For the World Is Hollow and I Have Touched the Sky

(źródło)
Premiera: 8 listopada 1968
Reżyseria: Tony Leader
Scenariusz: Rik Vollaerts

Najpierw muszę splunąć jadem. Bo oryginalny tytuł tego odcinka (widoczny w tytule notki) w polskiej wersji językowej został zmieniony na – tadaam! – Zabłąkaną asteroidę. ZABŁĄKANĄ ASTEROIDĘ. Ja π r w dole. Na serio. Nie jest to pierwszy raz, kiedy marudzę na zmianę tytułu przy okazji polskiej wersji językowej, ale tutaj to chyba jeden z najbardziej wkurzających przypadków, jakie znam. Bo oryginalny tytuł jest kurde piękny. Ma w sobie niesamowitą poezję i dramat świata, o którym będzie ten odcinek. Jest też, oczywiście, bardzo silnie związany z treścią epizodu przez sam fakt, że to cytat. Który zresztą okazał się na tyle chwytliwy, że został sparafrazowany w Mass Effekcie! I ten piękny, piękny tytuł polski dystrybutor spuścił w kiblu na rzecz Zabłąkanej asteroidy. Nożesz mam ochotę komuś strzelić. [Idę z Tobą, ciężko mi było tę niepojętą zmianę przetrawić]

I to chyba tyle jadu ode mnie. Bo ja ten odcinek bardzo lubię.
Po pierwsze, to chyba pierwszy raz, kiedy tak naprawdę koncentrujemy się na McCoyu – jego potrzebach, pragnieniach, jego życiu. Nigdy przedtem na przykład nie mieliśmy okazji pochylić się nad tym, że McCoy jest samotny. Zazwyczaj doktor jest… no cóż, po prostu doktorem. Ma przyjaciół, to prawda, ale tak poza tym nie istnieje w kontekście kobiet, rodziny, domu. Te wątki właściwie całościowo zachachmęcił sobie Kirk. I mówię tu nie tylko o okazjonalnym zauroczeniu jakiejś kosmitki, tylko w ogóle o prawie do posiadania jakiejkolwiek sfery intymnej. To Kirk jest tym, który był w młodości bardzo zakochany i miał wielką, wielką miłość – owszem, rozstali się, niemniej ona istniała i poznajemy ją w Shore Leave. Była też inna wielka miłość (jak mniemam, nieco późniejsza od tamtej, ale również stanowiła coś poważniejszego niż tylko przelotny romans), która pojawiła się z kolei w odcinku Court Martial. A McCoy? Wydaje się, że żył wyłącznie pracą. Oczywiście, o reszcie załogi wiemy tyle samo i można wnioskować, że oprócz kapitana, oni w ogóle nie mają życia prywatnego. Tylko że doktorowi akurat serial poświęca całkiem sporo uwagi, jako że jest to jeden z głównych bohaterów. Wiemy, że jest człowiekiem niezwykle emocjonalnym i uczuciowym. Trudno uwierzyć, że ktoś taki całkiem dobrowolnie wybrałby takie życie. Tym bardziej, że zdaje się, iż to najstarszy członek załogi Enterprise (różnica między nim a Scottym nie jest wielka, ale jest!). Tym bardziej ta jego samotność porusza. Choć mnie chyba najbardziej poruszył nie sam fakt, że ojej, McCoy jest smutny i samotny, tylko to, że ojej, przez trzy sezony właściwie ani razu nie zastanowiłam się, czy przypadkiem nie jest smutny i samotny.

Odcinek nie rozczarowuje, jeśli chodzi o kostiumy
obcych cywilizacji. (źródło)
Z drugiej strony, czy cały ten wątek miłosny ma ręce i nogi? Cóż, to dla mnie dość trudna kwestia. Bo tak naprawdę dość trudno mi kupić historię romansu, która polega na tym, że on i ona zobaczyli się po raz pierwszy i stwierdzili „tak, zostańmy mężem i żoną”. Trudno mi uwierzyć w to, że McCoy dla obcej kobiety rzuca wszystko – totalnie całe swoje dotychczasowe życie. W imię czego? Tego, że Natira (Katherine Woodville) jest ładna? No jest, to prawda. Co więcej, doktor nie musi się martwić, że za jakiś czas oblubienica stanie się stara i brzydka, bo plan jest taki, że on tego nie dożyje…
Okej, ale jeśli odrzucę bycie cyniczną świnią, to coś jednak każe mi kupić ten wątek: właśnie ten motyw choroby McCoya. No bo został mu rok życia – może rzeczywiście to jest kop do tego, żeby rzucić wszystko w diabły i spróbować przynajmniej przez te ostatnie miesiące być szczęśliwym? Sama nie wiem, ale wydaje mi się, że odcinek całkiem nieźle pokazuje, jak doktor próbuje radzić sobie z chorobą. W ogóle sam fakt, że uparł się, by przenieść się z Kirkiem i Spockiem na Yonadę: przecież McCoy nigdy nie był fanem takich wypadów, bah, nigdy nie był fanem transportera (i wcale mu się nie dziwię). A jednak tutaj chciał w tym wszystkim uczestniczyć, chciał wziąć udział w akcji ramię w ramię z przyjaciółmi. Tak naprawdę to bardzo ładny wątek i trochę żałuję, że pod koniec odcinka tak po prostu doktora wyleczyli. Można było to pociągnąć choć trochę, chociaż przez kilka epizodów. Bo zapowiadało się na fajne pogłębienie postaci, a ucięto to radosnym cudem.
Zresztą, tak prawdę mówiąc, trochę nie kumam, dlaczego ostatecznie McCoy wybrał Enterprise, a nie Natirę, skoro był tak mocno zdecydowany. Niby coś jej tłumaczył, ale ja z tego tłumaczenia bardzo niewiele wyniosłam. Ona chciała zostać ze swoim ludem – tutaj jeszcze nadążam. Ale czemu nagle McCoy musiał lecieć w kosmosy? Skoro Kirk i Spock przechwycili medyczne archiwum Fabrini, to śmiem twierdzić, że obecność Bonesa nie była już jakoś szczególnie potrzebna, żeby Federacja weszła w posiadanie lekarstwa na tę nieuleczalną chorobę. Zupełnie tego nie ogarnęłam.

McCoy właśnie uświadamia sobie,
że się żeni. (źródło)
Nie mogę się nie wypowiedzieć o romansie. Też mnie na początku piknęło – ej, ale tak od razu? Laska widzi doktorka i już chce go bardzo? Ale potem przyszło mi do głowy, że właśnie tak. Jest bystra, z tej trójki wybiera kogoś, kto jest łagodny, ale zdecydowany i ma świetną profesję. Że interesuje się obcymi, to dość naturalne – da się to wytłumaczyć na zasadzie odruchu szukania nowych genów do puli, czego sobie nie uświadamiamy, ale co tak naprawdę ma wpływ na wybory. Nie wspominając o tym, że skoro ona jedna ma prawo wybrać partnera, to pewnie jest to ogólnie znane prawo i tam na tej wyimaginowanej planecie, wszyscy o tym wiedzą i nie wierzę, że o nią nie rywalizują. To jest w końcu prestiż, no i może facetowi kapłanki pozwoliliby ubrać coś innego niż kraciasta tęczowa zasłona… W każdym razie – abstrahując od śmichów-chichów, wybrać kogoś z zewnątrz, skoro zdarza się taka okazja jest dobre, bo daje szansę braku konfliktów na własnym podwórku. Mało romantyczne? Wcale nie, romantyzm ładnie zasłania takie logiczne rozkminy nawet przed głównymi zainteresowanymi.
A czemu doktor wybrał Enterprise? No cóż, perspektywa całego życia bez Kirka i Spocka to co innego niż perspektywa jednego roku, nie?

Ale odcinek to, ma się rozumieć, nie tylko romans i walka z chorobą McCoya. Bo jest jeszcze wątek religijny, związany z Wyrocznią (której głos podkłada niezastąpiony James Doohan, nie do poznania bez szkockiego akcentu) i stwórcami. To historia ludu, któremu przewodzi niepoprawnie funkcjonujący komputer (chyba już to widzieliśmy, czyż nie? Na ciebie patrzę, The Apple). I, jakkolwiek może to wyglądać na krytykę religii, która wszak zobowiązuje ludzi do ślepej wiary w mgliste obietnice świetlanej przyszłości, to jednak mam wrażenie, że twórcy uniknęli tej jednostronności, a to dzięki końcówce, w której Natira – już oswobodzona i oświecona – dobrowolnie wybiera właśnie to życie pod rozkazami Wyroczni. Nikt nie uszczęśliwia Fabrinich mówiąc im, że są na statku i że żyli w kłamstwie. Skoro Natira uznaje, że to będzie dla nich lepsze, skoro rozumie zamiar stwórców, Kirk i pozostali nie upierają się przy swoim stanowisku. Odcinek zdaje się mówić „dla nas religia jest trochę głupia, ale jeśli jest społeczeństwo, któremu ona w jakiś sposób pomaga – okej, to niech pomaga. Dopóty, dopóki nie dzieje się to kosztem innych” (na przykład ponad trzech miliardów mieszkańców Daran V). Myślę, że to najlepsze przesłanie, jakie można było w tym temacie dać.

Tak, muszę tu zaznaczyć, że wybór Natiry bardzo mi się podoba. Świadczy on dla mnie o tym, że ta kobieta była właściwą osobą na właściwym miejscu. Rewolucja w takim momencie, w takich warunkach zdecydowanie nie jest tym, czego potrzebują niedobitki Fabrinich na drodze ku przyszłości.

Stary człowiek. Ostatnie, najwspanialsze
wystąpienie Jona Lormera w Star Treku. (źródło)
No i muszę jeszcze wspomnieć o scenie, z której został zaczerpnięty tytułowy cytat: starzec z Yonada zapewnił chyba najbardziej przejmującą scenę tego odcinka i, jak dla mnie, jedną z najmocniejszych w całym serialu. Pojawił się na scenie na ile…? Niecałą minutę? Po pierwszym oglądaniu tego odcinka ta minuta była jedyną, którą pamiętałam. A teraz, po kilku seansach, nadal działa. To najlepsza z ról, jakie w Star Treku dostał Jon Lormer (znany już widzom z pilotażowego odcinka, gdzie zagrał Theodora Haskinsa i z The Return of the Archons, gdzie pojawił się jako Tamar). Przerażony starzec, który poznał prawdę, a teraz żyje w bezustannym strachu – nawet przed własnymi myślami, ale zebrał w sobie tyle uporu i odwagi, że mimo wszystko przyjdzie do przybyszów z innego świata – sama w sobie ta postać jest wspaniała. Ale tu będzie też cały ładunek emocji towarzyszących temu, że ten człowiek – niegdyś zapewne pokorny wyznawca Wyroczni i stwórców – dotknął nieba. Przekonał się, że bogowie ich okłamują. Przekonał się, że jego świat jest pusty – i myślę, że można to traktować dosłownie i w przenośni. I po tym starcu widać, że cierpi, zarówno ze względu na tę poznaną prawdę, jak i przez to, że nie może się nią z nikim podzielić. Cierpi tak bardzo, że koniec końców decyduje się na rozmowę o tym, nawet jeśli to ma go zabić. Dla mnie to piękna, niesamowicie mocna scena.

Bardzo lubię ten odcinek i pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę. Podoba mi się właściwie we wszystkim. Najwyraźniej nie tylko mi, bo w 1983 roku to właśnie ten epizod stał się podstawą dla gry – może niektórzy o niej słyszeli – Might and Magic, tworzonej przez Jona Van Caneghema, która ujrzała światło dzienne trzy lata później.

A ja pragnę tylko dodać, że jedyna rzecz, jaka wzbudziła we mnie leciutkie uniesienie brwi, to fakt, że pan Spock od strzału zaczął rzucać historią Fabrinich, których świat jakby nie było zniknął 10000 lat wcześniej. Ba! Ogarnął, że te znaczki to ich pismo… Z drugiej strony – też mi się wydaje, że rozpoznam hieroglify, więc może czepiam się z deka na wyrost…



– Many years ago, I climbed the mountains, even though it is forbidden.
– Why is it forbidden?

– I am not sure. But things are not as they teach us. For the world is hollow, and I have touched the sky!

Day od the Dove

autor: Juan Ortiz


Premiera: 1 listopada 1968
Reżyseria: Marvin J. Chomsky
Scenariusz: Jerome Bixby

Nie mogę się powstrzymać, by nie zacząć od tego, że oto zaczął się sezon na pana Czechowa-kobieciarza. W poprzednim odcinku model „romantyk”, a w Day of The Dove model „brutal”. Jeszcze trochę i wepchnie się Kirkowi w kompetencje… [co by nie było takie głupie – jeśli dobrze pamiętam, Czechow został dorzucony do załogi po to, żeby młodzież miała swoją postać, tak jak czarni, Azjaci i inni. A cóż lepiej kojarzy się z młodością, jeśli nie porywczość, brutalność i skłonność do miłostek? :D ]
Drugą istotną sprawą jest fakt, iż odcinek zawiera w sobie Klingonów. I to daje mu dużo punktów do zajefajności. Widzimy tych największych wrogów Federacji nieco dokładniej. Mamy klingońskie małżeństwo (i nie jest to łatwy kawałek chleba [absolutnie uwielbiam klingońskie małżeństwo, ale o tym później]), wgląd w smutną prawdę o biedzie planet klingońskiego imperium, która pcha nację do podbojów i obraz klingońskiego dowódcy, którego załoga zginęła. Wszystko to zaś oczywiście przez pryzmat konfliktu z załogą USS Enterprise, niby to naturalnego, można rzec, a jednak nie.

Nie, bo ten akurat konflikt został perfekcyjnie wyreżyserowany i wręcz wymuszony przez obcą formę bytu, która fruwa po galaktyce w postaci świetlnego placka i żywi się emocjami. Ta konkretna akurat emocjami negatywnymi – nienawiścią, agresją, strachem. Być może gdzieś istnieją inne tego typu byty, które wolą czerpać z ludzi dajmy na to uprawiających miłość. Tego nie wiemy, ale takie podejrzenie zasiewa w odbiorcach pan Spock. Ogólnie już teraz muszę powiedzieć, że wciągnięty w krąg nienawiści pan Spock bardzo mi się podobał. Tu nie było burzy, bo wciąż jedynie połowa genów pana Spocka to geny ludzkie, a do drugiej połowy dochodzi także wolkańskie wychowanie, ale i on na moment traci panowanie nad sobą. Co ciekawe pierwszy orientuje się kapitan. Dociera do niego, że emocje, które odczuwa nie są adekwatne do sytuacji. To ten moment, gdy widać, że obcy przesadził. Tak bardzo mu zależało na utrwaleniu konfliktu między Klingonami a
źródło
załogą Enterprise, że widząc dla tegoż konfliktu zagrożenie, desperacko starał się usunąć tych, którzy byli zbyt rozsądni. Bo przecież na samym początku ludzie (i Wolkanin) nijak nie byli zdziwieni, że Klingoni są agresywni, że reagują nerwowo na sytuacji zestrzelenia własnego statku, za którą z ich punktu widzenia musiał odpowiadać Kirk. Ludzie zaś jedynie bronili siebie i swego statku, który chcieli przejąć Klingoni (też naturalna sytuacja, bo jak niby ci, którzy przeżyli, mieliby się dostać gdziekolwiek chcieliby się dostać). Dopóki obcy nie przesadził i nie nadużył opcji „w stresie mogę nie panować nad tym, co i do kogo mówię”, ludzie nie mieli potrzeby skonfrontowania tego, co się dzieje, z Klingonami. Nie mogli więc nabrać pewności, że ktoś manipuluje rzeczywistością, eskalując i wyciszając konflikt tak, by mógł trwać wiecznie.

W całej tej sytuacji ogromnie podobało mi się, że Kirk nabiera podejrzeń stopniowo: a to coś mu nie gra w zachowaniu Scotty’ego, a to McCoy wydaje sięjakiś taki dziwny… to, jak kapitan patrzy na swoich oficerów, jest cudowne. Wie, że coś się dzieje, ale przecież ufa załodze, więc przez jakiś czas jeszcze będzie ich usprawiedliwiał. A obcy poczyna sobie coraz śmielej i śmielej, aż w końcu przegnie. To jest z jednej strony po prostu fajne, bo wiarygodne, z drugiej zaś – dodatkowo pokazuje więź łączącą członków załogi Enterprise.

Trochę słabo, że obcego najwyraźniej nie dało się zniszczyć – po prostu zniknął i będzie mógł
źródło
wędrować dalej i wkładać napotkanym podróżnikom do głowy żądzę mordu i zniszczenia.

Cóż, ale po raz pierwszy chyba nie próbowali zdjąć kosmicznego obłoczka fazerem. Doceniam postęp. No i w ogóle: tak, oczywiście, że to nie jest fajne. Ale z drugiej strony, Ładnie pokazuje, że w kosmosach nie zawsze wszystko można skończyć pełnym happy endem.

Jeśli zaś miałabym powiedzieć, kto jest moją ulubioną postacią to zdecydowanie stawiam na klingońskiego dowódcę Kanga (Michael Ansara), moment, gdy Kirk grozi mu śmiercią żony, a ten po jakże znaczącej chwili komentuje to mniej więcej „jest wojowniczką, zna swoją powinność” piknął mnie w serduszko. Mara (Susan Howard) swoją drogą reaguje spokojnie, choć widać po niej strach i niechęć do umierania. Bardzo mi się to klingońskie małżeństwo podobało, włącznie ze sceną zazdrości, gdy Kang zobaczył porwaną przez Czechowa sukienkę żony. Czechow swoją drogą był przerażający w tym swoim wybuchu negatywnych emocji. Zastanawiam się, czemu on uległ tak szybko i tak mocno. Czy obcy miał po prostu więcej czasu, by go sobie przygotować? Czy początkowo mógł nie rozdrabniać swej telepatycznej mocy, jak to było później, gdy już trzeba było kontrolować znacznie więcej osób na raz? A może po prostu wrodzona emocjonalność młodego nawigatora stanowiły dobre poletko dla takiego ziarna?

źródło
Myślę, że poprawną odpowiedzią będzie to ostatnie: wrodzona emocjonalność. To i ogólnie młodość, a więc pewna podatność na wpływy. Nie odniosłam wrażenia, żeby obcy poświęcił Czechowowi więcej uwagi niż innym. Swoją drogą, ta scena jego wybuchu była w ogóle niepokojąca – w sensie że kamaaaan, Star Treku, pokazujesz nam ładne i miłe rzeczy, czemu rzucasz w widza próbą gwałtu? Co tobie się porobiło? I to jeszcze próbą gwałtu dokonywaną przez postać pozytywną! I tutaj nie ma już tak niewinnego wyjaśnienia, jak w odcinku The Gamesters of Triskelion, gdzie w bardzo niepokojący sposób pokazali próbę nakarmienia Uhury wbrew jej woli… Mogą mówić, że „nie był sobą”, ale to dość mętne i niezbyt przekonujące. Odniosłam wrażenie, że obcy nie tyle kreuje te złe emocje, ile podbija te, które ludzie już odczuwają. A więc Czechow raczej był sobą, tylko bardziej. To nie jest fajne.
A co do klingońskiego małżeństwa: uwielbiam je. Myślę, że w The Search for Spock mamy tego dalekie echo, kiedy Kruge wydaje wyrok na Valkris. Klingonka, podobnie jak Mara, oczywiście nie jest zachwycona perspektywą śmierci, podobnie zresztą zabicie jej nie przynosi radości Kruge’owi. Ale oboje rozumieją swoje obowiązki. Tutaj jednak dochodzi do tego fakt, że są małżeństwem, można się więc domyślać, że te obowiązki są tym trudniejsze do udźwignięcia.

Co znamienne, w tych emocjach każdy pozostał sobą – taki McCoy na przykład skupiał się na rannych i umierających, i troską o nich motywował swoją nienaturalną wściekłość.
Ogólnie – jeden z fajniejszych odcinków, jak dla mnie. Jeden z tych, do których chętnie wrócę.



– Go to the devil.
– We have no devil, Kirk. But we understand the habits of yours.
 

Spectre of the Gun

(źródło)
Premiera: 25 października 1968
Reżyseria: Vincent McEveety
Scenariusz: Lee Cronin

Dobra. Dobra, ja naprawdę muszę zacząć od największego problemu tego odcinka, który sprawił, że jakoś do końca nie mogłam się przejąć naszymi biednymi misiami z Enterprise: otóż tak – wlecieli na terytoria Melkotian. Spotkali tubylca, który powiedział: „hej, nie chcemy was tutaj, spadajcie”. A co robi Kirk? „No to nie mamy innego wyjścia – lecimy na planetę Melkotian!” – noż kurde. Ale jak to: nie mają innego wyjścia? Obcy… klocek powiedział im, że nie życzy sobie ich w swoim domu. A oni uznali, że to totalnie oznacza, że właśnie do tego domu powinni mu się wepchnąć z buciorami. Przepraszam, ciągle miałam takie wrażenie „no w sumie to sami jesteście sobie winni”. Też bym się wkurzyła na miejscu Melkotian.

Ta sama myśl. I jeszcze – jasne, kapitanie, rozkazy są jasne, a ty za chwilę będziesz płakał, że z twojej winy się zło dzieje twoim ludziom. Zachowanie Kirka wydało mi się tak głupie, jak rozkazy Federacji. Swoją drogą, musieli mieć już kontakty wcześniej, nie? Wychodzi na to, że lecieli dokładnie do Melkotian. Chyba, że te jasne rozkazy brzmią – kogo napotkacie, tego wkurzajcie.

Totalnie widzę wierchuszkę Federacji, jak wydaje taki rozkaz. xD

Ale jeśli odrzucić ten problem, odcinek jest całkiem sympatyczny. To znaczy wiecie: historię braci Earp widziałam już w kilku filmach, tu dostajemy kolejną. Co ciekawe, tym razem Earpowie wcale nie są tacy do końca pozytywni. Właściwie w tym zestawieniu stanowią raczej tych złych. Są ponurzy, groźni, a mieszkańcy Tombstone zdają się za nimi nie przepadać. Co innego Clantonowie i bracia McLaury: zdaje się, że – nawet zanim wcielili się w nich panowie z Enterprise – byli wesołymi, dziarskimi młodzieńcami, raczej czymś na kształt urwisów, których w sumie wszyscy w miasteczku lubią. Prawdę mówiąc, spodobało mi się to tym bardziej, że nigdy jakoś fanką Earpów nie byłam… To znaczy lubię Doca Hollidaya (tutaj: Sam Gilman), ale braci nieszczególnie.

Też mnie zaciekawiła ta wizja, bo jest inna niż ta, do której przyzwyczaiła mnie popkultura. Aż chce się wgłębić w fakty – i wzbudzenie tej chęci zdecydowanie zaliczam odcinkowi na plus.

W internetach jest cały wykaz nieścisłości historycznych z tego odcinka – a także uzasadnienie, że wynikały one z tego, że przecież Melkotianie nie stworzyli tej iluzji w oparciu o rzetelne źródła, tylko o jakieś wspomnienia i wyobrażenia Kirka, który w swojej głowie mógł tę historię trochę przeinaczyć. W sumie fajne wyjaśnienie, kupuję je.

Bracia Earp (źródło)
W tym miejscu muszę dodać, że nie do końca nadążam, co chcieli osiągnąć Melkotianie. Pozbyć się nieproszonych gości ze swojej planety? Mało prawdopodobne, bo przecież jako potężni telepaci mogli to na pewno zrobić w dużo prostszy, szybszy sposób. Na cholerę tworzyć tak dopracowaną iluzję i dawać tyle czasu komuś, kogo chce się po prostu zabić?
No dobrze, czyli to była próba – zakończenie zresztą na to wskazuje (choć polski tytuł staje się w tym kontekście cholernie mylący, no bo kara za co, skoro to wszystko było w planie?). Ale w takim razie po co cała ta wcześniejsza szopka z ostrzeganiem i wypędzaniem? W ogóle na co to wszystko – skoro mogli bez spocenia się wleźć każdemu na pokładzie Enterprise do głowy i wyciągnąć wspomnienia sięgające pięciuset lat wstecz, to nie mogli też wyciągnąć informacji, jak Federacja podchodzi do tematu przemocy?
Słowem: myślę sobie, że Melkotianie muszą się cholernie nudzić. I zresztą nie mam nic przeciwko. To nie pierwsza i nie ostatnia rasa obcych, która jest znudzona.

A jak się odnajdują w tych okolicznościach bohaterowie? Cóż, Chekov zaskakująco dobrze, szczególnie odkąd spotyka Sylvię (Bonnie Beecher). Scotty też ma się nieźle, odkąd spotyka burbon. Na szczęście kapitan, Spock i McCoy zachowują resztki rozsądku, w przeciwnym bowiem razie odcinek mógłby się skończyć zupełnie inaczej.
Swoją drogą – no właśnie, ciekawe jak. Gdyby po prostu siedzieli w barze i pili? To znaczy rozumiem, że o wyznaczonej godzinie Melkotianie przenieśliby ich dokładnie tak, jak to zrobili w odcinku. Ale gdyby oni dalej nic nie robili? Nie strzelali, po prostu usiedli i czekali? Czy Earpowie zaczęliby strzelać w plecy? Jak daleko sięgnęłaby ingerencja Melkotian – wsadziliby bohaterom rewolwery w dłonie? Ale przy tak mocnym wpływaniu na sytuację, wynik „testu” byłby chyba mocno niemiarodajny.
A w ogóle, to gdyby jednak zginęli, wróciliby na Enterprise tak jak Chekov? To w sumie cała sytuacja staje się mocno relaksacyjna, bo chyba nikomu w żadnym momencie nie groziło niebezpieczeństwo?
Inna sprawa – skoro to wszystko była iluzja, to dlaczego granat nie zadziałał na Scottyego? Przecież on jeszcze wtedy wierzył, że zadziała, no nie? No, chyba że był aż tak znieczulony burbonem, że było mu wszystko jedno.

Twórcy się chyba sami nieco zaplątali w tej iluzji. A propos siedzenia i czekania – Melkotianie chyba po prostu wiedzieli kogo sobie złapali. To byłoby kompletnie niepodobne do kapitana, tkwić w miejscu i czekać. Zresztą, konieczność hardkorowej ingerencji, o której mówisz dalej, zdaje się być spójna z głęboką wiedzą Melkotian na temat ofiar ich zabawy. Tak, kupuję wersję, że to kolejni znudzeni obcy.

Psikus, bo kobieta lgnie do Nie-Kirka! (źródło)
Tak czy owak – Spock po raz kolejny uratuje dzień. I przyznam, że mnie zaskoczyło, że zrobili to w ten sposób. Połączeniem jaźni, od razu hardkorową ingerencją w umysł. Spodziewałam się raczej, że Spock poprosi któregoś z pozostałych panów, żeby do niego strzelił. I kiedy wszyscy na własne oczy zobaczą, że to przeżył, to uwierzą. Miałam tutaj jakieś takie poczucie, że oni wszyscy – poza Spockiem – są po prostu koszmarnie nieużyci. Nawet nie potrafili samodzielnie wykrzesać z siebie tej wiary, że otoczenie jest iluzją, tylko trzeba było ich na siłę „przeprogramować”. W ogóle samo to, że od samego początku założyli raczej, że zostali przeniesieni w czasie i przestrzeni do dziewiętnastowiecznego Tombstone, a nie że padli ofiarami iluzji, jest już trochę dziwne. Przecież to już trzeci rok ich podróży – mało mieli iluzji w międzyczasie?

Dużo, dużo pytań budzi we mnie ten odcinek, jak się nad nim chwilę pozastanawiam. Nie miałam tych pytań podczas seansu, bo jakoś na pierwszy rzut oka Spectre of the Gun wydawał mi się dość sensowny. Nadal więc będę twierdzić, że ogląda się go miło, Chekov i Scotty są zabawni, wszyscy próbują się na różne sposoby wydostać, no i dostajemy tradycyjnie przekaz „ludzie byli może niefajni trzysta lat temu, ale teraz jesteśmy już dobrzy, zasługujemy na zaufanie kosmosów, okres błędów i wypaczeń zostawiliśmy za sobą”. Lubię ten przekaz. Ogromnie lubię startrekowy optymizm, nawet jeśli jest wciśnięty w nieco dziwny sposób.

Mnie najbardziej zaintrygowały kamienne twarze Earpów. Oni wyglądali tak, jak wyobrażam sobie pierwsze cyborgi. Zastanawiam się, czy to celowe, czy tak wyszło.

Intrygująca uwaga. Tak, rzeczywiście przywodzą na myśl na przykład Yula Brynnera z Westworld z 1973 r. Wyróżniają się na tle radosnych mieszkańców Tombstone.




– Is this a dead man, doctor?

– Very dead, Mr. Spock.

Is There in Truth No Beauty?


Autor: Juan Ortiz

Premiera: 18 października 1968
Reżyseria: Ralph Seneski
Scenariusz: Jean Lisette Aroeste

To jeden z tych odcinków, które pokazują historię z morałem przy minimalnym nakładzie scenografii. Na pokład Enterprise trafia obcy o imieniu Kollos, ambasador Medusian (tak, słusznie wietrzycie nawiązanie), który jest tak bardzo inny, że dla człowieka (a nawet Wolkanina) ujrzenie go może oznaczać obłęd, a nawet śmierć. Śmierć ze strachu, obcy jest bowiem absolutnie i definitywnie przerażający. Jak zatem nam go pokazują? Mniej więcej tak: 

źródło

Nie da się ukryć, że jest dość nieopisywalny, prawda? A może to tylko moje dzisiejsze umysłowe ubóstwo…
Jakby nie było podczas oglądania musiałam się posiłkować bujną wyobraźnią, by wczuć się w przerażenie ludzi mających nieszczęście zobaczyć ambasadora. A był on tak straszliwy, że nawet podczas przenoszenia go w szczelnym – niczym trumna – pojemniku bohaterscy członkowie załogi musieli nosić specjalne gogle ochronne, choć robili to dość niekonsekwentnie.

A moim zdaniem, właśnie to, że praktycznie nic nie pokazali oprócz tego mrugania świateł – które należy chyba rozumieć dość symbolicznie, a nie że Kollos rzeczywiście tak wyglądał – to było genialne posunięcie. Bo najpierw nabudowali opowieściami grozę wokół ambasadora, a potem… no właśnie, a potem co? Cokolwiek by pokazali, widz musiałby być rozczarowany. W takim na przykład Clash of the Titans z 2010 r. twórcy nie powstrzymali się od pokazania straszliwego Krakena i to, co pokazali, niestety w najmniejszym stopniu nie sprostało tego, co bohaterowie mówili o potworze przez wcześniejszą godzinę. Czasem lepiej zostawić widza bez konkretnego obrazka, a po prostu z ogólnym, no… wrażeniem.
Chociaż akurat trochę nie rozumiem, o co chodziło z tym zakładaniem okularów w obecności zamkniętego pudełka – bo bohaterowie robili to dość niekonsekwentnie. No ale to już taki tam drobiazg.
Aaa, ale jak już o tych okularach ochronnych wspomniałam, to nie mogę nie napisać o tym: dlaczego, u licha, całe te fikuśne osłony, nie miały wycięcia na nos?! Jak Spock czy Kirk zakładali to ustrojstwo, to mnie momentalnie zaczynał boleć grzbiet nosa, cóż dopiero ich?

Jednak ta obcość, inność i straszność przyciąga – przyciąga panią tłumacz, doktor Mirandę
źródło
Jones (Diana Muldaur), wytrenowaną w umiejętności wolkańskiej samokotroli. Kobieta jest tak zafascynowana obcym, że bez zbędnych sentymentów odrzuca awanse inżyniera Larry’ego Marvicka (David Frankham), który, żeby jeszcze bardziej zagęścić atmosferę i zmniejszyć galaktykę, okazuje się być projektantem ukochanej Kirka (tak, mówię o USS Enterprise). Rzuciło mi się w oko także to, że pani doktor nie może tak po prostu odrzucić pana inżyniera. Nie, COŚ musi być winne i należy to zniszczyć, bo tak właśnie inteligentny zdawałoby się facet usiłuje rozwiązać problem. Mordując ambasadora, jakby to nie był XXIII wiek – czas rozsądku, pokoju i cywilizacji. A może inżynier Larry nie uznawał obcego za godnego objęcia ogólnie panującymi zasadami?

Myślę, że po prostu Larry był od początku trochę obłąkany – miał obsesję na punkcie Mirandy i nie myślał racjonalnie. To było widać szczególnie podczas kolacji, kiedy oficerowie Enterprise zaczęli nadskakiwać tłumaczce i nagle ktoś w pokoju zaczął myśleć o morderstwie. I owszem, będąc w takiej kondycji psychicznej, Larry chyba nie był w stanie przyjąć, że Miranda mogłaby go odrzucić tak po prostu, bo go nie kochała.

Fascynacja pani doktor zdaje się też mieć dodatkową podstawę – otóż kobieta okazuje się być niewidoma, co sprytnie maskuje siecią sensorów rozmieszczonych na swej sukni. Przyznam, że ciekawa jest jej potrzeba ukrywania niepełnosprawności. Czym się kieruje? Wstydem? Poczuciem, że nie chce by dawano jej fory? [trochę tak – wydaje mi się, że ona jakośtam o tym koniec końców mówiła: nie chciała litości, właśnie tego dawania forów. Chciała, żeby traktować ją normalnie] Jak by nie było mamy wgląd w kolejne marzenie twórców Star Treka – zniwelowanie przeszkód życiowych płynących z braku zmysłu wzroku. Sposób całkiem wiarygodny w dzisiejszych czasach –
źródło
dziś niewidomi mogą się od ręki zaopatrzyć w testery kolorów czy czujniki poziomu płynu w naczyniu, stąd już krok do tego, co miała na sobie pani doktor. Jej deficyt za to daje jej przewagę nad innymi bohaterami – może przebywać w towarzystwie ambasadora bez trumny i bez gogli. A ponieważ – według wszystkich istotnych mężczyzn na pokładzie – jest piękna, mamy w tym odcinku do czynienia z intrygującą wersją Pięknej i Bestii. Bestii – dodam – niegroźnej, która nawet po tym, jak celem ratowania Enterprise otrzymuje na chwilę wstęp do ciała Spocka (prawdziwa galeria indywiduów przez nie przebiega, swoją drogą), nie próbuje zostać w nim na stałe, choć oczywiście nie omieszka stwierdzić, że bycie stworzeniem humanoidalnym jest wspaniałe.
Dodatkowym smaczkiem odcinka jest pan Scotty w kilcie, który założył na cześć pięknej pani doktor (bo nie na cześć głównego gościa, który musi siedzieć zamknięty w swojej puszce) podczas oficjalnej kolacji z peanami do jej piękności.
Całość mi się podobała. Lubię te proste Star Trekowe nauki, typu „nie szata zdobi człowieka”.

Odcinek też mi się podobał, choć chyba bardziej jako pokaz, do czego może doprowadzić zazdrość. Bo mamy tu zazdrość w dwóch wydaniach: gniewną i szaloną, w wykonaniu Larry’ego, ale też zimną i wyrachowaną, odczuwaną przez Mirandę. Jedna i druga zagraża życiu, ale przynajmniej w jednym przypadku udało się uratować sytuację bez ofiar.
Z rzeczy pobocznych, wrócę jeszcze do tej brzydoty: wszyscy mówią o tym, jak straszliwie wygląda ambasador, ale – o czym była już mowa – oni go nigdy nie pokazują. Wcale więc nie wiadomo, czy na pewno mowa tu brzydocie. Może obcy wygląda po prostu w sposób… niepojęty? Może nie jest tak zwyczajnie brzydki, tylko trudny do zrozumienia, inny? Określenie „brzydki” od razu wartościuje – myślę, że odcinek w pewnym stopniu zwraca uwagę na to, że takie wartościowanie nie ma sensu. Równie dobrze dla ambasadora ludzie mogą być brzydcy. Nie trzeba inności od razu nazywać w sposób pejoratywny.



This is delightful. I know you. All of you. James Kirk, Captain and friend for many years. And Leonard McCoy, also of long acquaintance. And Uhura, whose name means freedom. "She walks in beauty, like the night."