![]() |
autor: Juan Ortiz |
Reżyseria: Corey Allen
Scenariusz: Robert Sabaroff, Karl Geurs, Ralph Sanchez
Ten odcinek to klasyka Star Treka – spotkanie z obcą
cywilizacją, tak odmienną od naszej, że trudną do dostrzeżenia.
Oto zespół terraformujący (cztery osoby! Cztery osoby
ogarniają proces stworzenia nowej planety! [hej,
widocznie w tym uniwersum ludzie są wydajniejsi – sześć osób stworzy
cywilizację, cztery osoby terraformują planetę]) na pozbawionej życia (co
zostało potwierdzone przez naukowców Federacji), ale obiecującej planecie (masa
i rozmiar zbliżone do ziemskiej, podobny cykl dnia i nocy, a także odległość od
miejscowego słońca) jest w trakcie bardzo ważnego etapu prac. Na tyle ważnego,
że szef zespołu, Kurt Mandl (Walter
Gotell), jest niezwykle nieprzyjemny dla kapitana Picarda, który dostał zadanie
sprawdzenia jak idzie robota na Velarze III. Po mało sympatycznym początku,
drużyna ląduje na planecie i z zachwytem słucha banałów o terraformacji.
Bardziej ogólnikowych informacji (z wykorzystaniem bardzo ładnego modelu
planety co prawda) na ten temat chyba nie udałoby się sklecić, ale dla załogi
Enterprise najwyraźniej były to rzeczy totalnie nowe. Nie neguję, sam fakt
zmiany niegościnnego globu to fascynująca sprawa, wrażenie psuje po prostu
ślizganie się po hasłach, konieczne wszak z prostego powodu – czas antenowy.
Wracając – tuż po rozpoczęciu procedury wymiany mocno
zasolonej wody, na taką, w której może rozwinąć się życie, laser, który jest do
tego z jakiegoś powodu używany zabija hydrologa.
W tym momencie pojawia się wątek kryminalny. Załoga w
postaci Daty i La Forge’a stara się rozwikłać sprawę śmierci naukowca i dość
szybko pojmuje, że wszystko wskazuje na to, iż ktoś kieruje laserem. Jego ruchy
są zbyt „ludzkie”, zbyt mało podchodzące pod algorytm. Jednocześnie dostajemy
pokaz (no niezupełnie pokaz, bo większość odbywa się za zamkniętymi drzwiami,
do których dobija się Geordi) nieludzkości Daty. Jest on w stanie unikać
trafienia lasera, a także zniszczyć go gołymi rękami. A przynajmniej myślę, że
gołymi rękami, bo nie widzę czego mógłby użyć do rozszarpania super
precyzyjnego i oczywiście drogiego sprzętu.
Sprawcy nie trzeba długo szukać – malutka, ukryta w tunelu
iskierka natychmiast zostaje uznana za podejrzaną i (oczywiście, bo tak się
właśnie robi z potencjalnie niebezpiecznym nieznanym) przetransportowana na
Enterprise. I tu mamy problem, bo choć nie może być inaczej, to ona musi
odpowiadać za „wadliwe” działanie lasera, to jednak jest nieorganiczna, a więc
nie może być żywa.
Czy rzeczywiście?
Przyznam, że sposób przeprowadzenia badań naukowych przez
panią
doktor Crusher mnie ubawił. Jakże łatwe jest bycie naukowcem w XXIV
wieku… A jakie nudne!
![]() |
źródło |
No ale – życie nie musi być oparte na węglu! Krzemowa
istota może być inteligentna, a jeśli ktoś próbuje pozbawić ją odpowiednika
naszych osłonek mielinowych – słona woda, którą chciano odpompować służyła
przewodzeniu między pojedynczymi komórkami, dzięki czemu mieszkańcy/mieszkaniec
Velary III stawali się istotą inteligentną – także niebezpieczna. Deklaruje
wojnę i jak się okazuje wiele może. Oczywiście dopóty, dopóki ma dostęp do
światła.
Muszę
tu nadmienić, że bardzo podoba mi się koncepcja tej obcej istoty. To znaczy
nawet nie tylko fakt, że to forma życia oparta na krzemie – to już wszak
mieliśmy i to dość wcześnie, bo Hortę poznajemy w pierwszym sezonie TOSa. Ale
tutaj mamy świetnie pomyślany organizm – w istocie jeden, rozciągnięty po
powierzchni planety mózg, nierozerwalnie połączony z warunkami panującymi na
Velarze. Fajne to i jednocześnie myślę sobie, jak kruche jest to życie. No bo
wystarczyłoby parę miesięcy suszy – cienka warstwa wody wyparuje i planeta
byłaby tak martwa, jak chcieliby naukowcy Federacji. Mam wrażenie, że krzemowa
istota miała dotąd niebywałe szczęście, że tyle przetrwała i zdołała tak
ewoluować. I jestem ciekawa, czy będzie mieć to szczęście na tyle długo, by
rzeczywiście za te paręset lat ponownie spotkać się z ludźmi – tym razem jak
równy z równym.
Muszę powiedzieć, że tym razem twórcy postarali się o
napięcie. Nie wywołuje go jednak strach o Enterprise i jego załogę, która
naprawdę zachowuje się kosmicznie głupio, obcując z obcą istotą, ale
wątpliwości co do załogi stacji terraformującej.
Na
obronę załogi muszę powiedzieć, że imho wcale nie byli aż tak głupi. To znaczy
– serio, i tak wypadli lepiej niż bohaterowie Prometeusza chociażby. No bo hej: jakośtam – na tyle,
na ile wydawało im się to konieczne – zabezpieczyli znalezisko (ok., pod
szklanym kloszem, ale to i tak niezłe BHP jak na standardy filmów sajfaj),
potem nawet próbowali zabezpieczyć mocniej, tyle że nie wypaliło… niemniej
ewakuowali laboratorium i chyba nawet je jakoś zaplombowali – naprawdę uważam,
że nie było źle.
Przyznam, że nie byłam pewna do samego końca, czy Mandl i
spółka wiedzieli o życiu na planecie, czy nie. Czy ściemniali wszyscy (i stąd
początkowa irytacja szefa stacji)? Czy hydrolog chciał w tamtym momencie zabić
istotę? Czy
może wiedziało tylko jedno z nich? Czy wszyscy byli naprawdę tak
ufni w siłę kadry naukowej Federacji, że nie byli w stanie przyjąć, iż mogła
ona popełnić błąd? Wydaje mi się, że gdybym zaczęła obserwować kształty
geometryczne na piasku – zmienne kształty geometryczne na piasku – to
stwierdziłabym że jest coś na rzeczy. W naturze ciężko o kąty proste. Tymczasem
terraformerzy najwyraźniej tak bardzo chcieli dokonać swego dzieła, przez
chwilę stać się bogami (jak mówiła Louisa
Kim (Elisabeth Lindsey), że zignorowali próby komunikacji. Jest to dziwne
tym bardziej, że wcale nie jest to pierwszy obcy, którego organizm oparty jest
na krzemie. Jestem całkiem pewna, że ktoś taki pojawił się w TOSie [no właśnie
- Horta, Devil in the Dark].
Skąd więc to zadziwienie? [Picard i jego
załoga nie oglądali TOSa? :D A na serio – cóż, może faktycznie nie znali
przypadku Horty… Jeśli to był jednorazowy przypadek, to podręczniki mogły to
pominąć. Choć wydaje się to dość przełomowe i ważne dla dalszej eksploracji
kosmosów, ale cholera wie, co w Akademii jest uznawane za ważne]
![]() |
źródło |
Na koniec dodam, że Troi po raz kolejny okazała się
pomocna – wyczuła, że coś jest nie tak z Mandlem i wtedy Picard zaczął
przyciskać, aż szef stacji dał upust swej irytacji, co bardzo łatwo mogło
zostać wzięte za panikę. I wspomnę też o tym, że odcinek jest dobry, choć
bardzo naiwnie traktuje sprawy techniczne. Na tyle naiwnie, że trochę mnie to
kłuje.
A mi
się odcinek po prostu podoba. Tak zwyczajnie, bez kręcenia nosem. Oczywiście,
są w nim pewne uogólnienia i uproszczenia, ale myślę, że w takiej serialowej
formule to jest nie do uniknięcia – nie zaczną przecież się wpuszczać w detale
terraformacji, bo na to to i filmu by było za mało. Zresztą, epizod nie jest o
jako takiej terraformacji, tylko o konfrontacji z obcą – bardzo obcą – formą
życia.
Sama
nie jestem pewna, czy zwróciłabym uwagę na geometryczne kształty na piasku.
Może tak, a może tylko teraz chciałabym w to wierzyć, bo wiem już, z czym
bohaterowie mieli do czynienia. Mądry widz po szkodzie. :) Jeśli dodatkowo
pamiętać o tym, że oni byli wszyscy pewnie mono zafiksowani na terraformacji,
to pewnie wszystko to do kupy sprawiło, że niczego nie widzieli – nawet jeśli
widzieli, to i tak nie widzieli.
No i
Troi może i okazała się użyteczna, za to Riker – jak zwykle nie. Poszedł,
uśmiechnął się, zamrugał błękitnymi oczętami i w sumie to niczego szczególnego
się nie dowiedział. I w ogóle nie przemawia do mnie wysyłanie go na zasadzie
„jesteś uroczy i przystojny, zmanipuluj jakoś tę kobietę”.[Wyparłam… zbyt to
załamujące…]
Fajna
historia o konfrontacji z nieznanym – w sumie oby więcej takich odcinków, bo o
ile w TOSie stanowiły coś w rodzaju trzonu serii, o tyle tutaj mam wrażenie, że
więcej mamy obyczajówki i polityki, a mniej mierzenia się z obcością. Trochę
szkoda.
All life is
beautiful.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz