Wolf in the Fold

Autor: Juan Ortiz


Premiera: 22 grudnia 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Robert Bloch

Wilk w owczarni to kryminalna odsłona Star Treka. Jest morderstwo, jest oczywisty podejrzany, który nie dość, że jako ostatni widział ofiarę żywą i został znaleziony z narzędziem zbrodni w okrwawionej dłoni, to jeszcze miał wspaniały, przejrzysty motyw wynikający z niedawnej traumy. Powinno być prosto. Właściwie trudno o jakiekolwiek wątpliwości i gdyby podejrzany został automatycznie uznany za winnego i skazany ani trochę nie dziwiłabym się sądowi. Na szczęście nikt nie podąża najprostszą z dróg wnioskowania, bo podejrzanym jest pan Montgomery Scott, główny mechanik na USS Enterprise, przywieziony na Argeliusa II przez swego kapitana na polecenie lekarza pokładowego, który zresztą też bierze udział w wycieczce. Argelius II to planeta przyjemności, miłości płatnej i nie, miejsce, które wyrzekło się zazdrości i wszelkich złych uczuć, które mogłyby prowadzić do zbrodni. Nie mają więc wprawy w rozstrzyganiu spraw kryminalnych, a wszelkich urzędników zatrudniają spośród przedstawicieli innych planet, gdyż – jak rozumiem – nie są dobrzy w niczym poza rozdawaniem miłości.
Nim w końcu okaże się o co chodzi, zabite zostaną jeszcze dwie kobiety, w tym załogantka Enterprise i żona przywódcy całej planety. Tu przyznam, że podziwiam człowieka. Mimo tak niesprzyjających Scotty’emu okoliczności Jaris (Charles Macaulay) do końca nie zrezygnował z zasady domniemania niewinności. Nieco inaczej niż pochodzący z Rigel zarządca planety Hengist (John Fiedler), dla którego sytuacja od początku wydaje się oczywista – tu fajne podkreślenie tego, jak różnią się od innych mieszkańcy Argeliusa. Jednocześnie – co dość ciekawe – na Argeliusie, który praktycznie nie zna przestępstw karą za zabójstwo są tortury.

A to mi się w ogóle bardzo podobało: to nie do końca tak, że na Argeliusie nie wiedzą, co to gniew czy zbrodnia. Wiedzą aż nadto dobrze – i to właśnie stało się przyczyną „Przebudzenia”, o którym w pewnym momencie wspomniał Jaris. Hedonizm tego ludu jest w pełni świadomym wyborem, to nie tak, że „tak wyszło”. Prawdę mówiąc, jest dość intrygujące, co konkretnie skłoniło mieszkańców Argeliusa do tak radykalnej przemiany. Ja jestem ogromnie ciekawa ich przeszłości. Musiało być dość mrocznie, no nie? Śmierć, tortury…? Kurde, to nie przelewki.

Źródło
Scotty ma się więc czego bać, niezależnie od tego, iż już sama niepewność swoich własnych uczynków jest dla niego ciężkim brzemieniem. Scotty bowiem kompletnie nie pamięta sytuacji, po których znajdowane są przy nim martwe kobiety i zakrwawiony nóż, a jak przecież doskonale wiemy nie jest on człowiekiem, który mógłby być zdolny do tak idiotycznego w gruncie rzeczy morderstwa.
Sama trauma Scotty’ego, która ma stanowić motyw, jest dla mnie dość zabawna. Otóż Scotty boi się kobiet, odkąd wybuch spowodowany przez przedstawicielkę płci pięknej rzucił nim o gródź. Żeby było zabawniej widz dowiaduje się o tym od doktora McCoya, który wyjaśnia to kapitanowi Kirkowi już na planecie mającej stanowić lekarstwo na traumy. Przepiękny przykład jak NIE prowadzić ekspozycji ;)

Jestem na tę ekspozycję mocno wyrozumiała i w ogóle mnie nie uderzyła – wszak to tylko odcinek serialu. Wiadomo, że jeśli potrzeba tła, ono musi być jakoś mocno skrótowo wciśnięte, nie ma czasu na subtelności.
Trauma natomiast trochę mnie bawi z innego powodu: kamaaaan! Załogą Enterprise – w tym także Scottym – miota na wszystkie strony, są wybuchy, przejęcia umysłów, porwania, rany, zgony… i akurat ten wybuch spowodowany przez kobietę miałby spowodować u Scotty’ego traumę? Serio? Jakoś tego nie kupuję.

Oczywiście zagrożenie nie dotyczy jedynie samego Scotty’ego. Przychodzi bowiem moment, gdy śledztwo przenosi się na pokład Enterprise. Przy okazji tu znów ciekawa dla mnie z psychologicznego punktu widzenia reakcja Jarisa na śmierć jego żony, będącej swoistym medium, która podczas specjalnej sesji, mającej wyciągnąć z podświadomości Scotta wspomnienia, łapie kontakt z czymś niespotykanym, z pradawnym złem, błąkającym się po galaktyce i zostawiającym po sobie trupy kobiet. Mężczyzna nie szaleje z rozpaczy, nie atakuje podejrzanych, lecz nadal dąży do poznania prawdziwych winnych. Dobre.

Tak. On był w ogóle świetną postacią. Mam wrażenie, że ta świadomość mrocznej, brutalnej przeszłości Argeliusa bardzo mocno w nim siedziała – dlatego tak kurczowo trzymał się „nowych” zasad, miłosierdzia i pokoju. Dobre indeed.

Źródło
Sama idea czegoś w rodzaju złego ducha, który potrafi opętać zarówno ludzi, jak i maszyny – przenosi się przez system komunikacyjny Enterprise – a ponadto wyraźnie pochodzi z Ziemi – jego wcieleniem był na przykład Kuba Rozpruwacz – pozostawiła mnie dość obojętną. Choć muszę przyznać, że można na to spojrzeć jak na ciekawe i może nieco przewrotne potwierdzenie „Ziemiocentryzmu” twórców Star Treka. Nie tylko postęp, nauka i pokojowe poznanie idzie z Ziemi. Ale i bezmyślne zło, zagrożenie i okrucieństwo. Autorzy scenariusza nie uciekają przed tą przykrą wizją ludzkości, która rzutuje nawet na tę przyszłość, która z założenia ma sobie z takim cechami człowieka radzić.

Mi ten odcinek skojarzył się głównie z epizodem Day of the Dove, gdzie będziemy mieli zbliżony motyw obcego żerującego na emocjach… Ale to dopiero za jakiś czas. Po prostu lubię patrzeć, jak twórcy wracają do pewnych tematów, próbują ugryźć je w inny sposób: forma życia pod postacią czystej energii, maszyny zagubione w maniakalnym wypełnianiu ludzkich rozkazów i tak dalej.
Ale owszem, to o czym wspominasz, jest cenne: przypomnienie, że ludzkość to nie tylko Federacja i pokojowe misje, ale też mnóstwo zła, z którego może i mieszkańcy Ziemi zrezygnowali po wojnie, ale to nie znaczy, że ono zrezygnowało z nich. Może to takie przypomnienie o odpowiedzialności za czyny? O tym, że przeszłość nie znika tylko dlatego, że się o niej nie myśli.
Pewnie teraz już odpłynęłam. Ale podoba mi się taka interpretacja, o.

Przyznam, że na mnie ten odcinek sprawiał wrażenie podzielonego na dwa. Jeden to ten, w którym zasadniczym motywem był wątek kryminalny, który śledziłam z zaciekawieniem – bo wymyślenie, kim jest zabójca (że nie jest nim Scotty było oczywiście z góry wiadome), znajdowało się poza moim zasięgiem i chciałam wiedzieć, co takiego upichcili twórcy. Drugi – od momentu, gdy okazało się, że trzeba walczyć z czymś niematerialnym i nadnaturalnym. Poniekąd z ideą, a nie z żywym przeciwnikiem. W tym momencie z kryminału wyjrzał dramat filozoficzny. Ciekawe połączenie.
A tak na marginesie, ciekawi mnie bardzo, jak wyglądało te parę godzin rejsu, już po pozbyciu się zagrożenia, gdy cała załoga zanosiła się chemicznie wygenerowanym śmiechem ;)


–  I am without ending. I have existed from the dawn of time, and I shall I live beyond its end! In the meantime, I shall feed, and this time I do not need a knife. You will all die horribly in searing pain!

Obsession

(źródło)
Premiera: 15 grudnia 1967
Reżyseria: Ralph Senensky
Scenariusz: Art Wallace

Zacznę od końca, czyli od ogólnego wniosku, jaki wyciągnęłam z tego odcinka: Kirk to jednak straszny gnojek bywa. To już nie pierwszy epizod, po którym miałam ochotę dzielnemu kapitanowi natrzaskać, bo zachowywał się co najmniej okropnie. Tyle tylko, że – dla odmiany – ten odcinek tak naprawdę na tym właśnie się zasadza, od fabuły po tytuł.
James T. Kirk ma bowiem obsesję na punkcie obcej formy życia, gdyż ta uśmierciła dwustu członków załogi USS Farragut, gdy on sam był jeszcze młodym oficerem. Co więcej, kapitanem (także uśmierconym) na tamtym statku był niejaki Garrovick, ojciec młodzieńca, który właśnie został świeżutkim redshirtem (granym przez Stephena Brooksa) na Enterprise.
Jest więc dość gęsto.

I ja naprawdę staram się zrozumieć tę obsesję i chorobliwe parcie na unieszkodliwienie dziwnej, obcej formy życia. Zarazem jednak zupełnie nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tym, że Kirk radośnie machnął ręką na życie kolonistów z Argos X. Przez cały czas zachowywał się, jakby miał ich w nosie. Nie mieliśmy szansy dostrzec ani cienia wątpliwości czy rozterki.
I nie czynię z tego powodu zarzutu odcinkowi, żeby nie było. To tak naprawdę było zupełnie realistyczne postawienie sprawy i bardzo w to wierzyłam: na tym przecież właśnie polegają obsesje. Że człowiek nie ogląda się na okoliczności, nie bierze pod uwagę innych racji. Myślę, że ten mechanizm został dość dobrze pokazany w epizodzie: Kirk całkowicie poddał się jednemu wspomnieniu, które prześladowało go od jedenastu lat. Był w tym wiarygodny, choć jednocześnie odbierałam go jako niewiarygodnego buca…
Ale muszę przyznać, że właśnie przez takie akcje Kirk wygrywa z wieloma innymi postaciami skrojonymi na nieustępliwych, dzielnych i przystojnych bohaterów: obsesja skutecznie oddala go od zostania merysójką [i to jest świetna sprawa – ta prezentacja ciemnych cech charakteru Kirka sprawia, że w oczach widza nie przestaje być realny]. W ogóle jak o tym myślę, to skłonność do obsesji jest chyba jedną z cech charakterystycznych kapitana. Wszak czy jego miłość do Enterprise nie jest również na pewien sposób obsesją? Taki właśnie jest James T. Kirk: jak już żywi do czegokolwiek jakieś uczucia – czy to miłość, czy nienawiść – robi to na cały zycher, nie bawi się w półśrodki. A to, oczywiście, miewa swoje zalety, ale ma też niezaprzeczalne wady.
Takie jak fakt, że w tym czasie mogą gdzieś na jakiejś planecie umierać koloniści.

Oczywiście, można mówić, że przecież tu nie chodziło tylko o załogę Enterprise, ani nawet załogi Enterprise i Farraguta, bo gdyby nie nieustępliwość Kirka, nieprzyjazna chmura najpewniej atakowałaby dalej i koniec końców uśmierciłaby więcej ludzi niż brak szczepionki na Argus X. Między innymi dlatego tak trudno mi ocenić postawę kapitana i właściwie chyba nie chcę się tego podejmować.
Zastanawiam się, jak potoczyłyby się losy Kirka, gdyby rzeczywiście nie zdążyli ze szczepionkami. Nie da się tu nie pomyśleć o Kodosie, który na Tarsus IV też podjął trudną decyzję, by ratować poddanych. Kodos i Kirk mają chyba pewne wspólne cechy: nie cofają się. Jeśli uważają, że coś jest słuszne, będą się przy tym upierać. Dopiero historia pokazuje, po czyjej stronie pozostała racja.

(źródło)
James T. Kirk miał więcej szczęścia niż Kodos i wszystko dobrze się skończyło.
Ja jednak ciągle nie mogę przestać pytać: jak, u diabła, oni wszyscy wyobrażali sobie zestrzelenie chmury za pomocą fazera?! Serio, ludzie, to była chmura. Czyli istota o dość luźnej strukturze. Naprawdę tak trudno wpaść na to, że zwarta wiązka lasera będzie w tym wypadku niezbyt skuteczna? No, chyba że na przykład chmura składałaby się z łatwopalnych pierwiastków… Ale takie rzeczy, to już chyba pan Spock mógłby ocenić przy użyciu tricordera, czyż nie?

Tak, trudno się oprzeć wrażeniu, że wszyscy trochę zgłupieli. I przyznam, że dla mnie ta chwila zawahania pana Garrovicka była dowodem na to, iż chłopak myśli. W sumie – po kij strzelać do chmury? Co to mogło dać poza – być może – wkurzeniem jej, jeśli rzeczywiście była inteligentna?

Tak więc odcinek jest dość sztandarowym przykładem tego, co uwielbiam w TOSie: łączy dramatyczne głupoty fabularne ze świetnie zgłębionym, nieoczywistym problemem. Jakby Bergman postanowił nakręcić film z Flipem i Flapem. Pod tym względem Oryginalna Seria nie ma sobie równych.
Nie można przy tym zapomnieć o rewelacyjnym występie panny Chapel, która wreszcie pokazała, na co ją stać i dlaczego właśnie ona jest główną pielęgniarką na Enterprise.

Właściwie strasznie trudno mi coś dodać. Tym razem po prostu się zgadzamy. Przyznam, że moja irytacja na kapitana sięgała zenitu w czasie oglądania tego odcinka, wysyłałam go na Argus X co najmniej kilka razy w trakcie oglądania odcinka i jednocześnie bardzo starałam się znaleźć choć cień usprawiedliwienia dla jego obsesji, poza tym, że po prostu stanowi ona jeden z wiarygodnych rodzajów ludzkiego zachowania, a bycia człowiekiem kapitanowi odmówić nie można. Oczywiście przemknęło mi przez głowę to, że być może chmura może być groźniejsza, tym niemniej nawet Kirk nie próbował zbytnio forsować tej opcji wyjaśnień. Całe szczęście, że tak naprawdę wybór był kwestią czysto akademicką.




– Crazy way to travel, spreading a man's molecules all over the universe.

The Deadly Years

Autor: Juan Ortiz - źródło


Premiera: 8 grudnia 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: David P. Harmon

Prawdopodobnie będzie to najkrótszy dotychczasowy wpis z mojej strony. Nie za wiele mam bowiem do powiedzenia, a ponadto nie ukrywam, że odcinek zadziałał na mnie przygnębiająco.
Tym razem rutynowa inspekcja bazy naukowej na planecie Gamma Hydra IV skończyła się dla sześciorga członków załogi Enterprise zapadnięciem na chorobę powodującą przedwczesne starzenie. I kiedy mówię przedwczesne mam na myśli to, że od zachorowania do teoretycznie zupełnie naturalnej śmierci ze starości mija ledwie kilka dni. Oczywiście zapewne nikt nie ma wątpliwości, iż wśród zagrożonej szóstki jest  i kapitan Kirk, i pan Spock, i doktor McCoy. Dodatkowo tym razem mamy bonus w postaci obecności panów Scotta i Czechowa, a jedyna osoba spoza ścisłego „mostkowego” grona to porucznik Arlene Galway (Beverly Wachburn), której obecność jest chyba potrzebna głównie do tego, by wzmóc dramatyzm poszukiwania leku. Co ciekawe, pan Czechow na chorobę nie zapada, wygląda na to, że jest naturalnie odporny i całe szczęście – to może być jedyna szansa reszty chorych.

Czemu jednak tak bardzo przygnębił mnie ten odcinek? Ano dlatego, iż przedstawia on starość w przerażający sposób. Czyni ona z naszych bohaterów kompletnie zniedołężniałych zgredów, którzy nie są w stanie dłużej pełnić swoich obowiązków, a jednocześnie nie chcą odpuścić. Przyszło mi co prawda do głowy, że tak wyolbrzymione reakcje, to uparte wypieranie faktu, iż choroba (w tym wypadku starość, co najwyraźniej dużo zmienia, bo przecież bywało już, że trzeba było przekazać komuś dowództwo i choć też nie było to dla kapitana łatwe, to jednak godził się z sytuacją) powoduje niemożność dalszego sprawowania funkcji, wynikają z tego, że bohaterowie do swej starości nie mają się jak przyzwyczaić. Nie oswajają się z nią stopniowo, jak to jest w życiu, ale spada ona na nich w jednej chwili. Z drugiej strony, czy do tego się można przyzwyczaić? Prawdę mówiąc chciałabym wierzyć, że do swej własnej starości
Groza narasta - źródło
podejdę jednak z większą godnością…

Ja tutaj w ogóle nie do końca kupuję tę starość. Bo jak się zastanowić, to nie do końca ona powoduje wszystkie problemy. Raczej towarzyszące jej choroby, które mogą – choć wcale nie muszą! – się pojawić. Chyba po prostu chodziło o dowolny czynnik, który odbierze Kirkowi możliwość dowodzenia Enterprise. No bo weźmy takiego McCoya: właściwie do samego końca zachowuje pełnię sił umysłowych, a przecież też się starzał. O Spocku już nie wspominając… Jedynym, który ma naprawdę problem, jest tu Kirk. Wnioskuję więc, że cała ta przygoda to taka raczej dziurka od klucza, przez którą kapitan dostrzega jedną z wielu dróg, na jakie może zaprowadzić go los. I ta wizja go przeraża, i dlatego James zaczyna się tak nerwowo zachowywać, jak sam stwierdza – robi z siebie głupca.
Z tego mi wychodzi, że to nie jest odcinek o starości czy coś takiego – raczej po prostu o lękach Kirka. I to nawet nie tych głęboko skrywanych, bo wszak wiemy, że kapitan kocha swój statek ponad wszystko. Niemniej mamy tu jakieś pogłębienie tej cechy.
Oczywiście, przyszłość ułożyła się inaczej i Kirk nigdy do takiego etapu nie dotarł w sposób „naturalny”. I choć niespecjalnie lubię film Pokolenia, to w świetle tego odcinka myślę sobie, że może lepiej się stało.

Przytłoczona tym ciężkim dla mnie klimatem próbowałam się doszukać w nieco żenującym zachowaniu poddawanego badaniom Czechowa czegoś w rodzaju comic relief, ale jednak nie. No nie dałam rady poczuć się rozbawiona faktem, że dorosły facet marudzi, że igła jest duża, w chwili, gdy od dokładnego przebadania jego osoby zależy życie towarzyszy.

A to mi akurat nie przeszkadzało. Fakt, Czechow zachowywał się dość niepoważnie, ale chyba pasuje mi to do postaci. Gdyby nagle stał się super poważny, coś by było nie tak.
Zresztą, marudził co prawda, ale przecież poddawał się wszystkim badaniom – może po prostu w ten sposób zagadywał stres, zwalczał strach o przyjaciół?

A Czechowa się nie ima - źródło
Natomiast doskonale rozumiałam fakt, iż komodor Stocker (Charles Drake) uznał za stosowne przejąć dowodzenie na Enterprise. Czego zaś nie rozumiałam to jakim cudem ktoś kogo nazywa się komodorem nigdy nie dowodził okrętem. Obawiam się, że ja inaczej sobie wyobrażam znaczenie tej funkcji po prostu.


U mnie, oczywiście, lektor go czytał jako „komandora”. No ale pomijając tłumaczenie…

Pomijając, bo może miał być i komandorem, ale i tak nie da się nim być, bez okrętu. Można być kijowym komandorem, ale trzeba do tego posiadać okręt.

Fakt, nie mam pojęcia, na jakich zasadach Stocker uzyskał stopień komodora. Z drugiej strony, dowodził statkiem czy nie, ja w ogóle nie ogarniam, jak on uzyskał jakikolwiek stopień we Flocie. Na początku wydawał się zdeterminowany i konkretny – kiedy zdecydował, że przelecą przez strefę neutralną, miałam nawet myśl, że hoho, śmiały i bezkompromisowy typ, trochę jak Kirk. A potem Romulanie zaczęli strzelać. A Stocker… nic nie robił! Na litość Jeżusia – NIC! Ja rozumiem, że trzeba było podkreślić zajebistość Kirka przez kontrast, ale mógł chociaż podjąć jakiekolwiek próby ogarnięcia sytuacji. Też nie dowodziłam statkiem, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że w podobnej sytuacji warto by było przynajmniej spróbować jakichś manewrów uchyleniowych. Albo odpowiedzieć ogniem. COKOLWIEK. Co Stocker chciał osiągnąć? Przeczekać? Zanudzić Romulan na śmierć? Przewrócić się brzuchem do góry i udawać martwego? [Płakam teraz… przewrócić się brzuchem do góry i zacząć śmierdzieć… na niedźwiedzie działa, nie?]
Serio, no, wkurzył mnie. Jego nieudolność była spektakularna i moim zdaniem został komodorem po prostu dlatego, że ma wujka w admiralicji albo coś takiego.

Ach! No i jest jeszcze kolejna ukochana kapitana Kirka z przeszłości
Ukochana Z Przeszłości kmini - źródło
(Sarah Marshall). Z gatunku: ja chciałem być kapitanem, a ty chciałaś być endokrynologiem i było nam nie po drodze, ale ty mnie zawsze kochałaś, a teraz chcesz mnie z litości. Też jakoś nie bardzo.

Ten wątek był w zasadzie wepchnięty… no… nie wiem po co. Tak na serio: co by się zmieniło w fabule, gdyby Janet nie łączył w przeszłości romans z Kirkiem?

W sumie, jak tak teraz myślę, może ten odcinek trafił na jakiś mój zły dzień?

Znaczy wiesz: ten odcinek po prostu nie jest jakiś mega spektakularny. Są lepsze. Ale myślę, że są też gorsze. Ten mnie nie uwiera. Szczególnie na plus zaliczam mu ponowne użycie korbomitu – ogromnie przyjemnie mnie to zaskoczyło, że ponownie sięgnęli do sposobu, który swego czasu się tak pięknie sprawdził. No i ładnie to pokazuje, że kapitana i załogę łączy specyficzna więź, wynikająca z przeżytych na jednym pokładzie lat. Kiedy Kirk wspomina o korbomicie, wszyscy – poza Stockerem, oczywiście – rozumieją już, o co chodzi. Lecą porozumiewawcze uśmiechy. Taki hermetyczny żart w gronie przyjaciół, albo domowe powiedzonko, które rozumie tylko rodzina. [Tak, to zdecydowanie było fajne :)]
No i, choć narzekam na Stockera, mimo wszystko ten kontrast działa: wpada nagle na mostek Kirk, rzuca rozkazy, podejmuje dwie dobre decyzje i nagle Romulanie zostają w tyle, przechytrzeni i pozbawieni zwycięstwa.
Tak, to trochę mizianie Kirka po ego. Odcinek pochyla się nad jego obsesją i największymi obawami, po czym wskazuje na jego niezastępowalność (trochę zmyśliłam to słowo – mam nadzieję, że wiadomo, o co chodzi).
Ale zdecydowanie nie jest to dla mnie odcinek o starości, która jednak – w mojej opinii – oznacza o wiele więcej, niż tylko kłopoty z pamięcią i bolące stawy.

No to ja nie załapałam. Bardzo nie załapałam i w sumie jestem Ci wdzięczna za naprowadzenie :)



– Give some more blood, Chekov. The needle won't hurt, Chekov. Take off your shirt, Chekov. Roll over, Chekov. Breathe deeply, Chekov. Blood sample, Chekov. Marrow sample, Chekov. Skin sample, Chekov. If-if I live long enough, I'm going to run out of samples.

Friday's Child

il. Juan Ortiz (źródło)
Premiera: 1 grudnia 1967
Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: D. C. Fontana

I znów mamy do czynienia z efektem współpracy Fontany i Pevneya – i muszę od razu powiedzieć, że tym razem podoba mi się to bez porównania bardziej niż Journey to Babel, który to epizod był wprawdzie w porządku, ale nie podbił mnie jakoś szczególnie. Friday’s Child podbił mnie zaś bez reszty i znajduje się w ścisłej czołówce moich ulubionych odcinków.
Przede wszystkim uwielbiam to, że epizod w dużej mierze koncentruje się na doktorze McCoyu – i to od samego początku. To McCoy był na Capelli IV przez kilka miesięcy i to on przekazuje załodze informacje o tubylcach. Choć przyznaję, że na wstępie musiałam się z nim nie zgodzić – kiedy stwierdził, że jeśli pokażą siłę, będą mogli zapomnieć o traktacie. Moim zdaniem, jeśli Capellanie uważają siłę za szczególną wartość i w codziennym postępowaniu zwracają na nią uwagę, to pochwalenie się siłą przez załogę Enterprise zaowocowałoby chyba właśnie szacunkiem – a co za tym idzie, być może skłonnością do współpracy. Oczywiście, to taka moja amatorska dyplomacja dla ubogich (choć może nie taka zupełnie od czapy, skoro Klingoni znaleźli z Capellanami wspólny język), ale jednak odnoszę wrażenie, że McCoy ma skłonność do niepotrzebnie tulaśnego traktowania innych, niezależnie od tego, czy ci inni są faktycznie tulaśni czy wręcz przeciwnie.

Potwierdzam – odczuwałam podobny dysonans. To, co McCoy opowiadał o Capellanach, nie składało mi się z proponowaną przez niego linią negocjacji, wydaje mi się nienaturalne, żeby lud szanujący siłę i traktujący pojedynki na śmierć i życie jako zwykłą rozrywkę, miał poczuć zaufanie do kogoś, kto sprawia wrażenie miękkiego.

Capellanie preferują ubiór typu
obicie babcinego fotela (źródło)
Z drugiej strony, doświadczenia z Eleen (Julie Newmar) pokazały, że kiedy trzeba, doktor bardzo umiejętnie dawkuje także rozwiązania siłowe. A konieczność taką dostrzega, kiedy ktoś próbuje stać między nim a jego powołaniem. Po raz kolejny widać, że McCoy to lekarz do szpiku kości i wiele może się dziać wokół niego, ale on będzie robił swoje. Co zabawne, to właśnie doktor zdobył pozwolenie na dotykanie Eleen, mimo że przecież od dotykania pięknych kobiet standardowo mamy Kirka. Czasem lubię się zastanawiać, czy kapitan nie czuł się nieswojo, kiedy zobaczył, jak role się odwróciły. Chyba czuł, bo z dość kwaśną miną przecież podpytywał McCoya, jak udało mu się pozyskać tę zgodę na dotyk.

A zwróciłaś uwagę na minę Spocka, gdy ich nakrył na tych pierwszych dotykach? Zupełnie nie wiem, jak ją interpretować…

Co jeszcze jest szczególnie ciekawe w tym odcinku, to Klingoni: wyraźnie odstają od tego, kim będą później. Ze wszystkich frakcji, które się tu spotykają, to właśnie Kras (Tige Andrews) jest tym, który kręci i mataczy. Oczywiście, dla jednych będzie to dowodem tego, że na początku jeszcze Roddenberry nie za bardzo wiedział, co chce osiągnąć w kwestii Klingonów – ja jednak wolę tę wersję, w której był to okres, kiedy Klingoni upodobnili się do ludzi na skutek mieszania własnego DNA z DNA Augmentów.
Skoro już o Klingonach: dziwi mnie redshirt, który na widok Klingona od razu rzuca się na niego z fazerem – gdyby tylko przeżył, na moje oko powinien co najmniej naganę dostać. Sęk w tym, że w czasie, w którym rozgrywa się Friday’s Child, Federacja nie była z Imperium w stanie wojny. Ta wybuchła wprawdzie jakiś czas później, ale atakowanie Klingona, z którym wciąż jeszcze trwał kruchy rozejm, wydaje mi się niezbyt przystające do Federacyjnej polityki miłości i pokoju we wszechświecie. Młodość i niedoświadczenie to żadna wymówka: gdyby tylko zdążył, zabiłby. Zresztą, tu kolejny plus w stronę McCoya, który zdawał się rozumieć tę sytuację – w przeciwieństwie do Kirka. Z drugiej strony, trudno mi winić Kirka za to, że wkurza się o zabicie mu człowieka.

Ciąża Eleen była rzeczywiście wyjątkowa,
gdyż wędrowała od bioder po cycki (źródło)
Za to dziwię się bardzo, że na taką misję zabiera kogoś niedoświadczonego i to w roli ochroniarza. Przecież od początku wiadomo, że od właściwego zachowania, jakby nie było dyplomatów, zależy powodzenie traktatu. Moim zdaniem pan kapitan spartolił i przyznam że dość poważnie mnie wkurzył, gdy zaczął się ciskać, zamiast grzecznie przeprosić. Wiem, wiem, to Kirk i członek jego załogi, ale naprawdę – to na siebie powinien być zły. A dyplomata zaciska zęby i działa ;)

Mieszane uczucia mam na temat Scottyego. Ciągle się zastanawiam, czy nie powinien był wcześniej zwrócić uwagi na nieprawidłowości w komunikacie. Być może gdyby nie ten błąd, sytuacja rozwiązałaby się dużo szybciej. Oczywiście, łatwo coś takiego oceniać, siedząc z boku, znając tajemnicę, która się kryje za wezwaniem. Mam świadomość tego, że Scotty tego komfortu nie posiadał.

Mnie się natomiast Scotty bardzo podobał. Pomijając to, że nie zauważył od razu imiennego wezwania – myślę, że to kwestia napięcia i tego, co mówisz: łatwo nam podsuwać im właściwe decyzje, skoro mamy szerszy obraz – był niezwykle zdecydowany. Żadnego wahania, konsultacji, rozkmin. Robimy tak i tak. To i to ma pierwszeństwo. Bardzo tak.

Łatwo zauważyć, że przy tym epizodzie mam ogólnie sporo wrażeń typu „ten a ten moim zdaniem zrobił źle, ale z drugiej strony go rozumiem” – bo faktycznie tak jest. I to zresztą też przemawia na korzyść odcinka. Bohaterowie są dość skutecznie odarci z marysuizmu: popełniają błędy, mylą się. Jednocześnie fajne jest to, że wychodzą z tego obronną ręką, ucząc się na tych doświadczeniach (no, za wyjątkiem tego redshirta…) – właśnie chyba to czyni ich prawdziwymi bohaterami.
Bardzo lubię ten odcinek. Za McCoya, za Klingonów. Za te wszystkie niedoskonałości.

I ja zdecydowanie lubię!




– How'd you arrange to touch her, Bones, give her a happy pill?
– No, a right cross.
– Never seen that in a medical book.

– It's in mine from now on.