The Mark of Gideon

plakat niezmiennie: Juan Ortiz
(źródło)
Premiera: 17 stycznia 1969
Reżyseria: Jud Taylor
Scenariusz: George F. Slavin, Stanley Adams

To kolejny odcinek wyreżyserowany przez Juda Taylora i znów okazał się strzałem w dziesiątkę.
Przyznam, że w pierwszej chwili spodziewałam się czegoś w stylu Wink of an Eye, które co prawda było zupełnie w porządku, ale chciałoby się zapytać: serio, Taylor? Ty chyba po prostu lubisz, jak Kirk biega po pustym Enterprise, nie? – ale okazało się, że twórcy uniknęli popadnięcia w schemat, a początek odcinka tylko pozornie przypomina coś, co widzieliśmy przecież stosunkowo niedawno.

Tak naprawdę The Mark of Gideon to okropny epizod. I mówię tu „okropny” w najlepszym tego słowa znaczeniu. Bo jest przerażający, a podczas seansu tliło mi się cały czas w głowie, że hej: to o nas. Ten odcinek sprzed niemal pięćdziesięciu lat jest jakby z myślą o naszej swojskiej teraźniejszości – zresztą, podobnie przecież jak Let That Be Your Last Battlefield. Tyle tylko, że tutaj chyba jeszcze mocniej widzę rodzime akcenty.
Jak łatwo zauważyć, usiłuję nie pisać wprost, bo czuję, że to grząski grunt – ale chyba pora przestać robić uniki.

The Mark of Gideon to gigantyczna krytyka religii. Mam tu na myśli religię w wydaniu fanatycznym. Mam tu na myśli przede wszystkim tak zwanych Obrońców Życia. Opętanych myślą, że każde życie jest święte od chwili poczęcia. Odcinek bardzo ładnie pokazuje, do czego prowadzi taka postawa – oczywiście, wszystko jest podkręcone do granic dużo dalszych niż to, z czym możemy mieć styczność współcześnie, ale dzięki temu są uwypuklone mechanizmy, a te już są wspólne dla naszej rzeczywistości i rzeczywistości Star Treka. Widzimy, jak potencjalnie ogromnym zagrożeniem są wspomniani Obrońcy Życia. Jak ich dążenie do czegoś, co – w ich mniemaniu – jest dobre i słuszne, w rzeczywistości krzywdzi ludzi, sprawia, że zatracają gdzieś swoje wartości. Kłębią się już tylko, nieszczęśliwi i bezmyślni, walcząc o każdy oddech.

Nie jestem do końca przekonana, czy chodzi jedynie o fanatyzm religijny. Myślę, że jest to szersza krytyka zjawiska polegającego na tym, że prowadzeni tradycją, wiekowymi, jedynymi słusznymi przekonaniami, nie potrafimy wyjść poza wąską perspektywę i poddać się zmianie. Oczywiście nie będę się kłócić, że na naszym poletku najlepiej się w to wpisuje właśnie fanatyzm religijny.

W sumie racja, może za bardzo uprościłam. Na swoje usprawiedliwienie wyjaśnię, że akurat fanatyzm religijny mi się wpisał tutaj ładnie w ogólną startrekową… hmm… nieufność względem religii.

Dzień jak co dzień: cały statek dla nas
i chętna blondynka w ramionach. (źródło)
Tutaj muszę popełnić klasyczne „nie znam się, ale się wypowiem”. Bo odniosłam wrażenie, że The Mark of Gideon wpisał się w szerszy nurt dystopii osnutych wokół problemu przeludnienia. Nie wiem, który już raz wspominam o Przestrzeni! Przestrzeni! Harrisona, ale ta literacka wizja świata końca 1999 roku bardzo przypominała sytuację Gideona. Ale ośmielę się trochę urozmaicić to zestawienie – i dorzucę na przykład Kongres Futurologiczny Lema. Nie wiem, z czego to wynika. Czy rzeczywiście przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w jakiś wyjątkowy sposób skłonił ludzi do pochylenia się nad tym problemem? Jasne, w latach sześćdziesiątych miał miejsce szereg szalenie istotnych wydarzeń, w tej chwili nie potrafię jednak wskazać, co z tego wszystkiego można uznać za inspirację. Gdybym miała wskazywać „winnego”, poszłabym tropem rewolucji obyczajowej.

Ale to tylko takie tam gdybania na marginesie. Tak naprawdę chodzi mi o to, że Star Trek w tym odcinku podjął problem po pierwsze trudny, po drugie – ewidentnie nurtujący twórców tamtego czasu. Co więcej, problem do dziś aktualny.

Zaiste zrobił to, choć jednocześnie sięgnął po tradycyjną talię kart – oto piękna kobieta, która uwodzi przystojnego kapitana Kirka. Odrobinę mi też zabrakło logicznego wyjaśnienia, czemuż nie mogą puścić w światy kolonistów. Wyglądali mi na całkiem zaawansowanych technicznie, ale OK., wiemy, że nie o to chodzi.

Tak, też miałam taką myśl. I też w sumie ona po mnie spłynęła, właśnie na zasadzie: „wiemy, że nie o to chodzi”.

To ten moment, w którym na miejscu Kirka
już nigdy nie patrzyłabym przez okno.
(źródło)
Ładne natomiast jest to, że serial nie potępia jednoznacznie mieszkańców Gideona. Oczywiście, tłumaczenia Hodina (David Hurst) są z naszej perspektywy bezsensowne, Kirk także ma problem ze zrozumieniem, dlaczego ten dziwny naród nie sięgnie chociażby po antykoncepcję. Ale jednocześnie jest w odcinku szacunek wobec przekonań Gideończyków. Ostatecznie Hodin i Odona (Sharon Acker) realizują swój plan – ot, nieco zmodyfikowany, kiedy okazało się, że Kirk jednak nie chce być samobieżnym baniakiem chorej krwi.
Tu jest coś podobnego jak chociażby we wspomnianym już Let That Be Your Last Battlefield: nie zgadzamy się z poglądami drugiego człowieka, ale potrafimy rozmawiać o tych poglądach bez jednoczesnego pogardzania nim samym. Bo znów: to nie do końca wina mieszkańców Gideona – to całe wieki życia w niewiedzy, ufania w coś, bo nikt nigdy nie powiedział tym biedakom „hej, to głupie, robicie sobie krzywdę”. To wszystko nie jest łatwe i Star Trek o tym wie.

To bardzo niełatwe. Kiedy dotarło do mnie, że dziewczyna dobrowolnie zgadza się poświęcić życie, że zgadza się na to jej ojciec w imię ratowania planety, poczułam moc odcinka. Co ważne, oni w pewien sposób też występowali przeciw życiu. Tak naprawdę wprowadzali jedynie pewną losowość w rozdawaniu wyroków śmierci, czyż nie?

Zdecydowanie występowali przeciw życiu. I, tak myślę, mieli tego pełną świadomość – Hodin wiedział, że to w gruncie rzeczy jedyna metoda na ocalenie jego świata. Musiał po prostu znaleźć sposób, żeby zrobić to tak, by inni mieszkańcy Gideona się nie pokumali.

Odcinek, jak dla mnie, ważny i mądry. No i miał Spocka-dyplomatę. I w ogóle obsada mostka taka cudna.




– But, you see, the people of Gideon have always believed that life is sacred, that the love of life is the greatest gift. That is the one unshakable truth of Gideon, and this overwhelming love of life has developed our regenerative capacity and our great longevity.

– And the great misery which you now face.

Let That Be Your Last Battlefield

Juan Ortiz; źródło
Premiera: 10 stycznia 1969
Reżyseria: Jud Tylor
Scenariusz: Gene L. Coon, Oliver Crawford

Oglądałam odcinek nie zakodowawszy jego tytułu. Na polskie wersje od jakiegoś czasu nie zwracam wielkiej uwagi – no chyba, że wyjątkowo się różną od oryginału – a angielski przegapiłam popychając czołówkę do przodu (tak, zdarza mi się to, to fajna czołówka, ale kiedy oglądam dwa odcinki z rzędu, to bywa, że ją przewijam) [akurat czołówki od TOSa nie popycham – za bardzo lubię tę muzykę i „wziuuum” przelatującego Enterprise :D ]. I kiedy siadłam do wpisu i zerknęłam na IMDb, żeby spisać metryczkę, ten tytuł trzasnął mnie w twarz. Patrzę na niego teraz i robi mi się chłodno. Nie, że mnie mrozi, nie że zimno nawet, ale jakiś taki chłód właśnie rozlał mi się żołądku.
Przesłanie tego odcinka jest wyjątkowo mało tajemnicze, nawet jak na The Original Series, która pod tym względem do subtelnych nie należy. Od samego początku widać, że mamy do czynienia z potępieniem rasizmu, który w Let That Be Your Last Battlefield przedstawiony jest jako coś ekstremalnie głupiego. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Człowiek, który jest w połowie czarny uważa się za lepszego od człowieka, który jest w połowie biały i odwrotnie. Przy czym tak naprawdę ich podzielone od linijki dwukolorowe oblicza (białe jak wapno/czarne niczym węgiel) stanowią swoje lustrzane odbicia. Każdy z nich nienawidzi kogoś, kto wygląda, jak osoba, którą codziennie widzi w lustrze. Nienawidzi siebie zatem? Prawdy o sobie? Kogo tak naprawdę? Na jakiej podstawie ocenia tego drugiego jako zdolnego tylko do bycia niewolnikiem? Czemu pozwala sobie – jako terrorysta – decydować o śmierci wszystkich, którzy są przedstawicielami tej drugiej rasy? Ich ubrania niewiele różnią się od siebie, ich przemowy, które mają przeciągnąć załogę USS Enterprise na stronę jednego bądź drugiego są nic nieznaczącym politycznym bełkotem, a przecież przypadkowi słuchacze Lokaia (Lou Antonio) są zafascynowani, bardzo łatwo dają się przekonać. Z kolei komisarz Bele (Frank Gorshin) wydaje się początkowo być przekonujący dla mnie-widza. Oto goni niebezpiecznego terrorystę, który stanowi zagrożenie dla jego ludu. Później dopiero okazuje się, że oczywiście obydwaj są tacy sami.
źródło

Może fakt, że nie ma w tym wielkiej subtelności, ale dla mnie to i tak jeden z lepszych odcinków. To jest bardzo piękne rozprawienie się z rasizmem – raz, że super oddaje ducha Star Treka. Dwa, że w ogóle tak ewidentne pojechanie po tym zjawisku w latach sześćdziesiątych to coś mega ważnego i pożądanego. I ogromnie się cieszę, że takie epizody w ogóle powstały.
I owszem, rasizm jest pokazany jako coś ekstremalnie głupiego – bo wszak rasizm jest ekstremalnie głupi. [Absolutnie tego nie neguję. Wręcz przeciwnie – chciałam to podkreślić, ale słowa mnie poniosły dalej ;) Oczywiście, że ta totalna głupota rasizmu to jedyne moim zdaniem słuszne przedstawienie tej idei] Jednocześnie podoba mi się, że ani Bele, ani Lokai nie są pokazani jako głupcy. W sensie wiesz: nie są ośmieszeni ani nic takiego, że łoo, oni są takie gupie rasisty, nie to co światły i mądry Kirk. Nope, to produkty swoich czasów i swojego społeczeństwa, w gruncie rzeczy nie są niczemu winni. Obaj wierzą w swoje racje.
I to też mi się podoba, że oprócz głupoty rasizmu, odcinek pokazuje, że to siedzi w człowieku bardzo głęboko i nie wynika tylko z tego, że ja sobie pomyślę „no ok, to od dziś nienawidzę czarnych”, tylko jest uwarunkowane przez mnóstwo czynników, lata wspólnej historii i wzajemnego niezrozumienia – i dlatego tak trudno to zwalczyć. Nawet kiedy Bele i Lokai widzieli już, do czego ich nienawiść doprowadziła, wciąż nie mogli się jej z siebie pozbyć, nie potrafili zrozumieć.

Podoba mi się bardzo Twoja teoria lustra. Nie patrzyłam na to w ten sposób, a rzeczywiście: coś w tym jest. Bele patrząc w lustro widzi Lokaia – i na odwrót. Ciekawa jestem, czy w ogóle zwrócili na to kiedykolwiek uwagę. Zresztą, to sprawia, że ten prosty odcinek o rasizmie można odbierać na zupełnie innej płaszczyźnie, bardziej metaforycznie, gdzie tak naprawdę widzimy wewnętrzną walkę człowieka, który nienawidzi siebie. I przez tę nienawiść do siebie cierpią jego bliscy (czyli cała reszta planety).
Płynę za daleko…? Oj tam, oj tam. ;)

Podoba mi się tu bardzo trzeźwa reakcja Kirka, który w momencie, gdy na pokładzie trwa już
źródło
pogoń Bele'a za Lokaiem skupia się po pierwsze na misji Enterprise, a po drugie nie staje po żadnej ze stron, traktując obydwu mężczyzn według zasad Federacji. Lokai to człowiek, który powinien być sądzony za to, że ukradł federacyjny prom. Bele to przedstawiciel obcego rządu, który ma prawo zgłosić swą sprawę do władz Federacji. Niestety żaden z dwóch obcych nie słucha rozsądku kapitana. Ich gonitwa trwa, jak trwała już pięćdziesiąt tysięcy lat. Czas tak długi, że natychmiast przestaje być wiarygodny. Podobnie jak niewiarygodna zdaje się potężna moc obydwu mężczyzn. Bele bez kłopotu przejmuje kontrolę nad komputerem Enterprise, wcześniej bez żadnego kłopotu dostaje się na pokład. Mimo to przegrywa z kapitanem Kirkiem i jego załogą. Przegrywa z ich jednością, z tym, że do końca, bez wątpliwości wykonują rozkazy, wierząc w mądrość swego kapitana. Przyznam jednocześnie, że z mojego punktu widzenia szafowanie życiem całej załogi było mocno kontrowersyjną decyzją kapitana. Czy naprawdę miał pewność, że komisarz Bele się podda? Tylko, że nie o to tu chodzi.
Ten odcinek nie próbuje udawać, że jest czymkolwiek innym niż przypowieścią. Ludzie różnili się i będą się różnić od siebie. Zarówno wyglądem, kolorem skóry, skrętem włosów, wzrostem i budową ciała, jak i sposobem myślenia, poziomem inteligencji, zainteresowaniami. Jednak te wszystkie różnice są mało istotne w obliczu tego, że wszyscy jesteśmy ludźmi. A jeśli o tym zapomnimy, nasz świat stanie się naszym ostatnim polem bitwy. Dopóki go nie zniszczymy. I, owszem, możemy uznać, że to strasznie łopatologiczne, ale czy nie pozostaje wciąż aktualne?

Pozostaje tak bardzo – w sumie ostatnimi czasy coraz aktualniejsze, mam wrażenie. Trochę przykre, że przez pięćdziesiąt lat ludzie tak mało się zmienili. Niby latają dalej w kosmos, mają szybsze samochody, Internet pod każdą strzechą, ale kurde pod wieloma względami jak byli głupi, tak są nadal. Ten odcinek powinno się dawać do oglądania wychowawczo.



Change is the essential process of all existence.

Whom Gods Destroy

il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 3 stycznia 1969
Reżyseria: Herb Wallerstein
Scenariusz: Lee Erwin, Jerry Sohl

Chciałabym od razu ustalić pewne fakty: to dla mnie jeden z fajniejszych odcinków Oryginalnej Serii. Jasne, są lepsze, ale Whom Gods Destroy oglądałam z prawdziwą przyjemnością. Początkowo mocno nasuwa mi na myśl System doktora Smoły i profesora Pierza Edgara Allana Poe, a ja bardzo lubię to opowiadanie, więc za samo skojarzenie lecą punkty. Ogromnie podoba mi się ten motyw, że drużyna zwiadowcza z USS Enterprise myśli, że rozmawia z lekarzem, podczas gdy w rzeczywistości podąża cały czas za pacjentem.
Ale równie ważny jest fakt, że to jeden z tych odcinków, w którym widzimy wielkie osobistości Gwiezdnej Floty, które w ten czy inny sposób się stoczyły – nie poradziły sobie z własną wielkością, wpadły w pułapkę własnego umysłu. Śledząc poczynania Gartha (Steve Ihnat), nie sposób nie przypomnieć sobie Kodosa z The Conscience of the King albo Gilla z Patterns of Force.
Oni wszyscy świetnie pogłębiają nasze wyobrażenie o Federacji. Okazuje się bowiem, że w tym nieco cukierkowym, optymistycznym świecie, jaki pokazuje nam Oryginalna Seria, wciąż istnieją maniacy i ludzie, których potęga wypacza w straszny sposób. [Mnie uderzyła wzmianka Kirka, że to takie miejsce, gdzie ostatni przestępcy są leczeni. Nie resocjalizowani – ale właśnie leczeni. W ogóle przestępcy tak jakby istnieli tam tylko w wersji zaburzeń psychicznych. Człowiek zdrowy najwyraźniej nie krzywdzi innych w przyszłości, którą widzieli dla nas twórcy Star Treka. Dobra wizja] Widz może dostrzec, że – mimo niskiego budżetu i marnych efektów – to jest bardzo dojrzały świat. Dojrzały w inny sposób, niż to się rozumie dziś, no bo wciąż są kolory i jest wiara w ludzkość. Tak, do ciebie piję, Discovery: ty oferujesz nam „dojrzałość” w rozumieniu nowoczesnym – ludzie będą szujami, a wszystko będzie czarno-granatowe. Hura.
No więc mi jest o wiele bliższa dojrzałość Oryginalnej Serii. Dojrzałość Whom Gods Destroy.

Panie z Oriona tańczą. Mają to w genach.
Albo Gene Roddenberry miał jakiś fetysz
z zielonymi tancerkami. (źródło)
Myślę sobie, że w ogóle chyba Herb Wallerstein, choć dołączył do reżyserskiego grona Oryginalnej Serii stosunkowo późno, ma na koncie naprawdę dobre odcinki. Mieliśmy już The Tholian Web, który – mimo pewnych potknięć – wspominam bardzo pozytywnie. A to dopiero połowa epizodów, które wyszły spod jego ręki.

Cóż jeszcze?
Bardzo lubię fakt, że tym razem przejęcie Enterprise nie było takie proste. System potajemnych haseł stanowi rozwiązanie niby proste, ale przecież tak skuteczne. Miło się ogląda, jak nasi bohaterowie z odcinka na odcinek mądrzeją.
Podobał mi się też fragment, w którym Marta (Yvonne Craig, rozważana swoją drogą do roli Viny w The Cage – gdzie również byłaby tańczącą Orionką; bajdełej, Marta to chyba pierwsza Orionka w Oryginalnej Serii właśnie od czasu Viny) deklamuje fragment „swojego” wiersza, będącego w istocie cytatami z Szekspira i Housmana (swoją drogą, fragment z tego ostatniego jest bardzo ładny i na pewno przyjrzę się poecie – tym bardziej, że Wikipedia mówi mi, że to filolog klasyczny!). Zastanawiam się, czy to możliwe, że Marta, na skutek zbiegu okoliczności, napisała dokładnie to, co setki lat wcześniej napisali inni poeci? Właściwie przedtem chyba Orionka była dość szczera w tym, co mówiła – czy tutaj ten jeden raz skłamała? Tak właściwie: gdzie i kiedy miałaby poznać ziemską poezję, którą już teraz, tu na Ziemi, zna stosunkowo niewiele osób (vide: ja i Housman)? A może Garth pokazał jej kiedyś twórczość tych poetów? [Ja raczej widzę to tak, że jednak wiersz tak bardzo jej się spodobał, że go sobie niejako przysposobiła]
Ja wiem, to jedna krótka scenka, właściwie nawet niezbyt znacząca, niemniej we mnie budzi całkiem sporo pytań. Jest niepozorna, za to napchana treścią, którą spokojnie można by rozwijać, można snuć przypuszczenia i tworzyć teorie. I to jest takie piękne.

A tu robimy pacjentom futurystyczną lobotomię.
Nie zostawia dziur w czaszce, więc jest w porządku.

(źródło)
Właściwie ten odcinek nie jest jakiś nadzwyczaj odkrywczy. A jednak oglądało mi się go z prawdziwą przyjemnością i ani przez moment się nie nudziłam. Przypuszczam, że duża zasługa tkwi w postaciach – a może wręcz aktorach? Kto wie, czy grany przez kogoś innego Garth byłby równie interesujący. W każdym razie to właśnie w nich: szaleńcach, którzy uważają, że oto mają wśród siebie władcę wszechświata, tkwi siła tego odcinka. Są trochę zabawni, trochę straszni przez swoją nieobliczalność (Marta, która stwierdza, że Kirk jest jej kochankiem, więc musi go zabić), a przede wszystkim chyba są smutni – a nawet nie tyle oni są smutni, co po prostu ich oglądanie budzi pewien smutek. Bo wszak mogli być kimś więcej. Kimś normalnym, poczytalnym, zdolnym do tworzenia wspaniałych rzeczy. Tymczasem jednak stoczyli się gdzieś na samo dno własnych umysłów. Ktoś tak zdolny jak kapitan Garth teraz biega po szpitalu dla umysłowo chorych i odgrywa jakieś dziwaczne koronacje.

Zastanawiam się też, jak w tym wszystkim traktować zakończenie. Niby mamy dość jednoznaczny happy end, ale jak dla mnie, on jest chyba aż zbyt jednoznaczny jak na Oryginalną Serię. I kiedy widzę, że Garth jest uleczony i nie pamięta niczego, co wydarzyło się, odkąd stracił rozum, zaczynam się zastanawiać: czy aby na pewno? A jeśli nie pamięta, to znaczy też, że nie wyciągnął z tego doświadczenia żadnej nauki – czyli w każdej chwili wszystko może się powtórzyć? Czy Garth stał się teraz tykającą bombą?
Choć pewnie tutaj już doszukuję się rzeczy, których odcinek w żadnym razie nie sugeruje.

Nie pomyślałam o tykającej bombie, ale pomyślałam, iż to uleczenie jest mimo wszystko nieco podobne do stosowanej wszak przez psychiatrów lobotomii. Owszem, Garth jest w znacznie lepszej sytuacji, niż ofiary tych zabiegów, ale jednak został pozbawiony części siebie. To nie on. Nie on się zmienił. Jego zmieniono.

Tak czy owak: Whom Gods Destroy bardzo lubię. Ciekawi bohaterowie, odrobina oderwania od rzeczywistości, no i wyjątkowo mało maślanych oczu wlepionych w Kirka. I ważna rola Scotty’ego, który pięknie zachowywał czujność. Czegóż chcieć więcej?



– You wrote that?
– Yesterday, as a matter of fact.
– It was written by an Earth man named Shakespeare a long time ago!
– Which does not alter the fact that I wrote it again yesterday!


Elaan of Troyius

autor: Juan Ortiz


Premiera: 20 grudnia 1968

Reżyseria: John Meredyth Lucas

Scenariusz: John Meredyth Lucas



Dobrze. Nie ma co rzeźbić. Zacznę szybko – ja tego odcinka nie ogarniam. Cały czas, oglądając miałam nadzieję, że zachowanie elasiańskiej Dholmen, czyli księżniczki Elaan (France Nuyen) jest jakimś podstępem, że przecież jest totalnie niemożliwe, żeby dziewczyna była tak tępa, by nie rozumieć, dlaczego ludzie jej nie lubią. W ogóle – jakie lubią? Dlaczego ledwie ją tolerują przy sobie. W ogóle – skąd pomysł, że ktoś taki jak ona, mógłby żyć tylko pragnieniem, by ją lubiano? No i przecież był ten zakochany nieszczęśnik, Kryton (Tony Young), który posunął się do równie idiotycznej zdrady, bo nie chciał oddać swej ukochanej innemu. Ja wiem, że teoretycznie miłowanie, a lubienie to co innego, ale jakoś nie wydaje mi się, by o taką różnicę chodziło Elaan.



Tak, też mam wrażenie, że jest tu potężna luka w spójności postaci. To znaczy że co? Naprawdę rzuca się z nożem na kolesia, ale totalnie nie jest w stanie połączyć tego z faktem, że koleś nie będzie za nią przepadał…? Chyba że – teraz mi wpadło do głowy – może rzeczywiście elasiańskie kobiety są takie tępe: to znaczy chodzi mi o to, że nigdy nie musiały się bawić w subtelności, nigdy nie musiały starać się o pozyskiwanie czyjejś sympatii. Mogły być dowolnie rozwydrzone i agresywne, bo jeśli były zainteresowane czyimiś ciepłymi uczuciami, miały swoje łzy. Zastanawiam się, czy to możliwe, że samice tego gatunku po prostu takie są i już…

Tylko tutaj rodzi się kolejna wątpliwość: czemu Elaan nagle zapragnęła być lubiana? Skąd jej się to wzięło? Bo powiedziałabym, że trochę z dupy. Nie mamy żadnej genezy tego niecodziennego pragnienia.



Kupowałam jej idiotyczne, irytujące zachowanie dopóki była w nim konsekwentna.[bardzo mi się podoba ta teoria :D ] A może wcale im nie zależało na pokoju, a tylko grali przed Federacją, bo Federacja sobie tego pokoju życzyła? Była wściekła, była dumna, była chodzącą furią. A potem kapitan Kirk postraszył, że złoi jej tyłek i ona się rozpłakała, bo nikt jej nie lubi.
Dyplomatka ustawia towarzystwo (źródło)
Kupowałam nawet to, że z jakiegoś powodu Elasianie wybrali ją do bardzo ważnej misji dyplomatycznej, z powodu której księżniczka się na swój rząd obraziła. To jest powód do wkurzenia, jeśli ktoś decyduje o twoim życiu wbrew twojej woli. To jest naprawdę OK., że masz ochotę rozwalać przedmioty i lżyć wszystkich naokoło. Może nie dali jej czasu, by się oswoiła z myślą, a może nie była w stanie się oswoić. A może oni wybrali akurat ją, bo chcieli się jej pozbyć, bo była jednak nie do końca przeciętną przedstawicielką elasiańskich kobiet?

Tu powinno najpewniej nastąpić wielkie WTF.

Ale nie. Ja nadal byłam bardzo otwarta. Podejrzewałam, że dziewczyna coś potężnego planuje. Że przecież te jej łzy uzależniają mężczyzn, są eliksirem miłości, ale to nie miało działać w dwie strony. To Kirk miał być ofiarą, tak to widziałam. Hej, hej, chłopaki, mam go, przejmujemy Enterprise! Ale to nie był podstęp! Ona naprawdę chciała być lubiana. Starała się zmienić, po małym bara-bara poza zasięgiem kamery, pojęła nawet, czym jest obowiązek i przyjęła wreszcie prezent od ambasadora Troyiusa, Lorda Petriego (Jay Robinson), którego wcześniej dziabnęła nożem, bo wszedł do jej komnaty i chciał pogadać (no czyż nie mógł jej po tym facet polubić?). [to cudotwórcza moc Kirkowego penisa, nie lekceważ jej!] Swoją drogą zachowanie Petriego też było słabo racjonalne, wiedział, że ma ciężkie zadanie, tłumaczył to wszystkim i poddał się ekspresowo – jedno dziabnięcie, serio? – a do tego uznał, że za jego ranę winę ponosi Kirk, bo mu kazał porozmawiać z wredną babą.

No zdziwienie na zdziwieniu.

Osobną sprawą jest kwestia obiecanego lania, przedstawionego jako stary ziemski zwyczaj, który służył do poskramiania niegrzecznych dzieci. Nie czułam się komfortowo, słuchając Kirka rzucającego takim hasłem, a jeszcze gorzej było potem, gdy wszystko już stało się flirtem. Wiem, że patrzę na to przez pryzmat dnia dzisiejszego. Ale, o dziwo, pierwszy raz nie potrafię przełamać bariery czasu i zmian społecznych. Nie podoba mi się odcinek, w którym mężczyzna grozi kobiecie
Miłość. Wielka miłość (źródło)
laniem, bo jest niegrzeczna. Nie w ten sposób. A przecież tu nie mamy do czynienia ze słabą kobietą, ona pochodzi z rasy wojowników. Nie ma problemu z używaniem broni. Jestem przekonana, że w walce wręcz też by sobie dała radę. Więc gdyby Kirk tak naprawdę spróbował dać jej to lanie, mogłoby się to skończyć niezgorszą bijatyką.



A ja tu właśnie nie mam najmniejszego problemu – z tego powodu, o którym wspomniałaś: Kirk nie ma tu do czynienia ze słabą kobietą.

Bicie kobiet budzi oburzenie podobnie jak bicie dzieci: bo (pomijając oczywiście aspekt stosowania przemocy w ogóle wobec kogokolwiek) jest to wykorzystanie swojej fizycznej przewagi i czyjejś bezbronności. Ta bita kobieta zazwyczaj jest w ten czy inny sposób słabsza i zwyczajnie nie może się obronić. I to jest, za przeproszeniem, chujowe. Ale gdyby wrzucić na ring faceta i kobietę, oboje zaprawionych w walkach, nie miałabym nic przeciwko – ot, po prostu walka.

W sytuacji Elaan i Kirka widzę bardziej dwójkę wojowników na ringu, niż bitą kobietę. Kapitan przemówił do księżniczki w języku, jaki ona rozumie, podczas gdy wszyscy do tej pory usiłowali zmusić ją, żeby to ona zaczęła przemawiać w ich językach. I może właśnie dlatego nawet tutaj pasowało to, że te groźby przerodziły się we flirt, choć w każdych innych okolicznościach uznałabym, że to kurde patologia i głupota.

Abstrahuję tu od tego, że laniem karze się niegrzeczne dzieci – tutaj ewidentnie to jakiś znak czasów i trudno mi się bulwersować.



Tyle o bohaterach. Natomiast muszę przyznać, że w odcinku ładnie spięto pojawienie się Klingonów, problemy z napędem Enterprise i naszyjnik ze „zwykłych kamieni”. Choć to też trochę dziwne, że na Troyiusie nie mieli świadomości, jak ważne kamienie służą u nich za biżuterię, ani że Federacja nie wiedziała, że oni ich tam najwyraźniej posiadają na pęczki. No chyba, że nie. Chyba, że to tylko nasza Elaan nie wiedziała, jak wartościową rzecz nosi na szyi.

Podsumowując. Odcinek nie był nudny jak poprzedni. Był za to mocno irytujący. Nie ogarniam Elaan. Kirk stracił punkty i nawet fakt, że jego antidotum na elasiańskie łzy stanowi miłość do Enterprise mnie tym razem wzruszyła nieco mniej. Jedynie siostra Chapel, jak zwykle nie zawiodła, zbierając istotne informacje w ambulatorium.



Nie oceniam tego odcinka tak surowo. Jak wspomniałaś: nie jest tak nudny jak poprzedni. Dzieje się sporo, świetnie wypada panna Chapel, fajnie splatają się poszczególne problemy, dodatkowo u mnie Kirk nie stracił punktów, za to po raz kolejny mieliśmy jego miłość do Enterprise, a na to zawsze znajdzie się miejsce we froowym serduszku. Bawiłam się całkiem nieźle, nawet mimo zgrzytu z Elaan.

Aha, ale nie mogę pominąć jednego: polska wersja językowa… Serio. Całkiem prosty tytuł: „Elaan”. I co? I po polsku to „Elean”. xD You had one job, Człowieku-Odpowiedzialny-Za-Napisy.





– Mr. Spock, the women on your planet are logical. That's the only planet in this galaxy that can make that claim.