![]() |
| Przyznaję: góglałam dotąd, aż znalazłam plakat inny niż ten główny. Nie cierpię tego głównego. |
Bez zbytniego przeciągania. Będą spoilery.
Starfleet Academy był serialem, którego w ogóle nie planowałam oglądać. Z wielu względów: po pierwsze, bo miało być o studenciakach, więc teen drama i zdecydowanie nie mój wajb. Po drugie, bo to sequel/spin-off (?) Discovery'ego. A o Discoverym mam, no cóż, bardzo złe zdanie. I mean: bardzo, bardzo złe. Ojojoj, jak złe. Na tak wielu płaszczyznach. Zresztą, moja bańka pełna była (i w sumie jest nadal) narzekania, jak nędznym serialem jest Starfleet Academy – nie byłam ani zaskoczona, ani zainteresowana. Później gdzieś doczytałam, że serial anulowany, później mignął mi nagłówek, że w sumie to był spoko – i ostatecznie pomyślałam sobie, że no dobra: 10 odcinków, to nawet jeśli będą słabe, jakoś wytrzymię. A i tak musiałam sobie coś odpalić do obierania ziemniaków i krojenia brukwi, więc uznałam, że Treczek będzie w sam raz.
Pierwsze wrażenie: okej, mamy naszego bohatera i jego smutne backstory. Poznajemy postacie, które pewnie będą miały znaczenie później, jest trochę płaczu. W tym miejscu jeszcze mogło to skręcić zarówno w dobrym jak i fatalnym kierunku. Potem przeskakujemy nieco w czasie i tak naprawdę zaczynamy poznawać bohaterów.
I tu przyznaję, że kopnęło mnie pierwsze pozytywne zaskoczenie: bo postacie są zupełnie fajne i polubialne. Wbrew moim obawom, Caleb bardzo szybko okazał się nie być ekwiwalentem Burnham – nie był merysójką. Miał słabości, popełniał błędy i – co ważne! – ponosił ich konsekwencje! Przy jednoczesnym byciu oczywiście geniuszem i złotym dzieckiem – no ale tam wszyscy byli w ten czy inny sposób geniuszami, wszak zostali przyjęci do Akademii Gwiezdnej Floty, czyż nie?
Przez moment nie mogłam rozgryźć, o co chodzi z Genesis i trochę się obawiałam, że jej perkiem będzie fakt, że jest ładną dziewczyną. Ale nie, dość prędko wyszła fajna dynamika relacji między nią a Daremem i wszystko wskoczyło na swoje miejsca.
I nawet z Discovery’ego wyłuskali i wykorzystali tak naprawdę to co najlepsze – czyli np. Jett czy Charlesa Vance’a, którzy teraz, nieprzytłoczeni przez wymuszoną zajebistość Burnham, wreszcie mogli zaistnieć jako autonomiczne postacie (wiadomo, drugoplanowe, ale nadal autonomiczne).
Koniec końców, najsłabszym ogniwem okazała się Tarina. Ale też nie od razu. Jako love interest Caleba była nawet urocza. Oboje byli, a ich wątek nie wydał mi się nawet jakiś nachalny czy odciągający uwagę od innych tematów. Problem zaczął się, kiedy Tarina zniknęła na pewien czas, a później wróciła. I zaczęła mieć pretensje do wszystkich wokół, że traktują ją jak potwora, że nikt nie spojrzy jej w oczy, że jest taka odrzucona i nieszczęśliwa. A mam z tym problem, bo dosłownie żadnej z tych rzeczy nie mieliśmy okazji zobaczyć – a wręcz przeciwnie: każda osoba, z którą Tarina rozmawiała, starała się być dla niej miła, wspierająca i pomocna. Mam wrażenie, że cały ten wielki problem istniał jedynie w głowie naszej Betazoidki i że to niekoniecznie było zamierzone.
No dobrze, mam jeszcze jeden problem, jeśli chodzi o bohaterów: Jay-Den Kraag. Bez problemu ląduje u mnie na podium moich ulubionych Klingonów, jest świetny. Niemniej no… nazywa się Jay-Den. Mogą wrzucać w to imię dowolną liczbę myślników, mogliby nawet dorzucić apostrof, ale to nadal Jaden. Ilekroć ktoś używał jego imienia, ja miałam przed oczami Smitha Juniora i to mi strasznie rozwalało tę postać. Nie akceptuję, że Klingon nazywa się Jaden. Kropka.
Bohaterowie bohaterami, no ale oni nie istnieją zawieszeni w próżni, prawda. No więc fabuła: zacząć muszę od tego, że oczywiście z samego założenia fabuła nie będzie miała tego, co jest jednym z moich ulubionych elementów składowych wszystkich Star Treków: eksploracji kosmosu. Rzecz się dzieje na Akademii i tylko czasem robimy wypad gdzieś dalej. Tyle tylko, że to wcale nie skreśla serialu – bądź co bądź, dokładnie na tym samym polegało Deep Space 9, które jest dość powszechnie uważane za jedną z najlepszych, jeśli nie w ogóle najlepszą, serię. Oswoiłam się więc z myślą, że tu nie o latanie po kosmosach chodzi.
O co więc chodzi?
W głównej mierze o to co zawsze: pokazanie kierunku, w jakim potencjalnie mogłaby rozwinąć się ludzkość. Pod tym względem muszę przyznać, że Starfleet Academy bardzo fajnie wraca do korzeni takich jak TOS i TNG: prezentuje pakiet ideałów i wartości, które towarzyszyły nam w tych najwcześniejszych seriach. Praktycznie każdy odcinek zawiera w sobie jakiś morał krążący wokół tego, że zaawansowana technologia w odpowiednich rękach może być fajna, a ludzie są w stanie się dogadać między sobą i dokonywać super rzeczy mimo dzielących ich różnic. Będzie też trochę o szacunku i zrozumieniu odmienności (szczególnie w odcinku Vox in Excelso) czy ogólniej o miejscu malutkiego człowieka w bardzo dużym wszechświecie (oczywiście głównie The Life of the Stars, który jednocześnie jest imho najgorszym z odcinków). To wszystko nie są jakieś odkrywcze motywy, w żadnym razie. Są po prostu miłe i u swoich podstaw bardzo startrekowe.
A co do teen drama, to – wbrew moim obawom – wcale nie było tego jakoś bardzo dużo. Oczywiście, jak wspomniałam: mieliśmy wątek miłosny Caleba i Tariny. Sęk w tym, że w zasadzie wszystkie te osobiste wątki mogłyby zaistnieć w kontekście całkiem starych postaci i to nadal by grało. To nie były stricte „nastolatkowe” historyjki. Kraag (ha, widzicie, co zrobiłam? Wcale nie trzeba używać jego głupiego imienia!) dosłownie rozwiązuje kryzys dyplomatyczny między Federacją a Klingonami i właściwie ratuje cały swój lud. Darem musi dokonać wyboru, czy spełniać oczekiwania rodaków i spędzić życie w zaaranżowanym małżeństwie, czy robić swoje na Akademii – co brzmi dość nastolatkowo, dopóki człowiek sobie nie przypomni, że w dość podobnej sytuacji znalazł się Spock. Tylko tym razem dało się unieważnić małżeństwo bez pojedynku na śmierć i życie. Nie będę nawet zaczynać o Sam, która stara się odnaleźć siebie i zrozumieć, co oznacza bycie człowiekiem, bo to, ile razy podobne tematy mieliśmy poruszane z Datą, to przecież nie sposób zliczyć (okej, tak naprawdę jest sposób, wystarczy spojrzeć na liczbę odcinków, ale no – wiadomo o co kaman). Genesis ma daddy issues i stara się spełnić wymagania obojętnego/surowego ojca-admirała. Nie szukając daleko, moje skojarzenie leci tu w stronę Deanny Troi, która dosłowie przy każdym spotkaniu z matką miała dramy. A Nus Braka to bardzo satysfakcjonujące zastępstwo dla Harry’ego Mudda.
I tak można by wymieniać. Znów: nic super odkrywczego, ale wszystkie te wątki to są takie wdzięczne tropy, których kolejne iteracje można realizować właściwie ile się tylko chce. Nie są powtórzeniem 1:1 fabuł ze starszych serii, ale jednocześnie mają tego samego ducha.
Przy czym nadal oglądamy perypetie studentów, toteż na przykład jest wpleciony wątek międzyuczelnianego współzawodnictwa. Wprowadza trochę takiej dzieciarskiej energii, uwiarygadniając bohaterów, którzy dzięki temu unikają zbytniej posągowości i wyidealizowania.
Generalnie na spokojnie widziałabym Starfleet Academy jako serial na np. cztery sezony, gdzie każdy sezon to by był rok na Akademii, a skończyłoby się ukończeniem edukacji przez naszych bohaterów. Co by zresztą otworzyło furtkę do kolejnej serii, gdzie dokładnie ci bohaterowie wskoczyliby na mostek jakiegoś statku i ruszyli odkrywać stare-nowe światy i cywilizacje.
Mówię „stare-nowe”, bo w tym konkretnym settingu to by w dużej mierze mogło być właśnie takie ponowne odkrywanie tego, co zostało utracone. Bo Starfleet Academy rozgrywa się po tajemniczym Wybuchu. I to, niestety, prowadzi do mojego największego problemu – do Star Trek: Discovery. Bo ja nigdy Discovery’ego nie skończyłam oglądać. Dałam radę dobić jakoś do połowy trzeciego sezonu i szczerze, pokonał mnie ten serial. Pokonała mnie najbardziej merysójska bohaterka, jaką w życiu oglądałam, i morze łez – jej i innych. Ale po obejrzeniu Starfleet Academy poczułam, że chciałabym uzupełnić sobie wiedzę o tym uniwersum i dooglądać, o co tam chodziło z tym Wybuchem i jak bardzo mamy tu biedaWarhammera 40000.
No więc odpaliłam końcówkę drugiego sezonu (bo i tak nic nie pamiętałam, więc chciałam wejść łagodnie, zaczynając od odcinków, które już widziałam, żeby w ogóle sobie odświeżyć, co tam się działo). Nie pamiętam, o czym to był odcinek. Pamiętam, że w ciągu godziny bohaterowie płakali pięć razy. PIĘĆ. I wróciły do mnie wszystkie traumy z poprzedniego podejścia do tego serialu.
Nie chcę się tutaj znęcać konkretnie nad Discoverym, bo prędzej czy później zrobię to w oddzielnym wpisie. Ale pewnego zagadnienia nie da się pominąć przy okazji Starfleet Academy.
Nie wiem, czy problemem jest Alex Kurtzman, czy randomowi reżyserzy pracujący nad poszczególnymi odcinkami. Jakby mnie ktoś pytał – stawiam na Kurtzmana, który jest elementem łączącym Discovery, Starfleet Academy i parę innych tworów spod znaku Star Treka.
Ten gość po prostu nie jest dobrym reżyserem/filmowcem. Bo słabości scenariuszy to jedno. Ale to, jak ten scenariusz zostanie zrealizowany przed kamerą, to druga sprawa i Kurtzman robi to po prostu bardzo słabo. Ma ogromne ambicje, żeby jego seriale co i rusz targały duszą widza, żeby były emocjonalne, budziły wzruszenie, napięcie i Jeżuś wie co jeszcze. Ale nie ma bladego pojęcia, jak to osiągnąć. A skoro nie ma pojęcia, to stosuje jedną metodę: niech bohaterowie płaczą! Smutno im? Płaczą. Są szczęśliwi? Płaczą. Boją się? Płaczą. I to nie tak, że ja gardzę łzami bohaterów filmowych. Tak, mają pełne prawo zapłakać, skoro scenariusz raz po raz rzuca w nich najgorszymi możliwymi traumami. Ale fajnie by było jednak znać umiar. Szczególnie że ten płacz, eksponowany tak absurdalnie często, najzwyczajniej w świecie traci jakiekolwiek znaczenie. Trudno mi przejmować się samotną łzą spływającą po policzku bohaterki, skoro po tym policzku łzy ciekły niemal nieprzerwanie od kilku godzin.
Jakiś czas temu w przebłysku geniuszu powiedziałam takie coś, co Ulv pochwalił, że mądrze brzmi, więc powtórzę to tutaj, żeby olśnić też innych: dobra emocjonalna scena polega na tym, że to widz płacze, a nie bohaterowie.
Kurtzman nie ma bladego pojęcia, jak budować emocjonalne sceny. Widz jest najwyżej znużony.
Ale!
Może w Stafleet Academy zaczął wyciągać jakieś wnioski, może inni reżyserzy mieli więcej do powiedzenia, a może to w ogóle przypadek. Ale ten serial jest bardzo przyjemnie stonowany, jeśli chodzi o przelew łez. Muszę tu jednakowoż wrócić do odcinka ósmego, o którym już wspominałam – który jest niestety przykrym wyjątkiem od tej reguły. Płaczu jest tam dużo i mocno. Emocjonalna scena – też jest! Nie, nie ta, w której płakusiowali. Tylko ta, w której Genesis wyciągnęła z torby szczoteczkę do zębów, którą kupiła jej Sam. To było ładne, osobiste i naturalne (serio, w kontekście odcinka ma to sens).
Także no: Kurtzman dalej nie umie, ale mimo wszystko Starfleet Academy wypada milion pińcet razy lepiej.
