoidalnym ciele może przyjmować. I to stworzenie bezbłędnie wychwytuje problem jaki stanowi dla załogi. Zagrożenie, które im przyniosło wcale tego nie chcąc. I znika. Odchodzi, a w pewnym sensie – cielesnym – umiera na własne życzenie, żeby jeden z 512 pojemników z superśmiertelnym wirusem nie rozszczelnił się i nie zabił całej załogi, a wraz z nią i tych niewinnych, na których drodze stanie w przyszłości opuszczony statek (ok., ok., trochę mnie poniosło, pewno Federacja coś by wydumała, żeby ogarnąć zagrożenie w postaci statku widma
No to pobawmy się w poród rodzinny - źródło
błąkającego się po kosmosach). Bo mamy w tym odcinku podwójne zagrożenie – dwa wątki, które (w przeciwieństwie do wielu podobnych przepadków w TOSie) mają podobną wagę i są jeden dla drugiego istotne. Lubię to.

Co jeszcze o odcinku? Jak na pierwszy odcinek nowego sezonu przystało, pokazuje nam jakie przetasowania nastąpiły na pokładzie. Geordi stał się szefem mechaników, Data jest oficerem naukowym, a Wesley Crusher – nadal chorąży – zajmuje miejsce za sterami. I musi podjąć życiową decyzję, bez oglądania się na swoją matkę, która tymczasem dostała nowe stanowisko i na razie nie zajmuje miejsca głównego oficera medycznego Enterprise. Któż zatem je zajmuje? Pojawia się doktor Pulaski (Diana Muldaur), postać wyrazista od samego początku. Konkretna, pewna siebie, zaangażowana pani doktor, która na dzień dobry naraża się kapitanowi i szybko go rozbraja, a także odmawia człowieczeństwa Dacie z taką swobodą, jakby nie wyobrażała sobie, że można inaczej. I zapewne sobie nie wyobraża, bo niby dlaczego by miała? Nie zna go i jej stosunek do androida pozbawiony jest wszelkich emocji. Za to ten ostatni balansuje na cienkiej granicy ich ujawnienia. Ciekawe to wszystko i uważam, że odcinek stanowi po prostu dobre otwarcie sezonu.



A właśnie ja mam nieco odmienne wrażenia. Odcinek przede wszystkim fajnie wprowadził doktor Pulaski, tu się zgadzam, że ona od razu jest wyrazista. Strasznie lubię w niej to, że nie jest tak pastelowo-słodkopierdząca jak większość załogi w TNG. Ma – w porównaniu z pozostałymi – niesamowity pazur. A jednocześnie nie jest złym człowiekiem. Jej podejście do Daty w pierwszej chwili może budzić irytację, ale to tylko dlatego, że znamy już Datę i jego pragnienie bycia prawdziwym chłopcem. Znamy go i lubimy. Dla doktor Pulaski to po prostu maszyna – jej podejście wynika z innych doświadczeń, a nie ze złej woli.

Natomiast cała reszta jest taka dość troskliwomisiowa. W zasadzie nie ma napięcia, nie ma żadnego konfliktu ani realnego zagrożenia. Ot, chłopiec mizia szczeniaczki, a kiedy się okazuje, że coś grozi załodze – po prostu zabiera zagrożenie ze sobą i znika. W ogóle tego nie poczułam.







– Do whatever you feel is necessary to protect the ship and the crew. But know this: I'm going to have this baby!