The Empath

aut. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 6 grudnia 1968
Reżyseria: John Erman
Scenariusz: Joyce Muskat

Nie mogę nie zacząć od tytułu. Bo tym razem myślę sobie, że ktoś się nawet starał, ale nie za bardzo obejrzał odcinek – inaczej nie umiem wyjaśnić, dlaczego w polskim tłumaczeniu „Empaci” są w liczbie mnogiej. Wszak epizod pokazuje nam tylko jednego empatę, rozchwianą brunetkę, robiącą maślane oczy do wszystkiego i wszystkich. Ale o niej później…

Z przykrością muszę stwierdzić, że ten odcinek to dla mnie nagły spadek formy. Może nie jakiś szokujący, ale jednak – po serii świetnych epizodów, czyli For the World Is Hollow and I Have Touched the Sky, The Tholian Web, Plato’s Stepchildren czy ostatniego Wink of an Eye, dostajemy… no cóż, odcinek, który da się obejrzeć, ale przyznam, że robiłam to na dwa rzuty, bo mnie trochę nudził. [Cóż. Zdarzyło mi się zasnąć podczas jednego z zagapień Klejnocika… OK, byłam akurat nieco podziębiona podczas oglądania, ale jednak – zasnęłam…]. To nawet dziwne, bo reżyser, John Erman, to zdobywca Emmy, wielokrotnie zresztą był do tej i innych nagród nominowany. Wyreżyserował zdobywcę Emmy i Złotych Globów: Tramwaj zwany Pożądaniem. Wydawałoby się, że odcinek spod ręki kogoś takiego będzie skazany na sukces. I trudno mi to zrzucić na scenarzystkę, ponieważ sama historia napisana przez Joyce Muskat miała, moim zdaniem, potencjał. Ale to wszystko zostało jakoś tak nudno zrealizowane…

Częściowo obwiniam tu empatkę z planety Minara, nazwaną przez McCoya Gem (Kathryn Hays). Ponieważ postać była niema, cała jej gra polegała na gestach i mimice. W dodatku to musiały być gesty, które pokażą widzom naprawdę dramatyczne sytuacje, takie jak przejmowanie bólu i strachu, jak narażanie własnego życia, żeby kogoś ocalić. I tutaj odcinek całkowicie się wyłożył, bo aktorka tylko się gibała, marszczyła i od czasu do czasu gapiła cielęcym spojrzeniem. Powiedziałabym, że grała teatralnie, ale uważam, że w teatrze trzeba się jednak wykazać dużo bardziej. Ona była po prostu słaba i kompletnie nie udźwignęła odcinka. Nawet w kulminacyjnym momencie, w scenie ratowania McCoya, nie czuć żadnego napięcia. Sytuacji ani trochę nie poprawiała dziwna, romantyczna muzyczka, która towarzyszyła scenom z udziałem Gem.
Z głupich, randomowych pytań: kiedy uciekali po powierzchni planety, Gem miała buty. Przedtem i potem chodziła w samych rajtkach. Skąd i jakim cudem wytrzasnęła obuwie? [wepchnięte pod rajtki, dodam]

- Hej, ROZUMIESZ MNIE? Nie rozumie. Pewnie jest
niemową.
- Albo nie umie w angielski...?
- JEST NIEMOWĄ.
Nie, nie było takiego dialogu. A powinien być.
(źródło)
Najlepszym elementem odcinka jest końcowy twist, w którym okazuje się, że Vianie w gruncie rzeczy nie są wcale takimi okrutnymi dziadami. To znaczy owszem, są – ale mają całkiem niezłe usprawiedliwienie i dobre intencje. To sprawiło, że z miejsca przestali mi przypominać Talosian, z którymi kojarzyli mi się przez większość odcinka. No bo kaman, trudno im odmówić podobieństw: począwszy od fizjonomii, przez ciuchy (też takie pelerynki, tylko tym razem zainwestowali w brokat), aż po zbieranie „okazów”.

A ja się nieco zgubiłam w ich intencjach. A może nie dokładnie w intencjach, te w końcu były jasno nakreślone – mogli uratować tylko jedną planetę układu, trzeba było wybierać. Natomiast jak się do tego miało to, że Gem jest albo nie jest gotowa umrzeć za innych? Sprawdzali ludzi na wolę przetrwania, żeby ją tego nauczyć, a potem testem ostatecznym miało być to, czy jej ta wola przetrwania siądzie, bo może lepiej niech przetrwa ktoś inny. Oczywiście – lepiej, że McCoy, ale rozumiesz o co mi chodzi? Może to coś ze mną jest nie tak, ale nie ogarniam. Nie ogarniam też dlaczego w ogóle zachodziła konieczność wyboru. Nie i już. Czemu tylko jednej? Czemu nie zebrać więcej sił i nie pomóc wszystkim? A teraz jeszcze myśl – ten wybór jest w ogóle dramatyczny! Mówimy o populacji iluś tam planet, tak? Osobnych cywilizacji i dwóch kolesi o nieco większych głowach, na luzie bierze to na siebie. Musieli mieć wielką moc, żeby mieć taką arogancję, prawda?

Tak, na pewno mieli dużą moc – w końcu przecież nawet się nie spocili, żeby koniec końców ocalić i McCoya, i Gem (przepraszam, jakoś nie mogę z tym „Klejnocikiem”… Wiem, że technicznie rzecz biorąc jest dość poprawne, ale brzmi głupio – a tymczasem z imieniem „Gem” nie raz się już spotkałam w filmach i mnie jakoś nie boli). Ale myślę, że tutaj istotniejsze jest to, co pod koniec wytknął im Kirk: że są tak rozwinięci, że został im już tylko intelekt – sami nie ogarniali emocji, które próbowali zaszczepić w kimś innym. Dlatego, tak myślę, pozostawali tacy chłodni i niewzruszeni na śmierć – zarówno śmierć Ozaby i Linkego, jak i śmierć całej, gęsto zaludnionej planety.
A co do tej woli przetrwania… cóż, ja mam wrażenie, ze tu się coś poplątało. Bo w sumie, o ile zrozumiałam, wcale nie chodziło o wolę przetrwania Gem – no bo tę to akurat empatka miała rozwiniętą aż do przesady w początkowej fazie. Chodziło raczej o współczucie i jakieś takie emocje „wyższe”, że tak to ujmę. Takie, które sprawią, że Vianie uznają ją za wartą ocalenia. Wola przetrwania chyba po prostu była potrzebna w kolejnych „okazach”, żeby udało się dociągnąć tę „terapię” do końca…

Co prawda McCoya nie rozebrali tak jak Kirka,
ale bardzo gustownie poszarpali mu bluzkę.
(źródło)
Swoją drogą, mam niejasne wrażenie, że kompletnie nie rozróżniali ludzi od Wolkanów. Takie przynajmniej sprawiali wrażenie – a skoro chcieli uczyć Gem emocji, to akurat powinni być na to szczególnie wyczuleni.

No właśnie, te nieszczęsne emocje: to nie był pierwszy odcinek, który pokazuje widzom, że ludzie są może niezbyt zaawansowani i przed nimi jeszcze długa droga, ale mają swoje emocje – i te emocje są zajebiste i zawojują nimi kosmosy, bo nikt nie ma tak zajebistych emocji jak ludzie.
Jak zwykle, trochę mnie to bawi. Ale już nie dziwi. W końcu fajnie by było, gdybyśmy w czymkolwiek byli najlepsi we wszechświecie, no nie?

Odpowiem na to retoryczne pytanie – jasne, że fajnie by było. Tylko, co zabawne – wychwalana wola przetrwania nie jest emocją. A może chodziło o coś innego? Może chodziło o to, że serce potrafi poskromić wolę przetrwania, jeśli to ma pomóc komuś innemu? Wtedy zaiste obiekty eksperymentalne powinny ją mieć, żeby udowadniać takie rzeczy. Hum. Hum. Może się trochę zaplątałam, ale widzę właśnie, że ten odcinek daje całkiem fajne pole do dyskusji z cyklu co autor miał na myśli.

Tak – myślę, że to dobry trop. Też się w tym plączę. I jednak wolę te odcinki, które jasno dają do zrozumienia, o co im w ogóle chodzi (a więc może jednak to wina trochę nieskładnego scenariusza…?).




– Well, I don't know about you, but I'm going to call her Gem.
– Gem, doctor?
– Well, that's better than Hey, yo

Star Trek: Discovery

(źródło)
Fraa: No dobra. To czas złapać tego byka za rogi. Obwąchuję się z tą notką już dość długo i niedługo zapomnę, o czym były dwa pierwsze odcinki…

Ulv: Co tylko pokazuje, jak bardzo postacie i wydarzenia z serialu zapadają w pamięć.

Fraa: Trochę na ten serial czekałam, trochę się go obawiałam. Star Trek: Discovery to pierwszy serialowy Star Trek od dwunastu lat. Przy czym ostatnią serią był Enterprise, który, mam wrażenie, nie podbił serc fanów (u mnie ma w sumie jedynie plus za Scotta Baculę, którego zwyczajnie lubię – ot, sentyment został po Zagubionym w czasie). Discovery mógł więc przywrócić blask serialowym produkcjom z tej franczyzy, a mógł równie dobrze stać się gwoździem do trumny – wówczas cały ciężar Star Treka przerzuciłby się na filmy pełnometrażowe. Co też nie byłoby do końca trafione, jako że najnowsze pełnometrażówki z Kelvin Timeline budziły więcej niż mieszane uczucia zarówno u fanów, jak i… no, niefanów.

Ulv: spotkałem się z opiniami, że J.J. Abrams potrafił wykrzesać coś ciekawego nawet ze Star Treka. Filistyni.

Fraa: I oto jest: Discovery. Akcja dzieje się pi razy drzwi sto lat po Enterprise i dziesięć lat przed Oryginalną Serią. I to właściwie wszystko, co mogę o tym serialu powiedzieć z jako-taką pewnością, jeśli chodzi o fabułę. Bo świat pokazany nam w dwóch pilotażowych odcinkach jest dla mnie co najmniej niejasny.
Począwszy od tego, dlaczego Flota ma takie dziwaczne mundury – w dodatku wszystkie w tym samym kolorze?! Wiem, że już w Enterprise coś takiego było, wiem też, że to właściwie bzdura – niemniej akurat trzy kolory na mostku statków Gwiezdnej Floty to był niemal znak rozpoznawczy Star Treka. Zmieniało się znaczenie barw, kapkę zmieniały się odcienie, ale założenie pozostawało to samo. I chociaż to głupota, to bez tego dla mnie Star Trek trochę no… nie wygląda jak Star Trek.

Ulv: a wygląda jak każdy generic sci-fi film. Może o to chodziło? Nowe otwarcie dla nowej publiczności?

Fraa: No ale dobra, zostawmy już kolorki: to nie jest największy problem tych odcinków. Bo ja kompletnie nie umiem ogarnąć w tym miejscu historii Klingonów. W pierwszej chwili myślałam, że to mi się ułoży: że skoro w TOS widzimy ich jeszcze w szponach choroby, która zmutowała na bazie DNA Augmenta i wirusa levodiańskiej grypy, w The Motion Picture zaś Klingoni ostatecznie uwalniają się od tej choroby, byłoby całkiem sensowne, że w prequelowej serii potomkowie Khalessa będą po prostu pokazani jeszcze przed przygodą z wirusem. Tyle że nie. Oni od stu lat walczą z chorobą. Dlaczego więc, u licha, T’Kuvma wygląda tak jak wygląda? Sądziłam, że to będzie najbardziej pierwotny wygląd Klingonów, no bo w gruncie rzeczy jest sporo podobieństw do ich późniejszego wizerunku: kaprawe zęby, grzebień czołowy, ciemna karnacja, szerokie nozdrza… ale teraz już nie wiem, na co patrzyłam. Czy jakimś cudem T’Kuvma, jego załoga i kilka Domów, z których przedstawicielami rozmawiał, uniknęli epidemii? Ale jak? Gdzie? Wszystko to jakoś nie ma sensu.

- A jak dorosnę, będę jak Star Warsy.
(źródło)
Ulv: a mi się wydaje, że twórcy mogli się nie przejmować i nie znać całej historii Klingonów. Może uznali jak ci od nowych Gwiezdnych Wojen, wyrzucamy kanon do kosza, jedziemy ze swoim, a żeby fani siedzieli cicho, to Klingoni będą wyglądali prawie jak Klingoni. Swoją drogą muszę dodać tutaj, że podobało mi się, że wszyscy mówili po klingońsku. Za samo to duży plus. Ale na bogów, nie wiedziałem, że klingoński jest taki powolny w wymowie. Oni mówili jakby cały czas lecieli na spowolnieniu. Od rasy wojowników oczekiwałbym jednak czegoś nieco bardziej dynamicznego. A tutaj mówili trochę jakby uczył ich duet Shatner & Malkovich :D

Fraa: To fakt – jakby dopiero się nauczyli klingońskiego i byli jeszcze na etapie cedzenia słów. :D

Ulv: Albo jakby mówili do obcokrajowców :D

Fraa: Przynajmniej tyle dobrego, że mniej-więcej zgadza się relacja między dwiema stronami: Klingonami a Federacją. Niby nie ma otwartej wojny, ale wystarczy kichnąć w złym momencie, żeby ten chybotliwy pokój szlag trafił. Oryginalna Seria pokazywała to z większym wdziękiem, no ale niech będzie. Wszak, o ile pamiętam trailer, Discovery ma pokazać nam Federację w stanie wojny, więc jakoś trzeba do niej doprowadzić.
W tym zresztą pokładam nadzieje: w wojnie. A konkretnie w Muddzie podczas wojny. Bo widziałam zapowiedzi, że będzie Mudd – i jestem go szalenie ciekawa. Jeśli się postarają, ma szansę być moim ulubionym bohaterem. Bo na razie żadna z postaci zadka nie urwała, niestety.

Ulv: jak dla mnie to załoga erm... tak mi zapadł w pamięć statek, że nie pamiętam czego załoga. Shinjou? Shirru? No mniejsza z tym, czym latali. Ale załoga była tak straszliwie bezosobowa, że trudno o większą. I to nie jest problem w tym, że to pierwsze odcinki i nie mieli czasu zbudować bohaterów. Ile czasu antenowego miał admirał Ackbar? Jedna, dwie sceny? A jednak się go pamięta. Tymczasem z dwóch odcinków pamiętam trzy osoby, z czego dwie tylko dlatego, pierwsza oficer i kapitan występowały w praktycznie każdej scenie. Dużo lepiej prezentowali się Klingoni. Mieli zdecydowanie lepszy statek, lepszą stylówkę i nie sprawili wrażenia, że każdy tylko czeka, żeby się rozpłakać. Statkiem federacji leciały same Winony_chcę_rożka_Ryder! Klingonom kibicowałem cały czas i osobiście uważam końcowe rozwiązanie wymyślone przez kapitan za potężny dick move. Not cool bro, not cool.

(źródło)
Fraa: Chociaż jeśli chodzi o stylówkę – co mi się teraz przypomniało – w ogóle na mój gust tam było trochę za dużo złoceń. Serial zapamiętałam w czerni, granacie i sparklącym złocie. I na przykład jeśli chodzi o Klingonów, to byłam przyzwyczajona do czegoś innego, bardziej siermiężnego i surowego. Ale okej, mody się zmieniają, niech będzie złoto.
I wiem, że to jeszcze bardzo wcześnie, z pewnością za wcześnie, żeby oceniać takie rzeczy, ale i tak muszę poruszyć ten wątek: dlaczego Discovery dla mnie skopał bycie Star Trekiem? Bo dzieło Roddenberry’ego w lepszy lub gorszy sposób zawsze kręciło się wokół tego, że ludzkość jest zajebista. Przyszłość stoi przed nami otworem i jeśli się ogarniemy, to kosmosy są nasze. Uwielbiam w Star Treku ten optymizm i wiarę w człowieka. Federacja dotąd była tą dobrą, przecież Kirk czy Picard to ludzie, którzy swoją wspaniałością zawstydzali niejednego kosmitę. Trochę to popsuł Abrams w swoich filmach, ale tak naprawdę dopiero tutaj poczułam, że całe to przesłanie gdzieś zupełnie zaginęło. Ludzie nie mogą sobie ufać, a ten cały sąd pod koniec drugiego odcinka? Co to, kurde, było? Brakowało mi tam tylko Palacza.

Ulv: No sąd też mnie zdziwił, bo byłem pewien, że wybiorą oczywiste rozwiązanie tym bardziej, że powiesili strzelbę na samym początku pierwszego odcinka. Swoją drogą ten serial mnie kilka razy zaskoczył, bo jak tylko byłem pewien, że wiem, co będzie dalej, to robili mi na przekór i okazywało się, że wcale nie miałem racji. Ciule.

Fraa: No po prostu nie. Ja się nie pisałam na taką Federację. Ja się nie pisałam na taką przyszłość. W tej chwili (powtórzę to po raz kolejny, bo mówiłam to już kilka razy każdej osobie, która nieopatrznie powiedziała w pobliżu mnie „Star Trek”) uważam, że serial Setha MacFarlane’a The Orville bez porównania lepiej rozumie Star Treka niż oficjalny Star Trek. Raz, że sama estetyka jest dużo bardziej startrekowa, ale dwa, to treść: poruszanie problemów, o których trzeba mówić. Tu piję, ma się rozumieć, do trzeciego odcinka, który fantastycznie pokazuje odmienność, brak akceptacji, hipokryzję i szacunek dla kulturowych różnic. Kurde, to jest po prostu świetnie zrobione. A Discovery? Dał nam póki co piu-piu w kosmosach. Ładne piu-piu, dynamiczne i efektowne. Dużo rzeczy świeciło i fruwało.
Nie świeciło i nie fruwało w początkowej scenie na pustyni, która była totalnie bez sensu i nic z niej później nie wynikło – za to dostaliśmy tam tak nachalną ekspozycję, jakiej się nie spodziewałam w historii pisanej przez profesjonalistów.

- Dziś omówimy wymawianie tlh oraz Q.
(źródło)
Ulv: im dłużej o tym myślę, tym bardziej utwierdzam się w tym, że sceny na pustyni miały pokazać, że Federacja jest tą dobrą. Dlatego masz ekspozycję wyjaśniającą, że bez wody wszyscy w pobliskiej osadzie powymierają, więc dlatego my - Federacja - turlamy się tutaj na piechotę, żeby te biedne usychające z pragnienia istoty mogły przeżyć. My Federacja im to umożliwimy i damy im wodę. Widzicie wszyscy dookoła? Jesteśmy ci dobrzy jakby ktoś nie zauważył.

Fraa: A to może być racja. Ale to sprawia, że scena robi się jeszcze bardziej od czapy, bo po tym jednym manifeście „my jesteśmy tymi dobrymi” w ogóle nie widać tego w działaniu.
O to mam żal – że ludzie z CBS nie ogarniają zupełnie materiału, w którym postanowili coś rzeźbić. Znaczy to, że nie ogarniają, to pokazali już wiele razy, odkąd tylko zdecydowali się na całą tę produkcję.
Nie przekreślam Discovery w żadnym razie – dużo za wcześnie na takie deklaracje. Mam nadzieję, że się rozkręci. Mam nadzieję, że Mudd da radę. W ostateczności to ma szansę być po prostu przyzwoity serial sci-fi, nawet jeśli nie będzie Star Trekiem. Po prostu trochę szkoda, bo liczyłam na coś innego.
Owszem, pewne rzeczy mi się podobały: kanoniczne teleportowanie na klingoński okręt kapitana i pierwszego oficera na ten przykład. :D

Ulv: nie widzę nikogo innego, kto by się miał teleportować na klingoński okręt. Przecież reszta załogi wtedy szlochała, że oni nie przylecieli tu walczyć, oni chcieli odkrywać, a ich starszaki biją. Chcę rożka ;((((

Fraa: Tego akurat się nie czepiam – domyślam się, że Shin… no, że był jak Enterprise: statkiem badawczym. Na jego pokładzie była masa cywilów. I pewnie jakaś grupa redshirtów do ochrony (choć trudno powiedzieć, bo wszyscy mają granatowe mundury!). Załoga mogła nie być przyzwyczajona do walk, może mieli podstawowe przeszkolenie? Abstrahuję tu od oficera naukowego, u którego dochodziły do głosu uwarunkowania gatunkowe (bardzo mi się podobał pomysł, swoją drogą). Tu w sumie mnie zastanawia, dlaczego pani kapitan w ogóle się pchała w nawiązywanie z Klingonami kontaktu, zamiast od razu wezwać wsparcie. No, ale Enterprise też to robił…

Ulv: na Enterprise był Kirk, on mógł sobie na to pozwolić, bo to był Kirk. Argumentum ad Tiberiusum. I jakie podstawowe przeszkolenie? Przecież mieli cały program szkoleniowy, który obejmował też szkolenie w walce. Ej, a Kobayashi Maru? Wiem, że było później, bo symulowało walkę podczas konfliktu z Klingonami, ale jednak było. Mało to razy ktoś atakował Enterprise (wszelkie modele), a Voyagera nie wspomnę. Załoga turlała się po mostku z lewa na prawo, ale nie sprawiali wrażenia przerażonych dzieci. Poza tym, Shin... był uzbrojony i to pokaźnie. Nie daje się cywilom obsługiwać uzbrojenia, ani dowodzić czymś, co to uzbrojenie posiada. To robią osoby po przeszkoleniu wojskowym. I przypomniało mi się coś jeszcze, już nie pamiętam gdzie to czytałem, ale rzecz odnosi się do czasów, kiedy okręty miały żagle. Zderzyły się wtedy dwie idee, jedna, hiszpańska, gdzie na okręcie był wyraźny podział na marynarzy zajmujących się wyłącznie okrętem i żołnierzy będących na pokładzie i zajmujących się odpieraniem ataków, czy abordażem czy czymś tam innym związanym z walką. Alternatywą była wersja Royal Navy, gdzie marynarze brali udział w abordażach i walce na równi z żołnierzami. Brytyjczycy w ten sposób wygrywali. Jeśli w Starfleet jest tak, jak mówisz, że sami naukowcy i tylko mała grupka przeszkolonych redshirtów, to spory krok wstecz.

Fraa: Całkiem spoko było odwrócenie ról: w TOSie mamy Wolkanina, który żył wśród ludzi, tutaj zaś jest człowiek wychowany na Wolkanie. Szkoda tylko, że Burnham jak na razie nie wykazała się niczym ciekawym. Doceniam pojawienie się Sareka, choć przegięli z jego supermocami. Podoba mi się też, że mogę pomijać tę śmiertelnie nudną czołówkę…
Największy plus serialu? Na Netfliksie można oglądać z klingońskimi napisami. U-wiel-biam to.

(źródło)
Siem w ramach komentarza po czasie: O tak, Ulvie, to byłby spory krok wstecz i odrzucenie tego, z czego Gwiezdna Flota cały czas czerpie, bo przecież ona zbudowana jest na etosie Royal Navy. Zresztą, to, że na okręcie nie może być takiego podziału, bo powoduje on jedynie chaos i włażenie sobie pod nogi dziś już jest oczywiste.
Cholibka… Przystąpiłam do dodawania swego głosu z offu dyskusji z poczuciem, że będę bronić tej nowej odsłony piersią swą do ostatniej kropli. I już na samym początku mam problem. Bo, oprócz tego, co już napisałam, nagle dotarło do mnie, że mnie też w pamięć zapadły jedynie kapitan i Burnham. (Tu dodam od razu: domagam się od kapitan zmartywchwstania/odrodzenia/okazania się nie martwą!, nawet jeśli mój tępy mózg nie zdołał zapamiętać jej imienia i nazwiska…). No i ten nieszczęsny chłopak, który dostał w głowę i trafił do więzienia zamiast do ambulatorium, ten kompletnie nieogarnięty dzieciak, któremu ktoś zrobił krzywdę, a przecież tak się nie dzieje w kosmosach.
Jeśli zaś o wydarzeniach, to w mojej głowie został jeden podstawowy fakt: załoga Shinjou wywołała konflikt i zrobiła wszystko to, czego miała nie robić. Ba! Mimo iż jedyną osobą, która ogarniała Klingonów była komandor Burnham to ona właśnie postawiła kropkę nad „i” w tejże sprawie. To ona mówiła – „nie zabijajmy go” i zabiła pod wpływem emocji. EMOCJI. Oni w pilotażowym odcinku pokazują,  że ludzkie emocje robią krzywdę w dużej skali. Mogą być zarzewiem wojny. TOS gloryfikuje emocje, przeczucia, odruchy serca. Tu całkowite odwrócenie. Jasne, że dla nas, dzisiejszych ludzi jest łatwiejsza do przyjęcia wersja, którą pokazały pierwsze odcinki Discovery. Widzę ją jako naturalniejszą, TOS nieraz mnie wzruszał swoistą naiwnością. Ale to właśnie była jego specyficzna moc.
Natomiast to chyba nie tak, że Discovery totalnie odcięło się od idei niesionych przez twórców Star Treka. Poruszanie spraw ważnych, nurtujących i dzielących społeczeństwo w jakim żyją aktualni widzowie i tu ma miejsce. Jest przecież imię komandor Burnham. Trudno nie zwrócić uwagi na to, że wybrane zostało imię typowo męskie i do tego o niemałym znaczeniu symbolicznym. Grzebałam trochę w Internetach w temacie i idąc po linii najmniejszego oporu podrzucam linka do Mary Sue: https://www.themarysue.com/michael-burnham/. Jeśli o moim odbiorze tej bohaterki to nie mam z nią żadnych problemów. Wiem, że są tacy, którzy nie mogą na nią patrzeć, są tacy, po których ona spływa. A ja ją lubię i już. W ogóle, bierzemy ludzkie dziecko, z ludzkimi hormonami, ludzkimi potrzebami i pakujemy je do wolkańskiej szkoły, gdzie pracujemy uważnie, żeby to dziecko pozbawić emocji i co? Dziwimy się, że te cały czas trzymane na wodzy emocje (bo przecież nikt jej nie zoperował i jej ich nie wyciął) wybuchają w szczególnie trudnych momentach, jak przegrzany kocioł? Serio? Moim zdaniem to ona sobie świetnie radzi, nie dziwię się ani jej kolczastości w stosunku do kapitan na początku ich znajomości, ani sile późniejszych uczuć do swej przełożonej, gdy już zdołały sobie nawzajem udowodnić, że nie chcą dla siebie nawzajem niczego złego i że to nie jest niekończący się egzamin na młodej komandor. Dziewczyna jest dzielna i potrafi podjąć ryzyko, jest w niej nutka poszukiwacza i ryzykanta – potrzeba jej by poszukiwać nowych światów i cywilizacji, prawda? (Uwielbiam scenę, gdy leci na spotkanie z obcym artefaktem i mimo strachu, zachwyca się jego pięknem). Nie zgadzam się na podnoszenie Argumentum ad Tiberiusum. Kirkowi wszystko wolno. Jasne. Ale ona jest do niego podobna. Po prostu. Ja przynajmniej widzę podobieństwo. I pozwólmy jej na choć trochę tego, co uchodziło Jamesowi T.

(źródło)
Fraa: Ja jestem akurat jedną z tych osób, po których komandor Burnham spływa. A jej imię…? Szczerze mówiąc, totalnie nie zwróciłam na to uwagi. Może po prostu jestem przyzwyczajona – skoro facet może nazywać się Maria, to czemu kobieta nie Michael? No i w ogóle żyjemy w czasie takich imiennych dziwactw, że nazwanie dziewczynki Michael jakoś wcale nie wydaje mi się czymś ekstremalnym. Nawet nie wiedziałam, że to może być tematem. Natomiast to, co piszesz o emocjach i o starciu ludzkiego charakteru z wolkańskim wychowaniem – tak, to wszystko też mi się podobało.
Mam nadzieję, że Discovery jeszcze pochyli się tym, co ważne. To pokażą nam, oczywiście, kolejne odcinki. Trochę się tylko obawiam, że to będzie ujęte w sposób dzisiaj modny: czyli że ludzie są ogólnie do dupy.

Siem: Muszę też dodać, że ja na tle pozostałych rozmówców jestem świeżynką w trekowaniu. We wczesnym nastolęctwie podkochiwałam się w komandorze Rikerze i uwielbiałam Datę. Z braćmi oglądałam kinówki.Ale pozostałe seriale dopiero odkrywam i nie jestem ani trochę dobra w historii uniwersum, więc patrząc na Klingonów nie zastanawiałam się nad ich wyglądem. Mówili po klingońsku, mieli swoją klingońską stanowczość i ten popaprany honor, który im każe wkładać łapy w ogień i dla mnie to było cool. Macie więc obrazek, jak na to może patrzeć ktoś, kto nie jest die hard fanem. Jednocześnie doskonale rozumiem zawód. W jakiś sposób to jest nie fair, że tworząc w konkretnym uniwersum ktoś spuszcza sobie opisane wydarzenia do rynsztoka, bo tak. Teraz i ja nie ogarniam, co się stało z tą konkretną grupą Klingonów (sporą, bo przecież zjawili się przedstawiciele wszystkich klanów, czyż nie? Nawet jeśli niektórzy sobie od razu poszli).

Fraa: Nie wiem, co sobie o nas lub o mnie wyobrażasz [no jak to co? Że masz wykutą Memory Alpha na blachę i rzucasz faktami wyrwana ze snu, nie pozbędę się tego wyobrażenia, nie i już!], ale czuję się w obowiązku tu napomknąć, że nie mam ani trochę większego doświadczenia. W dzieciństwie oglądałam TNG (kamaaaan, każda dziewczynka podkochiwała się w Rikerze, po to on był, jak mniemam – żadna z nas nie stanowi tu wyjątku), bo chyba w Polsce to był pierwszy Star Trek, jaki leciał w telewizji. O ile mi wiadomo, TOS pojawił się u nas dopiero później. ;) A takiego na przykład Voyagera to w ogóle nie oglądałam, jak leciał u nas po raz pierwszy, bo dubbing mnie zabił i jakoś się potem nie złożyło, więc dopiero Netflix mnie uratował.
Nah, po prostu mam trochę słabość do Klingonów, to raz. Dwa, że ja mogę różnych rzeczy nie wiedzieć, ale twórca, który chce pokazać historię osadzoną w jakimś – już istniejącym – uniwersum, powinien być obryty na blachę. Teraz to ja czekam na informację, że to jest jakaś kolejna linia czasowa czy coś w ten deseń…

Siem: Nie omieszkam też przyznać, że jednokolorowy mostek też mnie boli. To wygląda po prostu dziwnie. Ale… Może ta seria pokaże zmianę umundurowania?

Fraa: Przyznam, że trochę na to liczę.

Siem: Tym optymistycznym zbliżam się do końca swych rozważań. Ale tylko zbliżam, bo muszę jeszcze wyrzucić z siebie jednego małego jojca. Po kij ten dramatyzm na końcu? Po co to zawieszenie? Przecież wiadomo, kto w tej serii jest głównym bohaterem, czy tylko ja sobie wyobrażam kto? Ja rozumiem, że taki mógł być wyrok. Jasne. Ale każecie mi czekać tydzień, żebym się dowiedziała, jak wyplączecie z tego Burnham? Oby to było coś naprawdę dupnego, jak to się u mnie w okolicy mówi. No. To czekam na ciąg dalszy. To już jutro!

Fraa: O, zabawne. Jak się domyślam z kontekstu, u Ciebie w okolicy „coś dupnego” to „coś, co urywa dupę”. A u mnie w okolicy to po prostu „coś do dupy”.

Siem: Dosłownie coś bardzo dużego. Dupny = wielki. Jak kiedy jeden człowiek pokazuje drugiemu odkrywkę w Bełchatowie i mówi: Pacz, synek, jaka dupno dziuro!

Fraa: Jeżu, notka taka edukacyjna. Enyłej: tak, to już jutro!

Ulv: No.

Wink of an Eye

źródło: IMDb


Premiera: 29 listopada 1968
Reżyseria: Jud Taylor
Scenariusz: Lee Cronin, Arthur Heinemann

OMG! Wyraźnie rozpoczęła się błogosławiona era tłumaczenia bez kombinowania i Wink of an Eye mogło sobie zostać Mgnieniem oka! Zobaczymy, jak długo to potrwa, ale jakoś nie ufam specom od przekładu, że zostawią te nieszczęsne tytuły w spokoju.

A wiesz, że podobno spece od przekładu są zupełnie niewinnymi żuczkami? Nie wiem, gdzie to było – na fejsowej grupie, blogasie Pawła Pollaka czy w jakimś innym miejscu – ale kiedyś czytałam, że to spece od marketingów odpowiadają za te kwiatki.
Ale owszem – też widzę radosny trend i zaciskam kciuki, by trwał jak najdłużej.

Przejdźmy jednak do faktów istotnych. W dzisiejszym odcinku Star Trek wraca do normy pod kątem najprzystojniejszego mężczyzny w galaktyce, czyli pewna obca piękność z tradycyjnie niemal wymarłego gatunku chce Kirka bardzo celem rozmnożenia się. Tu zaraz na samym początku dostaję prosto w czoło wielką wątpliwością, albowiem COŚ spowodowało, iż przedstawiciele tej obcej cywilizacji utracili zdolności rozmnażania – kobiety nie rodzą, a mężczyźni są bezpłodni. Podane to zostało w ten sposób, jakby ta niemożność rodzenia była problemem zupełnie osobnym od męskiej bezpłodności i cały czas, oglądając, zastanawiałam się na jaki grzyb im ten Kirk…? Ale jak teraz nad tym myślę, to faktycznie skoro mężczyźni są bezpłodni, to kobiety nie bardzo mają jak rodzić, prawda. Najwyraźniej mnie zawodzi zdolność przyjmowania faktów i to jednak jest logiczne, że potrzebują chwytać w swe szpony samców rozsianych po galaktyce, by dzielnie we dwie (z całej planety zostały dwie kobiety i trzech mężczyzn) odnowić cywilizację (chwała ich wierze w siebie, zaiste).

Nom, trzeba przyznać, że to nie było do końca czytelnie przedstawione. Ale z drugiej strony, nie można zarzucić, że widz został wprowadzony w błąd – wszystko na logikę trzyma się kupy. Jako żywo, kobiety nie mają jak rodzić.

Jako wielbicielka sytuacji romantycznych i porywów serca, muszę od razu
Źródło
powiedzieć, że związek Deeli (Kathie Brown) i Raela (Jason Evers) ma u mnie wysokie noty. Ona z jednej strony spragniona nowości, ale też chyba przede wszystkim tego potomstwa, on wściekle zazdrosny, gotów lać Kirka, bo Deela jest jego, musi się opanować i pozwolić swojej partnerce na migdalenie z kapitanem, jeśli chce aby w przyszłości istnieli jeszcze jacyś Scalosianie.

Tak, to był bardzo fajny wątek i jeśli mam być szczera, mam nadzieję, że po wszystkim jakoś się między nimi ułoży. Naprawdę kibicowałam Raelowi, choć sprawiało to trochę wrażenie, jakby zapałał uczuciem do… cóż, może nie dziewczynki, ale w najlepszym razie nastolatki. Dziewczyny, która do końca nie uświadamia sobie wagi pewnych spraw i myśli, że fakt, iż kogoś „lubi” jest w gruncie rzeczy świetnym usprawiedliwieniem i w ogóle nie rozumie, o co chodzi Raelowi.

Scalosianie są w ogóle mocno ludzcy. Początkowo kobiety wydają mi się rozwydrzone niczym dzieci. Hasło „dostaniesz nowego”, kiedy pan Compton (Geoffrey Binney) został „zepsuty” brzmi co najmniej nieładnie, a jeśli zestawić to z planem zamrożenia reszty załogi „na później” to jest to całkiem krypny tekst. Potem jednak  na wierzch wychodzi co innego – desperacja i konieczność. Oni nie wyglądają, jakby czerpali z tego jakąkolwiek przyjemność, to nie Platonianie z poprzedniego odcinka. Faktycznie dla „przyspieszonych” Scalosian inni ludzie są nietrwali niczym motyle, muszą po prostu wykonać swoje zadanie i odejść.

Yup, przy okazji „popsucia” Comptona nie odniosłam wrażenia, że są rozwydrzeni, a raczej – okropnie zimni. Przygruchanie sobie jakiegoś „tymczasowego” nie wiązało się z żadnym funem, miało czysto praktyczne znaczenie. Trochę to straszne, ale też bardzo fajne. Pokazuje zupełnie inną perspektywę, z jakiej postrzegali świat Scalosianie.

Ogólnie paskudny (a przecież powtarzający się w Star Treku) motyw – czy
Źródło
ktoś ma prawo stawiać dobro cywilizacji nad życie jednej załogi? Z jednej strony – oczywiście nie. Z drugiej – trudno się dziwić Scalosianom, że próbują. Swoją drogą, żal mi, że nie wiem więcej o tym, co i jak wydarzyło się na planecie. Zbyt często serial pozostawia mnie z takim uczuciem niedosytu.

To prawda, choć należy zrozumieć, że gdyby wdawali się w genezę spraw na Scalos, pewnie całość z trudem zamknęłaby się w filmie pełnometrażowym. Wiesz: zagłada planety i całej cywilizacji to nie jest temat na 40 minut.

Samo rozwiązanie problemu przyspieszonego Kirka, który nagle po prostu zniknął, zaabsorbowało mnie nieco mniej. Oczywiście doceniam konsekwe
Źródło
ncję kapitana, doceniam fakt, że nie dał się Deeli omamić, że bronił się przed jej bezpośrednimi atakami. Nie można pominąć milczeniem także po raz kolejny udowodnionego zgrania załogi, która rozumie się i niejako wyprzedza wzajemnie swoje kroki, by zapewnić ratunek całej populacji Enterprise i wyciągnąć kapitana z jego specyficznego niebytu. Lubię też to w jaki sposób scenarzyści konsekwentnie skupili się na jednym wątku, jak zastanawiające na początku bzyczenie owada nabiera sensu. Trochę gorzej poszło im z przedstawianiem różnicy tempa działania między Scalosianami a załogantami Enterprise. Ci drudzy, co prawda zatrzymywali się w miejscu, gdy tylko pojawiał się przy nich ktoś przyspieszony, ale potem jakoś tak magicznie Scalosian, czy przyspieszonego Kirka doganiali w działaniu ;) Nie jest to jednak jakiś wielki zarzut z mojej strony – przyjemny, ciekawy odcinek. Ot co.

Totalnie zgadzam się z tym zarzutem. To było właśnie coś, co mnie gryzło przez cały odcinek: jak ten czas tam działa? Niby są przyspieszeni. Czyli tak naprawdę całą akcję powinni ogarnąć, nim Spock kiwnie palcem. A tymczasem, mimo tego przyspieszenia, działania w obu liniach czasowych odbywały się mniej-więcej równolegle. Nie ogarniam i wielka szkoda, że ta luka została – z drugiej strony, gdyby nie ona, załoga Enterprise nie miałaby szans. Wszak zanim McCoy znalazłby nagranie, dzieci Kirka byłyby już emerytami.
Niemniej sam pomysł niezmiernie mi się podoba i zgadzam się, że to przyjemny, ciekawy odcinek. Może nie porwał mnie aż tak jak chociażby wspomniane już Plato’s Stepchildren albo For the World Is Hollow…, ale i tak bardzo miło wspominam seans.

A z zupełnie innej beczki – gdzie do jasnej ciasnej jest Alexander?

Żyje spokojnie na jakiejś przyjemnej planecie…? Tak myślę. Mam nadzieję…





Oh, Rael, don't be like that. Am I jealous of what you do?
I do my duty.
So do I. And sometimes I allow myself to enjoy it.

Plato's Stepchildren

il.: Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 22 listopada 1968
Reżyseria: David Alexander
Scenariusz: Meyer Dolinsky

Dobra passa trwa: Dzieci Platona to kolejny z moich ulubionych odcinków. Co więcej – jeden z nielicznych, gdzie polski dystrybutor nie zgwałcił tytułu. To znaczy jest pewna różnica, jeśli się zastanowić, dlaczego Alexander (Michael Dunn) bardziej skłaniał się ku określeniu „stepchildren” niż „children”, ale i tak nie jest źle.

Ten epizod jest wspaniały z kilku względów: przede wszystkim, fantastycznie piętnuje wszelkiego rodzaju uprzedzenia – rasizmy i prześladowania tych, których uznajemy za zbyt grubych, zbyt niskich, zbyt rudych czy cokolwiek innego. Niby dość oczywisty przekaz, który w XXI wieku powinniśmy już wszyscy mieć w małym palcu po kilku trudnych wiekach konfrontowania się z innością (czy to na skutek migracji ludów z kontynentu na kontynent, czy też zwyczajnych przemian społecznych, zachodzących choćby w naszej niewielkiej Europie), ale wszyscy dobrze wiemy, że tak nie jest. I że ten odcinek po prostu jest nadal aktualny i nadal cholernie ważny. Kirk mówi w nim, że w jego świecie, w XXIII wieku, nie ma znaczenia, jaki masz wzrost, kształt czy kolor. I serio, pozostaje się modlić, żeby istotnie tak było. Trudno, nawet jeśli to by miało nastąpić dopiero w XXIII wieku – warto czekać. I warto na to pracować.
W ogóle niesamowicie ładną sceną jest ta, w której Kirk pyta Alexandra, czy na Platoniusie jest więcej „takich jak on”. Tamten wzmaga czujność i pyta, co kapitan ma na myśli. A Kirk – całkowicie naturalnie – odpowiada, że chodzi mu o mieszkańców pozbawionych mocy psychokinetycznych. Nie mogę się odrobinę nie wzruszyć, kiedy widzę tę mieszankę zaskoczenia i radości na twarzy Alexandra, który był totalnie przekonany, że Kirk – tak jak wszyscy inni na planecie Platonian – wytyka tamtemu niski wzrost.
To jest takie piękne, że twórcy przedstawili w tym odcinku brak uprzedzeń jako coś zupełnie naturalnego. Załoga Enterprise się tym nie szczyci (przynajmniej nie od razu) – po prostu tacy są i zgodnie z tym postępują.
Dalej, dalej, świecie: inspirowany Star Trekiem, dałeś nam telefony komórkowe z klapką. Być może dasz nam teleporty, replika tory i podróże z prędkością nadświetlną. Byłoby miło, gdybyś skupił się też trochę na tym, o czym tak naprawdę jest ten serial: na ludziach, którzy ciągle są debilami, a przecież Gene Roddenberry wierzył, że w niezbyt odległej przyszłości przestaną nimi być.

Pan Spock jako potwór Frankensteina (źródło)
Okej, ale rozwodzę się nad jednym elementem, a przecież ten odcinek ma więcej do chwalenia.
Z innych doniosłych rzeczy, nie wolno nie wspomnieć o tym, że mamy tu pierwszy międzyrasowy pocałunek w amerykańskiej telewizji. Co nie jest do końca prawdą i wymagałoby pewnego doprecyzowania: wszak Kirk całował już wcześniej kobiety różnego koloru, w tym czarnoskóre – tyle tylko, że one pochodziły z innych planet. A tutaj mamy ziemską Murzynkę i ziemskiego białego. I to już jest bardziej znaczące. Można całować zieloną, ale czarną?! No więc cóż – jakkolwiek można by się czepiać tego, czy ten pocałunek był na pewno pierwszy, z całą pewnością stał się niesamowicie słynny i po dziś dzień Star Trek jest kojarzony w dużej mierze właśnie ze względu na tę scenę. I teraz sobie myślę, że kiedy widzowie kręcą nosem na przykład, że w najnowszym filmie pełnometrażowym pan Sulu jest gejem (sama byłam sceptycznie nastawiona – nie ze względu na samą orientację, tylko na to, że w ogóle ta orientacja stała się w jakikolwiek sposób tematem), to chyba rzeczywiście w istocie film bardzo wpisuje się w kierunek, który wytyczyła Oryginalna Seria: trąca patykiem uprzedzenia współczesnego społeczeństwa i pokazuje, że one są głupie. Robił to pięćdziesiąt lat temu, niech robi to dalej. Wycofuję się z poprzednich wątów.

Jak już jestem przy pocałunkach, to dla mnie równie poruszająca jest scena z panną Chapel i Spockiem, choć może z innych względów – bardziej osadzonych w świecie serialu. Chodzi mi o to, o czym w sumie pielęgniarka sama mówi: że przez tyle czasu próbowała zwrócić na siebie uwagę Wolkanina, a teraz chciała tylko uciec. Wyobrażam sobie, że musiała całą tę przygodę mocno przeżywać, wbrew woli wepchnięta w ramiona mężczyzny, w którym się podkochiwała i świadoma tego, że on zaraz – także wbrew woli! – zacznie ją adorować. Oczywiście, można by powiedzieć, że hej, na co narzeka: wbrew woli czy nie, może się pomigdalić z kolesiem, którego usiłowała wyrwać od dwóch lat! Tylko że to nie tak. Myślę, że uczucia panny Chapel są wspaniale dojrzałe. I jeśli pan Spock nie wykazał nią zainteresowania sam z siebie, to ona absolutnie nie chciała dostać tego na siłę – to czyniłoby ją w pewnym stopniu złodziejką i krzywdziło tego, na którym jej zależało.

To jest też makabrycznie upokarzające. Cała sytuacja – nie tylko to, że patrzą na nich jakieś chore zboki, dla których świetną zabawą w ich nudnym i pustym świecie jest robienie z ludzi przedmiotów. Gorsze jest moim zdaniem to, że ona wie, że on wie o jej zaangażowaniu. I że jej nie chciał i że może a nuż pomyśli, że ona jednak teraz, mimo wszystko trochę się cieszy, że jak pisałaś wyżej może się pomigdalić z kolesiem, którego usiłuje wyrwać od dwóch lat. I tu muszę też napisać, iż ogromnie mi się w tej scenie podoba zachowanie Spocka.

(źródło)
Panna Chapel jest rewelacyjną postacią. [Popieram w całej rozciągłości.]
Ale, żeby nie było, Uhura też! Już abstrahując od międzyrasowego całowania: jak ona pięknie mówi o swoim przywiązaniu do kapitana – i to nie w sensie romansowym, tylko tak po prostu: Kirk jest dowódcą, którego się kocha i za którym się podąża, który daje siłę i odwagę, kiedy komuś jej brakuje. Może i to wszystko okropnie patetyczne i przesadzone, ale w tym odcinku po prostu działa. Jest ładnie i wzruszająco.
Jak wspominałam w poprzednim wpisie, jest to też kolejny odcinek, który do pewnego stopnia koncentruje się wokół McCoya: tym razem chcą zatrzymać doktora nie dlatego, że ktoś się w nim zakochał, tylko ze względu na jego zdolności medyczne. Zastanawiam się co prawda, czy całego tego konfliktu nie dało się załatwić inaczej: powiedzieć na przykład „McCoy będzie tylko kładł wam kłody pod nogi, bo trzymacie go tu wbrew jego woli, ale w Federacji mamy mnóstwo lekarzy równie zdolnych i znajdą się tacy, którzy z chęcią tu osiądą – dajcie nam pogadać z naszym światem” – oczywiście, nie ma gwarancji, że Platonianie by się zgodzili. Wszak byli jednak mocno zaślepieni i w dużym stopniu działali jak dzieci: upierali się, że chcą zabawkę, po czym tupali, nabzdyczali się i krzyczeli, dopóki tę zabawkę dostali.

Zdecydowanie zachowywali się jak dzieci – tytuł odcinka w kontekście ich zachowania nabiera dodatkowego sensu. Niebezpieczne dzieciaki, które nie potrafią zrobić głupiego opatrunku, z zerową empatią. Na dodatek mają za mało zabawek – w końcu trzydziestu ośmiu (jeśli dobrze pamiętam) Platonian musi się dzielić jednym Alexandrem. Dawno nie widziałam „rasy”, na którą tak bardzo szkoda zajmowanej przez nią przestrzeni kosmosów. Kurczę… Stwierdzam, że to jest właśnie mój berserk button. Ludzie, którzy swoje możliwości – tu silna moc telekinezy – wykorzystują po to, by upokorzyć innych ludzi.

Oczywiście, odcinek ma u mnie dodatkowy plus za same nawiązania do Platona – nawet jeśli w gruncie rzeczy one były dość powierzchowne. Zresztą, Parmen (Liam Sullivan) sam przyznaje, że musieli nauki greckiego filozofa nieco dostosować do swoich realiów. Żeby jednak było zabawniej, Spock wspomina, że Platon mówił o prawdzie i pięknie – ale zdaje się zapominać, że w Państwie pisał także o rządowej selekcji ludzi i wyrzucaniu poza nawias chorych, którzy zanieczyszczaliby społeczeństwo. Może więc istotnie Platonianie nieco zniekształcili nauki filozofa, ale niewykluczone, że zrobili to w mniejszym stopniu, niż chciałby to widzieć Spock.
No i rzecz ostatnia, o której napiszę: śpiew Spocka. Oczywiście, wszyscy wiemy, że Leonard Nimoy śpiewa, ale tutaj zabłysnął w zupełnie innym klimacie, w dodatku z piosenką, którą sam napisał. Jeśli wcześniej za mało uwielbiałam Spocka, to teraz już nie powinno być wątpliwości.

Podsumowując: to rewelacyjny, wzruszający i ładny odcinek. I lubię go bardzo. I mamy tam tyle rzeczy do zachwytów, że ja sama nie wiedziałam w czasie oglądania, na czym się skupić w pierwszej kolejności (a może na wystającym cycku Kirka, ha? [nie da się ukryć, że zwrócił moją uwagę… ale z tych dwóch to Spock lepiej wygląda w tuniczce…]). Star Trek w najlepszej formie.

Muszę się zgodzić – jeden z fajniejszych odcinków, jakie nakręcono. Natomiast nie powstrzymam się przed uwagą, iż William Shatner, Leonard Nimoy i DeForest Kelley z całą pewnością zrobiliby wielką karierę w Ministerstwie Głupich Kroków.




– Don't stop me! Let me finish him off! 
– Do you want to be like him?