A Matter Of Honor


il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 6 lutego 1989
Reżyseria: Rob Bowman
Scenariusz: Wanda M. Haight, Gregory Amos, Burton Armus

Okej… żeby nikt mnie źle nie zrozumiał: lubię ten odcinek. Naprawdę lubię. Co zaskakuje mnie samą, bo to epizod w zasadzie całościowo poświęcony Rikerowi, który do tej pory, cóż, nie wzbudzał we mnie szczególnego entuzjazmu (to znaczy – odkąd skończyłam trzynaście lat). Ale jednak muszę wyrazić parę wątpliwości.
Przede wszystkim: cały ten program wymiany. Jak to jest? Nie wymaga podpisania jakichś porozumień, umowy, czegokolwiek? Nie jest tak, że jedne rasy w tym programie uczestniczą, a inne nie? Nie ogarniam, jak to możliwe, że tak po prostu sobie pomyśleli „hej, niedaleko jest klingoński okręt, wymieńmy się”. No i czy ideą wymiany nie jest to, że Klingoni wysyłają gdzieś swojego pierwszego oficera? Wydaje mi się, że nie dowiedzieliśmy się, co się stało z oficerem, którego miejsce zajął Riker. Dodatkowo o bałaganiarstwie organizacyjnym całej tej wymiany świadczy fakt, że Mendon (John Putch – zresztą to całkiem urocze, że ten sam aktor grał Mordcoka, z którym pomylił Mendona Wesley) był totalnie nieogarnięty w procedurach obowiązujących na USS Enteprise. Jak można oczekiwać, że będzie rzetelnie wykonywał swoje obowiązki, skoro nikt mu nie powiedział co i jak?
Dalej: nic na to nie poradzę, ale trochę mnie rozczarowało, że bogactwo i odmienność klingońskiej kultury zaprezentowali głównie za pośrednictwem klingońskiej kuchni – która, ho ho ho, jest taka paskudna i fuj, nie to co nasza. I sami Klingoni zdają się wychodzić z założenia „wiemy, że nasza kuchnia jest wstrętna i będziemy cię za jej pomocą trollować”. Nie rozumiem tego. Wyobrażam sobie, że odwiedza mnie ktoś z innego kręgu kulturowego i, nie wiem, serwuję kiszone ogórki. Przecież to tylko potrawa, nie nacieram się tym, że dla tego kogoś moja potrawa jest odpychająca. Ale, oczywiście, to też może wynikać z innej mentalności Klingonów. Trochę tego nie kupuję, ale nie będę z tego powodu rwać włosów z głowy. Z drugiej strony, mam świadomość tego, że nie ma co oczekiwać rzetelnego przedstawienia całej cywilizacji w jednym czterdziestominutowym odcinku.

Bogactwo i odmienność pokazali także za pomocą żartów o bzykaniu. Trochę jakby Klingoni byli takimi piratami z serialu HBO. Swoją drogą niezły blef, komandorze Riker.

Aha: totalnie uwielbiam scenę w mesie, kiedy Riker pyta Klaga (Brian Thompson) o ojca. Wyobrażam sobie, jak Klag nagle wstaje od stołu i odchodzi w randomowym kierunku, żeby gadać do pustej przestrzeni przed sobą. I to tak strasznie głupio wygląda… Myślę, że wiele scen w filmach i serialach może głupio wyglądać, kiedy zabrać kamerę.

Omnomnom. Riker lubi to. Delicje prawie jak
robale w Conspiracy (źródło)
Niemniej, jak wspominałam, lubię ten odcinek. Mimo wszystko poza elementem kulinarnym spory nacisk położyli na klingoński sposób budowania pozycji na pokładzie okrętu, było też coś o posłuszeństwie i uczciwości… no, powiedzmy, że tytułowa kwestia honoru została jakoś zaprezentowana.
W tych zupełnie nowych dla siebie okolicznościach ogromnie zaskakuje Riker. To znaczy – może nie aż tak ogromnie, wszak wiadomo, że Pan Idealny taki właśnie musi pozostać… niemniej miło widzieć, że jednak jest kompetentnym oficerem. Przyłożył się do swojego zadania, na swój sposób nawet trenował, zanim dostał się na pokład IKS Pagh. Riker okazuje się być człowiekiem, który przykłada się do swoich zadań i traktuje je równie poważnie, niezależnie od tego, czy chodzi o kuriozalną wymianę oficerów, czy o działania bitewne. W dodatku, co tu dużo gadać, mimo tego swojego wejrzenia błękitnych ocząt i milusińskiego uśmiechu, w sumie dobry z niego Klingon – chyba naprawdę zrozumiał tę mentalność i nieźle potrafił się poruszać wśród rodaków Worfa. Może nawet aż za dobrze, bo dziwne, że z taką łatwością sklepał klingońskiego drugiego oficera – jak rozumiem, zaprawionego wojownika z rasy urodzonych wojowników… a i kapitana chyba nie sklepał wyłącznie dlatego, że taką podjął decyzję – bo gdyby tylko zechciał, pewnie mógłby to zrobić z równą łatwością. I to już wydało mi się nieco naciągane, no bo jeśli Klingoni w czymś mieliby być dobrzy, to przecież to powinno być właśnie mordobicie. To ich wizytówka, kurde.

Ja pozwoliłam sobie to zinterpretować tak – drugiego oficera wziął totalnie z zaskoczenia (w końcu jednak jest człowiekiem, jestem pewna, że Klingoni co nieco o ludziach wiedzą i nie podejrzewają ich o bijatyki na mostku) i zanim tamten się zorientował już miał łeb w konsolecie, czy co to było, takie mało ważne coś (najwyraźniej), co pluło iskrami. Natomiast jeśli chodzi o dowódcę jakoś wcale nie miałam wrażenia, że Riker by z nim wygrał. Tak, oczywiście, on wiedział, że musi dostać wpierdziel (jak w tym starym dowcipie z Jasiem odbierającym świadectwo), więc nie próbował stawać do bitki, ale nie czułam, żeby był jakiś super pewny siebie.
Natomiast ten odcinek sprawił, że nabrałam uczucia, iż nasz biedny komandor musi się cholernie nudzić na co dzień na Enterprise. Rzucił się na tę wymianę bez żadnego namysłu i nie wydaje mi się, by spowodowane to było pasją naukową. Może powinien zacząć trenować boks?

I to marzenie, żeby Worf wreszcie przywalił
Mendzie... (źródło)
No ale całościowo epizod i tak wypadł bardzo fajnie. Riker trochę się zrehabilitował za dotychczasowe wpadki, mieliśmy dużo Klingonów (a ja lubię Klingonów), no i mogłam przez czterdzieści minut zastanawiać się, jak to możliwe, że nikt nie dał po pysku Mendonowi, który miał niesamowicie irytujący sposób bycia.

O zaiste anielską cierpliwość wykazują wszyscy na pokładzie od kapitana począwszy. No i trudno mi się zgodzić z Wesleyem, że Mendon (to od mendy? [nie wiem, ale by się zgadzało!]) po prostu popełnił błąd i to się zdarza, pat pat nic się nie stało. Wiele się stało, bo mógł się z tego zrobić paskudny epizod w historii stosunków Federacji z Klingonami. Mendon powinien wylecieć z Floty i tyle. A przynajmniej wrócić do Akademii na jakieś doszkalanie. Bo oczywiście – jedna sprawa, że nikt go nie przeszkolił w procedurach (to faktycznie jest mocno niedopracowany motyw), ale druga może by się tak zainteresował, gdzie się wybiera? Ech.

W sumie mamy fajne zestawienie: Riker i Mendon. Riker stara się poznać Klingonów, wsuwa gagh, podpytuje Worfa, angażuje się w cały projekt. A Mendon? Ot, rzucili go na Enterprise, a on zdaje się mieć to w nosie, robi swoje, wozi się na mostku, co to nie on… Dwa skrajnie różne podejścia i nietrudno stwierdzić, które jest tym właściwym. Teraz mi przyszło do głowy, czy Mendon nie pojawił celowo, jako przeciwwaga do Rikera. 



– Actually, I learned quite a bit.
– Apparently, not when to duck.
– When not to duck would be more accurate.

Unnatural Selection

To była szybka piłka... (źródło)
Premiera: 28 stycznia 1989
Reżyseria: Paul Lynch
Scenariusz: John Mason, Mike Gray

W dzisiejszym odcinku Enterprise po raz kolejny nie dociera do celu misji, a przynajmniej nie na oczach widzów. Jak to bywa najczęściej z kursu ściąga go wezwanie pomocy; tym razem z transportowca Federacji USS Lantree, którego załoga okazuje się być martwa, gdy Enterprise do niego dociera. Wszyscy członkowie załogi zmarli z przyczyn naturalnych – ze starości, choć kapitan był w wieku komandora Rikera. Jasne jest, że coś tu nie gra.
Tym razem twórcy wzięli na tapetę doktor Pulaski. To na niej koncentruje się odcinek. Wiemy już o nowej pani doktor, iż jest osobą, która nie owija w bawełnę, konkretną, zdecydowaną, pewną swych racji, ale skłonną do wysłuchania innych opinii. Odcinek, w którym zaproponowała Geordiemu wyhodowanie gałek ocznych pokazał ją jako lekarza z dużym doświadczeniem, sugerowano też jej zacięcie naukowe. W Unnatural Selection jej pozycja naukowca zostaje potwierdzona – prace doktor Pulaski zna szefowa placówki, w której prowadzone są badania nad modyfikacją ludzkich genów. Do placówki tej załoga Enterprise trafia, ponieważ to stamtąd leciał USS Lantree.
Muszę powiedzieć, że tym razem nie mam niczego do zarzucenia ochronie ani nikomu innemu. Zarówno kontakt z transportowcem, jak i późniejsze działania były w pełni profesjonalne i nie dawały szansy na rozprzestrzenienie się zarazy na Enterprise. Jak się okazuje – kapitanowie Gwiezdnej Floty mają dostęp do kodu, który pozwala przejąć kontrolę nad mostkiem innego statku w razie bezwzględnej konieczności. Korzystając z tej możliwości, załoga jest w stanie sprawdzić, co się dzieje na USS Lantree bez transportowania się na statek widmo. Założenie boi z sygnałem ostrzegawczym jest kolejnym krokiem. Co ciekawe potem Lantree zostaje zniszczony, ale dopiero wtedy, gdy już dokładnie wiadomo, co spowodowało chorobę.

To prawda, ochrona tym razem zachowała się zaskakująco kompetentnie – choć przyznam, że mam mały zgrzyt z samą doktor, która dotychczas jawiła się jako osoba ze wszech miar rozsądna i logicznie myśląca, a tutaj wpadła w jakieś dziwne bagatelizowanie niebezpieczeństwa – takie „oj tam oj tam, zaraza-sraza, dam radę”. Przyznam, że początkowo nie pasowało mi to do postaci.
Mówię „początkowo”, bo z czasem zaczęło mi się to wszystko układać. Doktor Pulaski jest chłodna i logiczna w większości przypadków – ale może po prostu pragnienie rozwikłania tajemnicy i okiełznania nieznanej choroby jest taką trochę jej słabością. Świadomie naraziła się na niebezpieczeństwo, byle tylko rozwiązać zagadkę zarazy. Myślę, że doskonale wiedziała, z czym to się wiąże, po prostu uznała, że tak należy.

Stacja badawcza okazuje się zakażona, dla personelu właściwie nie ma szans, jednakże najważniejsze są zmodyfikowane genetycznie dzieci
Zawsze chodzi o to, żeby zagrać bez rąk (źródło)
(dwunastolatek wygląda jak dwudziestolatek i nie mówi, gdyż posługuje się telepatią – tyle widzimy), odporne na wszelkie choroby, superinteligentne i oczywiście stanowiące nadzieję na wzniesienie ludzkości na nowy poziom rozwoju. Dla tych dzieci, choć raczej uważam, że dla projektu naukowego (przynajmniej na początku), doktor Pulaski decyduje się zaryzykować życiem. Znów wszelkie procedury bezpieczeństwa są dokładnie przestrzegane. Pole siłowe, zamrożenie jednego z dzieci przesłanego do badania w czymś przezroczystym i nie przepuszczającym niczego, w końcu prace badawcze przeprowadzane na rozmrożonym obiekcie przeprowadzane na wahadłowcu, który pilotuje Data (oczywiście jako android nie może się zarazić). Wszystko jest w pełni profesjonalne, a ryzyko, którego chciała się podjąć doktor Pulaski (która oczywiście zaraża się wirusem) umożliwia objęcie dzieci kwarantanną, jako że to właśnie ich zmodyfikowane organizmy winne są temu, iż wirus z groźnej, lecz uleczalnej gorączki ewoluował do śmiertelnej i ekspresowo postępującej choroby.

W ogóle w tym miejscu muszę powiedzieć, że ogromnie mnie zaintrygował sam motyw tych dzieci. No bo podsumujmy: mamy superinteligentne, supersprawne fizycznie, sztucznie hodowane istoty. Czy to nie brzmi znajomo? A co z Khanem i innymi augmentami? Z wojnami eugenicznymi? Z zakazem inżynierii genetycznej? Jak to możliwe, że Stavosa Kenicliusa wygnano za próby stworzenia superludzi, a ta stacja sobie normalnie funkcjonowała?

To, co z mojego punktu widzenia jest najciekawsze w tym odcinku, to relacje doktor Pulaski z kapitanem Picardem oraz Datą. Przede wszystkim
Zamrożony w glucie (źródło)
dowiadujemy się, że pani doktor chciała służyć z Picardem. Śledziła jego karierę i z premedytacją wybrała USS Enterprise. Jej podziw dla kapitana nie przeszkadza jej jednak w przeciwstawianiu mu się, a także w okazywaniu braku szacunku, co Picard w pewnym momencie ostro punktuje. Bardzo podoba mi się moment, w którym doktor orientuje się, że po raz kolejny przerwała kapitanowi i z westchnieniem prosi go o dokończenie. Ta dwójka ma ze sobą problemy, ponieważ mają podobne charaktery, podobne podejście do obowiązków i do tego, co uznają za istotne. Jest materiał na piękną przyjaźń, czyż nie?

Oboje są rzeczowi i oddani swojej pracy – nie wiem, czy to materiał na przyjaźń, bo z oczywistych względów mają różne priorytety (ona jest lekarzem, on – kapitanem), ale na pewno na wzajemny szacunek i zrozumienie. Masz rację, że to podobne charaktery. Ale może dlatego doktor Pulaski się „nie przyjęła”? Bo trochę się dublowała z kapitanem jako postać? No bo z jakiegoś magicznego powodu z tego co zauważyłam, fani nie przepadają za panią doktor.

Jedno, co mnie zadziwiło, to dodatkowy problem, który pojawił się, gdy już pojawił się pomysł na uratowanie pani doktor, który zawierał w sobie użycie jej wzorca z transportera. Otóż doktor Pulaski ma fobię – boi się podróżować transporterem, więc w bazach danych nie ma jej wzorca. I teraz się zastanawiam, czy ja mam omamy, czy mi się ubrdało, że w którymś z poprzednich odcinków pani doktor była przesyłana transporterem?

Ale sam lęk przed transporterem w ogóle wywołał mój radosny wyszczerz, bo to przecież nie pierwszy lekarz z USS Enterprise, który nie jest fanem tej metody przemieszczania się – doktor McCoy również unikał teleportacji, jeśli tylko mógł. Po trosze zresztą się im nie dziwię.
Inna sprawa, że to jeden z tych odcinków, w których myślę sobie, że Federacja chyba nie wykorzystuje w pełni potencjału transporterów. Przecież to ustrojstwo jest wszechmocne. Może wyleczyć każdą chorobę, nieomal dać Ci nieśmiertelność. W razie czego, przechowuje Twoją kopię zapasową. Wow. Po prostu wow. Dlaczego w serialu nie słyszymy o obficie finansowanym projekcie badawczym skupionym na transporterach?
Rozbawiło mnie też desperackie szukanie jej DNA. Najbardziej sterylne pomieszczenie ever. Gdyby ktoś musiał szukać mojego DNA w moim mieszkaniu, jedyne ryzyko byłoby takie, że odrodziłabym się jako półFraa-półpies. (czyli oczywiście Człes. Najlepszy przyjaciel samego siebie)



And, Doctor, God knows I'm not one to discourage input, but I would appreciate it if you'd let me finish my sentences once in a while.

The Schizoid Man


Premiera: 23 stycznia 1989
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Richard Manning, Hans Beimler

To jeden z tych odcinków, które tworzą historię Daty – z tego względu go lubię. Początkowo zapowiada się, jakby to miał być epizod z dwoma czy nawet trzema wątkami, te jednak bardzo szybko się splatają ze sobą i w efekcie dostajemy spójną, skupioną na konkrecie opowieść.
Zadziwia mnie jednak, jak źle ta opowieść świadczy o załodze USS Enterprise.
Po pierwsze: jak to możliwe, że tyle im zajęło zorientowanie się, że w Dacie siedzi umysł doktora Iry Gravesa (W. Morgan Sheppard)? Przecież manifestował to całym sobą. Mam wrażenie, że – poza krótką pogadanką u Picarda – nawet nie próbował udawać. Nawet nie znając fabuły widz od razu wie, co się kroi.
Po drugie: dziwi mnie, że kiedy już Picard odkrył, z czym ma do czynienia, jedynym rozwiązaniem, jakie znalazł, było unicestwienie „niepożądanego” umysłu. No bo przeanalizujmy: doktor Ira, jak sam zadeklarował, nauczył wszystkiego doktora Soonga – który zbudował Datę (i Lore’a). Można mniemać, że największy umysł w galaktyce byłby w stanie zbudować sobie nowe „ciało” – zresztą, przecież obiecał Kareen (Barbara Alyn Woods), że dla niej zmajstruje, więc sprawa była ze wszech miar wykonalna. Dlaczego więc, zamiast namawiać Irę do samobójstwa, Picard nie zaproponował, że zbudują nowego „pustego” androida i przeniosą do niego umysł doktora, uwalniając tym samym Datę? To niefajna niefrasobliwość, z którą uznali, że doktor Ira musi odejść – a przecież krygowali się nawet przy okazji profesora Moriarty’ego z holodeku, uznając, że jest zbyt żywy, żeby go tak po prostu usunąć. Zresztą, rozumiem, że produkowanie nowego ciała dla Gravesa mogłoby trochę potrwać – ale czy wobec tego nie można by – tymczasowo – przenieść umysłu doktora właśnie do holodeku? Nie mówię, że wszystkie te pomysły są świetne, ale jestem zaskoczona, że w ogóle nikt się nie zająknął o żadnym rozwiązaniu w tym stylu. Jeśli zależy nam na pokojowym rozwiązywaniu konfliktów, coś powinno się było pojawić przed „Ira musi umrzeć”.

Nie zmienia to faktu, że odcinek ogląda się ogromnie przyjemnie. Szczególnie bawi Ira, który świetnie się odnajduje w nowym ciele, w dodatku może powiedzieć o sobie kilka słów i nadal wyjść na skromnego – wszak pochwały wygłasza na pozór ktoś inny. Jedna z moich ulubionych scen to pogrzeb doktora i przemówienie Daty.
Riker, jak zwykle, budzi facepalma. Oto bowiem pierwszy oficer, widząc absolutnie kuriozalne zachowanie Daty, zamiast zdwoić czujność… uśmiecha się. Traktuje całą scenę jako, nie wiem, wygłupy androida. W sumie dokładnie takim samym wyrazem twarzy reagował na Okonę. I w ogóle mam wrażenie, że to taka jego życiowa postawa. Czy naprawdę musimy oglądać, jak Wesley Crusher bardziej się przejmuje dziwną postawą Daty niż Riker? Za co, na litość Jeżusia, ten facet został pierwszym oficerem? Ślepy na problemy, wszystko bagatelizuje i tylko błyska zębem ku doradcy Troi. Brawo on.
No właśnie, nawet doradca Troi była bardziej przydatna! Kurde, w tym odcinku realnie coś zrobiła! Szok i niedowierzanie. Raz, że wyczuła emocje, których nie powinna była czuć od Daty, a dwa, przeprowadziła testy psychologiczne. Czyli chyba, o dziwo, zrobiła to, co powinna była zrobić.
Swoją drogą, rozbawił mnie też zarzut rzucony pod adresem Picarda, jakoby kapitan był zainteresowany Kareen również pozasłużbowo. Była w tym ładna ironia, jako że akurat Picard to chyba ostatni z kapitanów Star Treka, któremu można by zarzucić jakieś osobiste zainteresowanie gośćmi na pokładzie Enterprise.

W ogóle muszę przyznać, że po otwarciu odcinka myślałam, że będziemy mieli do czynienia z nieco inną historią. Zapowiadało się na kolejną rozkminę na temat człowieczeństwa Daty, a tymczasem ten temat został bardzo szybko zepchnięty gdzieś w tło, a całość skupiła się na ratowaniu androida. Nie mówię, że to źle – po prostu spodziewałam się czegoś innego. Kwestia przyznania prawa do pierwszeństwa przeżycia byłby zresztą szalenie ciekawym wątkiem – gdyby tylko trochę bardziej go zgłębić. Jak wspomniałam na początku: odcinek właściwie nie daje widzowi żadnego wyboru. Data jest cacy i musi żyć dalej, Ira niech się cmoknie w trąbkę i umrze. Moim zdaniem to jednak nadmierne uproszczenie.




– I can safely say, that to know him, was to love him. And to love him, was to know him... Those who knew him, loved him, while those who did not know him, loved him from afar.

Loud as a Whisper



Premiera: 7 stycznia 1989
Reżyseria: Larry Shaw
Scenariusz: Jaqueline Zambrano

Główny bohater tego odcinka jest na tyle charakterystyczny, że nawet ja i moja dziurawa pamięć nie mamy problemów, by zobaczywszy go wiedzieć, co będzie dalej. O ile jednak dobrze pamiętam trzy głosy Rivy (Howie Seago) – Id (Leo Damian), Ego (Thomas Oglesby) i Superego (Marnie Mosiman) – ich białe stroje i tę zaskakującą zgodę na brak własnego życia, a także ich ponury los, o tyle zupełnie wyleciało mi z głowy, że chodzi o jakiś konflikt, mediacje i to, co wydaje się dość istotne, że Riva miał swój udział w wypracowaniu pokoju między Federacją a Imprerium Klingońskim. Zaś przedstawiciele wrogich planet tego odcinka w moich wspomnieniach nie występują w ogóle.
Myślę, że przy powtórnym oglądaniu zobaczyłam w tym odcinku o wiele więcej (w sumie nie ma się co dziwić jestem ponad 3 razy starsza…). Na tyle więcej, że chciało mi się pogrzebać w zbiorze ciekawostek, z których dowiedziałam się, że Howie Seago walczył o ten odcinek u producentów serialu. Sam będąc osobą niesłyszącą od urodzenia (głuchota w jego rodzinie była spowodowana wadą genetyczną ujawniającą się u chłopców) chciał, aby wśród wielu społecznych problemów, jakie prezentowane są w Star Treku, pojawił się też problem wyobcowania, pewnego odstawienia na pobocze, osób głuchoniemych.

O popatrz – to ja w ogóle nie zaglądałam do ciekawostek z tego serialu. Teraz, kiedy wspomniałaś o idei leżącej za kulisami odcinka, patrzę na niego inaczej. Doszukuję się sensu tam, gdzie go wcześniej nie widziałam – problem głuchoty dotąd bagatelizowałam, a skupiałam się raczej na idei Chóru i samym konflikcie. Teraz nie wiem: czy odcinek nie powinien jednak bronić się sam, bez konieczności szperania w ciekawostkach? A, prawdę mówiąc, sama nie wiem, czy bez informacji, którą się podzieliłaś, on się sensownie broni… Ale o tym za chwilę.

Riva jest osobą znaczącą. Pełni rolę mediatora w najtrudniejszych
Chór znika - źródło
sprawach i nigdy nie zaliczył porażki (swoją drogą to ciekawe, że do tej pory nie trafił na żadnego na wpół oszalałego i w sumie pewnie wystraszonego fanatyka, jak w tym odcinku [w ogóle jeśli mam być szczera, to Riva mnie nie przekonał, że jest istotnie jakimś nadzwyczajnym mediatorem. Takie farmazony, jakimi się posługiwał, mógłby pociskać każdy]). Pochodzi też ze znaczącej rodziny. Głuchota stanowi w niej normę, a jej przedstawiciele wypracowali sobie telepatyczny system komunikacji poprzez trzy osoby, które pełnią rolę Chóru, czyli mówią to, co myśli Riva. Zależnie od tego o czym i jak myśli, jakie emocje mu w tych myślach towarzyszą odzywa się kto inny. Mamy głos artysty/naukowca, mamy wojownika/podrywacza i trzeci – łączący harmonijnie dwa poprzednie. Ciekawe, że rola jakby nie było rozjemcy między głosami Rivy dostała się kobiecie [hum hum… taaak. Kobieta: bez własnego charakteru, ale ładnie się komponuje z panami. Nie wiem, trochę mnie jednak ubodło, że tamci mieli konkretne role, a ona została sprowadzona do roli pomostu między nimi].
Chór jest obecny przy Rivie niemal zawsze, a na pewno zawsze wtedy, gdy chce się on porozumieć z kimś, kto nie zna języka migowego, którym potrafi się posługiwać (początkowo może się wydawać, że nie, ale w końcu ta umiejętność zostaje przez scenarzystów ujawniona). Nie mogę przestać się zastanawiać, czy chór otrzymuje wypłatę? Logiczne jest, że przybywa na każde zawołanie, bierze udział w niebezpiecznych wydarzeniach (choć nie wygląda, aby jego członkowie zdawali sobie z tego sprawę aż do ostatniej chwili). Po ich śmierci Riva mówi, że stracił przyjaciół. Ale mam wrażenie, że pojął to dopiero po słowach Picarda, który wyraził współczucie z powodu śmierci właśnie przyjaciół, nie pracowników, nie służących, ale przyjaciół.
Dość niesamowita jest niema wściekłość i rozpacz Rivy. Rivy, który nagle
Riva panikuje - źródło
nie potrafi się porozumieć z nikim, bo nie zadbano, by ktokolwiek na Enterprise – pełniącym rolę promu dla Rivy – znał język migowy. [w ogóle dla mnie jest fascynujące, jak bardzo załoga Enterprise była nieprzygotowana do tego spotkania: nie dość, że nie mieli nikogo, kto znał język migowy – oni przecież nawet nie mieli pojęcia, że Riva jest głuchy. Nikt w Federacji nie pomyślał, że dobrze by było uprzedzić Picarda: „i kapitanie, Riva jest głuchy i towarzyszy mu Chór, który wyraża jego myśli – nie zdziwcie się, jak to zobaczycie”. Wydawałoby się, że to istotne informacje] Nie dość, że po raz pierwszy zawiódł, bo negocjacje między dwoma walczącymi frakcjami skończyły się zanim się zaczęły i to potrójnym zabójstwem, to na dodatek został opuszczony w obcym sobie środowisku. I nagle stał się bezbronny. Z pewnego siebie mężczyzny stał się kłębkiem nerwów, potrafiącym tylko komunikować coś, co najłatwiej zrozumieć jak „nie chcę, zostawcie mnie wszyscy z spokoju”. Nawet więź, którą zaczął tworzyć z Troi, nić porozumienia polegającą na umiejętnościach empatycznych Deanny, jest zbyt niedoskonała, by mogła wystarczyć w takim momencie. Nie da się ukryć, że frustracje tego typu są obecne w życiu osób głuchoniemych do dziś. Oczywiście najprostszą metodą jest napisać o co chodzi (ciekawe, że na to nie wpadli [wpadli – to znaczy Picard wpadł. I zaproponował Rivie, żeby może zapisał swoje myśli. Ale na to Riva tylko się żachnął i jakoś nikt nie podjął tematu – z powodów dla mnie totalnie niezrozumiałych, bo to przecież był naprawdę dobry pomysł]), ale co jeśli liczy się czas? Na szczęście Enterprise ma Datę, a dla Daty nauka pięciu języków opartych na gestach to kwestia kilku godzin. I Riva może zostać uratowany, a wraz z nim rozejm. W odcinku pojawiły się słowa o przekuwaniu czegoś złego w coś dobrego dla siebie. I to robi Riva. Zaczyna myśleć o sobie, jako o pełnej osobie. Jak o kimś, kto jest w stanie samodzielnie wyrazić swój głos. Nie potrzebuje do tego klakierów. Trochę szkoda, że musiały zginąć trzy osoby, by zrozumiał, że jego sposób komunikacji, choć niewątpliwie fascynujący, nie jest szczególnie praktyczny.
Swoją drogą kwestia Troi pozostaje bardzo ciekawa. Fascynacja Rivy piękną kobietą, którą wyraża przez jeden z głosów chóru (oczywiście przystojniaka, bo przecież wygląd poszczególnych głosów najwyraźniej musi oddawać ich charakter) moim zdaniem wcale nie podoba się doradczyni. Jak dla mnie ona jest niepewna, wystraszona i zażenowana. Tak wygląda. Cały czas jednak mówi, że podziela uczucia Rivy. Kłamie? Czy tylko aktorka ją grająca jest tak kiepska? A może to ja wyobrażam sobie inaczej wygląd kobiety zafascynowanej mężczyzną?

Znaczy ja myślę, że doradca Troi ze wszech miar była speszona faktem, że prowadząc osobiste rozmowy z Rivą musi porozumiewać się z przystojniakiem z Chóru. I ona chyba tego wcale nie ukrywa: wszak całkiem jasno mówi, że czeka na moment, w którym będą mogli rozmawiać z Rivą sam na sam, bez Chóru. I to jest zupełnie zrozumiałe, szczególnie z punktu widzenia kogoś, dla kogo jednak ta forma komunikowania się za pomocą trzech dodatkowych ludzi jest czymś obcym. Wyobrażasz sobie romantyczną randkę z taką trzyosobową widownią? Bo ja bym się czuła mega idiotycznie.
Inna sprawa, że cały ten wątek Rivy i Troi jest dla mnie trochę dziwny. Bo czuję, że serial chciał mi wmówić, że między nimi była jakaś większa chemia. A ja tam widziałam tylko zafascynowanie oparte na tym, że dzięki empatycznym zdolnościom Troi minimalnie lepiej się rozumieli. Czyli z Lwaxaną to już w ogóle Riva pewnie chciałby się z marszu ożenić. To taka fascynacja jak Romeo i Julia: hej, nic o sobie nie wiemy, ale ładnie się do siebie uśmiechnęliśmy, więc na pewno coś nas łączy.
Jeszcze inna sprawa: Troi mówi, że Chór to elegancka i piękna metoda komunikacji. Nie kupuję tego. Moim zdaniem to ogromnie niepraktyczny sposób i nie wyobrażam sobie, żeby coś takiego mogło zaistnieć. Do najbanalniejszych rozmów angażuje cztery osoby zamiast jednej. Kaman, czy to znaczy, że jest społeczeństwo, którego trzy czwarte zostało pozbawione własnej tożsamości i służy tylko tej głuchej jednej czwartej? Jak doszło do takiego wynaturzenia? Skoro Riva znał język migowy – dlaczego to ta metoda porozumiewania się nie była tą „główną”?

No właśnie ja po prostu nie kupuję, że to migowy nie jest metodą główną, a Chór to atrakcja dla obcych. Serio. Tak się nie da żyć.

Osobną (i absolutnie niedomkniętą) kwestią jest wzrok Geordiego. Riva od
A Picard kontempluje niemożliwość - źródło
razu zwraca na niego uwagę, traktuje go jak swojego. A jednocześnie doktor Pulaski rzuca porucznikowi ot tak, jakby mówiła o nowym cukierku na rynku, a nie czymś naprawdę istotnym – „możesz widzieć. Tak naprawdę, bez wizora”. I Geordi się waha i ja to wahanie rozumiem bardzo dobrze, bo to nie jest łatwa decyzja: wymienić coś sprawdzonego na coś, czego się kompletnie nie zna. Nawet jeśli chodzi o oczy. [mnie totalnie urzekło, że doktor Crusher nigdy się na ten temat nie zająknęła, a doktor Pulaski, z właściwym sobie chłodem, stwierdza „tak, mogę wyhodować Ci oczy, robiłam to już dwa razy”]
Lubię ten odcinek. Lubię kiedy chór zaczyna współpracować i ich wypowiedzi płynnie się przenikają. Całkiem fajnie wyszło pokazanie tego wymieszania emocji i popędów w człowieku.

U mnie właśnie trochę odwrotnie. To znaczy z jednej strony, przyjemnie mi się ogląda ten odcinek. Ale jak zaczynam o nim myśleć, to dochodzę niezmiennie do wniosku, że to się jakoś nie trzyma kupy…



– The real secret is turning disadvantage into advantage.

The Outrageous Okona

il.: Brett Hetherington (źródło)

Premiera: 12 grudnia 1988
Reżyseria: Robert Becker
Scenariusz: Les Menchen, Lance Dickson, David Landsberg

Okej, coraz mocniej czuję, że jestem na ten serial trochę za stara. Pierwszym sygnałem był Riker. Tym razem: Okona (William O. Campbell - z ciekawostek: o mały włos, a to właśnie on, a nie Jonathan Frakes, zostałby Rikerem), czyli startrekowy Han Solo (tak szczerze, to starwarsowego Hana Solo jakoś też za bardzo nie czuję). Awanturnik, hultaj, kochanek. I, żebym nie była źle zrozumiana, doceniam ideę, która skrywała się za tym epizodem. Raz, że mieliśmy ładne przełożenie Romea i Julii na sci-fi. Z tą różnicą, że tym razem Romeo i Julia mieli przy sobie życzliwą duszę, która sprawiła, że im się udało. Dwa, że odcinek do pewnego stopnia pokazuje konsekwencje sądzenia książki po okładce, a raczej: człowieka po reputacji. Fakt, że obaj ojcowie – zarówno Debin z Atlec (Douglas Rowe) jak i Kushell ze Straleb (Albert Stratton) – z marszu założyli, że z całą pewnością winnym jest Okona i ruszyli za nim w desperacki pościg, sporo mówi o tych dwóch panach. Jak to ujął sam Okona:  tak rodzi się reputacja.
Po trzecie wreszcie, odcinek dał nam kolejną porcję prób uczłowieczenia Daty, a to się zawsze przyjemnie ogląda. Android jest rozczulający w swoim niezrozumieniu rzeczy, które dla nas są oczywiste.
Niemniej dojście do tych wszystkich wniosków oznaczało przedarcie się przez całe morze głupoty.

Przede wszystkim, jak już wspomniałam, mam problem z samym Okoną. I z tym, jak serial próbuje nam sprzedać go jako olśniewającego, obezwładniającego swoim czarem amanta. No bo ja tego nie czuję. I mam ochotę gryźć klawiaturę, kiedy widzę, jak pani obsługująca transporter (Teri Hatcher, choć podobno po dziś dzień się tego wypiera) rozpływa się pod spojrzeniem Okony, który… nie wiem: powiedział jej, że jest ładna. [ja poczułam się na tyle zażenowana, że aż odwróciłam wzrok od ekranu… co uświadomiłam sobie po chwili] No bo w gruncie rzeczy to właśnie zrobił. Trudno zresztą, żeby odnosił się do innych walorów tej pani, skoro zobaczył ją pierwszy raz w życiu. Niemniej w kolejnej scenie pani z filuternym uśmiechem prowadzi Okonę do alkowy.
Tak całkiem szczerze: Komik nie był zabawny.
Nic dziwnego, że nie potrafił pomóc Dacie. (źródło)
Serio, serialu? Tak mizerna jest twoja opinia o kobietach? Jesteś Star Trekiem! To nie powinno tak wyglądać! Okona nie jest Kirkiem! Zresztą, nawet Kirk natrafiał na kobiety, które stawiały mu odpór. A Okona, brzydko temat ujmując, w każdej scenie obraca inną panią. I okej, kupiłabym to, gdyby zaprezentowano kwestię trochę inaczej: ot, po prostu ta nasza moralność i szeroko pojęta cnotliwość nie ma zastosowania w świeckiej, pragmatycznej przyszłości. Spoko. Tylko to by wymagało przedstawienia Okony i jego kochanek jako równorzędnych partnerów. Tymczasem wyraźnie widzimy, że to Okona błyśnie uśmiechem, łypnie, mrugnie, muśnie po dłoni i załogantka USS Enterprise najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie się oprzeć. I to mi się zupełnie, ale to zupełnie nie podoba.
Żeby było zabawniej: Okona wydaje się w gruncie rzeczy szczery w swoich działaniach. Nie chce wykorzystywać tych kobiet, nie sygnalizuje w żaden sposób, że jest od nich lepszy czy że znajduje się wyżej w hierarchii. Za moje negatywne odczucia nie odpowiada bezpośrednio ten bohater, a raczej otoczka, jaka usilnie jest wokół niego budowana.
Bo ja naprawdę nie ogarniam tego powszechnego zachwytu Okoną. Chyba wolałabym, żeby się koniec końców okazało, że miał na przykład jakaś sprytnie schowaną buteleczkę z feromonem czy innym ciulwiczym, które rozpylał wokół siebie i otumaniał tym ludzi. Byłoby wiarygodnie. No bo serio, czy na pokładzie USS Enterprise brakuje przystojnych, uprzejmych mężczyzn? Szczerze wątpię. Czy Wesley nie spotkał innych ludzi, którzy mogliby mu zaimponować swoim sposobem życia? Zdecydowanie szczerze wątpię.  Zresztą, w tym kontekście absolutnie uwielbiam kapitana Picarda, który – jak się zdaje – jako jedyny był odporny na czar Okony.

Co do Wesleya, to mam wrażenie, że on po prostu nie spotkał takiego człowieka. Wyraźnie to zupełnie inna klasa ludzi, planet, życia w kosmosach. Poukładana Federacja, nie oferuje takich znajomości. A nowe jest fascynujące i tyle.

Ojacieflirttakiwyrafinowany (źródło)
Inna sprawa, że akurat fajnie rozegrali relacje Okony z młodym Crusherem: tak naprawdę to Wesley sprawił, że cała intryga znalazła szczęśliwe zakończenie. Sprawił to swoją, jakkolwiek głupio to brzmi, niewinnością i dobrocią. Swoim troskliwomisiowym serduszkiem, które kazało chłopakowi poruszyć temat samotności w rozmowie z Okoną.

Przyznam, że ja nie mam pojęcia, czemu Okona od razu nie załatwił sprawy. Co miał do stracenia? Klejnot, którego nie ukradł, bo przecież nie jest złodziejem? Czemu to musiało być takie dramatyczne? Ogarniam, że mógł przez chwilę myśleć o kryciu swoich „pracodawców”, ale w sytuacji, gdy z tego powodu niemal wybucha wojna międzyplanetarna? No dobra, w sumie panowie mogli być randomowymi kolesiami i niekoniecznie przywódcami swoich planet. Tego jakoś nie jestem pewna. Chciałam też dodać w tym miejscu, że uwielbiam tę wizję – planeta jak państwo. A co się stało z kontynentami? Z odległościami na samej planecie? Z różnicami między ludźmi zamieszkującymi różne strefy klimatyczne? Uwielbiam tę wizję, bo widzę w niej taką małą próbę oswojenia nieskończonego i niewyobrażalnego ogromu kosmosu. I mnie to nieodmiennie wzrusza.

W ogóle muszę tu przyznać, że kiedy oglądałam ten odcinek po raz pierwszy, najważniejszy plot twist zdecydowanie mnie zaskoczył. Od samego początku węszyłam spisek i byłam święcie przekonana, że Okona coś knuje. Szczególnie kiedy chciał popatrzeć, jak Geordi naprawia uszkodzoną część – pomyślałam sobie „aha, będzie próbował przejąć Enterprise z maszynowni, albo przechwycić technologię”. A potem: wow, jednak nie? Jednak jesteś po prostu poczciwym chłopem? Toś mnie zaskoczył, Okona! Toś mnie zaskoczył, odcinku!

Prawda? U mnie to samo. No bo po co inaczej miałby wszędzie wściubiać nos. A on po prostu chciał być przy operacji na swoim statku. Chciał wiedzieć, jak go naprawić ponownie w razie czego. Co mu wetkną. Kapitan, nawigator, pilot i mechanik w jednym. Nie miał nawet Chewbacci, żeby mu mógł podać śrubokręt. Poczciwy chłopak ze zdrowym libido… (Riker… przez chwilę wyglądałeś tak, jakbyś i ty chciał tego libido zasmakować, w czym nie widzę niczego złego, ale jednak ten rozmarzony wzrok nieco mnie zaskoczył).

Inna sprawa: za Okoną ruszyły dwa okręty, jeden dowodzony przez Debina, drugi – przez Kushella. I jeszcze tyle o ile jestem w stanie ogarnąć, że ten ostatni zabrał ze sobą syna: ot, młody następca tronu, niech się uczy i hartuje, spoko. Ale po jaki ciul Debin wziął na tę wyprawę córkę w zaawansowanej ciąży? Przecież cała akcja mogła się skończyć bitwą z licznymi ofiarami. Naprawdę władca Atlec z taką lekkością poświęciłby życie Yanar (Rosalind Ingledew) i jej nienarodzonego dziecka? Może zamiast tego zabrałby jednak, nie wiem, dodatkowego żołnierza…?

A poza tym wszystkim mamy Datę – i jego próbę zrozumienia humoru. I to wszystko jest jednocześnie głupie, bo mam wrażenie, że niepotrzebnie komplikują temat, który superinteligentny komputer powinien móc rozpykać, ale też lubię to oglądać, no bo Data jest taki uroczy w tej nieporadności. I tak się stara, ale mu ciągle nie wychodzi. I to rozczarowanie, kiedy orientuje się, że holograficzna widownia jest zaprogramowana tak, żeby śmiać się ze wszystkiego, niezależnie od faktu, czy to rzeczywiście dowcip czy nie. Jakby ktoś mnie pytał o zdanie, to scena, w której Data widzi, że to w istocie program odpowiadał za salwy śmiechu z widowni, jak mało która świadczy o człowieczeństwie androida. No i oczywiście ogromnie doceniam Guinan za wytrwałe wspieranie Daty w jego dążeniu do bycia zabawnym.

To jeden z tych odcinków, który ma w sobie masę fajności i porusza ciekawy – stary jak Shakespeare – temat, ale jednocześnie posługuje się zupełnie głupimi narzędziami, by osiągnąć swój cel. Lubię go, ale niczego mi nie urwał.



– So… if you put funny teeth in your mouth and jump around like an idiot, that is considered funny!

Elementary, Dear Data

Źródło (wieszałabym na ścianie bardzo!)

Premiera: 3 grudnia 1988
Reżyseria: Rob Bowman
Scenariusz: Brian Alan Lane

Data i Sherlock Holmes! Odcinki, na które czekam i wiem, że będę się dobrze bawić na wielu poziomach. I tak oczywiście było i tym razem, a przyczyniła się do tego nie kto inny tylko pani dr Pulaski, która konsekwentnie odmawiając Dacie człowieczeństwa zakłada się z Geordim, że jego przyjaciel nie da rady rozwiązać zagadki, której nie poznał z lektury przygód słynnego detektywa. Co istotne – nie mamy pojęcia, czy dałby radę czy nie, bowiem w trakcie dochodzenia, co innego staje się istotne, a historia skręca w nieprzewidzianym przez wydającego polecenie komputerowi komandora LaForge’a.

I ja z wielu względów uwielbiam te holodekowe przygody Daty i Geordiego, choć z drugiej strony: serio, Gwiezdna Floto? Jak to możliwe, że w ogóle jeszcze istniejesz? Koleś podchodzi do panelu i wydaje polecenie, które w kilka chwil destabilizuje funkcjonowanie całego Enterprise i stanowi śmiertelne zagrożenie dla załogi. Komputer w mojej poprzedniej pracy miał lepsze zabezpieczenia niż ten na pokładzie USS Enterprise. Więc kiedy tak oglądałam ten epizod po raz któryś, dotarła do mnie jednak głupota leżąca u podstaw całej intrygi.

Trudno zaiste bronić tej głupoty, facepalm pojawił mi się w mózgu, gdy tylko chłopcy usiedli do stołu obrad z kapitanem i resztą. Niemniej interesująca z tego punktu widzenia była reakcja kapitana na pomysł Geordiego. Wyglądało to jak „tak, synku, troszkę skopałeś, taki błędzik, tatuś musi naprawić”, podczas gdy IMO Picard powinien się zastanowić, czy maszynownia jego statku leży w odpowiednich rękach. Ale to nie zmienia faktu, że fabuła pchnięta do przodu gigantycznym imperatywem jest po prostu dobra, no.

Bardzo mi się podoba niezrozumienie Daty dla potrzeby powolnego
Źródło
odkrywania zagadki, zabawa w jego wykonaniu wygląda jak zabawa dzieci w wieku przedszkolnym, które naśladując dorosłych zajmują się tylko wybranymi sekwencjami, powtarzanymi w kółko. Nie da się ukryć, że android na swej drodze do człowieczeństwa jest wciąż znacznie bliżej startu niż mety. Równie duży entuzjazm wzbudza we mnie fakt, że przyjmuje uwagi dr Pulaski z uwagą i wyraźną chęcią zrozumienia. Wygląda to tak, jakby wyciągał od niej wszystko, co może mu pomóc w nauce bycia człowiekiem. [Hej, jest androidem – oczywiście, że słucha i wyciąga wnioski. Dlatego jest lepszy od prawdziwego człowieka, który by strzelił fochem i poszedł do swojego pokoju!]

Dodatkowe punkty zdobywa odcinek za postać dr Moriarty’ego (Daniel Davis), którego przenikliwość i umiejętność obserwacji a także interpretacji tego, co widzi, komputer pokładowy Enterprise oddał bardzo dobrze. Te cechy nadane hologramowi pozwalają mu uzyskać samoświadomość, a tym samym stać się przeciwnikiem godnym Daty. Takim, który potrafiłby Datę przechytrzyć. I robi to, ale nie po to, by wygrać i zdobyć pozycję najinteligentniejszego człowieka epoki wiktoriańskiej, do czego dążył książkowy Moriarty. Ale do tego, by zaistnieć w pełni. By stać się materią, nie tylko energią. I kiedy to już zostaje wyjaśnione, kapitan Picard daje mu obietnicę, iż jeśli tylko pojawi się taka możliwość techniczna, hologram nemesis Holmesa dostanie formę cielesną i będzie mógł funkcjonować poza holodekiem. Można się zastanawiać, czemu kapitan obiecuje coś takiego komuś, kogo przecież nie zna i kto stanowi przecież zagrożenie dla załogi i statku. Czy powinien? Skąd w ogóle to wrażenie, że Picard jest hologramowi Moriarty’ego coś winien? Odpowiedź dla mnie jest oczywista – szacunek dla życia (bo uważam, że dla człowieka z uniwersum Star Treka samoświadomość jest najwyższym dowodem istnienia), które się w pewien sposób powołało. Odpowiedzialność za nowo powstałą jaźń, za jej emocje i pragnienia. Uwielbiam to w Star Treku i uwielbiam to w Picardzie. Nie wspominając o tym, jak on wygląda w cylindrze…

Chociaż, prawdę mówiąc, to trochę dziwne, że Moriarty – postać wygenerowana przez komputer w ramach rozrywkowej symulacji – osiągnął pełnię człowieczeństwa w niecałą godzinę, podczas gdy Data męczył się z tym w zasadzie przez całe życie. Skoro komputer Enterprise jest dziełem ludzi, to czy ci sami ludzie nie mogliby pogrzebać w Dacie i dać mu emocjonalności na poziomie Moriarty’ego? Wychodzi na to, że jeśli Moriarty jest komputerem, to Data co najwyżej liczydłem. A dotychczas był przedstawiany inaczej.
Inna rzecz, że sam motyw świadomego hologramu bardzo lubię. I Star Trek chyba też bardzo to lubi, bo to nie pierwsza i nie ostatnia scenka tego typu. Zalążek podobnego problemu mieliśmy przecież w The Big Goodbye, choć nie na taką skalę. A i sam Moriarty jeszcze do nas wróci, co cieszy, bo w ciągu tego odcinka udało się twórcom wykreować naprawdę fajną postać z dużym potencjałem.

Bo ten odcinek to także cudowny fanservice dla mnie. Sherlock Holmes i dr Watson to jedne z moich absolutnie ukochanych postaci. Widok kostiumów z epoki (dr Pulaski doskonale prezentuje się w bordo) zawsze wywołuje u mnie dodatkową przyjemność. Worf wygląda w surducie świetnie, a podśmiewający się Riker wzbudza we mnie jedynie chęć przewrócenia oczami. Ja bym ich wszystkich poprzebierała od razu i miała morze uciechy. [go home, Riker…]

O czym jeszcze warto wspomnieć? O relacji pani doktor i Moriarty’ego.
Źródło
Bardzo, bardzo chciałabym zobaczyć więcej, bo zapowiadało się świetnie. Dżentelmen starej (bardzo starej) daty i konkretna, energiczna kobieta, którą ja widzę jako kogoś, kto nie traci czasu na pierdoły. I rozmowa o ciasteczkach. Lubię. [Doktor Pulaski przepięknie znosi kryzysowe sytuacje: z idealnym chłodem i spokojem, bez tracenia czasu na panikowanie. Wyciąga po prostu z sytuacji tyle, ile może. Muszę przyznać, że mi zaimponowała]

Podsumowując – świetna fabuła, mocno startrekowy problem w ciekawym ujęciu i chyba też trochę oddechu dla aktorów od standardowych kostiumów. A taka zmiana tła zawsze mile widziana. Nie mogę też pominąć silnie do mnie przemawiającego stwierdzenia Geordiego nad pięknym skądinąd modelem HMS Victory, tłumaczącemu Dacie swoje pragnienia – człowiek zawsze tęskni do tego, czego nie ma.


– What I have seen... what I have learned... fascinates me. I do not want to die.