One of Our Planets Is Missing; The Lorelei Signal

Miotacz antymaterii rozpiżdża niestrawione resztki planety

Po ostatniej wtopie tym razem jesteśmy obie jednako czujne i szybkie. Nie ma opcji – nie dopuścimy więcej do zepsucia naszego wizerunku wzorowych blogerek! No.

Premiera: 22 września 1979
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Marc Daniels

Przetłumaczony na „Pożeracza światów” tytuł odcinka staje się zdecydowanie poważniejszy. Przyznam, że oryginalny tym razem w zestawieniu z treścią epizodu jest dla mnie zabarwiony komediowo. W jakiś taki dziwny sposób. [Prawda – dokładnie rozumiem, o co Ci chodzi. Szkoda, że z kolei nasz tytuł trochę spoiluje, no ale w gruncie rzeczy to niegroźne, bo o działalności chmury dowiadujemy się dość szybko] Oto bowiem wskroś galaktyki wędruje sobie purpurowa chmura i – jak się szybko okazuje – trafiając na coś na swej drodze po prostu to wchłania/trawi/pożera. Żywi się materią i niekoniecznie zwraca uwagę, czy jest to materia nieożywiona czy wręcz przeciwnie. W odcinku mamy do czynienia z dylematem w typie – czy wolno zabić inteligentną istotę ażeby ocalić 82 miliony ludzi. Moim zdaniem TAK, WOLNO. Oczywiście, fajnie, jeśli można się dogadać i grzecznie ją wyprosić z żerowiska, które trochę jest naszym wszechświatem. Ale jeśliby się nie dało, nie widzę problemu – TAK, WOLNO zabić. Przytoczę cytat z pana Tarkowskiego, który rzekł był do syna tak: „Słuchaj, Stasiu! Śmiercią nie wolno nikomu szafować, ale jeśli ktoś zagrozi twej ojczyźnie, życiu twej matki, siostry lub życiu kobiety, którą ci oddano w opiekę, to pal mu w łeb, ani pytaj, i nie czyń sobie z tego żadnych wyrzutów.”

Nam to się wydaje oczywiste (bo w sumie mi też, kamaaan! Potrzeby większości są ważniejsze od potrzeb jednostki, to logiczne, no nie?), z drugiej strony jakoś mi pasuje, że jednak mieli wątpliwości. Star Trek od początku zwraca uwagę na ten szacunek do każdej możliwej formy inteligentnego życia i byłabym zniesmaczona, gdyby nagle bez skrępowania postanowili roznieść tytułowego pożeracza.
Oczywiście, uznałabym załogę Enterprise za matołków również wtedy, gdyby ostatecznie zdecydowali się ratować kosmitę poświęcając planetę, no ale na szczęście nie podjęli tak absurdalnej decyzji, a wątpliwości moralne nie przesłoniły rozsądku.

Z innej beczki – odcinki animowane w kwestii technologii wydają mi się o niebo trudniejsze niż odcinki oryginalnej serii – nie zrozumiałam dokładnie niczego z pierwszego pomysłu na usunięcie zagrożenia chmury. Te wszystkie materie i antymaterie i odcinanie kosmków. Nie ogarniam <wzdych>.

A nie, tutaj jakoś nadążyłam za wszystkim. Z drugiej strony, oglądałam ten odcinek chyba z cztery razy, więc może było mi łatwiej.

Natomiast pomysł, by chmura w przekroju wyglądała trochę jak ludzki mózg, trochę jak płuca wydaje mi się zupełnie dobry. W czymś była do nas podobna, można było jakoś ją przełożyć na ludzkie. Łatwiej wtedy pomyśleć, że może jednak się dogadajmy.

Pomysł bardzo spoko – acz jestem nieco zawiedziona. Bo najpierw porównali ją do układu pokarmowego i zasuwali niby-jelitem. I zmierzali do, jak to było nazwane, „przesmyku” na końcu, żeby się wydostać. Moje prymitywne poczucie humoru już rechotało namyśl o tym, że oto kosmiczna chmura będzie srała Enterprisem. Tymczasem w trakcie podróży zmienili to na mózg i wszystko popsuli. Nie potrafią się bawić.

LOOOOOOOOOOL

Premiera: 29 września 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Margaret Armen

Dobrze, ten odcinek dał mi dużo satysfakcji. Ubawiłam się. Choć momentami fabuła zdawała się nie trzymać ani kupy, ani dupy. Bo wiecie – mamy urządzenie, które pokazuje nam WSZYSTKO, więc używamy go do
Babeczki w czerwonych sukienkach nie giną tak łatwo!
znalezienia zbiegów, dopiero jak nam to Uhura podpowie. Czyżby dlatego, że wszystkie syrenki na tej planecie były blondynkami z durnych dowcipów? [omatkozcórką, to było tak bardzo głupie! :D ] Albo najpierw scenariusz wyraźnie idzie w to, że babki na USS Enterprise są konkretne i ogarnięte, a potem wysyłają ekipę ratunkową z samych bab, bo im pan Spock kazał. Chciałoby się przewrócić oczami, serio.

A nie, jeśli chodzi o ekipę ratunkową, to nie miałam zastrzeżeń. Pan Spock jest pierwszym oficerem, więc może kazać tak a nie inaczej i niższe rangą załogantki muszą się dostosować. Ani Uhura, ani inna z kobiet na pokładzie Enterprise nie miały pełnego rozeznania w sytuacji, więc mogły nie mieć za bardzo podstaw, żeby wpaść samodzielnie na takie rozwiązanie. Nie wiedziały nic o dziwnych blondynkach ani o opaskach wysysających energię życiową. Nie wieszałabym psów na ich ogarnięciu, bo myślę, że w zaistniałych okolicznościach każdy zrobił to, co do niego/niej należało.

Nie o to mi chodzi. W żadnym razie nie wieszam psów na ich ogarnięciu. One przecież to zrobiły ZANIM pan Spock im kazał. Uhura wcześniej, zanim się skontaktowali, dała polecenie, żeby się grupa ochrony złożona  z samych kobiet zebrała przy transporterze. Ona to wyczaiła na pokładzie, obserwując panów. I dlatego mnie trafiło, że potem jakby jej to odebrano.

Ooo, serio tak było? Widzisz, jakoś to mi umknęło totalnie, a odcinek też widziałam kilka razy… Ale to w drugą stronę będę bronić – że Spock nie wiedział, co wykminiła Uhura. :D (acz rzeczywiście może zabrakło podkreślenia, skoro na załączonym obrazku widać, że można było nie zauważyć, że one tak dziarsko działały).

Ale przecież mamy końcówkę w Uhurą, która mówi, że kapitan po przywróceniu młodości za pomocą wiązki teleportacyjnej jest jeszcze przystojniejszy i weź tu nie śmiej się do rozpuku, oglądaczu, jak dostajesz taką śliczną trekową autoironię.

Jeśli chodzi o główny motyw odcinka, pokazującego nam planetę samych kobiet, wokół której od 150 lat giną tajemniczo statki w regularnych odstępach czasu, też zasługuje na facepalma, bo trochę czasu zajęło Federacji ogarnięcie niezbyt jak się okazuje skomplikowanego problemu. I wiem, że wychodzi na to, że narzekam, podśmiechujki sobie robię, a mówię, że fajne. Bo tak naprawdę pan Scott w błogim nastroju nucący szkockie pieśni i Uhura z siostrą Chapel robiące porządek na Enterprise pełnym rozanielonych chłopów wystarczą. No.

Z drugiej strony, inne załogi nie miały Spocka – gdyby tutaj zabrakło Spocka, który poinstruował Uhurę, co i jak, Enterprise dołączyłby do puli zaginionych statków i tyle.

No właśnie nie, bo patrz wyżej. Sama Uhura by wystarczyła. Czy też każda kobieta, bo jakoś nie wierzę, żeby to wymagało super intelektu, wykrycie, że chłopom coś robi wodę z mózgu.

Inni nie mieli Spocka i Uhury, no. :D
Inna sprawa, że teraz tak sobie myślę – blondynki musiały się „ładować” co 27 lat. Było ich pięć sztuk. To daje tak naprawdę wyssanie kilku panów z góra sześciu statków przez te 150 lat. To właściwie nie brzmi aż tak drastycznie. Może dlatego nikt aż tak bardzo się nie spinał, żeby wyjaśnić tajemnicę? Zaginiony statek raz na prawie trzydzieści lat…? Myślę, że w kosmosie mogą istnieć bardziej kłopotliwe rejony.

Inna sprawa, że to kolejny odcinek, gdzie rzeczywiście – rozwiązanie jest bardzo proste. Właściwie wystarczy trochę porozmawiać i tyle. Okazuje się, że wszyscy chcą dobrze, w sumie to się lubimy i po prostu trochę nam smutno, ale jak Kirk strzeli tęczą z brzuszka, to okaże się, że będzie nam wesoło.

Co zaś mnie zastanowiło to błękit tęczówek pań Lorelai. Czy to specjalnie dlatego, by móc podkreślić ten błękit, towarzystwo z Enterprise tęczówek nie ma w ogóle?

Towarzystwo z Enterprise nie ma ani tęczówek, ani białek. To kolejny raz, kiedy muszę podkreślić, jak boli mnie niechlujność wykonania tej serii. Nieruchome tła są serio ładne. Ale animacja postaci totalnie na odwal się, emocje na twarzach nie istnieją, kolory spontanicznie się zmieniają (to chyba w którymś z tych dwóch odcinków w jednej scenie pan Sulu nagle przedzierzgnął się w czerwony mundur – tak na sekundkę, bo czemu nie), a na domiar złego seria ma okropną manierę pokazywania scen w ten sposób, że na pół ekranu mamy pół twarzy bohatera, a w tle ewentualnie twarz rozmówcy. Nie wiem jak Ciebie, ale mnie to zaczęło wkurzać właśnie jakoś od czwartego odcinka. Oglądając mam ochotę odsunąć się od ekranu, bo czuję, jakby Kirk miał zaraz wytknąć mi nochala z monitora. Serio, kamero: mniejszy zoom!




Spock, what did you... perceive?
The wonders of the universe, captain. Incredible. Completely incredible.

Beyond the Farthest Star; Yesteryear

(źródło)
No i tak to jest. W końcu przyszło nam zmierzyć się z The Animated Series, czyli animowaną kontynuacją przygód Jamesa T. Kirka i jego załogi. Na początek tych zmagań – kolektywnie wyparłyśmy fakt istnienia poniedziałku w tym tygodniu. Ale ja bardzo proszę o wyrozumiałość: chodzi nam wszak o TASa, prawda? TAS jest jak Voldemort Star Treka: nie wymawia się jego imienia. Tytułu. Cokolwiek. Zresztą, muszę przyznać, że kiedy zbliżałyśmy się do końca Oryginalnej Serii, ja cały czas trwałam w przekonaniu, że teraz czeka na nas TNG – dopiero Siem przypomniała mi, że nieco się zagalopowałam.

Puf. Puf. Ja chcę powiedzieć, że przypomniałam sobie zasypiając w poniedziałek o 23:35. Straszny moment, gdy budzi człowieka myśl, że zawalił…

To chyba masz nade mną moralną przewagę – bo ja pokumałam dopiero we wtorek w pracy, jak dostałam od Ciebie wiadomość. xD

Cóż więc przynoszą dwa pierwsze epizody tej serii?
Cóż – jeśli o mnie chodzi, to przede wszystkim fatalnie narysowane postaci i słabiutką animację. Co jest w sumie dość zabawne, bo z kolei dostajemy całkiem pomysłowe, ładnie zaprojektowane tła i brak ograniczeń w wyglądzie kosmitów: oto nie musimy już polegać na człowieku z doklejonym kleksem na czole, tylko można się bawić w fasetki, wielość kończyn, rozmaity wzrost i tak dalej. W zestawieniu z tym wszystkim bohaterowie prezentują się jeszcze gorzej. Nie wiem, może kreskówki z lat siedemdziesiątych tak właśnie wyglądały – przyznam, że nie mam wielkiego doświadczenia w tym temacie. Ale ja serio nie raz miałam kłopot z rozróżnieniem, czy postać się uśmiecha czy wręcz przeciwnie, oraz co oznacza spontanicznie powiększenie się tych bezbiałkowych oczu. Nawet emblematy na mundurach zmieniają się od czapy, jakby czasem rysownikowi brakowało farby. Nie poprawia sytuacji fakt, że są mocno niepodobni do aktorskich pierwowzorów (doceniam starania przy McCoyu – jego rysunkowa wersja też ma worki pod oczami!). Tak naprawdę ratują ich tylko głosy. Bo jednak zawsze miło usłyszeć Williama Shatnera, Leonarda Nimoya i resztę znowu razem, nawet jeśli dostali dziwne twarze i jeszcze dziwniejsze sylwetki (najbardziej napakowane wersje Spocka i Scotty’ego ever).
To, czego nie mogę im wybaczyć, to wyrzucenie z obsady Czechowa. Internety twierdzą, że chodziło o pieniądze – no cóż, brawo wy.

Aha, pewną ciekawostką, o której być może warto wspomnieć, jest detal dotyczący reżysera zarówno tego odcinka, jak i całego sezonu: Hala Sutherlanda. Człowiek ten był bowiem daltonistą. A to przyniosło szereg konsekwencji, które pojawiają się tu i ówdzie w kolejnych epizodach. Będziemy o tym wspominać na bieżąco przy konkretnych sytuacjach, ale już tutaj sygnalizuję źródło problemów.

Ale to wszystko jest trochę poza tematem. Bo zupełnie pominęłam kwestię fabuły. A ta, wbrew pozorom, nie jest taka najgorsza. I tu napomknę, że będziemy omawiać po dwa odcinki w jednej notce, jako że Animowana Seria częstuje nas dwudziestominutówkami.

Takie widoki w TOSie nie były możliwe. Tu są.
I to przemawia bardzo na korzyść Animowanej Serii.
(źródło)
Premiera: 8 września 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: Samuel A. Peeples

W epizodzie Beyond the Farthest Star dostajemy opowieść o dziwnym obcym (po raz któryś istniejącym pod postacią obłoku… energii? No, czegoś takiego), który niby jest zły i przejmuje kontrolę, ale w gruncie rzeczy stoi za jego zachowaniem całkiem zrozumiała potrzeba kontaktu z innymi żywymi istotami. Fajne jest zarówno to, że otrzymujemy tę słodko-gorzką pointę, w której zwycięstwo nad obcym wcale nie przynosi takiej jednoznacznej satysfakcji, ale też to, że widz zostaje nieco zmylony: w pierwszej chwili można założyć, że będziemy śledzić losy twórców dziwnego, ogromnego statku (naprawdę ładnego – takiego, którego nie moglibyśmy uświadczyć w TOSie) – tymczasem oni są tylko wstępem do właściwego problemu.

Zdecydowanie ten pierwszy odcinek siedzi mocno w ideałach Oryginalnej Serii. Przyznam też, że długo miałam nadzieję, że to nie statek opanowany przez COŚ, ale forma życia zabita przez COŚ. Ładne to było w tych kosmosach, kolorowe takie i podobne do drapieżnej rośliny.

Przez cały odcinek byłam przekonana, że
Thalin okaże się szują i zdrajcą. No bo serio:
z taką twarzą? (źródło)
Premiera: 15 września 1973
Reżyseria: Hal Sutherland
Scenariusz: D.C. Fontana

No a potem jest odcinek Yesteryear. I tu już mam większy kłopot, bo jego fabuła przeczy… cóż, przeczy sama sobie. Bo zarzuca się Spockowi, że jest pełen emocji i nie tak logiczny, jak powinien być Wolkanin. No ale, na serio, czy dokuczanie dzieciakowi przez inne dzieci jest logiczne albo zdyscyplinowane? Czemu nikt nie powiedział złamanego słowa gówniarzom, które jakby mogły, to by sklepały małego Spocka? Kamaaan! Tak samo tamta gadka Sareka, że porażka na pustyni nie jest hańbą dla innych, ale jeśli Spock zawiedzie, do końca życia będą nazywać go tchórzem – gdzie się podziewa ta nasza osławiona, wolkańska logika? Racjonalizm? O co w tym wszystkim chodzi? Zresztą, jeśli dobrze rozumiem, to tak naprawdę Spock położył całą tę głupią próbę. Najpierw uratował go jego wolkański pies, a potem dodatkowo stary Spock. Sam chłopiec, cóż… bardzo szybko wdrapał się na skałę. Brawo on. To znaczy dobra, prawdę mówiąc, nie do końca rozumiem, na czym ten test miał polegać, więc nie mogę ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że zawalił. Tak czy owak, ten odcinek budzi we mnie zdecydowanie za dużo wątpliwości, a zaprezentowany w nim wycinek wolkańskiej kultury jest niekonsekwentny i jakby trochę nieprzemyślany. Właściwie wolę tego nie wspominać zbyt często.

Ja się zwiesiłam już przy wyjaśnieniu, że Spock nie mógł sam sobie pomóc, bo był gdzie indziej. A nawet jeszcze wcześniej. Bo to miejsce do latania po czasie to jakby było czymś zupełnie normalnym i ja się pytam, czemu o tym wcześniej nie słyszałam. Ogólnie to mi się nie spina z TOSem i mnie to irytuje. Kropka.

Te dwa odcinki, w moim odczuciu, prezentują dwa zupełnie różne poziomy. A najdziwniejsze jest to, że za scenariusz drugiego z omawianych epizodów odpowiada D.C. Fontana, autorka historii zaprezentowanych w Charlie X, Friday’s Child i paru innych, z których większość w ten czy inny sposób była naprawdę fajna. Nie rozumiem więc, skąd taki spadek formy przy okazji Animowanej Serii.
W każdym razie Spock za dzieciaka był mocno wkurzający.

Cóż, trudno się nie zgodzić. Ja na dodatek na drugim zasnęłam. Jestem ostatnio przemęczona, ale bez przesady. A jednak.



– Jim, you don't think that's going to help us. Whatever that thing is, it survived a millennia in a dead hulk. All it has to do here is outlast us and just take over.
– No. It must be held by the magnetic force of the dead star. And it needs a starship to break free and a crew to man it.
– You are correct, Captain James T. Kirk. And I have the starship I've waited for so long, so terribly long!

Star Trek IV: Voyage Home

Premiera: 26 listopada 1986
Reżyseria: Leonard Nimoy
Scenariusz: Leonard Nimoy i Harve Bennett

Fraa: Jesteśmy! ...jesteśmy, prawda? Jedziemy?

Siem: Jedziemy! Drodzy czytacze! Dziś nieco nietypowo, albowiem dostaniecie relację na żywo! Oto obie odpaliłyśmy sobie Voyage Home!

F.: O, paczaj! Oni mają tutaj ten mój ulubiony typ monitoringu: z pierdyliona kamer, w tym z kamerami zawieszonymi w kosmosach :3

S.: To zupełnie logiczne, że w 23 wieku randomowe kamery fruwają w przestrzeni i ślą widoki wszelakie do przyszłych obserwatorów.

F.: Tak… rzeczywiście, głupia ja.

S.: Dotarłam do właściwego filmu. Lubię to z jaką dokładnością sensory przesyłają obraz sondy.

F.: Omatkozcórką! Pierwsza scena z udziałem naszych bohaterów - czy Ty widzisz tych… nie wiem, chyba wolkańskich techników w tle? xD CO ONI MAJĄ NA GŁOWACH? Wolkańskie smerfy xDDD

S.: Ja się dopiero wzruszam Kirkiem terrorystą i renegatem <3
OMG! Doktor! HMS BOUNTY! <3 Wspaniała nazwa dla porwanego klingońskiego okrętu <3 A także… to nie są smerfy, to fasolki… Znaczy oni mają wbite w głowę fasolki. Mówię Ci.

F.: Faktycznie xD Ale jestem przekonana, że istnieje jakieś logiczne wyjaśnienie tego.

S.: Och, znów wjeżdża sonda! I tyle dźwięków w przestrzeni! Acz nie ogarniam, czemu nie mogą go wyizolować, skoro tak wyraźnie słychać, ale jestem jełopem technicznym :bag:

F.: Ja tymczasem spędzam czas, kiedy Spock trenuje w szachy z trzema komputerami na raz, na wspominaniu, że hej: tam na samym początku nie dość, że kobieta była kapitanem, to jeszcze była czarna! In your face, lasko z ostatniego odcinka serialu!

S.: Też mam uciechę z tego powodu. Oraz: ja uwielbiam kurtkę Czechowa <3

F.: To prawda, jest kapitalna! ...o! Mam dźwięki sondy! I zachodzę w głowę, czy ten siwy to jakaś mniejszość etniczna, czy z Oryginalnej Serii urwał się jakiś dawny Klingon… Ulv wspomina, że wygląda jak mistrz kung-fu :D

S.: Wygląda jak klasyczny mistrz w każdym filmie kręconym na nowej fali uwielbienia dla Bruce’a Lee w latach 80/90. Ta sonda ma taki intrygujący kształt… jak odwrócony sromotnik…

F.: Jak penis, nie bójmy się tego słowa!

S.: Jeszcze nie ma 22:00…

F.: Dlatego nie napisałam, że jak chuj…

S.: To ja może zawrócę do filmu… To taka szkoda, że Spock po zmartwychwstaniu stracił zdolność ogarniania idiomów :C

F.: Ej, teraz dopiero z Ulvem zauważyliśmy: McCoy też ma zajebistą kurtkę :3 ...no, a Spock zyskał za to zdolność pracy w szlafroku. Ulv mówi, że tym samym został Holmesem :D

S.: O_O Fakt. W ogóle jaki szczęśliwy zbieg okoliczności z tą sondą… Nasi bohaterowie nie wylądują w kopalni <3

F.: Nadal uwielbiam klingońskie Bird of Prey <3

S.: No i Spock bardzo szybko ogarnął o co chodzi obcym. Serio na Ziemi same łosie… Popatrz jest 27 minuta, a on po prostu pokazuje humbaka.

F.: Swoją drogą, naprawdę podobają mi się efekty dźwiękowe :bag: Takie to humbakowe wzium… niby nic wielkiego, ale to trochę jak w The Motion Picture: było takie tylko brummm od czasu do czasu. Minimalistycznie, ale robi klimat. No i dalej: w ogóle bardzo fajny jest sam pomysł, że sonda w gruncie rzeczy ma w dupie ludzi i wysyła sygnał do innych mieszkańców Ziemi. Mogę się mylić, ale to nie jest częste? I podoba mi się, jak McCoy próbował powstrzymać Kirka i Spocka przed tym pomysłem skoczenia w czasie - na jedną chwilę uniósł dłoń… ale już wiedział, że przegrał. xD

S.: Oni to w ogóle wymyślili ekspresowo.

F.: Tak… i całkiem na poważnie zakomunikowali sztabowi czy komuśtam: “wymyśliliśmy, że sonda rozmawia z humbakami. Przeniesiemy się w czasie i przywieziemy jakieś”.

S.: Kolejna standardowa sprawa w 23 wieku.

F.: JAKIE CGI COFANIA SIĘ W CZASIE!

S.: Ja przeżywam wykorzystanie Słońca <3

F.: Reaktory jądrowe! Czuję zbliżające się niuklear łesel!!

S.: OMG, Spock spojrzał tylko i wiedział, jaki to czas! Tak po prostu ocenił okiem swym poziom zanieczyszczeń.

F.: A czemu nie? Widzisz gościa w zbroi i wiesz, że to średniowiecze, bo rycerz.

S.: No tak… tylko, że on po prostu zobaczył błękitną planetę. I już.

F.: To Wolkanin! Pewnie w swoim pokoju zakłada na głowę fasolkę i wie WSZYSTKO.

S.: No OK. Fasolka wyjaśnia wszystko. Ale… co to za pipczenie, że nikt tu nie widział istoty pozaziemskiej, a zwłaszcza, że ziemskie zwyczaje z 20 wieku mogą zaskakiwać. Chłopaki, już to robiliście! Oraz: kocham to lądowanie. Dyskretne jak kupa w kadzi z ponczem <3 Bo zobaczyli zanieczyszenie, ale że jacyś ludzie ten park sprzątają to już nie. Hue hue.

F.: “Co to znaczy: nie mam reszty?” <3 Ten film może i jest głupawy, ale naprawdę bawi xD Oraz: NIUKLEAR ŁESELS! <3 UWIELBIAM <3 Rosjanin pytający o bazę marynarki wojennej i o niuklear łesels. W San Francisco… czy to aby nie są czasy zimnej wojny? Albo jakoś zaraz po?

S.: XDDDD Heloł, łi ar lukin for niukler łesels <3 <3 To jest cudowne, przyznaję. Trudno się nie wzruszyć. Ale numer z punkiem jest wcale nie gorszy. Brawo, Spock, pasażerowie postawią ci pomnik.

F.: Pomnik Spocka w szlafroku <3 Spocka, który nie umie w barwne metafory. Biedak.

S.: Ale umie wspaniale nurkować!

F.: To prawda! I nawet zadbał o zachowanie incognito i nie zdjął opaski!

S.: Namierzyli reaktor! Scena na plaży <3 no i niukler łesel to musiał być USS Enterprise <3

F.: No raczej, że musiał - ale to jest takie piękne <3 Ale muszę przyznać, że powód, dla którego ta blondynka (jak ona ma na imię…? Nie pamiętam…) zaprosiła Kirka i Spocka do samochodu, jest dla mnie nadal dość mętny i nieprzekonujący. Jakby nie wiedzieli, jak spiknąć ze sobą bohaterów, więc na szybko cośtam zszyli. Niemniej ogromnie lubię tę scenę z krótkim dialogiem o kuchni :D A także: Scotty i McCoy jak zawsze cudni. :D Hello, computer <3

S.: Scotty wymiata. Ta prędkość wprowadzania danych <3 Bardzo piękne jest to, jak oni pokazują wzrost intelektu u Ziemian.

F.: W dodatku ta prędkość, mimo że na początku klikał tylko dwoma palcami ;) Ale to, co naprawdę robi tu na mnie wrażenie, to podejście do problematyki zmieniania przeszłości. I ta uwaga Scotty’ego, która - kamaaan! - jest naprawdę trafna: skąd wiadomo, że to nie właśnie ten cieć z fabryki wynalazł to przezroczyste aluminium? Może cała ta interwencja była już wpisana w historię?

S.: Cóż. Scena w pizzeri wyraźnie pokazuje dlaczego blondynka zaprosiła chłopaków do samochodu. KirkoCzar. Po prostu znów uderzył.

F.: Racja. Jak mogłam zapomnieć o czymś tak oczywistym?

S.: Ale to dlaczego ona mu mówi, kiedy wypuszczają humbaki a także po prostu się z nim zbiera to już trochę mniej ogarniam. Tymczasem na łesel. Bierzesz i kradniesz fotony, czy co tam potrzebujesz ukraść, bo nikt cię nie zauważa, choć masz czerwoną kurtkę.

F.: A mnie ciągle nurtuje, jak to jest, że tego ichniego Bounty nikt nie zauważył. Cały dzień był zaparkowany w tym… no, parku (“zaparkowany w parku” - głupio to brzmi). Nikt się nie władował na niego niechcący? Ciepły, pogodny dzień. Naprawdę nie było tam żadnych przechodniów? A także: ten moment, w którym Kirk rzuca do Spocka, że jest w połowie człowiekiem i powinien mieć jakieś uczucia względem wyginięcia ludzkości… Dziwnie. W sensie: dziwnie poważny, głęboki temat jest poruszony w zupełnie nieprzystających okolicznościach. Miałam wrażenie, że ta wymiana zdań była nie na miejscu. A także: “- Nazwisko! - Moje? - Nie, moje! - Nie znam pana nazwiska!” xDDD Chechow <3

S.:Bosz… a ja mam tu genialne tłumaczenie… Czechow: “Scotty it would be good time” a lektor do mnie - “Scotty, będzie zabawa”...

F.: Co kuźwa?...CO? o_O ale dlaczego? T_T

S.: Dlaczego także tak bardzo pojechali po amerykańskiej marynarce? Czechow wybiegł… i biegnie dalej… I biegnie… I po prostu spierdala z tego łesela o.O

F.: “Spierdalaj z tego łesela” - czuję w tym potencjał na jakiś keczfrejz.

S.: XDDDD to trochę jak forfiter, nie?

F.: Tak, zdecydowanie xD A tymczasem: pan Sulu se pilotuje helikopter, bo czemu nie? Bo chyba to jedyny koleś, który jakkolwiek ogarnia przeszłe epoki. Bo po co się przygotowywać do takiej misji, w sensie nie wiem - kurde, poczytać o życiu… o - w momencie, kiedy to pisałam, blondynka wpakowała się na zakamuflowanego Bounty :D I trzeba jej przyznać - byłaby świetnym mimem. Pięknie maca ścianki niewidzialnego pudełka.

S.: A ta śliczna dziura w glebie, taka równa i w ogóle, też nikogo do tej pory nie zafrapowała. Dziwni ci Amerykanie. McCoy robiący cuda niczym Jezus <wzrusz>

F.: Myślę sobie, że w 23 wieku bycie lekarzem będzie cholernie łatwe. Wciskasz tabletki, a jeśli chodzi o badania, to w sumie medyczny tricorder załatwia za Ciebie całą robotę.

S.: Łoj… całe szczęście, że Kirk i blondynka są osobnymi bytami po tym beamowaniu… To chyba mocno ryzykowne rzucać się na szyję komuś, kto właśnie jest teleportowany?

F.: Oj tam, byłaby powtórka z The Motion Picture. Oraz: to przemiłe, że super ochrona w szpitalu nie zauważyła, że laska, która przedtem była wwieziona na wózku jako pacjentka, teraz wychodzi jako pielęgniarka czy tam lekarka… Brawo, dwudziesty wieku… -_- W sumie po raz kolejny spierdolili z tego łesela, ot co.

S.: Ale te humbaki to jednak mają pecha… Ledwie je wypuścili i już jakieś śmiałe harpunniki się nimi zajmują. Przesrane być humbakiem :CCC WOW. Ależ piękna scena Bird of Prey vs jakiś zardzewiały kuter. Miód.

F.: I jak ten harpun zrobił takie “bdoing” od zakamuflowanego Bird of Prey <3 Ale nadal twierdzę, że wątek człowieczeństwa Spocka jest tu nie na miejscu. Wepchnięty nie wiadomo po co - i tak nie ma czasu antenowego, żeby to sensownie pogłębić. Temat jest poruszany wyłącznie jako zabawne wtręty i heheszki, a to trochę słabe. Szkoda potencjału.

S.: Nom. Z dupy to jest zupełnie :C Zwłaszcza po tym zmartwychwstaniu, kiedy on tak naprawdę musi się na nowo ułożyć w swojej jaźni, takie mam wrażenie. Oraz: nie mogli ze dwie godziny wcześniej wrócić? Albo i dzień wcześniej? ::)

F.: Może Spock aż tak nie umiał strzelić…? A może wtedy spotkaliby samych siebie z przeszłości i by się wszystko rozpizgło? Pamiętaj, że w “Powrocie do przyszłości” nie można było spotkać samego siebie z przeszłości…

S.: Ale się spotykało. I jakoś to było, poza tym by nie spotkali, bo wiedzieli dokładnie gdzie byli ten dzień wcześniej. O.

F.: Spock strzelał! Cieszmy się, że w ogóle trafili w dobry wiek!

S.: No dobrze. Spock genialnie strzelił. Humbaki pogadały z sondą. Wszystko będzie dobrze, nie?

F.: Chyba że humbaki powiedziały “te kutasy, ludzie, doprowadziły do wyginięcia mojego gatunku. Zabijcie ich”

S.: No chyba nie, bo sonda schowała penisa.

F.: Nici z bara-bara :(

S.: Kurde. Fajnie byłoby wiedzieć, jakie było pytanie… Może coś w stylu “Hej, ziomale, którędy na Andromedę?”

F.: Wielce prawdopodobne… A tak całkiem serio, to rzeczywiście - nie zwróciłam na to wcześniej uwagi, ale w zasadzie nigdy się nie dowiadujemy, o czym tam sobie ta sonda z humbakami gawędzi. W sumie to nawet nie musiało nijak dotyczyć ludzi, nie? Ale może o taki właśnie efekt chodziło…? Obca cywilizacja, której człowiek nie rozumie. Brak wyjaśnienia w dużej mierze podkreśla tę obcość. I malutkość człowieka w całym dużym kosmosie.

S.: Dla mnie przede wszystkim ta rozmowa była cholernie krótka. I nie wątpię, że nie dotyczyła ludzi.

F.: Taki trochę “Piknik na skraju drogi” :)

S.: Tak, to dobre skojarzenie :) A także - intrygująca kara dla Kirka xDDD Po co się Rado wygłupiasz w ogóle, używając słowa degradacja? To jest przywrócenie do obowiązków xD

F.: ...może żeby Klingonów trochę ugłaskać? xD “Paczajcie, paczajcie! Ukaraliśmy go!”
S.:! Nauka 23 wieku wygrała z KirkoCzarem! Lubię to :3

F.: A ja cały czas myślami tkwię w tej degradacji… że niby to jest coś, do czego - jak wielokrotnie dowiódł - najlepiej się nadaje…? Kirk? Do bycia kapitanem? Znaczy do brania głównego lekarza i pierwszego oficera i popierdalania osobiście na nieznane planety i… ehhh, po co ja w ogóle nad tym myślę? xD Ale fakt: drobny prztyczek w KirkoCzar był odświeżający :D

S. : I jeszcze długie ujęcie na startującą Enterprise i… NAPISY!
Może jakieś małe podsumowanie, Froo?

F.: Hmm… To po prostu miły zabawny filmik. Widziałam kilka razy i nadal bawi tak samo. Niuklear łesel i hello, computer… Oni wszyscy są tacy słodcy. Choć wcale nie powinni być, bo przecież miewali do czynienia z ziemskim dwudziestym wiekiem, powinni trochę bardziej ogarniać. Ale co tam - jest śmiesznie, więc niech im będzie. Natomiast to, co mi nie gra, to jednak ten wątek Spocka. Po tym, jak poświęciliśmy mu dwa filmy, tutaj to jest jakieś takie na szybko i byle jak. Chociaż muszę przyznać, że ostatnia scena ze Spockiem i Sarekiem jest naprawdę ładna <3 Sarek, który wreszcie, po tylu latach, przyznaje, że no dobra, ludzie nie śmierdzą aż tak i nawet być może można ich szanować tak trochę. ...no i co jeszcze…? Mają fajne kurtki. :D

S.: A ja czekam na tabletki na porost nerek… Wytnę se wtedy tę z kamieniem i wyhoduję nową.