Requiem for Methuselah

autor: Juan Ortiz


Premiera: 14 lutego 1969
Reżyseria: Murray Golden
Scenariusz: Jerome Bixby

Nie zacznę tym razem od uwag odnośnie do tłumaczenia tytułu [a ja owszem! I wcale nie dlatego, że oryginał jest ładniejszy – sęk w tym, że tłumaczenie tak cholernie spoiluje odcinek, że trudno bardziej]. Zacznę od czegoś innego: doskonale mi się oglądało ten odcinek. Odczuwałam napięcie, bałam się tego, co znajdzie Rayna (Louise Sorel) za drzwiami, czułam rosnącą sympatię do Flinta (James Daly). Bardzo mi się podobały stroje i jego i Rayny. Scenografia też była w porządku, a latający na sznurku robot od wszystkiego mnie bawił [a mi on w ogóle bardzo mocno skojarzył się z Nomadą z The Changeling – oczywiście, tylko pod względem wizualnym, bo tak naprawdę te roboty nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale w ogóle jestem pod wrażeniem, jak ładnie TOS radzi sobie z pokazywaniem na przykład latających maszyn]. Tyle w skrócie – wiedzcie, że odcinek mi się podobał. Teraz rozbierzemy go na części pierwsze.

Wszystko zaczyna się od dramatu na Enterprise. Członkowie załogi zapadają na niezwykle groźną rigeliańską gorączkę, od której się zwyczajnie umiera, chyba że na czas przyjmie się lek. Oczywiście leku nie ma na pokładzie, należy go więc zdobyć.

Jak teraz o tym piszesz, to właściwie wydaje mi się dziwne: Federacja wysłała czterysta osób na pięcioletnią misję w kosmosy i nie zaopatrzyła ich w stosowną apteczkę? Ja rozumiem, gdyby chodziło o podróż na sąsiednią stację czy planetę – ale oni mieli eksplorować nieznane światy przez pięć lat! Powinni być maksymalnie przygotowani. Jedynym wyjaśnieniem jest tu dla mnie to, że może Ziemia w momencie startu Enterprise nie znała jeszcze rigeliańskiej gorączki…? Mogę sobie to wyobrazić, choć to świadczy jak najgorzej o kapitanie Archerze i doktorze Phlox, który najwyraźniej zataili w wuj istotne informacje przed Flotą… Ale, żeby nie było! Podczas seansu zupełnie się nad tym nie zastanawiałam, bo całość oglądało się na tyle świetnie, że tego typu wątpliwości w ogóle nie miały czasu zaistnieć.

Ekipa poszukiwawcza ląduje na niezamieszkałej planecie, która nie ma nawet nazwy, a tylko
źródło
ciąg literek z cyferkami, a gdy trikordery namierzają ryetalinę – substancję, z której można uzyskać lek – pojawia się metalowa kula i uparcie usiłuje odstrzelić panu Spockowi tyłek. W tym momencie okazuje się, co tak naprawdę jest tematem odcinka. A jest nim samotność i zmęczenie długowiecznością. Temat, który jest mi dość bliski, w takim sensie, że niejeden raz zastanawiałam się, czy życie wieczne ma sens i w którym momencie człowiek żyjący wiecznie wariuje/próbuje z tym życiem jednak skończyć i tak dalej. Odcinek pokazuje mi człowieka niejako u schyłku takiej długowieczności. Kogoś, kto przeszedł różne etapy, był wieloma osobowościami (między innymi da Vincim, czy Brahmsem), a w końcu zmęczony tym, że ludzie nie potrafią żyć w zgodzie, uciekł do samotni na pustą planetę, z dala od wszystkich. Fascynujące jest to, jak bardzo Flint jest pełen sprzeczności. Z jednej strony – uciekł od natury ludzkiej. Z drugiej – wita swych gości ostrzałem, choć oni po prostu szukają leku. Nie próbuje ich przecież zabić, a jedynie przegonić. Po czym i tak okazuje się, że to wszystko podstęp. Flint ma bowiem jeszcze jedną tajemnicę. Choć uciekł od ludzi, brakuje mu ich. Dlatego stworzył Raynę, którą przedstawia Bonesowi, Spockowi i Kirkowi, jako swoją podopieczną. Jest ona kobietą doskonałą, jak twierdzi zarówno Flint, jak i Kirk (oczywiście totalnie oczarowany kolejną blondynką w jego życiu), ale jednak ma wadę – nie jest człowiekiem. Człowieka należy w niej obudzić i z jakiegoś powodu Flint postanawia wykorzystać do tego Kirka, a potem się go pozbyć i wydaje mu się, że Rayna po takim przebudzeniu zostanie z nim na planecie i będzie szczęśliwa. Cóż... jak na kogoś żyjącego sześć tysięcy lat nie grzeszy on inteligencją...

Kirk zaś nie grzeszy powściągliwością. Rzuca się na tę biedną dziewczynę, aż Spock musi go
przywoływać do porządku, co jest zresztą urocze, bo robi to ze sporym szacunkiem i ostrożnością. Ba. To Spock zauważa coś, na co Kirk jest ślepy, że Flint kocha Raynę. To Spock wyjaśnia mechanizm emocji przebudzonej Rayny. W ogóle sporo tu emocji w kontekście Spocka, który w pewnym momencie przyznaje nawet, iż właśnie po raz pierwszy sam odczuwa konkretny rodzaj
źródło
emocji, a jest to zazdrość.

Muszę powiedzieć, ze Kirk mnie tu wkurzał. Raz, że w ogóle bez żenady – jak to trafnie opisałaś – rzuca się na tę biedną dziewczynę. Dwa, że robi to dokładnie tak samo, kiedy już wie, że Flint ją kocha. I ja kumam, że w sumie co go obchodzi Flint, Rayna nie jest wszak jego własnością (znaczy jest, ale chodzi mi o początkową perspektywę Kirka) – ale on nawet nie próbował wybadać tematu, czy przypadkiem między tym dwojgiem rzeczywiście czegoś nie ma i czy właśnie się nie wpierdala, nie wiem: w trudniejszy okres w czyimś związku na ten przykład. Dwa cmokasy, jeden taniec i hej, leć ze mną, kocham cię aż po grób. Tajasne.
Tym bardziej, że – jak się okazało na koniec – owszem, Rayna kochała Flinta. Nie tak jak Kirka, ale kochała i nie chciała go zranić. Może więc warto trochę pomyśleć, zanim się zacznie obściskiwać kolejną blondynkę?
Inna sprawa, że chyba w tym odcinku wyraźniej niż kiedy indziej było widać, jak bardzo pozorowane są te namiętne pocałunki. :D
A to budzenie w Raynie człowieka… jakoś do mnie nie przemówiło. Zaleciało trochę Asimovem, który kazał robotowi zakochać się w głównym bohaterze pod sam koniec książki chyba tylko po to, żeby podbić zajebistość tegoż bohatera (no bo nawet robotyczna laska go pokochała, mimo że nie ma emocji!). I nie wiem w ogóle, jak to by miało działać. Czemu wszystkie inne emocje śmigają i nie robią z niej człowieka, a ta nieszczęsna miłość ma coś zmienić?

Z kolei doktor McCoy okazuje się mieć laboratorium w oczach. Spogląda na wyekstrahowany
lek i widzi, że ma on w sobie niewłaściwy składnik, który unicestwia jego działanie. Ponadto Bones jest uroczo szarmancki. Uwielbiam jego teksty, gdy przychodzi do komplementowania pięknych kobiet. Zdecydowanie radzi sobie z tym lepiej niż Kirk, który mi w ogóle wygląda na takiego, który byłby w stanie wypalić tekstem: „czy spadłaś z nieba?” ;)

Co jednak wzruszyło mnie najbardziej to ostatnia scena odcinka. Choć całe śmiertelne
źródło
zakochanie Kirka w kobiecie, którą widział dwie godziny i zamienił z nią kilka zdań jest w gruncie rzeczy mało przekonujące, to jednak troska Spocka, ingerującego w umysł kapitana, mówi bardzo dużo o ich przyjaźni. Kupuję to.

Muszę też zaznaczyć, że mam wrażenie, jakby twórcy znów uderzyli na początku w wysoką nutę – epidemia na Enterprise – po czym rozmyli ją zupełnie. Przez cały odcinek odczuwałam zerowe emocje na okoliczność wyrywanych ze szponów śmierci załogantów (swoją drogą ten lek musiał być strasznie silny, skoro te trzy fiolki miały wystarczyć na czterysta osób). Prawdę mówiąc zapominałam o nich co rusz, choć trzeba oddać sprawiedliwość twórcom odcinka, że mi o nich przypominali od czasu do czasu. Tyle, że historia Flinta okazała się być znacznie bardziej zajmująca.

No, bo to w gruncie rzeczy nie był odcinek o epidemii na Enterprise – ona stanowiłą tylko pretekst, punkt wyjścia do właściwego problemu. Fakt, dość drastyczny punkt wyjścia – ale jednak nie sądzę, że widz powinien się na tym jakkolwiek skupiać. Mam wrażenie, że wzmianki o załodze w śmiertelnym niebezpieczeństwie pojawiały się tylko po to, żeby już po obejrzeniu odcinka nikt nie miał refleksji „heej, wy tu się miziacie z blondynką, a wasi ludzie umierają, może byście chociaż przez chwilę byli tym przejęci?”.


The joys of love made her human, and the agonies of love destroyed her.

That Which Survives

aut. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 24 stycznia 1969
Reżyseria: Herb Wallerstein
Scenariusz: Michael Richards, John Meredyth Lucas (teleplay)

Po pierwsze: wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Mam nadzieję, że wszyscy mieliście udanego sylwestra i będziecie mieli jeszcze bardziej udany rok 2018.
Po drugie: cofam nas nieco w czasie – do ominiętego odcinka That Which Survives – i przyznam, że mam z tym kłopot, bo oczywiście w mojej pamięci nieco się już zatarł. I zastanawiam się teraz, czy w ogóle od samego początku miałam rzeczywiście dużo do powiedzenia na jego temat.

Na pewno miałam bardzo pozytywne pierwsze wrażenie: Losira (Lee Meriwether) zapewniała spore napięcie w odcinku. Była przerażająco nieuchronna, zabijała jednym dotykiem – niespiesznie, ale nieodwołalnie. Oczywiście, kiedy okazało się, jak można oszukać system, wszystko stało się o wiele prostsze i pozwoliło odetchnąć, ale do tamtego czasu – choć wiedziałam, że przecież żaden z naszych głównych członków zwiadu nie umrze – na serio miałam wrażenie, że chyba tym razem mają przesmarkaniutko.

Losira ujmowała mnie smutkiem. Wyraźnie było widać, że opłakuje wszystkich, których zmuszona jest pozbawiać życia. Wyższe dobro jest trudne.

(źródło)
Jeśli chodzi o sam zamysł, to trochę mi się to nie trzymało kupy. Znaczy komputer chroniący stację był jak dla mnie jakiś nie za mądry. No bo jak to miało działać? A gdyby inni Kalandanie jednak dotarli na młodą planetę, też by ich zjadło? I w ogóle czy to możliwe, że system ochrony stworzyła sama Losira w ostatniej chwili? Bo przecież gdyby istniał wcześniej – kiedy jeszcze w stacji było więcej mieszkańców – powinni byli wziąć do tego celu obraz kogokolwiek innego, tylko nie naszej ślicznej brunetki, która ze względu na swoją wrażliwość okazała się nieskuteczna. W ogóle dlaczego nie objęli kwarantanną placówki, tylko pozwolili na wyginięcie całego swojego gatunku? Nie byli zbyt bystrzy ci Kalandanie, jak na moje oko…

Ano nie byli. Pod tym względem faktycznie coś się tu nie poskładało, a zresztą planety także nie stworzyli super z głową, jeśli już mówimy o bystrości Kalandan. Nie miała zbyt wielkich szans na przetrwanie, czyż nie?

To, co wydaje mi się ciekawe, to sama planeta. Mamy tu, moim zdaniem, świetną zajawkę do projektu Genesis, na którym oparły się późniejsze filmy pełnometrażowe. Zresztą, tak jak i w Gniewie Khana i W poszukiwaniu Spocka, jesteśmy raczej przestrzegani przed braniem się za tworzenie światów. Może gdzieś w jakiejś perspektywie to jest dobre i dałoby sporo możliwości, ale jednocześnie istnieje ogromne ryzyko: nowe życie to nowe procesy zachodzące w każdej możliwej skali, nawet na poziomie komórkowym. To coś, czego nie da się w pełni przewidzieć. Przejechali się na tym Kalandanie, pomysł nie wypali też, kiedy wezmą się za niego ludzie. W obu przypadkach Star Trek zdaje się przypominać widzom o pokorze.

(źródło)
Choć z drugiej strony, to nie jest chyba wcale głównym tematem epizodu. Bo mamy tę bardzo istotną myśl zapoczątkowaną w tytule, a dopowiedzianą pod koniec – że piękno pozostaje. Że to coś, co nie jest ulotne.
Długo miałam problem z tym wątkiem. Trudno było mi uznać to za sensowną myśl i stałam jednak po stronie Spocka, który stwierdza, że piękno jest krótkotrwałe. Zresztą, na tym przecież w dużej mierze zasadza się coś w rodzaju fobii, na którą cierpi Uhura (może „fobia” to za mocne słowo, ale mieliśmy przykłady w innych odcinkach) – boi się, że zrobi się stara i nie będzie już piękna. Czy wobec tego powinnam się wczuwać w podniosłą myśl Kirka?
Minęło nieco czasu, nim doszłam do wniosku, że może jestem zbyt dosłowna. Może tutaj chodzi o piękno w bardzo ogólnym sensie: nie o ładną twarz, tylko o pewne wartości, które nie przemijają. Losira na przykład szanowała życie i uważała, że zabijanie to zło – i może to ten światopogląd jest piękny i to on trwa. Trwa do tego stopnia silnie, że chociaż wciśnięty w system komputerowy, i tak w końcu wypłynie na wierzch.
Nie wiem, może trochę zmyślam – ale tylko w ten sposób ma to dla mnie sens.

Podoba mi się ta wizja, nawet jeśli zmyślasz.
Przyznam, że sama chyba skupiłam się zupełnie na czym innym podczas oglądania odcinka. Było mi żal pana Sulu, który został dwukrotnie brzydko ścięty przez swojego kapitana, gdy wyrażał własne zdanie na temat tego, co mogło się stać. A przecież pomysły kapitana także były niczym więcej jak tylko spekulacjami. Wzruszył mnie bardzo pan Scott, gdy ruszył naprawiać serce Enterprise. Swoją drogą komentarze Spocka odnośnie logiki Scotta są warte wspomnienia tutaj, a reakcje Scotta zwracając uwagę na jego wewnętrzny spokój. Pan Scott przyjmuje zarzuty/krytykę bez protestów, a jedynie z cichym westchnieniem. Lubię bardzo.

A na koniec dołączam do życzeń Fryy: najlepszego Nowego Roku!




– What a terrible way to die.
– There are no good ways, Sulu. 

The Lights of Zetar

Autor: Juan Ortiz


Premiera: 31 stycznia 1969
Reżyseria: Herbert Kenwith
Scenariusz: Jeremy Tarcher, Shari Lewis


Wiem, że narzekanie na speców od tytułów jest oklepane, ale tak dobrze się od tego zaczyna... Obiecuję nagrodę temu, kto mi wyjaśni związek polskiej Bibliotekarki z tym, co się działo w odcinku. Oczywiście może się okazać, że jestem za tępa, by zobaczyć coś oczywistego. Przyjmę to z pokorą. Obiecuję.
Przejdźmy jednak do sedna. Oto jeden z moich ulubionych (a może nawet i zupełnie ulubiony) odcinków. [umm… istotnie musisz go bardzo lubić, bo w pędzie do opisywania go pominęłaś odcinek, który powinien nastąpić po przygodzie na przeludnionym Gideonie, czyli That Which Survives :D Damn, czyli mam spalony wstępny żarcik o tym, jak to he he he, tym razem wyjątkowo polski tytuł jest mi bliższy niż oryginalny, bo wszak też byłam bibliotekarką… :D Cóż, jak o tym myślę, to może i lepiej – uniknęłyśmy suchara na początku notki [AAAAAAAA! Jeżyku… Wyparłam odcinek z kobitką wsysającą ludzi… Shame on me!]] Wspaniałe jest w nim wszystko. Zaczynając od tego, że ofiarą uczucia jest w nim Scotty, nie Kirk, więc mamy do czynienia nie z przelotną fascynacją, ognistym romansem, czy wykorzystywaniem płci pięknej do wyższych kapitańskich celów, ale z miłością głębszą i trwającą poza odcinek. W sensie tego, na co zanosi się w końcówce, bo oczywiście, tego, co zamierzyli twórcy to ja jeszcze nie wiem, ale w sumie tak szczerze to ich nie podejrzewam o kontynuowanie wątku... Ale ja i tak będę sobie wyobrażać, że ona już została na wyposażeniu Enterprise. Bo mogę.

Cóż: po pierwsze, rzeczywiście też mnie urzekło to, że tym razem mamy wątek miłosny, w którym stroną jest nie-Kirk. Proszę mnie nie zrozumieć źle, ja serio lubię te wszystkie romanse i miłostki naszego dzielnego kapitana, ale zawsze to miłe urozmaicenie – no i jedna z rzadkich okazji, by spojrzeć z nieco innej strony na Scotty’ego, który zazwyczaj funkcjonuje jako człowiek ogromnie ciepły i zawsze pomocny, ale jednak wyłącznie mechanik, jakby zupełnie pozbawiony życia prywatnego.
Po drugie, rzeczywiście miło wyobrażać sobie, że ten związek przetrwał więcej niż jeden odcinek. Jeśli się nie mylę, Miry wprawdzie już nigdy więcej nie zobaczymy, ale przecież kamera nie śledzi czterystu członków załogi, toteż można przypuszczać, że temat się dzieje – tyle że gdzieś w tle. Czemu nie?

źródło
I jeszcze dlatego, że właśnie bohaterka jest z mojego punktu widzenia kolejnym wielkim plusem odcinka. Pani porucznik Mira Romaine (Jan Shutan) jest wiarygodna, jest równie głęboko zauroczona (nie wiemy oczywiście jak to się zaczęło, ale możemy sobie dośpiewać, kto by nie chciał Scotty'ego, przecież jest głównym mechanikiem na bogów!), posiada nie tylko urodę (wyjątkowo w moim typie) ale i inteligencję (uwagę pana Sulu na temat zauważania bądź nie jej mózgu uważam za totalnie nietrafioną). Podobają mi się jej reakcje, kupuję jej histerię po pierwszym omdleniu (owszem, Bones się zirytował, ale trochę mu tu tak jakby cierpliwości brakło, bo wszak problem był nie tylko fizyczny, ale przede wszystkim psychologiczny) i ogromnie mi się podoba, iż jedyny błąd jaki popełniła, popełniła tak naprawdę z winy Scotty'ego, który zbagatelizował jej wizje, tłumacząc je reakcją na pierwszy kontakt z dalekim kosmosem. [w żadnym razie nie postrzegam tego jako winy Scotty’ego – z tego co zrozumiałam, na pokładzie Enterprise istniały pewne procedury i zwyczaje, zgodnie z którymi pewnych rzeczy się nie zgłaszało, bo to jakby latać do kapitana z katarem. ;) Z kolei Scotty nie miał w sumie żadnych podstaw do wnioskowania, że Mirę opanowują kosmici i trudno mu zarzucać, że przypadłości Miry zinterpretował tak, jak wskazywało jego dotychczasowe doświadczenie.] Jakby tego wszystkiego było mało, mamy też problem typu -- życie porucznik Romaine vs życie/nieżycie garstki ostatnich mieszkańców planety Zethar poruszających się chmurze jaźni i niszczących ważne rzeczy na swojej drodze. Serio. Zniszczyli archiwum na Memory Alpha. Zabili niewinnych naukowców, bo co? Bo chcieli żyć, jasne, ale jednak szanuję tu twarde słowa Kirka: macie prawo do życia, ale nie do odbierania życia innym. Kropka. Natomiast nie powstrzymam się od drobnej uwagi: droga Federacjo, naprawdę myślicie, że umieszczona w dalekich kosmosach placówka naukowa jest bezpieczna, bo ustaliliście, że każdy może z niej korzystać? Serio? No to się pomyliliście. Nie mówiąc o tym, że jakby Klingoni chcieli wam zrobić na złość to też by mogli. [Federacja tak bardzo Troskliwe Misie <3 ]
Jakby tego wszystkiego było mało, dostajemy tu powrót do korzeni. Kto rusza na zwiad na nieodpowiadającą na żadne próby kontaktu planetoidę, przez którą na oczach wszystkich na mostku przeszła przed chwilą chmura kolorowych światełek, która robi kuku? Tak! Kapitan, pierwszy oficer, główny mechanik i lekarz pokładowy! Przy czym ten ostatni ma najwięcej sensu w takiej grupie. A jeśli o tej czwórce, to dzięki Wam twórcy Star Treka za ostatnie słowa Kirka w tym odcinku. Zrobiliście mi dzień.
źródło
W obliczu tych wszystkich fajności, nie zamierzam ani trochę narzekać na to, że nie mam bladego pojęcia, co się właściwie wydarzyło w końcówce. W sensie ogarniam, że porucznik Romaine miała pokonać wolę chmury i wejść do komory antygrawitacyjnej, ogarniam, że nie dała rady, więc dzielny Scotty, mimo zagrożenia, zaufał głębi miłości, jaką darzy go Mira i osobiście ją tam wniósł, ale serio? Wycisnęli obce jaźnie z lewitującej kobiety za pomocą jakichś niewyobrażalnych atmosfer? Jak pryszcza? Przyznaję poczułam się zastrzelona konceptem. Ale SF to SF, muszą się dziać niepojęte rzeczy, opisywane trudnymi słowami. I nie interesuje mnie, że tu być może zagrało F, a S poszło na spacer. [Ej, a ja tam wolę wyciskanie kosmitów ciśnieniowo, niż nieśmiertelne strzelanie do chmur z fazerów ;) ]
Obejrzałam całość z wielką przyjemnością i zaangażowaniem. Podobało mi się pionowe ujęcie z góry na mostek - coś nowego. Przezabawna była płaska siatka współrzędnych, po której prosto jak po napiętej linie pędziła do celu chmura zła. Dobry odcinek, z fajnym konceptem i bohaterką, która nawet, gdy zdawała się wkraczać w tryb damy w opałach, to tak naprawdę nie.

Tak, ogólnie odcinek też mi się podoba. Może nie zachwyca mnie aż tak, bo w gruncie rzeczy to po prostu ładna historia miłosna. Właściwie nie zostaje mi na dłużej w głowie. Jedna taka pozaromansowa sprawa, którą fajnie akcentuje, to to, o czym wspomniałaś wyżej: każdy ma prawo do życia, ale nie kosztem odbierania go innym. Prosta i bardzo ważna zasada. Dobrze, że się pojawiła.
Sama Mira nie podbiła mnie chyba aż tak jak Ciebie – mam wrażenie, że to nie jest pierwsza i nie ostatnia kobieta w tym uniwersum, która jest czymś więcej niż tylko damsel in distress. Żeby nie szukać daleko: fantastyczną postacią żeńską była Odona z The Mark of Gideon: piękny obrazek poświęcenia i, sama nie wiem… patriotyzmu…? Była też świetna Klingonka w Day of the Dove – warto wspomnieć, że pełniła funkcję oficer naukowej! W dodatku oddana i dzielna żona. Można by sięgać do coraz odleglejszych odcinków, ale nie w tym rzecz: chodzi mi o to, że moim zdaniem Star Trek całkiem nieźle radzi sobie z kobietami, nawet jeśli na pierwszy rzut oka trzy czwarte z nich to tylko kolejne znaczki w miłosnym klaserze Kirka. ;) Mira akurat nie do końca wpisuje się w mój ulubiony typ – ot, tyle. To nie znaczy, że jest zła.




A disaster for the galaxy, Captain. The central brain is damaged. The memory core is burned out. The loss to the galaxy may be irretrievable.

The Mark of Gideon

plakat niezmiennie: Juan Ortiz
(źródło)
Premiera: 17 stycznia 1969
Reżyseria: Jud Taylor
Scenariusz: George F. Slavin, Stanley Adams

To kolejny odcinek wyreżyserowany przez Juda Taylora i znów okazał się strzałem w dziesiątkę.
Przyznam, że w pierwszej chwili spodziewałam się czegoś w stylu Wink of an Eye, które co prawda było zupełnie w porządku, ale chciałoby się zapytać: serio, Taylor? Ty chyba po prostu lubisz, jak Kirk biega po pustym Enterprise, nie? – ale okazało się, że twórcy uniknęli popadnięcia w schemat, a początek odcinka tylko pozornie przypomina coś, co widzieliśmy przecież stosunkowo niedawno.

Tak naprawdę The Mark of Gideon to okropny epizod. I mówię tu „okropny” w najlepszym tego słowa znaczeniu. Bo jest przerażający, a podczas seansu tliło mi się cały czas w głowie, że hej: to o nas. Ten odcinek sprzed niemal pięćdziesięciu lat jest jakby z myślą o naszej swojskiej teraźniejszości – zresztą, podobnie przecież jak Let That Be Your Last Battlefield. Tyle tylko, że tutaj chyba jeszcze mocniej widzę rodzime akcenty.
Jak łatwo zauważyć, usiłuję nie pisać wprost, bo czuję, że to grząski grunt – ale chyba pora przestać robić uniki.

The Mark of Gideon to gigantyczna krytyka religii. Mam tu na myśli religię w wydaniu fanatycznym. Mam tu na myśli przede wszystkim tak zwanych Obrońców Życia. Opętanych myślą, że każde życie jest święte od chwili poczęcia. Odcinek bardzo ładnie pokazuje, do czego prowadzi taka postawa – oczywiście, wszystko jest podkręcone do granic dużo dalszych niż to, z czym możemy mieć styczność współcześnie, ale dzięki temu są uwypuklone mechanizmy, a te już są wspólne dla naszej rzeczywistości i rzeczywistości Star Treka. Widzimy, jak potencjalnie ogromnym zagrożeniem są wspomniani Obrońcy Życia. Jak ich dążenie do czegoś, co – w ich mniemaniu – jest dobre i słuszne, w rzeczywistości krzywdzi ludzi, sprawia, że zatracają gdzieś swoje wartości. Kłębią się już tylko, nieszczęśliwi i bezmyślni, walcząc o każdy oddech.

Nie jestem do końca przekonana, czy chodzi jedynie o fanatyzm religijny. Myślę, że jest to szersza krytyka zjawiska polegającego na tym, że prowadzeni tradycją, wiekowymi, jedynymi słusznymi przekonaniami, nie potrafimy wyjść poza wąską perspektywę i poddać się zmianie. Oczywiście nie będę się kłócić, że na naszym poletku najlepiej się w to wpisuje właśnie fanatyzm religijny.

W sumie racja, może za bardzo uprościłam. Na swoje usprawiedliwienie wyjaśnię, że akurat fanatyzm religijny mi się wpisał tutaj ładnie w ogólną startrekową… hmm… nieufność względem religii.

Dzień jak co dzień: cały statek dla nas
i chętna blondynka w ramionach. (źródło)
Tutaj muszę popełnić klasyczne „nie znam się, ale się wypowiem”. Bo odniosłam wrażenie, że The Mark of Gideon wpisał się w szerszy nurt dystopii osnutych wokół problemu przeludnienia. Nie wiem, który już raz wspominam o Przestrzeni! Przestrzeni! Harrisona, ale ta literacka wizja świata końca 1999 roku bardzo przypominała sytuację Gideona. Ale ośmielę się trochę urozmaicić to zestawienie – i dorzucę na przykład Kongres Futurologiczny Lema. Nie wiem, z czego to wynika. Czy rzeczywiście przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w jakiś wyjątkowy sposób skłonił ludzi do pochylenia się nad tym problemem? Jasne, w latach sześćdziesiątych miał miejsce szereg szalenie istotnych wydarzeń, w tej chwili nie potrafię jednak wskazać, co z tego wszystkiego można uznać za inspirację. Gdybym miała wskazywać „winnego”, poszłabym tropem rewolucji obyczajowej.

Ale to tylko takie tam gdybania na marginesie. Tak naprawdę chodzi mi o to, że Star Trek w tym odcinku podjął problem po pierwsze trudny, po drugie – ewidentnie nurtujący twórców tamtego czasu. Co więcej, problem do dziś aktualny.

Zaiste zrobił to, choć jednocześnie sięgnął po tradycyjną talię kart – oto piękna kobieta, która uwodzi przystojnego kapitana Kirka. Odrobinę mi też zabrakło logicznego wyjaśnienia, czemuż nie mogą puścić w światy kolonistów. Wyglądali mi na całkiem zaawansowanych technicznie, ale OK., wiemy, że nie o to chodzi.

Tak, też miałam taką myśl. I też w sumie ona po mnie spłynęła, właśnie na zasadzie: „wiemy, że nie o to chodzi”.

To ten moment, w którym na miejscu Kirka
już nigdy nie patrzyłabym przez okno.
(źródło)
Ładne natomiast jest to, że serial nie potępia jednoznacznie mieszkańców Gideona. Oczywiście, tłumaczenia Hodina (David Hurst) są z naszej perspektywy bezsensowne, Kirk także ma problem ze zrozumieniem, dlaczego ten dziwny naród nie sięgnie chociażby po antykoncepcję. Ale jednocześnie jest w odcinku szacunek wobec przekonań Gideończyków. Ostatecznie Hodin i Odona (Sharon Acker) realizują swój plan – ot, nieco zmodyfikowany, kiedy okazało się, że Kirk jednak nie chce być samobieżnym baniakiem chorej krwi.
Tu jest coś podobnego jak chociażby we wspomnianym już Let That Be Your Last Battlefield: nie zgadzamy się z poglądami drugiego człowieka, ale potrafimy rozmawiać o tych poglądach bez jednoczesnego pogardzania nim samym. Bo znów: to nie do końca wina mieszkańców Gideona – to całe wieki życia w niewiedzy, ufania w coś, bo nikt nigdy nie powiedział tym biedakom „hej, to głupie, robicie sobie krzywdę”. To wszystko nie jest łatwe i Star Trek o tym wie.

To bardzo niełatwe. Kiedy dotarło do mnie, że dziewczyna dobrowolnie zgadza się poświęcić życie, że zgadza się na to jej ojciec w imię ratowania planety, poczułam moc odcinka. Co ważne, oni w pewien sposób też występowali przeciw życiu. Tak naprawdę wprowadzali jedynie pewną losowość w rozdawaniu wyroków śmierci, czyż nie?

Zdecydowanie występowali przeciw życiu. I, tak myślę, mieli tego pełną świadomość – Hodin wiedział, że to w gruncie rzeczy jedyna metoda na ocalenie jego świata. Musiał po prostu znaleźć sposób, żeby zrobić to tak, by inni mieszkańcy Gideona się nie pokumali.

Odcinek, jak dla mnie, ważny i mądry. No i miał Spocka-dyplomatę. I w ogóle obsada mostka taka cudna.




– But, you see, the people of Gideon have always believed that life is sacred, that the love of life is the greatest gift. That is the one unshakable truth of Gideon, and this overwhelming love of life has developed our regenerative capacity and our great longevity.

– And the great misery which you now face.