Justice

źródło
        Premiera: 7 listopada 1987
Reżyseria: James L. Conway
Scenariusz: Worley Thorne, John D. F. Black

Dziś odcinek, który wzbudził we mnie dużo wątpliwości. Owszem, nieszczególnie często planety prezentowane w Star Treku mają ekonomiczny sens (zwykle mają go, jeśli jest to potrzebne fabularnie). Ale w przypadku Edo ten brak sensu skacze do oczu i nie pozwala wierzyć w jej istnienie. Planeta pokoju, na której ludność biega w skąpych strojach, mężczyźni mają większe piersi niż kobiety, a ich zasadnicze zajęcie to mizianki w każdym możliwym miejscu. Co oni jedzą? Skąd to biorą? Kto i z czego szyje im te fikuśne ubranka? Bo z tego, co zrozumiałam ich bóg nie zajmuje się takimi drobiazgami?

Ich bóg na pewno nie. Znaczy wydaje mi się, że ich bóg w sumie tylko się przyglądał i izolował swoje dzieci od świata zewnętrznego. Ale wydaje mi się, że odcinek nie sugeruje, że Edo nie robili niczego poza rypaniem się jak króliki. Chociażby te niefortunne szklarnie (które wcale nie były ze szkła, a raczej z jakiegoś płótna, no nie?): musieli być ludzie, którzy te rośliny uprawiali, prawda? Rozumiem to raczej tak, że oni wszyscy tam sobie w pokoju i harmonii wypełniali jakieś obowiązki, tyle ile było im potrzeba do życia, a na seksach spędzali raczej czas wolny. Bo przecież widać, że rozumieli coś takiego, jak praca i obowiązek: wystarczy spojrzeć na Negocjatorów. Byli w pracy.

Edo to planeta raj, a odcinek nawiązuje do TOS-owego Shore Leave, choć poza potrzebą przepustki niewiele mają one ze sobą wspólnego. Załoga Enterprise jest zmęczona po wykonaniu zadania, a Picard nie bardzo ufa nieznanej planetce, na którą trafili w pobliżu. Wysyła więc zwiad, a wśród niego Wesleya, który ma zdobyć informacje na temat atrakcji na planecie.

I właśnie udział młodego Crushera jest dla mnie największym WTF w tym odcinku. A uzasadnienie nie trzyma się kupy. No bo kapitan wysyła go ze zwiadem, żeby Wesley sprawdził, czy planeta nadaje się dla dzieciaków. Serio, a gdyby się nie nadawała? A gdyby tubylcy zjadali każdego przybysza poniżej piętnastego roku życia? Czy naprawdę trzeba być piętnastolatkiem, żeby się zorientować, że hej, to chyba jednak trochę niebezpieczne miejsce dla dzieci? Mają na pokładzie chyba specjalistów, którzy powinni mieć odpowiednie kompetencje, żeby sprawdzić, czy dane miejsce będzie dla ich młodzieży bezpieczne czy nie. Nie wiem, pedagogów, psychologów, cholerną doradcę Troy. Co więcej, tacy specjaliści pewnie by się nie wpakowali w szklarnię podczas gry w piłkę. Wysyłanie dziecka na nieznaną planetę było głupie, skrajnie nieodpowiedzialne i… no, wspominałam, że głupie?

Główną atrakcją wydaje się być nieskrępowany seks, natomiast bardzo
źródło
szybko wychodzi na jaw, iż prawo na planecie niewiele ma wspólnego ze sprawiedliwością, acz oczywiście sprawdza się dla jej mieszkańców.
Jak działa? Każde odstępstwo od ustalonych zasad karane jest tak samo – śmiercią, a miejsca, w których jesteś obserwowany przez stróży porządku zmieniają się losowo. Innymi słowy – możesz kogoś zabić i nic ci za to nie grozi, jeśli masz szczęście i jesteś w strefie, która akurat nie jest obserwowana. Ale możesz też przypadkiem wpaść na jakieś kwiatki i je zdeptać i cię za to potraktują trucizną. Działającą natychmiast i bezbolesną. A do tego zrobią to tak, żebyś się bał jak najmniej. Wspaniale. Zdeptałeś kwiatka i strażnicy akurat na ciebie patrzyli? Idziesz do piachu! Oto źródło szczęśliwości na Edo.
IMHO: masakra kompletnie nie do łyknięcia.

Z jednej strony: tak, rzeczywiście rozumiem brak zrozumienia dla tych reguł, które są mocno kuriozalne.
Z drugiej strony, próbuję postawić się na miejscu kogoś, kto nie ma naszego, ziemskiego punktu widzenia. I nie jestem nastawiona do całej tej filozofii aż tak negatywnie. Tu chodzi ewidentnie o czynnik odstraszający. Jeśli za wszystko grozi śmierć, która może Cię zaskoczyć w totalnie randomowym miejscu i czasie, to pilnujesz się po dwakroć, żeby przypadkiem czymś nie podpaść. Nie mówię, że to sprawiedliwe. W sumie to trochę zastraszanie i owszem, w naszym świecie to by się chyba nie sprawdziło, a jeśli już, to byłoby powszechnie potępione. Ale rozumiem, że Edo nie znają innego systemu, więc im to odpowiada. Żyliby w ciągłym strachu, ale nauczyli się sobie z tym radzić – nie popełniając żadnych zbrodni.
To system bardzo niefajny, ale kupuję, że skuteczny.
                                                                                                   
Kolejny problem tego odcinka to jego clue, czyli Pierwsza Dyrektywa. Jeśli ją dobrze pojmuję, sam fakt, że oni lądowali na planecie gorzej rozwiniętej już był złamaniem Pierwszej Dyrektywy. Potem jeszcze poinformowali mieszkańców, że mają możliwość zabrać Wesleya bez ich zgody, potem jedną z dziewczyn wzięli na pokład Enterprise i nadal Pierwsza Dyrektywa była nietknięta. I jedynie zabranie Wesleya, a więc uratowanie go przed śmiercią Dyrektywę łamało. Kupy ani dupy się do nie trzyma.

Nom, Pierwszej Dyrektywy to ja tu trochę nie ogarniam. Jeśli dobrze rozumiem tę zasadę, oni w ogóle nie powinni się pokazać na oczy temu społeczeństwu, które – jak mniemam – nie odkryło jeszcze napędu warp (to chyba był wyznacznik, kiedy można się „ujawnić”, prawda?). Mam wrażenie, że twórcy odcinka się sami w tym nieco pogubili.

Za to podobało mi się to, że dla Picarda dość oczywiste było, że po prostu
źródło
zabiorą młodego i tyle. Że są momenty, gdy tylko bycie na miejscu uprawnia do decyzji, czy przestrzegać czy nie. Natomiast przyznaję, że nie rozumiem zakończenia ze strony owej tajemniczej mocy – boga Edo – dlaczego on się zdecydował dać przedstawicielom Federacji spokój? Bo obiecali, że się więcej nie pokażą w okolicy? A może zrozumiał ludzką potrzebę poszukiwania i zdobywania? A może to tylko mi siadła uwaga pod koniec?

Jak rozumiem, zadziałał tu finałowy spicz. Bóg Edo zrozumiał, że sprawiedliwość nie jest taka prosta, tylko że każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie, a nieznajomość prawa jednak potrafi być całkiem niezłym usprawiedliwieniem. Fakt, zaskakująco szybko to poszło. Może trochę za szybko, bo w sumie nie było nawet czasu, żeby poczuć jakąś dramę w tym Wielkim Finale. Picard i Riker przekonali boga Edo do swoich racji raptem dwoma czy trzema zdaniami. Zabrakło czasu antenowego? Trochę tak to wygląda. No cóż. Ale kumam ideę.

W każdym razie to nie tak, że odcinek mnie zawiódł, czy coś. W gruncie rzeczy, uważam go za zabawny, choć chyba miał być dramatyczny. A może miał pokazać do jakich absurdów może prowadzić egzekwowanie prawa bez precedensów? W końcu amerykańska sprawiedliwość bazuje na precedensach, a przynajmniej tak nam to przedstawia popkultura.
A może ja za głęboko grzebię?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza