The Last Outpost

il. Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 19 października 1987
Reżyseria: Richard Colia
Scenariusz: Richard Krzemien

To dość istotny odcinek. Fabularnie właściwie nie dzieje się w nim nic nadzwyczajnego - to znaczy bardziej nadzwyczajnego niż zazwyczaj: ot, jakaś obca energia opanowuje Enterprise, a potem są różne rozmowy i obca siła stwierdza, że w sumie te człowieki są całkiem wporzo, więc rozejdźmy się w pokoju. Już to widywaliśmy. Ważny element tego epizodu to Ferengi. Gdyż albowiem jest to pierwszy raz, kiedy widzimy tę rasę. A będzie ona w swoim czasie niezwykle istotna dla całej Federacji. I dla widzów, którzy będą musieli się zdecydować, czy lubią Quarka, czy jednak niekoniecznie… No ale to melodia przyszłości.
Jestem całkiem zadowolona z tego, jak konsekwentnie poprowadzono Ferengich na przestrzeni serii: to ich pierwsze pojawienie się daje już bardzo duże pojęcie o rasie i jej kulturze. Może później trochę odkleimy się od tej koncepcji, że Ferengi są w gruncie rzeczy jak ludzie z okolic XVIII-XIX wieku, a jednak przyjmiemy, że są rasą ze wszech miar rozwiniętą, tyle że ten rozwój poszedł w innym kierunku – ale zasadnicze elementy nie zmieniły się przez całe lata: kwestie praw kobiet, profit, postawa w obliczu zagrożenia i tak dalej. Ferengi są bez porównania spójniejsi od Klingonów. Chociaż, oczywiście, to ma jedno całkiem proste uzasadnienie: Ferengich nie było w Oryginalnej Serii…
Gdybym miała się kosmicznych kupców jakkolwiek czepiać, wskazałabym na ich kuriozalną, falliczną broń, która zdecydowanie bardziej pasuje do wspomnianego TOSa niż do TNG… Jestem absolutnie przekonana, że Ferengi sobie tym coś rekompensują. [Być może brak możliwości perwersyjnego rozbierania kobiet…]

W ogólnym rozrachunku jednak jestem całkiem zadowolona z tego epizodu. Przede wszystkim, podoba mi się początkowy klimat, kiedy za bardzo nie wiadomo, co tam się dzieje u wroga (ani, prawdę mówiąc, kim tak konkretniej jest ów wróg), ale obie strony podejrzewają się nawzajem i Picard uderza w czarujący blef. To znowuż pokazuje kapitana jako całkiem bystrego dowódcę, który potrafi dostosować się do sytuacji. Chociaż mam wrażenie, że mówienie Klingonowi, jak to nie jest hańbą strategiczny odwrót, jest jednak mocno daremne...

Moją uwagę też zwróciła to początkowe nieporozumienie odnośnie do wroga. I podoba mi się, jak ekspresowo zareagował kapitan, jak potem podpuścił Ferengich – którzy dla mnie nie są żadnymi XVIII wiecznymi kupcami tylko niziołkami i już – jaką decyzję podjął dalej. Naprawdę – jego zachowanie i decyzje wydają mi się logiczne.

Na potęgę niebieskiego penisa! (źródło)
Dalszy ciąg całej tej przygody również robi pozytywne wrażenie: obca planeta jest zarazem podobna do tych, które odwiedzał Kirk z załogą, ale i zdecydowanie mniej z papier-mache. A przynajmniej lepiej to ukrywa. Tajemniczy strażnik z Imperium Tkon, Portal 63 (Darryl Henriques) budzi odpowiedni respekt, ale ostatecznie także sympatię. Myślę, że wszyscy bohaterowie bardzo fajnie zagrali i nie można mieć od nich wątów.
To, co wzbudziło moje największe kręcenie nosem, to sytuacja na Enterprise w czasie kryzysu. No bo tak: nie ma prundu. Czyli ogrzewania, podtrzymywania życia ani nic. Robi się zimno. No dobra, rozumiem, jest poważnie. Ale serio: jak to możliwe, że pokład momentalnie zaczyna wyglądać jak jakiś obóz uchodźców korzystających z paczek PCK? To nie tak, że oni w tym mrozie i ciemności spędzili dłuższy czas. Przecież na planecie minęło tyle czasu, co bycie sklepanym przez Ferengich i krótka rozmowa ze Strażnikiem. Myślę, że to spokojnie etap, w którym raczej ludzie mogliby założyć, czy ja wiem, czapki. Kurtki i ciepłe swetry. Naprawdę oni nie mają tam ciepłych swetrów? [MAJĄ! A na pewno Wesley ma! Mogli od niego pożyczyć!] Są rozbitkami czy coś? Przecież, na litość Jeżusia Anaszpana, tam całe rodziny żyją jak w domu, podczas gdy trwa continuing mission. Czyli chyba mają jakieś rzeczy osobiste, ubrania i tak dalej. Jeśli nawet dotąd liczyli na działającą klimę na pokładzie Enterprise i faktycznie nie mają ciepłych polarków, to przecież już coś by dało, gdyby po prostu założyli więcej warstw czegokolwiek, co mają w szufladach. A oni wszyscy telepią się z zimna i czekają na ten uchodźczy, szary kocyk. I nawet szalikiem się nikt nie owinie. No to jest po prostu głupie. Jakoś nie mogę przejść nad tym do porządku dziennego.

Tu pojawia się też interesujący motyw decyzji matki – przyznam, że doskonale rozumiem panią doktor, a jednocześnie myślę o całej reszcie matek na Enterprise. I jakoś tak nie wiem co o tym myśleć. Mogła spytać innych, czy nie pomóc im w ten sam sposób. Mogła nie pytać i po prostu podać dzieciakom cos na sen. Nie chciała wywoływać paniki? Cóż. Powody do niej i tak były, a ci ludzie przyjęli to totalnie na chłodno (hum hum, jaki niski dowcip). I tu mam te same wątpliwości co Fraa – to trwało chwilę. Do nich powinno właśnie docierać, co się stanie i ludzkie emocje powinny z nich buchać. Moim zdaniem. A tu nic – od razu smutne oczekiwanie na te minus 70 stopni. Dziwni ci ludzie przyszłości, pozbawieni instynktu przetrwania czy co?

Turbozaawansowany android przyszłości.
Da się pokonać prostą łamigłówką.
W razie buntu AI - wiecie co robić.
(źródło)
Szkoda, że tak mało wiemy o Imperium Tkon. To znaczy w ramach tego jednego odcinka to fajne nabudowanie atmosfery i jestem zadowolona. Żałuję tylko, że twórcy nie podchwycili tematu, bo myślę, że to rasa, która ma ogromny potencjał na fascynujące opowieści. Skądinąd doczytałam się, że historia Tkon jest nieco przybliżona w powieściach, ale oczywiście myślę tu o czysto serialowym kanonie (zapewne minie trochę czasu, zanim wezmę się za startrekową literaturę…).

Żadne z Crusherów mnie nie zirytowało. Doradca Troi była jak zwykle nieprzydatna. Geordiego trzeba było wyratować z opresji, choć wyjątkowo nikt go nie porwał (najwyraźniej postać dopiero się rozkręca). Właściwie bohaterowie niczym nie zaskakują. No, może Yar – bo chyba ani razu nie wspomniała o swoim trudnym dzieciństwie. Brawo, pani porucznik.
Riker natomiast zaczyna nam coraz bardziej błyszczeć. Oczywiście, jak już wspominałam, to będzie gościu, który spróbuje widzom jakoś rekompensować brak Kirka. Piękny, młody, odważny i tak dalej (tylko nie umie w rozrywanie koszuli [I bardzo dobrze! Jego klata świetnie się prezentuje odziana w mundur]). Tutaj więc również staje się uosobieniem tego, co w ludzkości najlepsze. I jeszcze Sun Zi cytuje, bo czemu nie. Wszak nie można jechać samym Szekspirem. Zastanawiam się, czy ta jego aż nazbyt cukierkowa, nachalna idealność nie jest nieco przesadzona i czy nie będzie wkrótce irytować – nie pamiętam, jakie miałam odczucia podczas poprzedniego oglądania. Na razie jednak jest dobrze, choć trochę mnie bawi (nie mam pojęcia, czy aby miał bawić).
Rozkręca się Data i jest bohaterem niesamowicie sympatycznym. Zachodzę tylko w głowę, wedle jakiego klucza ktoś mu pakował wiedzę do głowy, bo naprawdę czasem mnie fascynuje, co wie, a o czym nie ma pojęcia. Z drugiej strony, przy Spocku miałam dokładnie te same wątpliwości, toteż nie zamierzam się jakkolwiek tym gryźć.

Odcinek niczego nie urywa, ale ogląda się przyjemnie. Są Ferengi, jest zajawka intrygującego obcego imperium, jest dzielna załoga Enterprise. Jest i humor, i poważniejszy wątek. Jest niebezpieczeństwo. Właściwie nie potrzebuję więcej.



– Yes, the ugliness of the Human was not an exaggeration!

Code of honor

autor: Juan Ortiz

Premiera: 12 października 1987
Reżyseria: Russ Mayberry, Les Landau
Scenariusz: Katharyn Powers, Michael Baron

Pojedynki z przedstawicielami różnych ras w TOSie występowały niejeden raz. Jeśli TNG daje nam coś oryginalnego to jest to udział w owym pojedynku kobiet (oczywiście mogę się mylić, ja i moja pamięć złotej rybki, ale Fraa z całą pewnością mnie naprostuje, jeśli będzie trzeba [hum, zadałaś mi ćwieka. Pamiętam, że Kirk sklepał panią, ale to nie było w formie pojedynku, a większej bójki – w The Cloud Minders. Brał udział w walce na arenie razem z kobietą, w The Gamesters of Triskelion. Ale to wciąż nie to. Najlepiej by było chyba przejrzeć walki, w których brała udział Uhura – ale to wciąż są po prostu jakieś ogólne rozwałki, a nie takie eleganckie pojedynki jeden na jeden. Obawiam się, że nie potrafię pomóc. Co może świadczyć albo o tym, że masz rację, albo że obie mamy pamięć złotej rybki]). Od razu na początku wyrzucę z siebie, iż broń, którą najwyraźniej wybrała Yareena (Karole Selmon) jest imho idiotycznie nieporęczna. Skoro można ją stracić, bo po prostu po zamachu spada z dłoni, a jej ciężar powoduje, że babeczki zwisają bezwładnie z poprzeczek rozstawionych na arenie to nie bardzo ogarniam sens jej istnienia w ogóle. Zatruć wszak można każde ostrze czy kolec.

Jeżu drogi, to była najgorsza broń we wszechświecie xD Ciężki, nieporęczny bambulec, który SPADA PRZY GWAŁTOWNIEJSZYM ZAMACHU. Okej, może i wygląda dość… ekhm… imponująco, ale jednak czarno na białym było widać, że to niefunkcjonalny badziew. Dlaczego więc bohaterka wybrała właśnie to?
Kiedy swego czasu oglądałam Supernatural, śmiałam się przeokropnie za każdym razem, jak braciom Winchester w czasie walk regularnie wypadała broń z rąk. Z Ulvem dość prędko doszliśmy do wniosku, że oni powinni mieć te swoje pistolety na gumkach przywiązane do nadgarstków czy coś, jakaś instalacja na wzór rękawiczek, które dzieci mają na sznureczkach, żeby nie pogubiły. No więc podczas oglądania tej walki wspomnienia wróciły. Absolutnie widzę tę „rękawicę” na gumeczce.
A tak na serio, to wyobrażam sobie, że ustrojstwo powinno mieć w środku jakiś poprzeczny pręt, na którym zaciskałoby się dłoń, no nie? Nawet jeśli broń sama w sobie jest głupia i nieporęczna, myślę, że nie miałaby prawa tak po prostu się wypsnąć i polecieć w widownię. To znaczy – chyba że jest głupia bardziej, niż ustawa przewiduje…

Bardzo natomiast podobał mi się fakt, iż Tasha – walcząca oficjalnie o
Najdurniejsza broń ever - źródło
mężczyznę, a tak naprawdę o niezwykle rzadką szczepionkę, która tradycyjnie uratuje wiele, wiele, wiele żyć niewinnych ludzi – odróżniała pociąg seksualny od uczucia. Co prawda musiałam jej uwierzyć na słowo, że Lutan (Jessie Lawrence Fergusson) jest szczytem pociągającej męskości, bo z mojego punktu widzenia tylko się gapił oceniająco, śmiał tubalnie i… hum. Właściwie to nic więcej. Ale jednak pani porucznik przyznaje, że gość jej się podoba, ale kompletnie nie oznacza to, że go kocha i chciałaby od niego czegokolwiek, nie mówiąc już o spędzeniu reszty życia na obcej planecie jako jego żona.

No ale tak wizualnie to Lutan nie był jakiś najgorszy. Niestary, raczej symetryczny, postury okazałej… Może nie mój typ, ale ufam, że mógł się podobać. I owszem, Tasha serwuje nam bardzo fajne, trzeźwe spojrzenie. Wszystkie przelotne kochanki Kirka mogłyby teraz przyjść do niej na seminarium z niebycia głupimi lalkami.

Natomiast Lutan wyraźnie został jej osobą mocno trzepnięty, skoro nie baczył na to, że nie ma ona kompletnie niczego, czym mogłaby podnieść jego stan majątkowy.

Nie no, tam akurat nie chodziło o jej stan majątkowy, tylko o to, że ona – jako walcząca kobieta – mogła jako jedyna sprawić, żeby on odziedziczył majątek pierwszej żony.  Bo najwyraźniej sam był zbytnim cieciem, żeby uśmiercić połowicę jakoś pokątnie a samodzielnie. :D W każdym razie rozumiem to tak, że on nie potrzebował podnoszenia swojego stanu majątkowego – w zupełności wystarczyłby mu spadek po Yareenie.

Bo to, co najciekawsze w planecie Ligon II, zamieszkałej przez humanoidów o zupełnie innym poziomie cywilizacyjnym niż nasi bohaterowie jest to, że choć początkowo wydaje nam się, że kobiety stoją w hierarchii niżej niż mężczyźni (takie wrażenie można odnieść, gdy doradca Lutana, Hagon (Julian Christopher), próbuje pominąć Tashę w procesie przekazywania próbki szczepionki kapitanowi – swoją drogą, sposób w jaki ona tę próbkę sprawdza, zaglądając do pudełka na pół sekundy jest nieco komiczny – jak potem jej obecność jest traktowana jako coś dziwacznego i trudnego do przyjęcia przez niezwykle honorowych gości), to jednak po dotarciu na planetę okazuje się, że to do nich należy prawdziwa władza, bo to one są właścicielkami ziemi, a jeśli odejdą od swego mężczyzny, ziemia bynajmniej nie zostaje przy nim. Mężczyzna jest jedynie strażnikiem ziemi i może z niej korzystać jeśli pozostaje z kobietą w związku małżeńskim. To fakt, iż na USS Enterprise rolę tradycyjnie przypisaną mężczyźnie, pełni kobieta był powodem początkowego spięcia, nie zaś pogarda dla kobiet w ogóle.

I właśnie tu mi się to wszystko jakoś przestało kleić w którymś momencie. Bo na początku było prosto: okej, kobiety posiadają ziemię i wszystkie hajsy, a mężczyźni walczą i niejako w zamian za to korzystają z bogactw kobiet. Ale widzimy, że Tasha bez spocenia się rzuca Hagonem po podłodze Enterprise jak chce. Dalej widzimy, że Yareena tłucze się (tą kretyńską rękawiczką) jak równa z równą z Tashą. I, jak się wydaje, to nie jest jakiś wyjątkowy przypadek – kobiety w tym świecie całe życie trenują walkę, zawsze mając na uwadze, że mogą zostać wyzwane na pojedynek. Wynika mi z tego, że kobiety nie dość, że mają kasę, to jeszcze spokojnie przewyższają mężczyzn, jeśli chodzi o ich wartość bojową. Jaka więc jest rola mężczyzn…? Ewentualnie mogliby być, bo ja wiem, luksusowymi niewolnikami? Sługami? Skąd w odcinku ten dziwny pozór, że oni w ogóle mają jakiekolwiek znaczenie?
Z tego miejsca chyba bardziej mnie przekonuje koncepcja przedstawiona w jednym z późniejszych odcinków (acz nadal pozostaję w tym sezonie!), Angel One. Ale do tego jeszcze wrócimy.

Ogólnie to po tych trzech odcinkach Tasha wyrasta nam na trekową seksbombę. Robi wrażenie na lewo i prawo. Humanoidy i androidy zdają się lecieć na nią ostrym szwungiem, a ja chyba wcale im się nie dziwię ;)

Spoko, oni wszyscy jeszcze nie wiedzą, że nad ranem po upojnej nocy zaczęłaby im opowiadać o swoim trudnym dzieciństwie. xD

W Code of Honor uwagę zwraca też dobór ludzi na misję na planecie – po
Nowa szczęśliwa rodzina - źródło
pierwsze musi się na nią udać kapitan – wyższa konieczność ponieważ posłanie kogokolwiek o niższych kompetencjach gospodarze uznają za uwłaczające (oczywiście komandor Riker nie łyka tego bez protestu). Po drugie gdy kapitan potrzebuje konkretnych faktów wzywa Datę i Geordiego, bo to oni są w stanie najlepiej odpowiedzieć na pytania dotyczące broni używanej do rytualnych pojedynków na Ligon II. To przyjemna odmiana w stosunku do TOSa, gdzie grupa zwiadowcza zdawała się być dobierana na zasadzie widzimisia.

Jakże widzimisia? Na zasadzie „główni bohaterowie + jakiś redshirt na odstrzał”! A tak na serio, to owszem: w ogóle kwestia wysyłanych na obce planety i kosmiczne wraki ludzi jest ogarnięta bez porównania lepiej niż w TOSie. Począwszy od faktu, że kapitan wcale nie musi się znaleźć w takiej drużynie (jak wspomniałaś, tu akurat się znajduje, ale to ma uzasadnienie fabularne).
Ogółem lubię ten odcinek, choć nie jest wolny od głupot. Tak czy owak, ogląda się przyjemnie.



But I warn you. If you get hurt, I'll put you on report, Captain.

The Naked Now

il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 5 października 1987
Reżyseria: Paul Lynch
Scenariusz: J. Michael Bingham (na podstawie Johna D.F. Blacka)

Za nami kolejny odcinek, czyli The Naked Now. Jeśli ten tytuł budzi w kimś skojarzenia, są one bardzo słuszne: epizod ten to bowiem coś w rodzaju sequela do odcinka Oryginalnej Serii The Naked Time. I jest to nawiązanie całkowicie świadome, oficjalne i jawne: kapitan Picard i jego załoga zaczynają węszyć wokół dawnej sprawy Kirka od momentu, w którym na wymarłym pokładzie SS Ciołkowski odnajdują zwłoki kogoś, kto – uwaga! – brał prysznic w ubraniu. To najwyraźniej zachowanie tak kuriozalne i znamienne, że w całej historii Federacji miały miejsce dwa takie przypadki. Ciul z imprezowiczami, którzy otworzyli właz awaryjny i wywiało ich w próżnię. Prysznic w ubraniu, biczyz!

XDDDDDDD
Tak. Jak widać Federacja zapomniała już choćby o tradycyjnych zabawach studentów w akademikach. A właz awaryjny to każdy może sobie przypadkowym przypadkiem otworzyć. W końcu to proste, przekręcasz i już. A wejście pod prysznic w ubraniu – o! to wymaga odwagi! Potem to ubranie się do ciebie lepi i jest takie nieprzyjemnie ciężkie…

No więc tak. Dalej już dość łatwo się domyślić: tajemnicza choroba przenosi się na pokład USS Enterprise i opanowuje coraz większą część załogi. Jednocześnie statkowi grozi straszliwe niebezpieczeństwo związane z zapadającym się ciałem niebieskim. Czy uda się uciec w ostatniej chwili?!

I, przykro mi bardzo (wcale nie!), to będzie notka porównawcza. Bo, jakkolwiek głupio to brzmi tak na początek, to ośmielę się stwierdzić: TOS zrobił to lepiej. Wiem, że generalnie panuje opinia, jakoby Oryginalna Seria była przaśna i głupawa, a TNG podchodzi do materiału z dużo większą powagą i większym przemyśleniem kwestii technicznych. No tyle że nie.
Zacznijmy od BHP: zawsze się śmiałam, jak to kapitan Kirk i jego załoga lądują na obcych planetach i macają wszystko gołymi rękami, prawda? No więc akurat to jest ten odcinek, w którym drużyna wysłana do laboratorium na powierzchni planety Psi 2000 ma – tadam! – kombinezony ochronne! Serio, bohaterowie TOSa mają odzież ochronną, a bohaterowie TNG – nie. Co ty mi robisz, Star Treku? W obu przypadkach zwiad zostaje po powrocie na Enterprise poddany dekontaminacji i przebadany.
Jeśli więc chodzi o BHP – punkt leci na konto TOSa.

Niepodważalny werdykt. Ale przynajmniej im się kapitan od razu nie zaraził…

(źródło)
Dalej mamy samo działanie tajemniczego wirusa. Ogólnie jest to przypadłość porównywana do upojenia alkoholowego. I rzeczywiście, w Oryginalnej Serii tak to trochę wyglądało. U każdego działało nieco inaczej, bo – pozbawiwszy bohaterów zahamowań i zdolności zdrowej oceny sytuacji – wyzwalało ich głęboko skrywane skłonności, które (co jest dość logiczne) różni ludzie mają różne. Seems legit. Dlatego pan Sulu biegał z rapierem i bronił pięknych dziewic przed kardynałem Richelieu, Spock płakał, podczas gdy panna Chapel wyznawała mu płomienną miłość, a Riley śpiewał irlandzkie piosenki (a właściwie w kółko jedną i tę samą). Zresztą, tu fajnie właśnie grał tytuł – „nagi czas”, jak „naga prawda”. Czas, w którym wszyscy są odsłonięci, metaforycznie nadzy (choć Sulu był połowicznie bliski dosłowności). Było ciekawie, bo widz dowiadywał się czegoś o każdym z bohaterów. Poznawał ich skrywane pragnienia i skłonności. Jak sobie z tematem poradził TNG?
Wszyscy chcą się rypać jak króliki. I to tyle. Doktor Crusher rozbiera się przed Picardem, Picard zaczyna się skłaniać ku niej, doradca Troi łasi się do Rikera, porucznik Yar przeleci Datę. Tak, nawet Datę wplątali w seksualne ekscesy załogi! Jedynym, który reaguje na wirusa nieco inaczej, jest… młody Crusher. Bo młody Crusher jest takim nowym Rileym. Zamyka się w maszynowni i nie pozwala na ucieczkę przed Wielkim Niebezpieczeństwem. [ej! Zapomniałaś o tym mechaniku! On chce tylko wyciągać czipy sterujące! Wątpię, żeby to był jakiś rytuał seksualny!] Różnica polega na tym, że Irlandczyka trzeba było rzeczywiście usunąć z pomieszczenia i dopiero wtedy wkroczyła bardziej bohaterska część załogi, by ratować sytuację. W The Naked Now, kiedy już udaje się dostać do maszynowni, nikt nie usuwa Wesleya – co więcej, to właśnie Wesley podpowiada, żeby do ratowania sytuacji użyć Daty. To Wesley sugeruje przerobienie promienia trakcyjnego tak, by odepchnął Enterprise od Ciołkowskiego, dając cenne sekundy na ocalenie. Ogółem – cóż, to Wesley ratuje dzień. A Picard jest co najwyżej wkurzający, kiedy unosi się kapitańskim ego i upiera się, żeby Wesley oddał mu pełną kontrolę nad statkiem. To znaczy ja rozumiem, że jako kapitan nie może ulegać zachciankom dzieciaka, ale w tym przypadku mieliśmy bardzo, ale to bardzo wyjątkową sytuację. I jeśli w tej sytuacji nasze największe zagrożenie mówi „hej, mów mi tylko, co mam robić, a ja będę to robić”, to po prostu mówisz mu, co ma robić, a nie strzelasz focha. Na szczęście później Picard to zrozumiał, ale czy to naprawdę musiało tyle trwać? [nie aż tak długo, jak mi się wydaje…] Za to Riker, mimo że niby był taki twardy i nie poddawał się chorobie, w gruncie rzeczy jedyne, co robił, to łaził z kąta w kąt i pokrzykiwał [i nosił Troi! Wielce romantycznie! Nie odejmuj mu!]. I jakkolwiek głupio mi to mówić, to Crusherowie uratowali dzień.
(źródło)
Przy okazji: dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że w The Naked Time ta choroba nie była nawet szczególnie niebezpieczna, bo Spock chyba w ogóle nie dostał cudownego serum… (do którego podania, swoją drogą, Kirk jako jedyny musiał mieć rozdarty rękaw koszuli).
Tak więc po raz kolejny punkt leci na rzecz TOSa, a najjaśniejszym punktem TNG jest Wesley Crusher. Szach-mat.

I rzecz trzecia, czyli wspomniane już Wielkie Niebezpieczeństwo. W TOSie mamy zapadającą się gwiazdę, której grawitacja ściąga orbitującego wokół niej Enterprise'a. No i okej, mogę to kupić. A TNG? Cóż, Ulv zadał jedno małe pytanie: „Jaka jest szansa, że w nieskończonym wszechświecie taka gigantyczna eksplodująca gwiazda trafi jakimś odłamkiem centralnie w takie maleńkie, mikroskopijne nic, jakim jest Enterprise?” – no więc cóż… W uniwersum Star Treka? Jakieś 98%. To nie tak, że poszła jakaś fala uderzeniowa, która rypła równo na wszystkie strony. Nie, Enterprise musiał uciec przed dokładnie jednym kawałkiem… nie wiem, jakiegoś kamienia, który się oderwał od eksplodującej gwiazdy. Który mając całą przestrzeń kosmiczną do wyboru postanowił strzelić centralnie na czołówkę ze statkiem kapitana Picarda. Cóż – nie brzmi to do końca przekonująco. [A prawo Murphy’ego? Myślisz, że ono nie działa w Federacji?] Choć, oczywiście, rozumiem konieczność znalezienia czegoś innego niż grawitacja, żeby nie kopiować tak do końca The Naked Time. Ale myślę, że można to było zrobić bez porównania sensowniej.
Kolejny punkt leci do TOSa.

(źródło)
Nie wiem, czy jest cokolwiek, co The Naked Now zrobił lepiej niż The Naked Time. I to strasznie przykre, bo mając już taką bazę i, dla odmiany, jakiś budżet, widz mógłby oczekiwać czegoś więcej. Zabrakło jakby wyobraźni. Może po prostu J. Michael Bingham nie był tak dobry w scenariusze jak John D.F. Black? Nie wystarczy tylko zaczerpnąć z dobrej historii, żeby własna opowieść też była dobra. Nie porwał mnie ten odcinek. Choć muszę przyznać, że śmiechłam z momentu, w którym Data nonszalancko oparł się o… cóż, o brak fotela. A ostoją rozsądku został Worf. Łał. Po prostu łał.

Przyznam, że mi bardzo pasowało, że właśnie Worfa to nie ruszało. Natomiast nie ogarniam, czemu w takim razie tak mało się udzielał? W sensie przed tą gwałtowną ucieczką? Kiedy jeszcze szukali antidotum? Skoro go nie ruszało, to może powinien zostać sanitariuszem? I prowadzać wszystkie ofiary do ambulatorium, skoro mógł je macać? Myślę, że to spowolniłoby zarazę, zwłaszcza w kręgach mostkowych. Natomiast zupełnie fajne było jego bieganie od konsoli do konsoli, sterowanie na klona xD 
Najbardziej zaś wkurzyła mnie Tasha, ale może to taka troche specyfika lat 80-tych? Ten tekst do Daty – nic się nie wydarzyło! – jest imho paskudny I obraźliwy. O.




– Indications of what Humans would call… a wild party?
– Yeah.

Encounter at Fairpoint

Tak, to jest talerz - źródło

Premiera: 26 września 1987

Reżyseria: Corey Allen

Scenariusz: D. C. Fontana



Witamy w Następnym Pokoleniu!



Trwający półtorej godziny pilotażowy odcinek ma w gruncie rzeczy prostą, wykorzystaną już i w TOSie i w TASie fabułę (Fraa, jako człowiek, który wie wszystko, kojarzy wszystko i ma mózg, na pewno jest w stanie podać tytuły odcinków), która bez kłopotu zamknęłaby się w czterdziestu pięciu minutach. Oczywiście nie do końca o fabułę w tym pilocie chodzi. Stanowi ona jedynie pretekst do przedstawienia nowej załogi i nowych możliwości nowego USS Enterprise, bo samej idei serialu przedstawiać już wszak nie trzeba.



Mamy zatem nowego kapitana, Jean-Luca Picarda (Patrick Stewart), i jego firmowy gadżet, czyli filiżankę herbaty, mamy moment objęcia dowództwa i puste fotele, czekające na tych, którzy dołączą w miejscu pierwszej – jak się szybko okazuje – podwójnej misji. Jest Worf (Michael Dorn)! I jego szarfa! [Och, ale jakże niegramotnie jeszcze wygląda ten nasz Worf – jego późniejsza charakteryzacja zdecydowanie miała lepsze proporcje… oczywiście, jeśli pominiemy etap fryzury na pazia…] Mamy pierwszy pokaz mocy empatycznych Troi (Marina Sirtis), co od razu mi podniosło ciśnienie [uwielbiam to, jak często jej „moce” polegają na byciu totalnym Captain Obvious], i pierwsze popisy Daty (Brent Spiner), które uwielbiam. Tasha Yar (Denise Crosby) epatuje swoją przeszłością i egzaltowaniem [jakże mnie drażni tym swoim Trudnym Dzieciństwem…], Geordie (LeVar Burton) objaśnia działanie wizjera i skutki uboczne jego noszenia wielce zainteresowanej pani doktor Crusher (Gates McFadden), a syn tej ostatniej, Wesley (Wil Wheaton), rozpoczyna jojczenie i pchanie nosa w nie swoje sprawy. „Mamo, ja muszę na mostek, synku nie wolno, ma!-mo! No OK.” WTF za wychowanie w ogóle? [będę bronić Wesleya do końca! Znaczy no, prawie do końca – owszem, zdupili finał jego wątku, ale do tego momentu mamy kilka lat… Póki co – to po prostu młodziutki nerd, podjarany obecnością na USS Enterprise – i ja go rozumiem. Też byłabym w ciul zajarana i też bym molestowała Rodzicielkę o pozwolenie wejścia na mostek. Plus tak naprawdę trzeba tu pamiętać, że on wcale tak bardzo nie jojczał: zakazali mu wejść? No to łypał z turbowindy. Doktor Crusher w sumie sama wyszła z inicjatywą cofnięcia tego zakazu – sam chłopak był trochę jak słodki szczeniaczek, który nic złego nie robi i jest taki grzeczny, że w końcu wpuszczasz go na tę kanapę, mimo że zarzekałaś się, że psom nie wolno] No i jest komandor Riker (Johnatan Frakes)… Jego błękitne oczęta, gładkie oblicze i wzrost… Wiecie jak człowiek ma 12 lat, pryszcze i problem wielkiego tyłka, bo coś się zaczęło dziać z jego jeszcze do niedawna dziecięcym ciałem, to taki Riker może wzbudzać emocje ;) Nieco obciach, ale moja pierwsza fascynacja Star Trekiem to właściwie była fascynacja komandorem. Wszystkie, co mniej zrozumiałe fragmenty, które mnie (tak było niestety) nudziły, przeczekiwałam z zaciśniętymi zębami, w nadziei na pojawienie się Rikera. Musiałam dorosnąć, żeby pokochać kapitana Picarda ;) [żaden wstyd, podejrzewam, że większość fanek ST ma za sobą etap fascynacji Rikerem. Picarda obecnie nie kocham, ale i etap Rikera z całą pewnością minął mi dawno temu – choć nie raz widać, że w dużym stopniu to właśnie on, a nie nowy kapitan, będzie stanowił ciągłość z Kirkiem. Co ma w sumie swoje plusy, bo oglądając TNG nie odnosi się wrażenia, że twórcy nie mają pomysłów na kolejnych kapitanów – akurat ta ich różnorodność mi się bardzo podoba. Ale trochę odbiegam od tematu].


Nowe Pokolenie to także nowy krój mundurów. Panie mogą sobie pozwolić na spodnie, a ich
Przypominam: rok 1987 - źródło
spódniczki są takiej długości, że mogą się bezpiecznie pochylić. Panowie za to… cóż… Męskie jednoczęściowe mundury są… trudne… Dla mnie w odbiorze (nie teraz, ale wtedy w 1990 roku były trochę szokiem, w ten sposób to się ubierali gimnastycy i cyrkowcy) a dla panów w noszeniu zapewne. Mina Rikera, gdy Troi mu szepcze prosto w umysł, jak to jej go brakowało, z mojego punktu widzenia mówi – przestań, bo flota nie przewiduje ukrywania rzeczy intymnych przed współzałogantami i jest mi nieco głupio. Ale równie dobrze mogę być wypaczona, bo jestem już dość stara. W każdym razie ten nowy krój mundurów z pewnością był na tamten czas cóż… nowatorski.

Nie lubiłam i chyba nie polubię pomysłu na to, żeby mundury Gwiezdnej Floty wyglądały jak pidżamki. Pomijając kwestie estetyczne, myślę, że to po prostu jest niepraktyczne. I wciąż nie mają kieszeni…

Natomiast doceniam próbę totalnego zlikwidowania podziału na mundury męskie (spodnie) i żeńskie (obowiązkowe spódniczki) – przejawia się chyba w jedynej scenie, w której przed kamerą przechodzi pan w kusej tunice, a potem najwyraźniej uznano, że to się jakoś nie przyjęło. Trochę szkoda, bo ufam, że w końcu widzowie by się przyzwyczaili. Z drugiej strony, to by pewnie nie zwiększało szans serialu na udany start. Przyzwyczajać widzów do takich rzeczy można, ale jak się ma już ugruntowaną markę, a TOS i TAS chyba aż tak jej nie ugruntowały.


Kolejna sprawa to manewr odłączenia spodka podczas podróży z napędem WARP i ten egzamin dla pierwszego  oficera, który musi manewr odwrotny przeprowadzić ręcznie. Powiem, że bardzo mi się podoba taka możliwość. I lubię karność Worfa, który owszem, musi zaprotestować przeciwko pozostaniu tam, gdzie walka jest znacznie mniej prawdopodobna (bo inaczej nie zaprezentowałby swej klingońskiej natury) ale jednak wystarczy jedno zdanie kapitana, by przyjął rozkaz. Ale najbardziej ujęła mnie przepytywanka, którą Picard zafundował Rikerowi, na okoliczność ignorowania rozkazów przełożonego. Lubię jak ta dwójka się uzupełnia, jak się od razu układają w konkretnej relacji. Fajne jest też odsłonięcie skrawka ludzkiej – niezbyt chlubnej, ale jak najbardziej wiarygodnej – przyszłości z naszego punktu widzenia, a przeszłości z punktu widzenia załogi USS Enterprise. Twórcy zadbali, aby świat przedstawiony od razu pokazać jako tak samo mięsisty, kompletny, jak był w pierwszych, kręconych dwadzieścia lat wcześniej seriach i bez wstydu nawiązują do tych samych fascynacji – nie może się obyć bez Szekspira.

W relacji Picarda i Rikera spodobało mi się głównie to, że od razu postawili TNG w opozycji do TOSa: wielokrotnie jest mowa o tym, że kapitan nie powinien się niepotrzebnie narażać, że od tego ma oficerów. Cóż by na to powiedział Kirk?



Natomiast ten podwójny, pilotażowy odcinek, jest dla mnie szczególnie ciekawy właśnie ze względu na ten wątek, o którym wspomniałaś na samym początku: wątek znany już z poprzednich serii, chociażby z animowanego Magicks of Megas-Tu, czy słynnego aktorskiego The Arena albo The Savage Curtain – ot, obcy najwyraźniej lubią oceniać ludzkość. Ale abstrahując od samego sądu, jak dla mnie ten podwójny odcinek najlepiej ze wszystkich bohaterów przedstawia… Q (John de Lancie). Q, który – jak się zdaje – dojrzewał w startrekowym uniwersum już od dawna, bo jeśli nawet pominąć wspomnianych już magów z Megas-Tu, to wróćmy do starego, dobrego Trelane’a z The Squire of Gothos: przepotężna istota, zdolna kreować rzeczywistość wedle własnego uznania, będąca jednocześnie… no cóż, znudzonym, kapryśnym dzieckiem, do której rodzice w końcu stracą cierpliwość. Trudno nie mieć skojarzeń. Z obecnej perspektywy, Q jest dla mnie jedną z najciekawszych postaci TNG. Intryguje nie tylko on sam, ale też jego relacja z pozostałymi mieszkańcami Q Continuum. No i dlaczego tak się uwziął na ludzi? Oprócz zwykłej ciekawości, którą budzi, jest też jedną z najmniej troskliwomisiowych postaci, w które – stety bądź niestety, kwestia upodobań – obfituje TNG (z tego samego powodu za jakiś czas będę uwielbiać doktor Pulaski).

Wolkanie, androidy, jeden pies - źródło
Odcinek natomiast pięknie pokazuje, że oto Star Trek wreszcie dostał budżet: nawet dziś wielkie kosmiczne meduzy robią całkiem przyjemne wrażenie. No i odcinek nie rozczarowuje na poziomie koncepcyjnym: fakt, że kosmomeduzy mogły się przekształcać w bazę czy statek kosmiczny – że de facto bohaterowie szukali czyjejś obecności, przemierzając wnętrzności tej istoty – to jest po prostu świetnie pomyślane. Co właściwie nie powinno zaskakiwać, skoro za scenariusz są odpowiedzialni Gene Roddenberry i D.C. Fontana, która ma na koncie chociażby świetny odcinek Charlie X.

Myślę, że to po prostu bardzo dobre otwarcie nowej serii, które dużo mówi o tym, z czym będziemy mieć do czynienia w dalszych odcinkach i dalszych sezonach.

Jest też śliczny smaczek – inspekcja bardzo dziwnego admirała, który protestuje przeciwko przesyłowi teleporterem. Siem aproves!

Cieszę się, że dochrapał się admirała – zasłużył!



– Some problem, Riker?

– Just hoping this isn't the usual way our missions will go, sir. Oh, no, Number One.

– I'm sure most will be much more interesting. - Let's see what's out there. Engage!