A Matter of Perspective

(źródło)
Premiera: 12 lutego 1990
Reżyseria: Cliff Bole
Scenariusz: Ed Zuckerman

To kolejny z epizodów zrealizowanych, jak się wydaje, nieco po taniości: skromna obsada, niewiele wnętrz, całość sprowadzona do opowiadania w kółko tej samej historii. Na szczęście jednak tym razem to się udało, mimo że autor scenariusza nie mógł pochwalić się spektakularnym doświadczeniem ani w pisaniu Star Treka, ani w pisaniu w ogóle. Czy to jednak intuicja Zuckermana, czy może obfita pomoc rozlicznych współtwórców serii, tym razem ta konwencja bardzo ładnie zagrała i pomogła w zaprezentowaniu widzowi fajnego tematu: kwestii punktów widzenia.

Odcinek jest odcinkiem „sądowym”. Znamy takie od dawna, bo przecież nawet w Oryginalnej Serii pojawił się chociażby epizod Court Martial, a i później załogi kolejnych statków Enterprise (i Voyager) bywały na bakier z rozmaitymi wymiarami sprawiedliwości. Różnica polega na tym, że tym razem, jak wspomniałam, właściwa historia – czyli, w tym przypadku, odtworzenie wydarzeń prowadzących do popełnienia domniemanego morderstwa – zostaje opowiedziana na początku odcinka i niewiele się w tym temacie zmienia. To nie tak, że nagle dostajemy jakieś superważne informacje, które kompletnie zmieniają zeznania.
Przeurocze jest też to, jak różni się
przebieg bójki w zależności od tego,
kto ją relacjonuje (źródło)
No bo co tak właściwie się zmienia w kolejnych relacjach prezentowanych podczas rozprawy? Raz to Riker twierdzi, że został uwiedziony przez Manuę Apgar (Gina Hecht), innym znów razem Manua utrzymuje, że Riker nieomal ją zgwałcił – co ciekawe, żadne z nich nie kłamie, o czym zapewnia nas doradca Troi. I prawdę mówiąc, nie mam większego problemu z uwierzeniem w to. Być może każde po trosze uwodziło, każde wierzyło w swoją wersję – to całkiem prawdopodobne.
Właściwie to interesujące są właśnie te drobne różnice w zeznaniach poszczególnych uczestników procesu, te rozmaite punkty widzenia, a nie sama sprawa morderstwa. Bo ta – co tu dużo mówić – nie za bardzo trzyma w napięciu. Przecież znamy Rikera nie od dziś. Dobrze wiemy, że jest krystalicznie czysty i niewinny. Znamy też konwencję i wiemy, że kapitan Picard dowiedzie niewinności swojego pierwszego oficera. Nie ma tu żadnego punktu do niepokoju.

Dodatkowo interesująco wypada tutaj początkowa scena, w której Picard usiłuje namalować obraz. Przyznam, że za pierwszym razem miałam wrażenie, że to scenka mocno bez sensu, która nie odnajduje w dalszej części odcinka żadnej kontynuacji. Dopiero później udało mi się ogarnąć, że jest wręcz przeciwnie: w zasadzie cały epizod jest kontynuacją tej jednej scenki. Cały proces Rikera jest próba namalowania obrazu. Każdy maluje go po swojemu: Riker, Manua, Tayna (Juli Donald). Nikt nie kłamie, po prostu różnie widzą to, co próbują odmalować, tak jak na początku każdy inaczej postrzegał nagą kobietę (choć koszmarnie było widać, że statyści z początkowej sceny chyba nigdy w życiu nie próbowali niczego namalować, bo miałam wrażenie, że ledwie ogarniali, z której strony trzymać pędzel). I w tym wszystkim pojawia się Picard – człowiek, którego spojrzenie jest co najmniej niekonwencjonalne. W jego obrazie nic nie pasuje do niczego. I właśnie to niekonwencjonalne, wykraczające poza normy spojrzenie, świeże i nieoczekiwane, okazuje się zbawienne dla Rikera i dla całej sprawy. W gruncie rzeczy to zostało bardzo ładnie zgrane.

Dużo w tym odcinku napatrzymy się
na to wnętrze (źródło)
Brakuje mi tak naprawdę chyba tylko jednego: zeznań Geordiego. Geordi po powrocie na pokład Enterprise był co najmniej poruszony. Z całą pewnością wiedział coś o sprawie, choć nie chciał sam niczego opowiadać kapitanowi. Nawet jeśli nie był świadkiem wszystkich wydarzeń, to jednak coś musiał widzieć i słyszeć, jakąś kłótnię, jakieś groźby – dlaczego więc nie uwzględniono również jego perspektywy? (końcową symulację traktuję nieco inaczej, bo to już wynik wspólnie prowadzonego śledztwa, a nie relacja z wcześniejszych wydarzeń)

Całościowo jednak pozytywnie odebrałam ten odcinek. Nawet jeśli nie trzymał w szczególnym napięciu, to jednak był na swój sposób intrygujący i może nawet trochę pouczający. Bohaterowie pokazali się od swoich najlepszych stron, a kapitan – jak zwykle zresztą – zachował fantastyczną równowagę między lojalnością a obiektywizmem (uwielbiam scenę, w której oskarżony Riker chce porozmawiać z Picardem na osobności, ale ten mu odmawia, wiedząc, jak bardzo niestosowne to by było w zaistniałych okolicznościach). Odcinek może i leniwy, może i po taniości, ale zdecydowanie udany.




- Investigator, in our system of jurisprudence a man is innocent until proved guilty.
- In ours, he is guilty until he is proved innocent, and you are under our jurisdiction.

Déjà Q

(źródło)

Premiera: 5 lutego 1990
Reżyseria: Les Landau
Scenariusz: Richard Danus

Omnomnom. Lubię ten odcinek. Bo Q. A ja lubię Q. A teraz to nawet jeszcze bardziej. Zawsze uważałam, że gościu w gruncie rzeczy nie jest zły – jest po prostu niedojrzały. Jest jak rozpuszczone, nieśmiertelne dziecko, którego piaskownicą jest cały wszechświat. I w związku z tym, ma się rozumieć, pakuje się w różnego rodzaju tarapaty i pakuje w nie również załogę Enterprise. Przy czym to, co dla Q jest zaledwie grą czy psotą, nierzadko stanowi o życiu i śmierci ludzi. I kiedy już serial przyzwyczaił mnie do takich realiów, nagle Richard Danus i Les Landau zaserwowali piękne pogłębienie postaci.
Bo nagle nasz dzieciakowaty Q dojrzewa. Może nie jakoś radykalnie, może nie jest to trwała przemiana, ale sam fakt, że w ogóle coś dziwnego zaczyna się dziać w głowie Q, to dużo. Spod płaszczyka niedojrzałego psotnika i egoisty wychyla się w gruncie rzeczy poczciwy koleś, którego po prostu wcześniej nikt odpowiednio nie pokierował.

Paradoksalnie, najlepszym nauczycielem człowieczeństwa okazuje się Data. W ogóle ogromnie uwielbiam ich relację. Jeden chce być człowiekiem, ale nie może, drugi zaś osiągnął ten cel, ale wcale mu to nie leży. Uwielbiam to, że Data – który jest wolny od zadawnionego żalu czy pragnienia zemsty – bez problemu daje szansę Q. Z całego androidzkiego serca stara się pomóc, a najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że Q docenia te starania. Scena, w której Data wybucha śmiechem, jest niemal wzruszająca. Ten pozornie egoistyczny, gardzący ludzkością Q, w rzeczywistości fantastycznie zrozumiał Datę – nie zmienił go w człowieka, chociaż to by nie przekroczyło jego możliwości, tylko pozwolił spełnić jedno małe marzenie. I to było piękne. Tak, niby mówił, że nie zamieni Daty w człowieka, bo bycie człowiekiem ssie, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że on doskonale wiedział, o co chodzi – bo przecież był już w podobnej sytuacji, kiedy postarzył Wesleya. Chłopak dość wyraźnie wyjaśnił wówczas, dlaczego mu to nie leży. A Q ma dobrą pamięć i zapewne nietrudno mu było skojarzyć fakty.
(źródło)
W ogóle myślę, że Q naprawdę dobrze rozumie ludzi. Nie chodzi mi o to, czy ich podziwia czy wręcz przeciwnie, bo tutaj relacja jest chyba bardziej skomplikowana, ale rozumie. Wie, jak skutecznie nadepnąć im na odcisk, ale jeśli tylko ma ochotę zrobić coś dobrego, to jest w tym świetny. Nie byłby tak skuteczny w swoich działaniach, gdyby nie było tego zrozumienia.

Prawdę mówiąc, chyba nie umiem się do niczego przyczepić w tym epizodzie. Bardzo przyjemnie mi się go oglądało, a wszyscy bohaterowie trzymali rewelacyjny poziom. Oczywiście, szoł ukradł – obok Q, ma się rozumieć – Data, ale inni też nie wzbudzili moich zastrzeżeń. Przede wszystkim podobało mi się, że zachowali się bardzo wiarygodnie i po ludzku. Nie otworzyli od razu serduszek przed Q w potrzebie, tylko patrzyli na niego spode łba, nieufni i z nieskrywaną satysfakcją. Szczególnie Guinan była uradowana, co zresztą fajnie przypomniało o tym, że ją z otaczającym wszechświatem łączą zupełnie inne relacje niż ludzi.

Ach, no i to odcinek z najmemowszym facepalmem Picarda! Warto to odnotować!



- Perhaps there is a… residue of Humanity in Q after all."
- "Don't bet on it, Picard.

The High Ground


il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 29 stycznia 1990
Reżyseria: Gabrielle Beaumont
Scenariusz: Melinda M. Snodgrass

To ostatni odcinek Następnego Pokolenia, za scenariusz którego odpowiada Melinda Snodgrass – i muszę powiedzieć, że trochę szkoda, bo ta pani ma na koncie fajne odcinki, problemowe, zahaczające gdzieś tam o istotę człowieczeństwa, trochę też konfrontujące osobiste racje z rozkazami i poczuciem obowiązku.
The High Ground nie jest tu wyjątkiem. Wprawdzie dostajemy też historię przez duże „H”, no bo jest wojna, terroryzm i próby zażegnania konfliktu, ale to nie jedyny, a co więcej – chyba nie najważniejszy – wątek.

Sama jestem zaskoczona, że piszę coś takiego, ale ten odcinek został poświęcony w dużej mierze doktor Crusher i to się naprawdę sprawdziło. Właściwie w żadnej chwili nie mogłam się przyczepić do Beverly – może raz, kiedy nagle wyskoczyła do jednego z terrorystów, że ma syna. Miałam trochę wrażenie, że to taka tamtejsza wersja „mam horom curke!” - ale rozumiem, że chodziło o coś zupełnie innego, a ja jestem przeczulona.
To nie tak, że doktor cały czas zachowuje się doskonale. Gdzieżby, przecież cała heca wynika z tego, że zachowała się źle! Bezpośrednio i nawet tego nie ukrywając olała rozkaz kapitana. A bez przesady, może i się przyjaźnią, ale to wciąż jej kapitan. I teoretycznie powinna zawinąć się z Worfem i Datą. Ale z drugiej strony, czy nie bylibyśmy nią wówczas rozczarowani? Jest lekarzem, więc dla każdego wydaje się jasne, że jej priorytetem będzie ratowanie ludzi. Oczekujemy od niej, że w takiej sytuacji oleje rozkaz kapitana, bo choć obiektywnie rzecz biorąc to naganne, w przeciwnym razie chyba jednak przestałaby… no nie wiem, przestałaby budzić zaufanie jako pani doktor.
Zarazem kiedy już oddział Ansatów uprowadzi Beverly, ta okazuje się wzorcowo nieustępliwa i oziębła. Jasne, koniec końców spróbuje ratować terrorystów, bo – jak poprzednio – ratowanie życia jest dla niej mimo wszystko najważniejszym priorytetem i tego nic nie zmieni. Ale nie ma w niej zrozumienia dla Finna (Richard Cox), nawet kiedy ten bardzo się stara swoje postępowanie przedstawić w racjonalny sposób. W ogóle ładnie jej podejście było widać w krótkiej scenie, w której po zbadaniu pacjenta doktor Crusher zagaduje do chłopca: z jednej strony jest empatyczna i miła, z drugiej jednak kończy wypowiedź gorzką konstatacją, którą sprowadza wszystko „na ziemię”.

(źródło)
Oczywiście, porwanie doktor Crusher odbija się też na innych członkach załogi. Przede wszystkim należy tu wspomnieć o młodym Wesleyu, który się zamartwia. Tu akurat wydaje mi się, że można by nieco to podbić, bo nie za bardzo czułam dramat dzieciaka, który lada sekunda może stracić matkę. Zamiast tego większy nacisk położono na kapitana.
No i kapitan ze wszech miar staje na wysokości zadania – bardzo mi się to podobało szczególnie w momencie, w którym delegował zadania i decydował, kto uda się negocjować z Rutianami. No bo wysłanie Wesleya do zespołu badającego obcą technologię było genialnym posunięciem. Z jednej strony pozbył się chłopaka, który totalnie do niczego nie przydałby się podczas rozmów dyplomatycznych, z drugiej zaś – nie pozwolił Wesleyowi odczuć, że się go pozbywa, tylko znalazł mu zadanie, przy którym tamten rzeczywiście mógł się przydać.
Nie mogę, ma się rozumieć, nie wspomnieć o tych członkach załogi, którzy byli rozczarowująco nieprzydatni. Właściwie nie ma tu zaskoczenia: doradca Troi i Worf. Troi nawet nie wzięła udziału w przesłuchaniach, co było dla mnie trochę dziwne, bo od jakiegoś czasu to robiła. Worf z kolei… no cóż, Worf. Worfa po tym odcinku powinni zwolnić. To nie tak, że faktycznie Ansatianie pojawiali się i znikali w mgnieniu oka, że nie dałoby rady jednego czy drugiego ustrzelić. To po prostu Worf w sytuacjach zagrożenia wolał stać i tępo gapić się przed siebie, a po wszystkim zamachać bezradnie fazerem w powietrzu, no bo ojeja, już nie ma do kogo strzelać. To nie był dobry odcinek dla Worfa.

(źródło)
Prawdą też jest, że ten odcinek nie stracił nic na aktualności, a kto wie, może nawet jest dziś bardziej na czasie niż kiedykolwiek – w tym momencie historii, kiedy ogromna część zachodniego świata żyje w nieustającym lęku przed terroryzmem i różnego rodzaju fanatyzmami, czy to na tle religijnym, czy politycznym. Podoba mi się zarówno zacietrzewienie Finna, jak i zacięcie Alexany (Kerrie Keane) i kompletne zagubienie Daty, dla którego to wszystko jest jakieś bez sensu. I jak mu wytłumaczyć, że człowieki po prostu takie bez sensu już są, że złe metody czasem działają?
O, teraz mi się przypomniał jeszcze jeden zgrzyt! Kiedy Crusher kłóci się o słuszność postępowania z Finnem, wytykając mu, że terroryzm jest zły i że Amerykanie walcząc o wolność nie mordowali niewinnych – chciało się jednak parsknąć „powiedz to Indianom, głupia buło”. No ale trochę rozumiem, że nie to było akurat tematem. A do problemu Indian przecież jeszcze nie raz wrócimy w tym serialu.

To fajny odcinek i chce się po nim wierzyć, że chłopiec, który opuszcza broń, rzeczywiście jest początkiem czegoś lepszego.




As a prisoner, he would have been a focus for violence as his followers tried to free him. Now he's a martyr. But the death toll might go down, at least in the short term. It's an imperfect solution for an imperfect world.

The Hunted

(źródło)

Premiera: 8 stycznia 1990
Reżyseria: Cliff Bole
Scenariusz: Robin Bernheim

Cliff Bole, czyli niejako ojciec chrzestny Bolian, to jeden z tych reżyserów, spod ręki których wyszły naprawdę solidne epizody. The Hunted niewątpliwie może od razu skojarzyć się z The Vengeance Factor, bo w obu przypadkach mamy nieco zbliżoną sytuację: oto jest zaawansowana obca rasa, która – jak się okazuje – osiągnęła ten poziom, przy okazji pozbywając się wszystkich tych, którzy nie pasowali do tego idealnego obrazka. I, niespodzianka, okazuje się, że takie wyparcie się części społeczeństwa prędzej czy później odbija się czkawką.
Podstawowa różnica między tymi odcinkami polega na tym, że Acamarianie dzięki temu rozłamowi zdołali w ogóle się ucywilizować, podczas gdy Angosianie sami najpierw stworzyli tę grupę, która miała im umożliwić osiągnięcie pożądanego stanu, a dopiero potem spróbowali zagrzebać ją pod dywan.
No i tutaj to przepraszam, ale ja Angosian ni w ząb nie rozumiem. To znaczy inaczej: rozumiem, ale tego nie lubię. Niestety, rozumiem. Absolutnie wierzę w to, że zrobili referendum i zapytali całego społeczeństwa, co zrobić z zaprogramowanymi, potencjalnie niebezpiecznymi superżołnierzami. I również wierzę w to, że społeczeństwo – mając wybór: wydać mnóstwo hajsów na resocjalizację albo zamknąć gdzieś daleko i zapomnieć – odpowiedziało: zamknąć i zapomnieć. Człowiek wszak jest tylko człowiekiem (a Angosianin Angosianinem) i, chcąc nie chcąc, będzie myślał przede wszystkim o interesie swoim i swoich bliskich, swojej społeczności. Kiedy Nayrok (James Cromwell) wyznaje Picardowi całą prawdę, można oczywiście się bulwersować, że to nieludzkie i że Angosianie są okrutnymi egoistami, tylko że prawda jest nieco smutniejsza, bo Angosianie nie są gorsi od ludzi.
(źródło)
No bo nie trzeba być nawet Amerykaninem, żeby rzuciła się tu w oczy analogia do problemu weteranów z Wietnamu. To znaczy jasne, nie jestem znawcą tematu i może sobie roję, no bo wiedzę czerpię głównie z amerykańskiego kina. Ale zdaje się, że dla USA to jest istotny problem, który angażuje uwagę twórców (że tylko tak zerknę w kierunku Rambo). Oto pod koniec XX wieku w kraju zaczęło się pojawiać coraz więcej totalnie przekręconych przez nowoczesną wojnę żołnierzy, którzy nie bardzo pasowali do społeczeństwa i nie było co z nimi zrobić, bo ludzie wówczas jeszcze nie bardzo słyszeli o zespole stresu pourazowego. Przypuszczam, że dziś już jest lepiej, bo i świadomość pewnych problemów wzrosła, ale wciąż przypuszczam, że sytuacja daleka jest od idealnej.
Angosianie poradzili sobie z tematem po swojemu. Nie ze złośliwości, tylko to im się wydało najpraktyczniejszym rozwiązaniem. Trzeba było Picarda, żeby uświadomił Nayrokowi, jakimi byli kutasami. Odcinek zostawia nas z właściwie dość optymistycznym finałem, który każe wierzyć, że ucywilizowana część mieszkańców Angosii III wreszcie się opamięta i spróbuje pomóc swoim weteranom, których sami „wyprodukowali”. I to nawet miłe, choć ja przyznam, że miewam nieco wątpliwości, jak się dalej potoczy los tej rasy. No bo kiedy Enterprise odleci, czy nie pojawią się nowe pomysły, jak by tutaj unieszkodliwić więźniów i wpakować ich znowu na Lunar V? Czy Picard naprawdę zdołał przemówić Nayrokowi do rozsądku i rozbudzić jakoś jego empatię? Tak mało wiemy o Angosianach, żeby snuć jakiekolwiek daleko idące wnioski – aż szkoda, bo to w ogóle planeta o niezwykle ciekawej historii (jak się zdaje na podstawie tych strzępków, które dane nam było poznać) i chciałabym poznać ją i jej mieszkańców lepiej.

(źródło)
No i chylę czoła: doradca Troi się naprawdę przydała. Wreszcie. Robiła dokładnie to, do czego była od samego początku przeznaczona, czyli wyczuwała emocje i na ich podstawie doradzała, rozmawiała, starała się załagodzić sytuację. Co więcej – z powodzeniem! Brawo ty, doradco!
Co mnie tknęło? Po raz kolejny jedna osoba w zasadzie zdołała przejąć Enterprise. Naprawdę, Gwiezdna Floto, powinnaś zainwestować w jakieś lepsze zabezpieczenia… Choć, swoją drogą, bardzo przekonująco odcinek prezentuje widzom Rogę Danara (Jeff McCarthy) jako superżołnierza: jest szybszy, silniejszy, ale też inteligentny, co ładnie pokazały początkowe manewry, kiedy to nasz uciekinier chowa się w polu magnetycznym, odbija od deflektorów i w ogóle wyczynia różne cuda. Sama oglądając to miałam wrażenie „hej, gościu jest dobry!”. No i ładnym akcentem było małe wskazanie na podobieństwa między Datą a Danarem: z jednej strony uczłowieczyło to Datę, z drugiej zaś – pogłębiło to niekomfortowe wrażenie odczłowieczenia Danara.




Prime Minister, even the most comfortable prison is still a prison.

The Defector


(źródło)
Premiera: 1 stycznia 1990
Reżyseria: Robert Scheerer
Scenariusz: Ronald D. Moore

Jesteśmy dalej w ciągu bardzo niezłych epizodów – zresztą, to nie zaskakuje jakoś szczególnie, bo zarówno scenarzysta jak i reżyser zdążyli już pokazać, na co ich stać. Zresztą, Ron Moore to twórca po wielekroć nominowany do prestiżowych nagród (Emmy, Hugo, Saturn) za startrekowe prace.
The Defector ponownie wprowadza na scenę Romulan. A z nimi, no to wiadomo: nic nie wiadomo. Jeśli Romulanin podaje Federacji jakąkolwiek informację, najprawdopodobniej należy ją podzielić przez cztery i obrócić o 180 stopni, to ewentualnie wtedy można dojść do czegoś, co leżało obok prawdy. Oczywiście, chyba że Romulanin przewidział tę podejrzliwość i na przekór od razu poda prawdziwe informacje, wiedząc, że nikt w nie nie uwierzy. Wkurzające, no nie?
Kapitan Picard przekonał się o tym na własnej skórze, kiedy przyjął na pokład Enterprise romulańskiego zbiega. Z jednej strony wiadomo, że Setal (James Sloyan) coś strasznie kręci, z drugiej jednak – jeśli przypadkiem mówiłby prawdę, to waga jego informacji jest nie do przecenienia.
Bardzo podoba mi się ten konflikt, w obliczu którego stanął Picard. I nie chodzi mi tu o konflikt między Romulanami a Federacją (choć to niezmiennie wiszące nad bohaterami zagrożenie wojny również lubię), a o dylemat, czy powinien zaufać zbiegowi. Przez cały odcinek czuć to napięcie i tę niepewność. Co więcej: do samego końca spodziewałam się, że jednak Setal okaże się kłamcą, a tymczasem zakończenie odcinka zdołało mnie zaskoczyć jeszcze bardziej opcją, która mi w ogóle nie przyszła do głowy, dużo ciekawsza od prostej alternatywy: Romulanin kłamie albo mówi prawdę.
To też jeden z – nielicznych, mam wrażenie – epizodów, w których doradca Troi robi to, co faktycznie do niej należy. Nie powiem, żeby jakoś świetnie jej szło, ale przynajmniej jej umiejętności są wykorzystywane trochę bardziej niż tylko do stwierdzenia oczywistych ogólników, które ślepy by zauważył.
No i Riker – kiedy myślę o nim z perspektywy tego odcinka, mając za sobą na przykład A Matter of Honor, wychodzi mi taki mały smaczek związany z tym bohaterem: on jest nie tylko serialowym flirciarzem, ale też naprawdę fascynują go obce kultury. Echa tego, z jakim oddaniem w drugim sezonie zgłębiał zwyczaje Klingonów, widać tutaj w scenie spotkania Setala z Worfem – okazuje się, że nie tylko Klingonów, ale i Romulan komandor Riker zna wcale nieźle. Sam Setal jest tym zaskoczony. A ja się cieszę, bo to bardzo fajnie wzbogaca postać.
Co jeszcze mi się podoba? Konsekwentnie budowana relacja Worfa z Romulanami. W ogóle Romulanie i Klingoni są świetni w dużej mierze dzięki temu, że z jednej strony wiele ich łączy: imperializm, chęć podbojów, wojowniczość, bezkompromisowość i niechęć do Federacji. Z drugiej jednak – dzieli ich wszystko inne. Serial fajnie przeciwstawia honor i dumę perfidnej dwulicowości, robiąc to jakoś tak, że ja nie umiem znielubić żadnej z tych ras.

No i jeszcze oczywiście temat samych Romulan: im więcej poświęca im się czasu antenowego, tym wyraźniej widać, jak niejednorodna to grupa. Jasne, to przecież oczywiste, jak się nad tym zastanowić – podobnie przecież niemożliwym by było zwięzłe scharakteryzowanie wszystkich ludzi na świecie za jednym zamachem, bo każdy jest inny. Ale przy obcych rasach często się o tym zapomina. Tutaj widzimy wyraźnie, że nawet wśród tych zdradzieckich Romulan poziom uczciwości, patriotyzmu czy przywiązania do rodziny może być zupełnie różny i przywodzić do rozmaitych działań. Przy tym tak naprawdę nie da się na chwilę obecną wyważyć, gdzie jest jakaś średnia: czy to Setal był nieromulańsko poczciwy? Czy może Tomalak jest kutasem nawet jak na Romulanina?
Aha, mocno rusza mnie też zakończenie, z listem do córki. I szkoda, że serial oficjalnie nie wrócił do tego tematu, żeby to domknąć. Na szczęście jest zbiór krótkich opowiadań The Sky’s the Limit, w którym Geoff Trowbridge ogarnął ów wątek, ale przyznam, nie miałam tego jeszcze w rękach. Obiecuję poprawę.

To dobry odcinek, pełen napięcia, skomplikowanych relacji i emocji. Stawia dużo pytań o lojalność, patriotyzm i zaufanie, pozostawiając widza z dość gorzkimi myślami, ale też z poczuciem satysfakcji. Jak dla mnie, właściwie wszystko jest tu na miejscu i wcale się nie dziwię, że zarówno Moore jak i Scheerer zostali ze Star Trekiem na dłużej. Ewidentnie wiedzieli co robią.




Oh, what a fool I've been, to come looking for courage in the lair of cowards.

The Vengeance Factor

Ta. Fryzura. (źródło)
Premiera: 20 listopada 1989
Reżyseria: Timothy Bond
Scenariusz: Sam Rolfe

Ach, te cudne lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte w kinie i telewizji! Estetyka jak wyrzygana przez Mad Maxa, który obejrzał Amerykańskiego cyborga. Najzupełniej absurdalne ciuchy łączące w sobie elementy zbroi i ciulwiczego, długa grzywa i blizna – musi być blizna, bo nasz bohater jest twardzielem!
Ale oprócz tego, że przeogromnie bawi mnie prezentacja Zbieraczy, to odcinek w sumie całkiem nieźle wpasował się w inne historie ze Star Treka. No bo pomyślmy: mamy dzieje Acamarian, którzy pokonali targające ich cywilizacją konflikty, agresję i inszy syf poprzez podział: pokojowo nastawieni Acamarianie zostali na planecie, a młodzi gniewni, znaczy ci, Zbieracze, tułają się po kosmosie. Czyż to nie brzmi znajomo? Nie mówię o tym, o czym wspomniał Picard – że przypomina mu to wszystko historię ludzi na Ziemi. Nie, jest lepsze podobieństwo: Wolkanie. Przecież zmagali się niemal z tym samym problemem, przy którym to rozwiązanie przyniosło bardzo podobne efekty: planeta szczęśliwości i łagodności, a obok niej – grupka rebeliantów, takich bandytów o złotych serduszkach, którzy tak naprawdę wierzą w swoją sprawę i chcą dobrze.
Inna sprawa, że suweren z kolei przypomina mi inną panią w średnim wieku przy władzy – Kai Winn z DS9. I nie tylko chodzi mi o pewne fizyczne podobieństwo, ale też o ogólną postawę. Marouk jest z jednej strony poczciwa i chce dobra swojego ludu (nawet tego pierwotnie odrzuconego), z drugiej jednak pozostaje dumna i wyniosła i, prawdę mówiąc, dość wyraźnie widać, że gdyby Picard nie przyciągnął jej za uszy, nigdy nie zdecydowałaby się na rozmowy pokojowe.
Noga na stole. Tak rozpoznaje się kosmicznych
twardzieli w tłumie. (źródło)
Ale też muszę tu przyznać, że sama nie byłam przekonana do sensowności tych pertraktacji. Picard ochoczo mówi, że Acarianie mają tyle do zyskania, a praktycznie nic do stracenia. Co, dokładnie, mogą zyskać? Bo stracić mogą niską przestępczość, poczucie bezpieczeństwa, równowagę ekonomiczną, trochę ziemi… Wiem, co odcinek chce mi powiedzieć, ale uważam, że (może przez pośpiech, no bo tylko czterdzieści minut?) nie najlepiej sobie z tym radzi.

Tu pozostaje mi się tylko zgodzić. Bo też cały czas myślałam – no dobra, ale właściwie czemu mają się godzić na to wszystko dla garstki osłów, którzy się buntują, bo tak? I którzy chyba nie są zbyt mądrzy, skoro tak naprawdę kradną wszystko jak leci, czy to coś warte, czy nie?

Co mnie drażniło? Jedzenie! Serio! Oni zawsze to robią. Siedzą w kantynie, gadają, jak na stół wjedzie jedzenie, to nagle się zmywają. Bo „i tak mieli już iść”. Serio? Dlaczego oni zawsze idą po tym, jak przez pół godziny czekali na posiłek?
No i dlaczego trykorder medyczny nie wykrył wirusa…? Na czym polega jego medyczność, oprócz tego, że… nie wiem. Ma mniej funkcji? Było od razu mówić, że to biedatrykorder.
Aha, zostaje jeszcze problem doradcy Troi. Po raz kolejny była centralnie w miejscu wydarzeń, wokół niej działy się Rzeczy – takie przez duże „Rz”, jak no nie wiem, morderstwo na przykład – a ona kompletnie nic nie wyczuła. Owszem, później próbują to prostować, wprowadzając temat braku emocji u Yuty. Ale zrobili to trochę źle, no bo nie da się wiarygodnie opowiadać o tym, jak to się nie odczuwało pasji od wielu lat, jednocześnie sapiąc i niemal szlochając.

Brzuch wciągnięty, pośladki wypięte.
Można iść na podryw. (źródło)
Ale małe potknięcia pozostają tak naprawdę tylko potknięciami, na które bez większego problemu mogłam przymknąć oko. W dużej mierze jednak odcinek oglądało mi się przyjemnie. Doceniam emocje, które włożono w wątek Yuty i Rikera. Zresztą to był całkiem ładnie poprowadzony wątek – romans, ale nie do końca, i finał, który bolał wszystkich. I tak naprawdę bardzo mocne, fajne podkreślenie wagi różnic kulturowych. Nie wspominając o podniesieniu tematu tytułowej zemsty i pytanie, czy w ogóle coś takiego jak zemsta ma jakikolwiek sens? Dużo dobrego miał ten epizod.
I dużo męskich grzyw, którymi bohaterowie mogli zarzucać.

I smrodek! Smrodek, który się za nimi ciągnął, był aż widoczny. Bo oni byli wolni i się nie myli! Bo częste mycie skraca życie. No. A poważnie to ja chcę powiedzieć, że na początku nie ogarniałam, czemu Riker ją musiał zanihilować? Że niby nie działało na nią ogłuszanie? Pewnie tak. Ale potem pomyślałam, że może nie. Może nie do końca. Może ona po tylu latach życia tylko po to, by nienawidzić i prowadzić zemstę, nie potrafiła już żyć? I spojrzeli na siebie i on to zrozumiał. I tyle. Jest mocniej. I to jest moje zakończenie odcinka.

Zupełnie tego w ten sposób nie odebrałam. Ale przyznaję, że to niezła myśl! Może dlatego też Picard tak spokojnie siedział i patrzył, jak Riker dobija Yutę? Bo zobaczył tę nić porozumienia i wiedział, że to będzie najlepsze wyjście?
Ja osobiście wolę tę wersję, że na Yutę ogłuszanie nie działało i anihilacja była jedyną metodą na unieruchomienie morderczyni – ale szanuję Twoją wizję.




– You don’t like me, do you?
– I didn’t say that!
– No problem! I have many friends who don’t like me!

The Price

No to cię mam i będę cię brał (źródło)

Premiera: 11 listopada 1989
Reżyseria: Robert Sheerer
Scenariusz: Hannah Louise Shearer

Dzisiejszy odcinek skupia się na postaci doradczyni Troi. Na prywatnym aspekcie bycia doradczynią, półbetazoidką i do tego kobietą zakochaną od pierwszego wejrzenia. Szczęśliwy wybranek – Devinoni Ral (Matt McCoy) przybywa na USS Enterprise jako przedstawiciel jednej z czterech ras przystępujących do negocjacji o pierwszy stabilny tunel podprzestrzenny. Tunel odkryty przez rasę piątą, stanowi dla owej rasy rzecz trudną do wykorzystania, bo (uwaga!) nie posiada ona możliwości załogowych lotów kosmicznych… well… jakaś Pierwsza Dyrektywa? I jak w ogóle Barzanie dali znać na inne planety, że jest się o co bić?

Może sami nie potrafią latać w kosmosy, ale potrafią nadawać i odbierać sygnały? To akurat wydaje mi się całkiem sensowne. Większy kłopot widzę z Pierwszą Dyrektywą rzeczywiście, ale pewnie gdyby się uprzeć, też można by tutaj wybronić. Teoretycznie Federacja mogła skontaktować się z Barzanami mniej-więcej w tym punkcie ich historii, co Wolkanie z Ziemianami w Pierwszym Kontakcie, czyli: odkryli już napęd warp, tylko jeszcze nie do końca ogarnęli całą resztę.

No nie – bo Barzanie nie mieli załogowych statków kosmicznych. Ludzie mieli takowe przed napędem warp. Nie latasz w kosmosy? Nie pokazujemy ci się. Taka idea przecież Pierwszej Dyrektywy.

Jakby nie było – dali, wybrali rasę naukowców, rasę, która utrzymuje pokój od dziesięciu pokoleń i Federację. Wymieniłam wcześniej cztery rasy, gdyż do negocjacji wprosili się jeszcze Ferengi, wyrażając oburzenie, że ich pominięto. Być może zrobiono to dlatego, że zasadniczo Ferengi nie przebierają w środkach i pierwsze, co ogarnęli to podtrucie negocjatora Federacji. Niewiele tym jednak zyskali, bo jego miejsce zajął przebiegły Riker.
Tymczasem – co smutne – Deana Troi totalnie nie wyczuła zagrożenia. Zajęta była przeżywaniem romansu wszechczasów – masaże, dziki seks i babskie rozmowy podczas aerobiku. Swoją drogą, uwielbiam tę scenę. Rozmowa Troi z doktor Crusher jest urocza, wypada naturalnie i[tak, scena ma swój urok, polegający właśnie na takiej naturalności, ale moją uwagę odwracały ciągle te futurystyczne kostiumy] dobrze pokazuje lekkość i brak pruderii w podejściu do spraw seksu w dwudziestym czwartym stuleciu. A jednocześnie Beverly rzuca Deanie subtelne ostrzeżenie – wspomina swój ognisty romans, który trwał niesamowity tydzień.
W każdym razie, Troi, zamiast zajmować się tym, co powinna – a więc doradzaniem i
Troi jest bardzo rozciągnięta! (źródło)
wyczuwaniem – zagłębia się w błękitnych oczach, pozwala się nosić do sypialni (ciekawe, czy ten stereotyp rodem z harlequinów wyszedł twórcom odcinka przypadkiem, czy był zaplanowany z premedytacją; przyznam, że przewróciłam oczami) i generalnie się rozluźnia. A wyraźnie jest jej to potrzebne – na początku odcinka widzimy ją zirytowaną, zmęczoną i obolałą. Plasterek w postaci romansu zdecydowanie był jej potrzebny.

Jak dla mnie, jeśli była w tak złym stanie mentalnym, psychicznym, czy jakimkolwiek innym (a ufam, że mogła być, szczególnie biorąc pod uwagę jej fach, zapewne bardzo obciążający emocjonalnie i umysłowo), to kategorycznie powinna była poinformować o tym kapitana. Może skończyłoby się jakąś, nie wiem, medytacją czy czymś, może urlopem, ale zatajenie swoich problemów przed przełożonym było bardzo nieprofesjonalne i, jak widać, mogło narazić wszystkich na ogromne niebezpieczeństwo. No bo skoro w normalnych warunkach doradca Troi wyczuwa intencje załogantów znajdujących się na pokładzie innego statku, albo wręcz na planecie, do której orbity dopiero się zbliżają, to jak mocno musiała wyczuwać Ferengich stojących tuż obok niej?
A jak raz mogłaby się na coś przydać! Ech, ech… Romans romansem, ale jesteśmy dorośli i w pracy, w dodatku na ogromnie odpowiedzialnym stanowisku, dammit.

Popełniła błąd. Jest człowiekiem. Pół-człowiekiem, ale jest. To się zdarza. Skoro kapitanowi Kirkowi wolno popełniać błędy i to czyni go ludzkim, i w ogóle jest fajne w aspekcie budowania postaci, to Troi też.

Tymczasem załoga – w osobach Geordiego i Daty – bada tunel. Obydwu im coś się w nim nie podoba i oczywiście mają rację. Podziwiam ich odwagę. Wlecieli i w sumie mogli już nigdy nie wylecieć. I co by zrobili, skoro z prędkością warp 9 leciało się do miejsca gdzie wychodził tunel jakieś setki lat? A skoro leciało się tam tak długo, to skąd w ogóle wiedzieli, gdzie ten tunel wychodził? I ogólnie to naciągane wszystko jak dla mnie i tyle. [przyznam, że wątek tunelu był jakoś tak skamuflowany pod wątkiem doradcy Troi, że mi kompletnie umknął…]
Istotą odcinka jest jednak co innego. Mianowicie fakt, że ukochany Troi oszukuje. 
Przy nieokrągłym stole negocjacyjnym (źródło)
Wykorzystuje swoje betazoidzkie geny i manipuluje negocjatorami tak, by zostać jedynym kupującym na placu boju. Deana musi wybrać, kto i co jest dla niej ważniejsze. Nie widzę u niej wahania przy dokonywaniu wyboru, a jedynie żal. Również reakcja kochanka jest bardzo w porządku i ogólnie wszyscy zachowują się bardzo dojrzale. No, może poza Ferengi, ale to akurat w charakterze postaci. Mnie zaś najbardziej podoba się komandor Riker w rozmowie z Ralem. Zdecydowanie pozbył się już syndromu psa ogrodnika. Brawo, Will!

Ogółem nie jestem fanką tego odcinka. W pełni rozumiem, że w serialu czasem trzeba wrzucić jakąś historię bardziej kameralną, przybliżającą wybraną postać z innej niż zazwyczaj perspektywy, pogłębić trochę głównych bohaterów. Ale tutaj to się odbyło, jak na mój gust, za dużym kosztem. No bo wprawdzie pokazano nam inną, intymną twarz doradcy Troi, ale w moich oczach bardzo ucierpiała na tym jej twarz zawodowa.
Inna rzecz, że trochę odbił się ode mnie ten romans jako taki. No bo spojrzeli sobie w oczy i co? „Hej, jesteś ładny/a, kocham cię na zabój”? Nie lubię romansów zawieszonych w próżni, takich gdzie nie wiadomo, co właściwie łączy dwoje ludzi.

Chemia! Chemia ich łączy! To był taki typowy romans oparty na atrakcyjności fizycznej. Zdarzają się takie i przecież oni nie zostali ze sobą na wieki. Spodobali się sobie nawzajem, mieli ochotę na seksy, dziękuję. Tu nie potrzeba głębi. Jak się zaczęli poznawać, to się okazało, że mają rozbieżne poglądy na ważne sprawy i romans się skończył. Dla mnie OK.

To, co mi się spodobało, to z kolei pojawienie się stabilnego tunelu, prowadzącego do innych kwadrantów. Tak, będę miała przesyt takich atrakcji w DS9, ale póki co to cieszy, bo widać narodziny pomysłu, do którego wrócono dużo później.

No, stabilny to on nie był, jak się szybko okazało. Ale fakt, że temat się pojawia i że Federacja wie z czym taki tunel jeść i czego można się po nim spodziewać, jest fajny. W końcu znajdą coś, co będzie działało.



– You know, if this doesn't work, the thought of spending the rest of my life in here is none too appealing.

The Enemy

(źródło)

Premiera: 6 listopada 1989
Reżyseria: David Carson
Scenariusz: David Kemper, Michael Piller

Muszę powiedzieć, że ten odcinek zaczyna się naprawdę interesująco. Jest akcja, tajemnica, Romulanie, no po prostu grubo. I nawet dramatyczna muzyka. I bezużyteczny komandor Riker. I Geordi in distress. A także doradca Troi pociskająca oczywistości. No czegóż chcieć więcej?

A tak na serio: podoba mi się ten epizod. Przede wszystkim, bardzo ładnie pokazuje różnice kulturowe między ludźmi, Klingonami a Romulanami. Jasne, te różnice są dość oczywiste, w sensie że nie dowiemy się tutaj niczego stricte nowego. Niemniej to, co już wiemy, jest tu fajnie wyeksponowane. Choćby w scenie, w której na łożu śmierci Romulanin nadal nienawidzi Worfa, choć ten mógłby bezproblemowo uratować mu życie. Albo kiedy Bochra dziwi się Geordiemu, że ludzie tracą czas i zasoby na ułomne dzieci. Romulański upór i spartańskie wychowanie z jednej strony wydają się nierozsądne i niehumanitarne. Z drugiej jednak – to są przymioty, które jednak potrafią być niezwykle pożyteczne. Czy Geordi wydostałby się z powierzchni planety, gdyby nie Bochra? Nie wiem. Może tak, ale może by się poddał. Wszak był już na krawędzi.

(źródło)
Zresztą, widać coś jeszcze: że mimo wszystko na poszczególne rasy składają się jednostki. Owszem, mocno osadzone w swoich tradycjach, ale jednak każda ma swoją osobowość i na przykład Bochra (John Snyder) diametralnie różni się od Patahka (Steven Rankin). Zresztą, niechęć Worfa do Romulan też wydaje się mocno osobista, a nie spowodowana jakimś ogólnym klingońskim rasizmem.
W całej tej sytuacji podoba mi się Picard. Łatwo by było oczywiście uznać, że jako kapitan mógł od razu rozkazać Worfowi zostać dawcą i po kłopocie, ale myślę, że tutaj Picard ładnie udowodnił, że sięga wzrokiem dużo dalej. Porównał bliższe i dalsze korzyści i straty wynikające z poszczególnych decyzji i wybrał, tak myślę, mądrze.
Zresztą, muszę przyznać, że w ogóle mocno mnie zaskoczyło zakończenie wątku Patahka. Byłam przekonana, że w ostatniej chwili Worf się przełamie i uzna, że honorowo będzie uratować jeńca i tak dalej. Fakt, że jego upór doprowadził do tej śmierci, jest dość mroczny jak na Star Treka. Ale w taki dobry, emocjonujący sposób.

(źródło)
To, co też mi się podoba, to że w gruncie rzeczy nie mamy pojęcia, czego szukali Romulanie i co w ogóle robili na terytorium Federacji. Jasne, wiemy, że Tomalak (Andreas Katsulas) kłamał, ale to akurat nie dziwi – wszak mówimy o Romulanach. Ich tajemnica pozostała tajemnicą do samego końca. Lubię to, że twórcy nie uznali za niezbędne dorzucanie jakiejś ekspozycji związanej z tym wątkiem, bo przecież odcinek był o czymś zupełnie innym. A Romulanie… Cóż, Romulanie mają mnóstwo tajemnic i Federacja musi z tym żyć.

A tak w ogóle, to mam takiego hinta dla Geordiego i jego notorycznie gubionego wizjera: na stałe wczepiony w jakieś wygodne miejsce przycisk-nadajnik, który będzie odpalał sygnał na zgubionym przedmiocie. Geordi wciska przycisk i wizjer zaczyna pikać. Proste? Proste. Można by też trzymać wizjer na gumce (patent serdecznie polecany braciom Winchesterom i ich wiecznie gubionym pistoletom), no ale nadajnik i pikacz są bardziej PRO.



– You're lying!
– I never lie when I've got sand in my shoes, commodore.

Booby Trap

(źródło)

Premiera: 28 października 1989
Reżyseria: Gabrielle Beaumont
Scenariusz: Ron Roman, Michael I. Wagner

Gdybym miała podsumować ten odcinek jednym zdaniem, brzmiałoby ono: Geordi lepiej się dogaduje z komputerami niż z kobietami, a człowiek i tak górą. Pointa generalnie się do tego sprowadza. Po drodze mamy jeszcze bardzo ładny wykład o tym, że człowiek to istota, która rozwija się dzięki zainteresowaniom. Te mniejsze i większe fiksacje, działania pozornie zbędne, które podejmujemy, bo sprawiają nam przyjemność, dają nam parę do sięgania po więcej. A czasem mogą nas też zaprowadzić prosto w kłopoty.

Ta pointa właśnie do mnie nie do końca przemówiła. Znaczy wszystko było w porządku, do momentu, w którym Picard zakasał rękawy i sam usiadł za sterami zamiast Daty. Wiem, że chodziło o pokazanie wyższości człowieka, ale nadal wydaje mi się, że androidzko-komputerowa szybkość reakcji, precyzja i spostrzegawczość to w tamtej sytuacji były potężne argumenty na korzyść AI.

Tym razem kapitan Picard ma możliwość pochodzić po tysiącletnim wraku z kosmicznej wojny, która miała miejsce jakoś wtedy, co bitwa pod Grunwaldem… Kto by nie skorzystał? Przyznam od razu, że nie załapałam jak uruchomiła się pułapka, kto ją zostawił i w jaki sposób działała. Grunt, że była śmiertelna, że należało wprowadzić zmiany w napędzie, żeby w ogóle marzyć o ucieczce, a potem jeszcze wykonać parę ekstra szybkich manewrów, z którymi miał[ototo właśnie]
(źródło)
problem nawet komputer, a jednak Picard sobie poradził (wyjaśnienia dlaczego czynnik ludzki sobie poradzi, poza oczywiście podkreślaną parę razy chęcią przetrwania, też kompletnie nie załapałam, ale w sumie ja już się na to zwyczajnie zgadzam, że z braniem na rozum technikaliów trekowych sobie nie radzę).
I tu docieramy do Geordiego i jego problemu z kobietami. W ramach wstępu dostajemy nieudaną randkę. Wymyślony przez La Forge’a romantyczny wystrój włącznie z super żenującym skrzypkiem musiał prowadzić do katastrofy… jakby nie wystarczyło, że najwyraźniej nie miał żadnego wspólnego tematu ze swą wybranką. Na szczęście laska była w porządku i nie męczyła zbyt długo naszego bohatera.
To, co podziało się później, gdy Geordi, by ułatwić sobie wkręcenie się w myślenie nad problemem napędu, stworzył na holodeku pracownię, w której powstał jego prototyp, było w sumie doskonałym wyjaśnieniem, dlaczego randka się nie udała. Porucznik w bonusie do pracowni, zapodał bowiem hologram jego twórczyni. Nie tylko mądrej i niewątpliwie przy okazji pięknej. Przede wszystkim jednak dzielącej z La Forgem pasje i cele. Rozumieją się w pół słowa, zachwycają sobą nawzajem i oczywiście pędzą po rozwiązanie. Do ostatniej chwili.

Na obronę Geordiego muszę podkreślić, że to nie on wpadł na pomysł holo-Leah – komputer stworzył ją trochę przypadkiem. Owszem, Geordi trochę później poprawił symulację, ale, że tak to ujmę, nie on zaczął.
Myślę, że rzeczywiście widać tu, dlaczego randka się udała, ale raczej nie dopatruję się tego w fakcie, że Leah była hologramem. Sama wytknęłaś, że w początkowej scenie randki Geordi i jego wybranka wyraźnie nie mieli wspólnych tematów. Tutaj było wręcz przeciwnie: Geordi i Leah (abstrahując w tym miejscu od jej prawdziwości) dzielili wspólne zainteresowania, bah, w sumie to chyba nawet pasje. Pyszczki im się nie zamykały przecież. Myślę, że gdyby Geordi spotkał w maszynowni tego typu kobietę, zajaraną takimi tematami, również mogłoby między nimi zaiskrzyć.

Wszystko pięknie, ale mnie coś kazało się zastanowić, jak czułaby się oryginalna doktor Leah Brahms (Susan Gibney), gdyby wiedziała, że gdzieś tam w odległym zakątku galaktyki ktoś powołał do istnienia hologram o jej wyglądzie, wiedzy i osobowości i nawiązał z nim raczej osobistą relację. W jakiś sposób mnie to zaniepokoiło. Że w ten sposób można spełniać wszelkie swoje fantazje to raz – wydaje się to dość niebezpieczne. Dwa – że ktoś może kogoś innego kopiować bez jego wiedzy i zgody. Tu przypomina się odcinek XXX, w którym Riker nie chciał dać się sklonować. Tyle, że to jeszcze co innego. Ktoś powołuje do istnienia echo czyjejś osoby. Jakieś to dla mnie brrr.
(źródło)

Rozumiem, o co Ci chodzi, ale nie do końca się zgadzam. To znaczy tak: po pierwsze, jak wspomniałam wyżej, Geordi nie był tak do końca inicjatorem symulacji pani doktor. Po drugie, jakkolwiek z punktu widzenia Geordiego relacja była osobista, to przecież jednak komputer wyraźnie odmówił mu dostępu do prywatnych zapisków oryginalnej doktor Leah. Toteż jest pewna granica, której w holodeku jednak nie udało się przekroczyć.
Aczkolwiek masz zupełną rację co do tych obaw samych w sobie, odchodząc już nawet od Geordiego. Holodek zdolny do symulowania dowolnego istniejącego człowieka budzi pewien niepokój. Przy czym nasuwa mi się tu nawet nie epizod z klonowaniem (gdzie, jak pisałam w tamtej notce, imho Riker i reszta załogi Enterprise zachowała się dość samolubnie i nie do końca logicznie), a holoprogramy niejakiego Barclaya, który bez skrępowania tworzył symulacje Rikera, doradcy Troi i reszty załogi, by sobie odreagować czy to spuściwszy łomot holoRikerowi, czy będąc uwodzonym przez Troi i tak dalej. Tam już wyraźnie widać pewną niefajną stronę holodeku.
Inna sprawa, że po prawdzie w DS9 Quark właśnie na tej niefajnej stronie będzie trzepał grube latinum.
Co zrobić – wynalazki nie są same w sobie złe albo dobre – wszystko zależy od tego, jak się ich użyje.
 W każdym razie nie uważam, żeby akurat przypadek Geordiego był najbardziej niepokojącą opcją. Wszystko odbyło się trochę na wariata, trochę w dobrej wierze, a trochę przypadkiem. Jeśli rzeczywiście komputer choć trochę oddał w symulacji charakter doktor Leah, to myślę, że prawdziwa Leah jakoś by to przełknęła.

W sumie niewiele więcej mam do powiedzenia. Może poza tym, że o moją ulubioną scenę odcinka walczą dwie: O’Brian przyznający się do budowania modeli okrętów i zachwycone pasją kapitana miny Troi i Rikera.


– The ship in the bottle... Oh, good Lord, didn't anybody here build ships in bottles when they were boys?