The Survivors

tradycyjnie: Juan Ortiz
(źródło)

Premiera: 9 października 1989
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Michael Wagner

Całkiem szczerze: mimo rozmaitych mniejszych i większych głupotek, które pojawiły się w tym odcinku, ja go naprawdę lubię. Nazwisko Michaela Wagnera zaczyna się umacniać w moim prywatnym rankingu, podobnie jak Les Landau – nic dziwnego, swoją drogą, że współpraca tego ostatniego ze Star Trekiem była tak długa i zaowocowała tyloma odcinkami. Gościu po prostu miał do tego dryg.

Odcinek jest i nieco zaskakujący, i stawiający pytania – czyli tak jak lubię. No bo raz, że tożsamość Kevina Uxbridge’a (John Anderson) przez długi czas pozostaje tajemnicą, podobnie jak Rishon (Anne Haney). Plot twist, choć do pewnego stopnia się go spodziewałam, zdołał mnie zaskoczyć.

Tak, podzielam zaskoczenie. Niby wiedziałam, że jeśli na całej planecie mamy tylko jeden niewypalony piksel to musi to znaczyć COŚ konkretnego i na sto procent nie żadną kolaborację, ale jednak moc Kevina była tak napakowana, że nie zdołałam sama z siebie pójść w tę stronę jeśli chodzi o rozwiązanie. W sumie przywołał mi na myśl Dr Manhattana. I supermocą, i niechęcią do przemocy i nawet kwestią uczuciową, bo choć była inna to jednak równie przejmująca.

Ale bardziej od zaskoczenia cenię w tym odcinku problem.
No bo mamy coś w rodzaju kosmicznego kwakra – typa, dla którego zasadą numer jeden i najwyższym priorytetem jest to, żeby nie zabijać. I ten typ jednocześnie dźwiga najokropniejsze brzemię, jakie można sobie wyobrazić: popełnił zbrodnię, dla której człowiek nawet nie ma adekwatnego systemu karnego. Z jeszcze innej strony: naprawdę trudno potępiać Kevina. Kiedy pozna się jego historię, nagle okazuje się, że to wszystko jest bardziej skomplikowane.
Prawdę mówiąc, na chwilę obecną nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Najpierw – w imię swojego totalnego pacyfizmu – Kevin pozwala na śmierć tysięcy ludzi. A potem i tak zaprzepaszcza całą tę wstrzemięźliwość, mordując miliardy w imię zemsty. Można powiedzieć, że położył sprawę na całej linii – ale z drugiej strony, czy w jego sytuacji wielu nie zrobiłoby tego samego? Nie każdy urodził się wojownikiem, a w sprzeciwianiu się przemocy zasadniczo nie ma nic złego. Chyba. A może jest? Może odcinek wskazuje nam na prosty fakt, że wyrzekanie się przemocy jest jednak głupie i nielogiczne, a cały sekret polega na tym, żeby umieć wyważyć, kiedy się do niej uciekać? W końcu nawet Picard, choć zasadniczo nastawiony na dyplomację i pokojową eksploracje kosmosów, od czasu do czasu ucieka się do użycia siły. To jeszcze nie czyni z niego złego człowieka.
No i ta zemsta… Tak, Kevin ewidentnie przeholował. Ale trudno mi go obwiniać, skoro tylko spróbuję wyobrazić sobie skalę jego bólu. Na jego miejscu, mając taką moc, jest wielce prawdopodobne, że zrobiłabym tak samo.
To ładny odcinek. Spójny, przekonujący i pozostający w pamięci.

Kiedy myślę o skali zemsty Kevina, przychodzi mi do głowy, że może właśnie dlatego wyrzekł się przemocy. Kiedy masz tak wielkie możliwości, kiedy nie stanowi dla Ciebie trudności dokonanie ksenocydu, jedynym sposobem jest niepoddawanie się negatywnym uczuciom, odrzucenie przemocy w całości. Niezależnie od tego w jakim celu jej użyjesz, zawsze może się stać tak, że porwany emocjami w dobrej wierze przekroczysz jakąś granicę zza której nie ma powrotu.

Riker w pigułce (źródło)
Nie znaczy to oczywiście, że jest wolny od mankamentów. Przede wszystkim, zastanawiają mnie zwiady wysyłane na obce planety. Jasne, w TOSie śmiejemy się, że kapitan zawsze bierze ze sobą parę redshirtów na wybicie. Ale prawdę mówiąc, tutaj mi tego brakowało. No bo na planecie ląduje pierwszy oficer, wypasiony i jedyny w swoim rodzaju android, doradca, główny mechanik i główny lekarz. Czyli sami najważniejsi, niezastąpieni członkowie załogi. Serio, nikogo to nie niepokoi? To znaczy owszem, jakośtam doceniam, że nie ma wśród nich kapitana (początkowo), ale naprawdę uznali, że nie trzeba im chociaż jednego czy dwóch ludzi z ochrony?
Inna sprawa, że pułapka, w którą wpada Riker, budzi we mnie pytanie, jak to w ogóle możliwe, że Federacja przetrwała [trudny do zapomnienia widok, komandor wiszący głową w dół i majtający wolną nogą…]. Nasz wspaniały pierwszy oficer wlazł jak krowa w szkodę. Ja wiem, że smęcę sporo na jego niekompetencję, ale nic na to nie poradzę: on po prostu taki jest.
Co mnie jeszcze zaskoczyło? Że Picard z jakiegoś – niepojętego dla mnie – powodu nie powiedział załodze, jaką ma teorię na temat Kevina i Rishon, ani nie zdradził swojego planu. To znaczy miało to pewien urok, bo ładnie udało się przy tej okazji pokazać, że załoga Enterprise stuprocentowo ufa swojemu kapitanowi i nawet jeśli nie wie za bardzo, o co chodzi, to i tak będzie wykonywać jego polecenia. To fajnie eksponuje więzi łączące bohaterów. Niemniej sam fakt tego ukrywania się ze swoimi pomysłami przez Picarda pozostaje dla mnie niezrozumiały. Czy tak powinien robić dowódca? „coś wiem, ale wam nie powiem”? Nawet pierwszemu oficerowi? (a może Picard wie, że Riker się do niczego nie nadaje i nie warto mu o czymkolwiek mówić…).

A ja sobie tak myślę, że może on wcale nie był pewny swego i w jakiś sposób było mu głupio rzucać pomysłami, które jemu samemu się wydawały mało prawdopodobne? Wiem, wiem. Nadinterpretuję. I to dlatego, że mnie też zachowanie Picarda wydaje się w tym punkcie dziwaczne.

Prawda, nie był pewny swego. Nawet chyba całkiem na głos to przyznał. Ale wobec tego tym bardziej powinien skonsultować się ze swoimi oficerami, w końcu po to oni są. Czy to by nie było logiczne, profesjonalne zachowanie? Ech, kapitanie Picard…

Rozpacz doradcy Troi. Objawia się głównie
w zmierzwionej grzywce (źródło)
Jakbym miała o czymś jeszcze pisać, to byłaby to scena z Datą oglądającym pozytywkę. Ładna scena, nawet dość emocjonalna, bo nasz futurystyczny Pinokio zdawał się autentycznie poruszony starociem z półki Rishon. Po takiej zajawce, spodziewałam się jakiegoś rozwinięcia tego w oddzielny wątek – i nieco mnie rozczarowało, że nic takiego nie miało miejsca, a ta scena jest w gruncie rzeczy zupełnie oderwana od czegokolwiek.

Inna sprawa, skoro już wspomniałam o rzeczach, które wywołały nadzieję na ciąg dalszy, który nigdy nie nadszedł: jestem ogromnie zainteresowana husnockami. Wiemy o nich tylko tyle, że byli wojowniczym gatunkiem o podłych charakterach. Czy przypominali Klingonów? A może bardziej Romulan? Czy też byli zupełnie inni? Nie wiemy nawet, czy mowa o humanoidach. Miliardy istnień, które w mgnieniu oka wyparowały i oto nie było już żadnego husnocka we wszechświecie. Dziwne, poruszające i ja bardzo chciałabym wiedzieć o nich coś więcej.

Aha: doradca Troi tym razem miała kapitalne wdzianko. [i ból głowy od tej swojej empatii…]

Lubię ten odcinek bardzo. Wciąga i – jakkolwiek banalnie to brzmi – skłania do refleksji. Jak dla mnie to jeden z lepszych epizodów Następnego Pokolenia.



– Good tea. Nice house.

The Ensings of Command

Autor: Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 30 września 1989
Reżyseria: Cliff Bole
Scenariusz: Melinda M. Snodgrass

Dzisiejszy odcinek trzyma w napięciu. Niby wiem, że nie może się wydarzyć nic ekstremalnie złego – nie na moich oczach, skoro już wiem, że USS Enterprise ratuje zagubioną kolonię, to uratowana być musi – ale jednak upór kolonistów, ich niezrozumienie dla niebezpieczeństwa, połączona z bezradnością Daty i niewzruszonością Sheliak powodują, że do samego końca jestem ciekawa, jak się to wszystko skończy.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić to miałam wrażenie, że w związku z promieniowaniem na Tau Cygna V, ciężko z czymkolwiek – nie potrafili przeskanować planety, nie odbierali żadnych sygnałów. Tymczasem Data kontaktował się bez problemu, jeśli było do konieczne, żeby w ogóle pchnąć akcję na przód, ale już kiedy miał poważny problem i wyraźnie brakowało mu ludzkiego spojrzenia na sprawę, o kontakcie w ogóle nie pomyślał, jakby go nie było. To zresztą był odcinek skrojony pod Datę. Na Tau Cygna V został wysłany samotnie, bo tylko on mógł sobie poradzić ze szkodliwym dla ludzi promieniowaniem. Jak radzili sobie przypadkowi koloniści? Doktor Crusher, wykorzystana do początkowej ekspozycji (ktoś w końcu musiał zadawać pytania, gdy kapitan ze swoim pierwszym przerzucali się oczywistymi dla nich informacjami) podała możliwy sposób i sprawę zamknięto. Całkiem zgrabnie stworzono w tym wstępie możliwość istnienia nikomu nie znanej kolonii na planecie należącej do innej cywilizacji. Bo tak chyba należy określić Korporację Sheliak. Zastanawia mnie ich uprzejmość – mogli zapewne nic nie mówić Federacji i pozbyć się robactwa – jak raczyli byli określać ludzi – z powierzchni swojej planety. Być może któryś z punktów traktatu mówił o tym, że taką informację trzeba podać. Sheliak podchodzili do każdego słowa w tym traktacie śmiertelnie poważnie, więc to mógłby być powód tego, że w ogóle kłopotali Federację. Federację, która jest zdumiona. Nie powinno tam wszak być ludzi. Nikt tam nigdy nie leciał, nikt nie mógłby przeżyć.  Jak stwierdza komandor Riker wszystko czego można się spodziewać to kilkunastu załogantów promu zwiadowczego. Tymczasem nic z tego: rozbił się tam statek lecący gdzie indziej, rozbił się dawno, a na tej planecie nikt go nie szukał, bo wszak trująca. I mamy 15253 osoby do ewakuacji, które wcale ewakuować się nie chcą. Przetrwali na niegościnnej planecie, wyrwali jej teren, stworzyli miasto, które udoskonalają. Przywódca kolonistów, Gosheven (Grainger Hines [acz nie tylko Hines. Nie miałaś wrażenia, oglądając, że coś jest nie halo z dźwiękiem, jakby Gosheven był dubbingowany? Bo ja miałam. Po seansie sprawdziłam: tak, był dubbingowany. Nie wiadomo tylko przez kogo]), choć zachowuje się jak gimnazjalista, gdy pojawia się Data a i jego późniejszy upór nie kojarzy się z dojrzałym człowiekiem, to jednak ma pewien urok zdobywcy Dzikiego Zachodu, który nie zamierza zostawiać swego gospodarstwa na pastwę bandytów, mimo że przewaga tych ostatnich jest miażdżąca.
Ale co pani...? (źródło)


I jak w obliczu takich nielogicznych, opartych jedynie na emocjach, decyzji ma się odnaleźć trzeźwo myślący android? Data potrzebuje wsparcia i otrzymuje je w postaci młodej fascynatki robotyki, Ard’rian McKenzie (Eileen Seeley). Dziewczyna jest zafascynowana sztucznym człowiekiem i daje mu lekcję z ludzkich zachowań. Jednak ostateczne zwycięstwo i tak należy do Daty. Okazuje się bowiem, iż wystarczy prosta demonstracja działania fazera (przystosowanego przez Datę do działania w niesprzyjającym promieniowaniu planety), by wszyscy – nawet uparty Gosheven – zrozumieli, że tu nie ma nad czym debatować, tu trzeba spierniczać.

Miałam pewien problem z tym głównym konfliktem odcinka. Tak jak napisałaś: Gosheven zachowuje się jak dzieciak. To właściwie straszne, że ktoś taki został przywódcą kolonii, bo ewidentnie na przywódcę się nie nadaje. No bo co? Ze względu na własny upór i jakąś taką głupią dumę pozwoli wyrżnąć w pień całą kolonię?
Zresztą, bądźmy szczerzy: w skali cywilizacyjnej takie 90 lat to jest tyle co nic. Dwa, trzy pokolenia? To nie jest jeszcze dziedzictwo, którego nie dałoby się odtworzyć w nowym miejscu. Zwłaszcza że koloniści – z Goshevenem włącznie – mają świadomość tego, że ich obecność na Tau Cygna V to dzieło przypadku. Nie rozumiem, dlaczego oni nie rozumieją, że wskutek tego przypadku trafili na planetę, która do kogoś już należy i nie mogą ot tak sobie tu zostać.
Star Trek nie raz podejmował kwestię przymusowych przesiedleń i wypierania jednej cywilizacji przez drugą. To nie dziwi aż tak, jeśli się weźmie pod uwagę historię Stanów Zjednoczonych. Bah, w epizodzie Journey’s End całkiem dosłownie będziemy mieć do czynienia z potomkami rdzennych Amerykanów. Nazbyt często jednak to tak naprawdę nie jest trudne starcie dwóch racji, a bardziej przypomina cackanie się z rozwydrzonymi dzieciarami (tylko trochę piję tu do pełnometrażowego ST: Insurrection), którzy nie mają żadnego argumentu poza „nie, bo nie, bo nie chcę” i tupnięciem nóżką. I tak, wiem, że mówią tam o grobach ojców, którzy zginęli i zostali pochowani na tej planecie. Nie rusza mnie to z prostej przyczyny: uważam, że
Fajnie mieć wszystko pod ręką (źródło)
w tych realiach nie byłoby żadną niemożliwością przetransportowanie nie tylko kolonistów, ale i  fragmentów planety – tych, do których koloniści mieli szczególny sentyment. Ot, choćby właśnie cmentarza. Czy drzewa, na którym w dzieciństwie huśtał się jakiś mały kolonista. Czy studni, do której koloniści wrzucali swoje… nie wiem, kolonijne grosiki.
Tak, pojawia się kwestia tego, że upór Goshevena jest związany z tym, że Data jest androidem. Hm. No dobrze. Widzę to tak: Data kontaktuje się z kapitanem i mówi, że ponieważ jest anroidem, szef kolonii mu nie ufa. Następnie w prom pakuje się negocjator z krwi i kości w – głupi pomysł – skafandrze ochronnym? I rozmowy trwają.
Okej, żeby już nie przedłużać: w żadnym razie nie umiem sympatyzować z Goshevenem i tymi kolonistami, którzy go popierali. A wydaje mi się, że on nie został napisany jako antagonista, tylko jako postać taka trochę tragiczna, rozdarta. Po prostu mam wrażenie, że to nie do końca wypaliło.

Poza tym: podobają mi się Sheliakowie. Nie w takim sensie, że są sympatyczni, tylko podoba mi się idea super konkretnych istot, takich absolutnie pod linijkę. Oni nie są źli. Ich chęć wytępienia ludzi z Tau Cygna V nie wynika ze złośliwości czy okrucieństwa. Po prostu to ich planeta i zgodnie z prawem nie miało tam być żadnych ludzi. Jak się zastanowić, 15 tys. ludzi na całej planecie to nie jest liczba, która by realnie przeszkadzała Sheliakom. Mogliby się nawet przez całe dekady nie spotkać (chyba że to bardzo malutka planeta…?). Ale prawo jest prawem. I szacun dla Picarda, że umiał się poruszać w ramach tych praw (tu moja wątpliwość: czy doradca Troi nie powinna od początku odcinka wertować tego traktatu? W końcu ma doradzać, psia mać!).

Odcinek robi jednak nie tylko Data. Wspaniałe pięć minut ma też kapitan Picard. Nie dość, że pokonuje Korporację jej własną bronią – a więc jednym z paragrafów traktatu, to jeszcze jest dla niego istotne, żeby wysłuchać koncertu granego przez Datę, który musiał na początku opuścić ze względu na przekaz od Sheliak. Dla Daty ten moment wyjścia kapitana był trudny. Oczywiście przyjął, że gra słabo i dlatego Picard zrezygnował z koncertu. Kapitan zaś po wszystkim odsłuchał występ Daty i znalazł w sobie chęć do poprawiania mu humoru i poczucia własnej wartości. Bo Data-skrzypek jest przekonany, że w jego muzyce nie ma uczuć. Niby mówi to obojętnie, a jednak słychać w tej wypowiedzi żal. Uwielbiam Picarda za to jak dba o morale poszczególnych członków swojej załogi.

Na koniec dodam, że bardzo mi się podobały ubrania kolonistów. Serio, serio. Nosiłabym. [ubrania owszem, fajne, ale trochę takie jakby podprowadzone z planu Star Warsów. Moda a’la Tatooine jak dla mnie. Choć przyznaję, wdzianko Ard’rian takie w Twoim stylu, Siem]

Ja jeszcze tylko tu dodam, że mam szczególny żal o przetłumaczenie tytułu odcinka, bo oryginał jest cytatem z wiersza i pięknie współgra z fabułą całego epizodu.


– I really was willing to stay here and die for this.

Evolution


Premiera: 25 września 1989
Reżyseria: Winrich Kolbe
Scenariusz: Michael Piller, Michael Wagner

I oto zaczynamy kolejny sezon. I tym samym żegnamy doktor Pulaski, czego żałuję niemal natychmiastowo, jako że wątek rodziny Crusherów akurat w tym odcinku jest dość istotny. I dość irytujący.
Zacznę może od właśnie tego tematu: powrót doktor Beverly i jej relacje z synem. No po prostu to do mnie ani trochę nie przemówiło i mam wrażenie, że było zrobione mocno na siłę, byle tylko jakoś w ogóle poruszyć ten temat, że jej nie było przez rok i teraz nagle się znów pojawiła.
No bo serio: Wesley zawsze był super rozsądnym dzieciakiem – owszem, trochę zagubionym w niuansach relacji międzyludzkich, ale zawsze empatycznym i w lot łapiącym, na czym polegają jego błędy. I Beverly Crusher sprawiała wrażenie, że rozumie charakter własnego syna. Jeśli mieli jakiś konflikt (choć „konflikt” to tu za mocne słowo), to zazwyczaj zasadzał się na tym, że ona – jako matka – odczuwała przesadną chęć chronienia potomka, podczas gdy Wesley miał swoje wygórowane poczucie obowiązku i honoru.
Wesley nigdy nie zasugerował, że źle mu z powodu rocznego rozstania z matką. Nigdy też nie pojawiła się sugestia, że służenie na statku z własną matką jest w jakikolwiek sposób problematyczne.
Dlatego też byłam mega zaskoczona, kiedy coś takiego wykwitło w tym odcinku, i to nie delikatnie, jako rozkręcający się konflikt, a od razu jako drama. Nagle Beverly nie zna własnego syna, on nie zna jej, jest stłamszony i w ogóle… dlaczego pani doktor zaczęła pytać o tych przyjaciół Wesleya i martwić się o niego? Przecież od dwóch sezonów nic się nie zmieniło: Wesley był podjaranym kujonem od samego początku. Dlaczego przedtem to jej nie przeszkadzało?
Nie kupuję tego wątku ani trochę.
Jasne, można by tłumaczyć, że przecież Wesley jest nastolatkiem, w dodatku nieco nakręconym przez doktora Stubbsa (Ken Jenkins – Ulv obok mnie zaciesza, że doktor Kelso ze Scrubs). Hormony szaleją, mózg wchodzi w ten trudny etap, kiedy kieruje się logiką niedostępną dla reszty ludzkości. Ale ja sama nie wiem: Wesley ma 17 lat. W zasadzie od dawna już powinien być w fazie zbuntowanego nastolatka. I zresztą, wcale nie jest zbuntowany: to dalej ten sam prymus, tylko nagle wyrzuca matce, że na rok opuściła Enterprise.
A co do tego, że jako jedyny na pokładzie pracuje ze swoją matką: naprawdę nie wydaje mi się. Przecież nie raz widzieliśmy, że na Enterprise-D są całe rodziny. Przecież już w pierwszym sezonie mieliśmy Jake’a Kurlanda, który nie był jeszcze co prawda oficerem, ale być może teraz – dwa lata później – już nim jest. I służy z ojcem. I nie ma powodów przypuszczać, że to odosobnione przypadki. Widzimy wiele rodzin i dużo młodzieży na pokładzie Enterprise.

No dobrze, ale na szczęście ten epizod to nie tylko wątek nieporozumień na linii matka-syn. To też sztuczna inteligencja i dylematy, czy nanity są żywe, czy można je bez mrugnięcia usunąć z pokładowego komputera. I tutaj, muszę przyznać, odcinek sprawdził się już dużo lepiej. Bo całkiem ładnie porusza ten problem: od kiedy możemy zacząć mówić o życiu? Dodatkowej pikanterii całej sprawie dorzuca obecność Daty podczas rozmów na ten temat. No bo jak powinien poczuć się android, kiedy doktor Stubbs stwierdza, że nanity to tylko szkodniki i należy je wytępić? Jakie dokładnie elementy decydują o tym, że zaczynamy mówić o żywym organizmie?
Swoją drogą, doktor Stubbs ma też trochę racji, kiedy powołuje się na formy życia, które ludzkość wytępiła bądź po prostu zwalczała ze względu na własne przetrwanie. Choć wiadomo, oczywiście, że jego podejście jest nieco staroświeckie i cywilizacja dwudziestego czwartego wieku już w ten sposób nie postępuje.
Inna sprawa: co to za szkoła jest na tym Enterprise, że zadanie domowe może zagrozić całej załodze? Da fuck, nauczycielu? Z jakiegoś powodu w naszych szkołach uczniowie nie mają rozmnażać eboli w terrariach, więc skąd tutaj te nanity? Tak, Wesley je podrasował, ale skoro w ogóle miał taką możliwość, to moim zdaniem coś tu było po prostu fatalnie pomyślane.

Tak, ten odcinek ma sporo problemów. Niemniej ogląda się go przyjemnie. Kapitan Picard pokazuje całkiem fajny pazur, stojąc murem za załogą i za nową formą życia zarazem, trudno też nie śledzić poczynań Daty, którego kwestia nanitów dotyka nieco bardziej bezpośrednio. Doktor Stubbs ma własne demony, z którymi tak naprawdę się mierzy i nie można mu zarzucić tak po prostu bycia kutasem. Odcinek cały czas trzyma w napięciu i w zasadzie do końca nie od końca wiadomo, jakie decyzje zapadną (no dobrze, wiadomo, bo znamy serial i wiemy, czego się spodziewać po bohaterach – ale gdyby człowiek oglądał to po raz pierwszy, w 1989 roku, to kto wie…?). To przyjemny, dynamiczny i wciągający epizod, tylko Crusherom ktoś kazał trochę niepotrzebnie robić problemy tam, gdzie ich nie ma i nigdy nie było. Ale to nie powinno zniechęcić.





– You have no choice now… it is a matter of survival.
– If you were a member of my crew, sir, I would…
– But I am not a member of your crew, sir… I am a representative of the highest command of the Federation… which has directed you to perform my experiment.
– If any man, woman or child on my ship is harmed as a result of your experiment, I will have your head before the highest command of the Federation.

Star Trek: The First Contact


Premiera: 22 listopada 1996      
Reżyseria: Jonathan Frakes
Scenariusz: Brannon Braga, Ronald D. Moore, Rick Berman

Jak łatwo się zorientować, niniejszym zamknęłyśmy przygodę z drugim sezonem The Next Generation – a to oznacza, że, zgodnie z tradycją, przed nami kolejny pełnometrażowy film. Film, który wprawdzie wyprzedza nieco naszą chronologię, bo akcja dzieje się już po aferze z Locutusem, ale to w gruncie rzeczy w niczym nie przeszkadza – kim są Borg, już była okazja się przekonać. No a The First Contact to w dużej mierze właśnie Borg.
Borg, a także dużo bycia out of character, bo najwyraźniej Jonathan Frakes postanowił poprawić nieco pracę całej kadry doświadczonych scenarzystów i reżyserów, którzy stworzyli kilka sezonów serialu. Bo czemu nie. Więc w pierwszych minutach filmu kapitan Picard stwierdza, że chrzanić rozkazy, on woli zrobić piu piu w kosmosach, a najgorliwiej wspiera go w tym Data, bo przecież to takie zabawne, jak android niespodziewanie okazuje się kozakiem. Puff. Męczą mnie te klisze, nie przeczę. To się mogło sprawdzać w TOSie, ale w TNG Picard przyzwyczaił widza do tego, że jest kapitanem rozważnym i niechętnie podważającym rozkazy. A już na pewno nie w sytuacji, w której nie ma tak naprawdę żadnego planu. Naprawdę jego całym pomysłem było po prostu ciepanie w Borg z torped i fazerów?  Swoją drogą, Borg stali się nagle bardzo wrażliwi na te ataki – dawniej pokonanie jednej kostki wymagało sporo więcej wysiłku i inwencji.
Nie malkontencę na cały film, nie w tym rzecz. Po prostu wyjątkowo nędznie się zaczyna. To otwarcie sprawia wrażenie, jakby było nakręcone zupełnie na siłę, bez pomysłu i w sumie to wyłącznie pod trailer. A skoro już jestem przy narzekaniu, to może od razu odhaczę sobie ten etap. Po kolei:
Wspomniany już Picard: zawsze mam wątpliwości, ilekroć widzę go w roli takiego chojraka pozbawionego jakiejkolwiek refleksji. Niby ma to usprawiedliwienie (o tym za chwilę), ale może wobec tego załoga mogłaby być przynajmniej zdziwiona lub zaskoczona jego postawą? A tymczasem przez większość filmu wszyscy uznają, że w sumie zachowanie Picarda nie budzi żadnych zastrzeżeń, hura, zignorujmy rozkazy, będzie fajnie, Kirk lubi to.
Borg: tacy doskonali, tacy groźni, a wciąż nie nauczyli się biegać…
Deanna Troi: no dobrze, to nie jest konkretny czep do niej, raczej ogólna refleksja na temat aktorów grających pijane postaci. No bo, wbrew pozorom, to nie jest prosta sprawa (między innymi dlatego tak mnie zachwyca The World’s End, w szczególności doskonale pijany był Eddie Marsan, czyli filmowy Peter Page). Nie wystarczy, że aktor będzie się zataczał, a scenarzysta da mu do wyrecytowania głupawe teksty. Zresztą, wystarczy spojrzeć na wideo czy zdjęcia pijanych ludzi w internetach. Człowiek po prostu wygląda wtedy inaczej. Deanna Troi natomiast przypomina raczej małą dziewczynkę, która przed starszymi kolegami udaje pijaną, żeby zaimponować, mimo że raptem podpiła mamie trzy łyki karmi. Ma nienaganną fryzurę, nie ma rumieńców, jej spojrzenie jest bystre… no po prostu nie. Nie umiesz grać pijanej, to po prostu tego nie rób.
Zefram Cochrane (James Cromwell) – faktem jest, że dawniej mi to nijak nie przeszkadzało. Ale jakoś inaczej tym razem patrzyłam na wątek Cochrane’a, nie wiem, może przeczytałam w międzyczasie o jedną książkę za dużo czy coś. Ale kiedy oni tak go kreowali na jedyną nadzieję ludzkości, ja sobie myślałam, że hej: ja kumam, że to geniusz i wynalazł napęd warp. Ale z drugiej strony, trudno uwierzyć, że robił to odcięty od świata, zamknięty w garażu. Z całą pewnością pracował z zespołem (nawet w filmie widzimy taki zespół), może nawet z różnymi zespołami. Z całą pewnością w jego zespole znalazły się wybitne umysły, bo przecież z byle kim przedsięwzięcie by się nie udało. Pewnie musiał komuś przedkładać jakieś sprawozdania, ubiegając się o granty i insze dofinansowania. Co więcej: jest wielce prawdopodobne, że wśród kilku miliardów ludzi na Ziemi istnieje ktoś jeszcze, kto pracuje nad podobną technologią. Nawet gdyby Cochrane zginął, istnieje szansa, że w ciągu paru lat objawiłby się jego następca.
I nie, nie mówię, że Cochrane'a należało olać - chodzi mi tylko o to, że nie do końca kupuję to, co bardzo usilnie wciska mi film – że gdyby nie ten jeden człowiek, Federacja by nigdy nie zaistniała.

Z drugiej strony, jest w The First Contact sporo fajności.
Worf – uwielbiam, że towarzyszy mu mój ulubiony klingoński motyw muzyczny. Samo to wystarczy, żebym szczególnie go lubiła w tym filmie. Ale w ogóle Worf jest zaskakująco pożyteczny i chyba nawet się nie przewraca za bardzo. Po prostu dobry, odważny wojownik. I to nawet bez zbyt częstego gadania o tym, że jest wojownikiem!
Data – o wiele lepiej wykorzystano tu jego pragnienie zostania prawdziwym chłopcem niż w Generations. Królowa Borg sprawnie manipuluje Datą, znajdując jego słabe punkty, a w dodatku to człowieczeństwo daje się wyciągnąć z androida bez głupawych śmieszków, piosenek i strojenia min.
Picard – skoro już na niego trochę ponarzekałam, to teraz muszę w drugą stronę: bo nie mogę nie docenić tego, jak jest zdeterminowany i skuteczny w działaniu. I jak stopniowo popada w obsesję, która może doprowadzić do tragedii, choć oczywiście sam przed sobą będzie udawał, że w żadnym razie nie pragnie zemsty. A tymczasem to pragnienie, które siedzi w nim tak bardzo głęboko, jest niesamowicie silne – na tyle silne, że Picard nie może się powstrzymać od dalszego masakrowania zwłok pokonanego przeciwnika. Jak bardzo to nie pasuje do kapitana? A jednak ma swoje uzasadnienie w fabule.

No i uwielbiam poczucie humoru Picarda („Montana zaraz się wyłoni, ale lepiej wstrzymaj oddech”). W ogóle humor – może za wyjątkiem wymuszonego żartu z udziałem Daty – jest przyjemny. Nienachalny, ale jednak widz się co jakiś czas uśmiecha. Miło się to komponuje z bardzo dynamiczną akcją. The First Contact od samego początku trzyma w napięciu i potem ani na trochę nie zwalnia. Jednocześnie znajduje w tym wszystkim czas, żeby zbudować trochę bohaterów i wzbudzić w widzu sympatię do nich – ot, choćby Lily (Alfre Woodard): nie wiemy o niej zbyt dużo, ale człowiek i tak jej kibicuje, bo to konkretna i wyrazista babeczka z inicjatywą i własnym, autonomicznym mózgiem.
Co ciekawe, załoga Enterprise popełnia błędy – masę błędów. Szczególnie w kontaktach z Cochranem, którego najzwyczajniej w świecie wystraszyli opowiadaniem o przyszłości, o znaczeniu jego pracy, o pomniku czy szkołach jego imienia. I wszyscy mają świadomość tych błędów – film nie usiłuje mi wmówić, że ludzie z przyszłości są tacy doskonali. W gruncie rzeczy w zaistniałej sytuacji byli równie zagubieni co ludzie z przeszłości.

Ale jest jeszcze finałowa sprawa: królowa Borg.
Sama nie wiem, co o niej myśleć - stosunek mam dość ambiwalentny. Nie mogę jej zarzucić niczego konkretnego. Ciekawy pomysł, fajna realizacja. Niemniej trudno mi się do niej przekonać. Mimo że powtarza, że to ona jest kolektywem, jednak bardzo wyraźnie widać ogromną przepaść między nią a pozostałymi członami Borg. Ona jakoś po prostu... nie wiem, nie pasuje. Najgorsze, że nie mam żadnego konkretu na argument.

Shades of Gray

oczywiście niezastąpiony
Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 17 lipca 1989
Reżyseria: Robert Bowman
Scenariusz: Maurice Hurley

No dobra, tu trzeba być szczerym, niestety. Ten odcinek jest gówniany. Mimo że Robert Bowman i Maurce Hurley to potężne nazwiska w trekowej historii, związane z bardzo udanymi epizodami, to jednak tutaj dostaliśmy szokująco śmierdzącą kupę. I piszę to z całkowicie czystym sumieniem, bo ja wiem, że oni to wiedzą. Bo, jak się zdaje, nikt z ekipy nie próbował udawać, że ten odcinek jest czymś więcej niż tylko naprędce skleconym zapychaczem. Zapychaczem zrobionym po taniości, bo Paramount zarządził, że skoro dał więcej kasy na Elementary, Dear Data i na Q Who, to teraz przyszedł czas na oszczędności. I to nawet krzepiące, czytać słowa Maurice’a Hurleya: „Gówno. To miał być epizod butelkowy. Straszny, po prostu straszny sposób na zaoszczędzenie pieniędzy”. Producent Peter Lauritson mówi od siebie: „To było… wyciągnęliśmy z tego naukę. Myślę, że to był najgorszy odcinek, jaki zrobiliśmy. Z gatunku ‘nigdy więcej’. ‘Shades’… Nawet nie chcę o tym pamiętać”. Producent David Livingston dodaje o tym epizodzie: „Jest bardzo słaby i fani go nie lubią. My też go nie lubiliśmy, ale Paramount powiedział ‘Hej, musicie zaoszczędzić dla nas trochę pieniędzy’”.
Myślę więc, że nie ma tu o czym mówić. Odcinek jest głupi, zrobiony na szybko i po taniości. Po prostu nie myślmy o nim więcej. Na szczęście Star Trek ma nam jeszcze wiele do zaoferowania. Jedno, o co mam żal, to że jest to jednocześnie ostatnie wystąpienie doktor Pulaski – i przykro, że pożegnała się z serią w tak nędzny sposób.

Ale jednak czuję potrzebę by powiedzieć to głośno: czy oni w tej przyszłej przyszłości, nie słyszeli o amputacji? Naprawdę trzeba było pozwolić aby to coś myknęło z łydki do mózgu?
I to by było na tyle.
A za doktor Pulaski już tęsknię.

Peak Performance

Autor: Juan Ortiz (źródło)

Premiera: 8 lipca 1989
Reżyseria: Robert Scheerer
Scenariusz: David Kemper

To nie pierwszy raz, jeśli mnie pamięć ma dziurawa nie myli, gdy mamy do czynienia z grami wojennymi w Star Treku. Tym razem załoga Enterprise dzieli się na dwie drużyny (jedna słabsza i na rozlatującym się sprzęcie, bo to jest przecież standard, że jak chcesz udowodnić, że ktoś jest niekompetentny, to dajesz mu grata, który ledwie pełza [w ogóle nie ogarniam, dlaczego do tych ćwiczeń musieli recyklingować jakiś kosmiczny wrak, zamiast użyć normalnego, działającego statku. Nie słyszałam, żeby do przeprowadzenia u nas manewrów najpierw wyławiano wraki z Bałtyku. Ale łotewer, nie mam nic wspólnego z wojskiem, może to jakieś mądre militarne niuanse…] i każesz się bronić przed w pełni funkcjonalnym okrętem), a sędzią jest super strateg, który swą wielkość prezentuje głównie za pomocą gry w coś. Znaczy w Strategemę. Nazwa gry jest podana a nawet widzimy trzy rozgrywki i w sumie nie wiem, co ma prędkość (nawet sensownego i celowego) ruszania wszystkimi dziesięcioma palcami u rąk do strategii. Powiedziałabym, że ćwiczymy tu koordynację wzrokowo-ruchową głównie. Na wysokim poziomie, fakt. Ale strategia? Wydaje mi się, że to słowo oznacza tworzenie planu. I ja po prostu nie widzę, jak zaprezentowana mi gra ma się do tego. Co nie zmienia faktu, że doktor Pulaski wymuszająca na Dacie „utarcie nosa” napuszonemu strategowi jak zwykle mnie kupiła. W ogóle to żal mi bardzo, że znika w trzecim sezonie. Smutek i tyle.

Strategema była kretyńska, nie bójmy się tego słowa. Raz, że ze strategią nie miała, jak się wydaje, kompletnie nic wspólnego. Dwa, że w ogóle trochę zabrakło jakiegoś zarysu reguł przynajmniej. No bo serio, machali palcami, a pośrodku jakieś kropki się przesuwały. Jaki był cel tej gry? Jakie zasady? Gdzie ten element strategiczny? Dlaczego dłużej się tę grę montowało na graczach niż faktycznie trwała rozgrywka? Ale Star Trek trochę tak już ma, niestety. To nie pierwszy raz, kiedy pokazuje nam jakieś futurystyczne gry i zabawy i zawsze jest podobnie: mamy jakiś hologram i jakieś ruszające się kształty, ale za bardzo nie widać, o co w tym wszystkim miałoby chodzić. Całkiem szczerze, dla mnie to nieco przykre, bo przecież wystarczyłoby pewnie nieco podrasować jakąś faktycznie strategiczną grę i to by zrobiło robotę. Choćby można wrócić do znanych z TOSa trójwymiarowych szachów.

Kontynuując wątek dowalenia Sirnie Kolramiemu (Roy Brocksmith) to
Gra strategiczna by TNG (źródło)
załoga skojarzyła mi się ze zgraną klasą, która dostaje nowego nauczyciela – z gruntu niesympatycznego. Nikt nie chce się uczyć jego przedmiotu (bo siła nie jest rozwiązaniem – BTW, kiedy komandor Riker to powtórzył po kapitanie, kwikłam ze śmiechu – a Enterprise to statek naukowy, eksploracyjny, a nie okręt wojenny), wszyscy pokazują mu języki, gdy tylko się odwróci i starają się udowodnić, że i tak ich niczego nie nauczy. [gówniarze, ale takie w typie kochanych urwisów. Doktor Pulaski pięknie wkręca Datę i w ogóle strasznie mi się to podoba w kontekście tego, jak przecież na początku sceptycznie podchodziła do towarzystwa androida. A tu proszę, niemal się zakumplowali]
A on sam wcale nie stara się aby współpraca układała się choćby poprawnie. Za diabła nie rozumiem, czemu uznał, że Riker się nie nadaje na dowódcę. Nie znał go wcale. Jego akta z całą pewnością są pełne achów i ochów na temat wzorowości jego służby. Najwyraźniej przez Kolramiego przemawiał jakiś prastary stereotyp, że oficer powinien być zarazem dżentelmenem. A nie kimś, kto brata się z załogą. Tyle, że po pierwsze – jedno drugiego nie wyklucza, a po drugie – czy Riker jest jakiś przesadnie wylewny? [słyszałaś: bywa niestosownie… zaraz, jak to było ujęte? Jowialny? Nie, tak na serio, to nie mam pojęcia, o co mu chodziło. Choćby Riker był typem zabawnego wujka z wesela, taki wybitny strateg jak Kolrami nie powinien mieć o to chyba bólu pupki, nie? Grunt, żeby Riker wywiązywał się z obowiązków. Co to za czepianie się jakichś zupełnie niezwiązanych z tematem cech? Zwłaszcza że to było zupełnie głupie czepianie się. Załóżmy przez moment, że coś jest na rzeczy i Riker bywa jowialny. Czy naprawdę uważamy, że dobry dowódca to taki, który przenigdy nie pokazuje swojej ludzkiej twarzy i jest dla podwładnych jak kosmita z kijem w zadku? Naprawdę ośmieliłabym się powątpiewać.] Żeby było jeszcze mniej sensownie, nasz specjalista postanawia pokazać, że komandor nie nadaje się na najwyższe stanowisko, układając grę tak, by musiał (w mniemaniu
Zrobimy z tego złomu porsche! (źródło)
stratega) przegrać. Tyle, że takie numery to my, a nie nam, Bruner. Załoga komandora wygrywa  i to wygrywa w stylu całkowicie nie dżentelmeńskim. Oszukując, ile się da. Są skuteczni, a przecież o to właśnie chodzi. I doskonale sobie radzą, gdy pojawia się prawdziwe niebezpieczeństwo – przypadkowy statek Ferengich, którzy nie ogarniają takich federacyjnych zabaw jak gry wojenne. Dla nich sytuacja jest prawdziwa, a skoro ktoś atakuje statek, a potem go broni przed trzecimi to znaczy, że wie, iż ów statek ma na pokładzie coś bardzo wartościowego. [uwielbiam to podejście Ferengich! Uwielbiam ich sposób myślenia, niezwykle konsekwentny. I to przeświadczenie o tym, że ktoś tu ukrywa przed nimi możliwość zarobku.] To też moment, kiedy Kolrami pogrąża się ostatecznie. Nie widzi problemu w poświęceniu komandora Rikera, porucznika Worfa, głównego mechanika i czterdziestu innych członków załogi, byle tylko jego szanowny strategiczny tyłek został uratowany. Da się zapewne wyczuć, iż gość mnie drażni. Przyznaję, drażni. Bo sensowność jego obecności widziałabym wtedy, gdyby służył jakąś radą. Nauczył czegoś załogę. A nie próbował udowodnić, że ktoś jest do dupy. Nawet jeśli ten ktoś (sorki, komandorze) – statystycznie rzecz ujmując – wypada poniżej średniej w konkurencji myślenia w sytuacjach kryzysowych.

Znaczy mnie też Kolrami drażni – myślę, że dokładnie na to był obliczony. Ale muszę nadmienić, że nie czułam od niego lęku o jego szanowny strategiczny tyłek. Naprawdę wierzę, że myślał dokładnie tak jak mówił: że można poświęcić czterdziestkę, by ocalić tysiąc. To zresztą temat, który Star Trek już podejmował: potrzeby większości są ważniejsze od potrzeb jednostki. I, jak zwykle, ta teoria okazuje się bullshitem, bo nasi bohaterowie nie byliby sobą, gdyby nie zdołali pogodzić jednego z drugim.
To, co rozczarowuje, to jednak jakaś kompletna niekompetencja Kolramiego. Nie było ani jednego momentu, w którym pokazałby się jako genialny strateg. To, jak dla mnie, bardzo mocno podważyło jego wiarygodność. Zresztą, jak teraz o tym myślę, to nie wiem, czy Worf nie miał trochę racji: Zakdorni jadą na opinii doskonałych strategów, więc nikt ich nie atakuje. A skoro nikt ich nie atakuje, to ta ich reputacja nie jest w żaden sposób weryfikowana. Kto wie, może i to jest jakiś jeden wielki bullshit? Może tylko ściemniają, że są wielkmi taktykami, podczas gdy jedyne co potrafią, to szybko machać palcami w jakiejś głupiej grze? Co oni wiedzą o prawdziwej walce?

Osobnym wątkiem jest problem Daty. Data przegrywa w grę komputerową z człowiekiem. Data się zepsuł. Data nie może pozostawać oficerem naukowym. Takie podejście jest w pełni zrozumiałe dla androida. Nie spodziewał się przegranej. Dlatego zresztą nie widział sensu w graniu z Kolramim, w co wkręciła go w końcu – bez zgody – doktor Pulaski. Tymczasem człowiek wygrał. Jest naprawdę mistrzem i zdołał pokonać maszynę. I ta maszyna nie rozumie tego i zachowuje się bardzo po ludzku. Boli ją porażka. Nawet jeśli objawia się to w upartym szukaniu usterki, która przecież za tę porażkę MUSI być odpowiedzialna. Tu znów Picard udowadnia, jak zajebistym jest kapitanem – przywołuje Datę do porządku jednym dobitnym zdaniem. To lubię. [Prawda, że Picard pięknie to załatwił]
Jednak najbardziej w tym odcinku podoba mi się Worf. Jego kumpelskie wsparcie dla Rikera, wejście w grę pod tytułem „stoimy na z założenia przegranej pozycji, ale może choć zdołamy ich pogryźć”, kombinowanie, a przede wszystkim fakt, że postawił na komandora w jego absurdalnej rozgrywce w Strategemę z – jakby nie było – mistrzem tej gry.

– It is possible to commit no mistakes and still lose. That is not a weakness. That is life.